Pocztówka z wakacji

Wybraliśmy się w tym roku w Polskę. Ot, po prostu – w Polskę. Daleko, na północ. Na chwilę ledwie. Na nasze polskie wakacje.

W sumie pierwsze nasze polskie wakacje. I choć pozostaję fanką mórz południowych, donoszę grzecznie, że było wspaniale. I nawet nie wiedziałam, jak mi tych polskich wakacji brakuje. Jakaż to była sentymentalna podróż przez całe dzieciństwo! Jak cieszyłam się tym klimatem, tymi widokami i nawet tymi deszczami i komarami. Wszystko było dokładnie tak, jak miało być. A Róża nawet stwierdziła, że to były jej najlepsze wakacje!

Zabraliśmy dwa maluteńkie namioty, w tym jeden kupiony na chybcika dzień przed wyjazdem. Nagle się bowiem okazało, że jednak w jednym może być stanowczo za ciasno. Tak to jest, jak się nie planuje. A z nami to właśnie planować się nie da. Wszystko okazuje się nagle, w ostatniej chwili niemalże. Nie pozostaje więc nic innego, jak mieć te dwa namiociki, pożyczyć u przyjaciół materac, wygrzebać z czeluści szafy śpiwory i karimaty, wrzucić w koszyk znalezione jakimś cudem plastikowe talerzyki, nóż i deskę do krojenia i… ruszyć w drogę!

Tak naprawdę  pojechaliśmy nad morze, bo mojemu mężowi wypadło tam pilne spotkanie. W planach było zahaczenie najpierw o Warmię i Mazury, ale skoro nadarzyła się nadmorska okazja – czemu nie?

Po kilkugodzinnych poszukiwaniach znalazłam kemping, który okazał się być dokładnie takim, jaki chciałam. Miał mieć tę szczególną atmosferę mojego dzieciństwa, czyli mocny wkład PRL-u, miał być zalesiony, blisko plaży i Trójmiasta, no i możliwie spokojny. Udało się! Trafiliśmy na kemping 69 na Wyspie Sobieszewskiej i pomijając fakt, że w pobliżu stacjonowało 15 tys. harcerzy – było świetnie. Co rano maszerowałam do sklepiku po kawę, świeże bułki i jagodzianki. Róża szalała na placu zabaw. I nawet łazienki były całkiem ok.

Spędziliśmy tam kilka dni pełnych nadmorskich atrakcji. Tych bardziej i mniej komercyjnych. Było plażowanie, choć tutaj pogodowo akurat trafiliśmy kiepsko, były promenady, lody i gofry, było mini zoo i wędrówki szlakami, był prawdziwy poszukiwacz skarbów poniemieckich, był w końcu i przepiękny Gdańsk i Sopot.

Potem zwinęliśmy nasz mały dobytek i przez Malbork (o jejuniu jakie tłumy!), pojechaliśmy do przyjaciół na Kujawy. Tam, w zasadzie przestałam robić zdjęcia. I choć teraz żałuję, wtedy było mi dobrze. Nawet bez aparatu, który bardzo lubię, bez internetu, bez komputera. Były jeziora, spokój i śmiechy, ogniska, ciepłe noce i spadające gwiazdy. Czego chcieć więcej?

Piękna ta nasza Polska.

Dobre to były wakacje.

 

ZOBACZ WIĘCEJ – KLIKNIJ PONIŻEJ

Nowa era kosmetyków uzdrowiskowych

Nie są to kosmetyki naturalne. Wyjaśnijmy to sobie na początku. Jest to zupełnie osobna kategoria, szerzej znana jako kosmetyki uzdrowiskowe, bardziej wtajemniczonym coś więcej zdradzi nazwa „pelokosmetyki”. Skąd to „pelo”? To od borowiny, która, razem z solanką jest flagowym składnikiem Pelokosmetyków Uzdrowisko Ustroń. Borowina jest bowiem peloidem, (z greki pelos, znaczy błoto). I za doprawdy genialne posunięcie uważam wykorzystanie dóbr z polskiej ziemi w kosmetykach, które wychodzą poza stereotypowe, niestety wciąż kojarzone jako przaśne, produkty naszych uzdrowisk.

Poproszono mnie o zrecenzowanie tej całkowicie nowej linii kosmetyków. Przyznam, że zaraz po wejściu na stronę producenta powstało we mnie całkiem przyjemnie uczucie pozytywnego zaskoczenia. Pierwsze, co pomyślałam, to że nastąpiła nam nowa era kosmetyków uzdrowiskowych.

 

 

Co widzimy na początek? Nowoczesną, jasną, przejrzystą stronę, zachęcającą do dalszego wgłębienia się w temat. Dobrej jakości, profesjonalne zdjęcia szeregu intrygujących produktów. Współczesną i trafioną identyfikację wizualną, nawiązującą barwami do ziemi właśnie, a swą czystością do specyfiki uzdrowiska. Podoba mi się uzdrowiskowe logo. Jest świeże, a jego przesłanie kojarzy mi się z angielskim słowem „care” – polski odpowiednik mi tu nie odpowiada.  Zadbano o szczegóły i te wizualne i dotyczące samych produktów. Mamy więc modne, zgodne z trendami nazwy i koncepcje – „dwufazowy” czy „eliksir”.

Ogólnie więc – duży plus za wykonaną pracę i ciekawą wizję marki. Powstały produkty, które widzę nie tylko w uzdrowiskowych sklepikach, nie tylko w samym uzdrowiskowym Medical & Spa, gdzie zapewne prezentują się godnie. Są to produkty, które stanowczo mogą wyjść poza samo uzdrowisko.

 

 

Zajrzyjmy do środka….

Jak już wspominałam, najistotniejszymi składnikami kosmetyków, którymi się szczycą i które je wyróżniają, są borowina i solanka. Doczytałam już, że stężenie solanki jodkowo-bromowo-chlorkowej z Ustronia, która poprawia kondycję skóry, wynosi około 12,5%. Uważa się ją ponoć, za jedną z najlepszych w Europie. Borowina natomiast to jedno z naszych najcenniejszych dóbr .  Powstała w wyniku długotrwałych procesów biologicznych i geologicznych, z obumarłej roślinności bagiennej, nawet  10 tys. lat p.n.e.  Jej złoża w Polsce cechują się wysoką czystością i jakością, a zabiegi z użyciem borowiny zaczęto wykonywać w 1858 roku w Krynicy Górskiej.

Kąpiele, okłady i inne zabiegi borowinowe mają działanie ujędrniające, antycellulitowe, przyśpieszających redukcję tkanki tłuszczowej, neutralizuje działanie wolnych rodników, co w konsekwencji przeciwdziała starzeniu się skóry. Pozostawiają skórę gładką i odżywioną. Borowiną wspomaga się także leczenie stanów zapalnych czy dolegliwości mięśni, stawów i kości.

Koncept połączenia dwóch wielkich dóbr uzdrowiska Ustroń jest więc wielce chwalebny.  Poza tym, w każdym z kosmetyków znajdziemy szereg ekstraktów roślinnych – z hibiskusa, aronii, głogu, dzikiej róży, melisy i lawendy. W każdym jest sporo cennych naturalnych olejów, takich jak olej migdałowy, awokado, macadamia, oliwa z oliwek czy masło shea.

 

 

Mnie osobiście zauroczył zapach wszystkich kosmetyków! To energetyczny, lekki, orzeźwiający i kojący zmysły cytrynowy aromat (aromat, dokładniej, trawy cytrynowej, ale w składach mamy też prawdziwe olejki eteryczne z cytryny i rozmarynu). Dodany do kąpieli, zwłaszcza tej po długim, bardzo upalnym dniu – cudownie odświeża i relaksuje. Zapach uważam, ze jedną z najmocniejszych stron całej serii. Jest naprawdę świetny!

Pelokosmetyki idealnie nadają się do domowego SPA. Sama raczyłam się nim z przyjemnością ostatnimi czasy. Testując przy okazji nową łazienkę. I muszę Wam powiedzieć, że było mi bardzo przyjemnie. Olejek do kąpieli jest delikatny i lekki, a zawarta w nim betaina tworzy wspaniałą pianę. Mocno błotny peeling jest mieszanką składników ścierających, głównie cukru, sporej ilości borowiny i olejów. Dla mnie osobiście jest nieco nazbyt tłusty, ale wystarczy po jego użyciu umyć skórę. Najważniejsze – dobrze oczyszcza, a skóra pozostaje gładka i miła w dotyku. Balsam, a dokładniej eliksir do ciała szybko się wchłania i przyjemnie nawilża. Pozwala pozostawić ten cudowny zapach na skórze na dłużej. Dwufazowy olejek, z kolei, świetnie nadaje się do masażu bliskiej osoby po ciężkim dniu.

Muszę też pochwalić lekki krem do twarzy. Obawiałam się go, przyznaję, bo znajdujemy w nim składniki odbiegające od naturalnej pielęgnacji. Muszę jednak zauważyć, że faktycznie jest lekki, a skóra przyjmuje go dobrze, nawet w te ciężkie upały.

Tu jednak pojawia się wątpliwość. W dobie tak dużej mody na naturalne kosmetyki i coraz większej świadomości konsumentów, uważam, że marka zrobiłaby znacznie lepiej, że powiększyłaby istotnie swój rynek docelowy, gdyby postawiła na w pełni naturalne składy. Bo co z tego, że mamy tu sporo naprawdę dobrych składników, jeśli pomiędzy nimi znajdujemy te, które są kontrowersyjne. Naturalni producenci udowodnili, że można tworzyć produkty w podobnych cenach, zachowując czystość składu.

Pozostawiam więc ten temat pod rozwagę  – i Wam, i producentowi.

Po więcej, wpadnijcie na stronę Pelokosmetyki.pl

Zwłaszcza, że do 9 września 2018, z kodem „lilinatura_pelo9” macie zniżkę 15% na wszystkie produkty, z wyjątkiem tych, które są w promocji, czyli zestawów.

 

Dajcie znać, jak się u Was sprawdziły!

 

Zauroczona: Otherland

Ach, odkryłam kolejną perełkę!

I wyjść mi z głowy nie może! I podziwiam! I podglądam! I tak bardzo, och jak bardzo, ciekawa jestem zapachów świec Otherland!

Na tę amerykańską, młodą markę świec zapachowych spoglądam pod kątem marketingowym. Być może też dlatego tak bardzo jestem zauroczona. Wszystko tu do siebie pasuje, jest świetnie osadzone we współczesnych trendach. Mamy prosty, ale porywający storytelling, mamy piękną, pełną pasji twórczynię marki, mamy lokalny patriotyzm i dbałość o szczegóły, mamy naturę i dobrą energię, mamy świeżą grafikę i wibrujące kolory, mamy modne kolaże i oryginalne zdjęcia produktowe.

Zajrzyjcie koniecznie na stronę Otherland, wejdźcie na kilka podstron produktowych. Każda jest tak świetnie i zaskakująco dopieszczona. Każdą, zwyczajnie, chce się oglądać. Każdy opis świecy, jej zapachu, jest genialnie sugestywny i intrygujący.

Nic tylko podziwiać!

Podziwiajcie więc i Wy, nacieszcie oczy. I spróbujcie wyobrazić sobie, jak te świece pachną!

Ja wciąż próbuję!

Zajrzyjcie na Otherland.

 

Świeca MatchPoint  / zapach Tennis Ball Cut Grass Cucumber

Świeca FreshWater Pearl / zapach Sea Crystal Salt Water Crushed Shells

Świeca Stone Fruit / zapach Beach Plum Peach Skin Brown Sugar

Before & After: mój kącik pracy

Cieszę się ogromnie, bo w końcu mogę rozpocząć cykl, na który tak długo czekałam! A w zasadzie część mojego wnętrzarskiego cyklu, jego finałową część. Będą to wpisy typu before & after, pokazujące co udało nam się zrobić w poszczególnych pomieszczeniach naszego nowego mieszkania.

W końcu! W końcu tu mieszkamy!

Na początek – mój kącik pracy. Nie jest to może całe pomieszczenie, ale miejsce bardzo dla mnie ważne. To tutaj spędzam większą część dnia. Tutaj potrzebuję móc się skupić, wyżyć kreatywnie, tworzyć, pisać, rysować. To dlatego tak bardzo mi zależało mi na tym moim małym kąciku.

Jak być może pamiętacie, kącik ten postanowiliśmy umiejscowić w salonie. Idealnie byłoby mieć osobny pokój, przeznaczony jedynie na biuro. No ale cóż. Póki co, pozostajemy przy kąciku.

Stworzyłam go zamykając do połowy kuchnię, co do teraz wydaje mi się doprawdy genialnym pomysłem. Po pierwsze – nigdy nie chciałam mieć w pełni otwartej kuchni. Bardzo chciałam, aby było można choć trochę tam się ukryć. Po drugie – powstał idealny kąt do pracy.

I choć w domu mamy sporo kolorów, tutaj postawiłam na biel. Biel przełamaną dodatkami i tą cudowną krzaczastą tapetą. Stworzyłam sobie miejsce do pracy dla freelancera, które jednocześnie pozwala się skupić, ale także potrafi wydobyć ze mnie nową energię i pomysły. Już to dobrze wiem, bo od kilku dni tu właśnie pracuję.

Coś czuję, że z biegiem czasu pewnie dojdzie tu coś niecoś. Życie pokaże czy będę potrzebować jeszcze jakieś schowki czy szufladki. Na razie większe rzeczy zamknęłam w witrynce po drugiej stronie pokoju, ale już wyczaiłam w Ikei takie urocze małe segmenciki z szufladami, które świetnie się tu wpasują. Zobaczymy.

 

Tymczasem, oto i mój kącik pracy!

Najpierw w wersji bardzo before i before!

 

 

U góry wersja całkowicie otwarta. Poniżej już z postawioną ścianką.

 

 

Jeszcze muszę Wam przypomnieć piękne wizualizacje, autorstwa Agi z pracowni projektowej JOOKA.PL.

Podobnie wyszło, co?

 

Wizualizacje skradły wtedy moje serce, ale muszę przyznać, że rzeczywistość podoba mi się jeszcze bardziej!

 

W moim kąciku:

  • Najefektowniejsza część czyli tapeta Rebel Walls – Bellewood Grey Toile – zamawia się na wymiar, pod konkretną ścianę, wygląda po prostu cudownie! / Rebel Walls
  • To o co najczęściej już pytacie – biurko! Pasuje mi tu idealnie i cieszę się z niego bardzo. Zwłaszcza, że kosztuje naprawdę niedrogo, a przy tym jest bardzo praktyczne – można poupychać sporo “niezbędnych” rzeczy / Meble & Tkaniny
  • Największy kłopot miałam z krzesłem obrotowym. Zależało mi na tym, aby było praktyczne, ale też, żeby prezentowało się godnie. I nie biurowo. Kandydatów było kilku, ale kiedy zobaczyła ten fotel, wiedziałam, że to jest właśnie ten, który powinien się tu znaleźć. Może nie jest to mebel szczególnie dobrze wyprofilowany dla kręgosłupa, ale, jak na razie, siedzi i pracuje mi się na nim bardzo dobrze. I jest taki… lekki, nie dominuje, nie zwraca bardzo uwagi na siebie. / Mebel Partner
  • Półeczki – ot, po prostu półeczki z Ikei, jedne z najprostszych, o bardzo wdzięcznych podpórkach. Pasują świetnie. / Ikea
  • Na półkach – obrazek idealny – złote “Inspire” na tle ciemnych kwiatów / Złote Plakaty
  • Reszta rzeczy z półeczek jest już ze mną od dawna. Wszystkie uwielbiam – zwłaszcza zdjęcie z Różą w zlotej ramce z H&M Home, zegar Ikea i pojemniczek z uszami na biżuterię z H&M Home
  • Na biurku – świetnie psująca lampka / Konsimo z Allegro
  • Doniczka, filiżanka i pojemnik na długopisy – vintage, wygrzebane na ciuchach, moje ulubione znaleziska!

Cóż mi pozostaje… tylko pracować dwa razy więcej teraz 🙂

 

 

Mydlane lody NEON FUN

No nie… w samym środku lata nie może być nudno! Musi być kolorowo, zwariowanie, szaleńczo wręcz pozytywnie i neonowo!

Bo zabawa neonowa jest świetna! A jeśli do neonowych kolorów dołączymy lody – czyż może być bardziej wakacyjnie?

Dzisiaj więc bawimy się w neonowe lody mydlane! Szalejemy z intensywnością barwy, łączymy zapach słodkiego kokosa z orzeźwiającą cytryną i… myjemy się!

Będzie soczyście, wesoło i neonowo. Dzisiaj zrobimy mydlane lody NEON FUN!

 

 

Mydlane lody NEON FUN

Składniki na 2 szt.:

  • 100 g białej bazy mydlanej (użyłam Bazy mydlanej Forbury SHEA SLS Free / Zeem.pl)
  • 100 g przeźroczystej bazy mydlanej (użyłam Bazy mydlanej Forbury Super Clear SLS Free / Zeem.pl)
  • łyżeczka pigmentu do mydła różowy NEON / Zeem.pl
  • łyżeczka pigmentu do mydła żółty NEON / Zeem.pl
  • 2-3 ml kokosowego aromatu do mydełek / Zeem.pl
  • 2-3 ml cytrynowego olejku eterycznego
  • patyczki i foremki do lodów
  • opcjonalnie – alkohol izopropylowy w spryskiwaczu

 

 

Przygotowujemy pierwszą, różową warstwę. Białą bazę kroimy na mniejsze kawałeczki, przekładamy do ceramicznej miseczki. Roztapiamy w mikrofali lub w kąpieli wodnej, nie doprowadzając do wrzenia. Do płynnej dodajemy różowy pigment, intensywnie mieszamy, najlepiej małym mikserem lub mieszadełkiem. Dolewamy zapach kokosowy. Przelewamy do podpartych z jednej strony foremek – w ten sposób mydło zastygnie po skosie. Spryskujemy alkoholem, dzięki czemu nie powstaną nam bąbelki z powietrzem i odstawiamy w chłodne miejsce. Kiedy już prawie stwardnieją, wbijamy w nie patyczki. Powinny same utrzymać się po środku. Jeśli mydło jest jeszcze za płynne, patyczki należy lekko podtrzymać palcami, aż wszystko zastygnie.

W między czasie, w taki sam sposób roztapiamy bazę transparentną, dodajemy żółty pigment i olejek cytrynowy.

Obie warstwy muszą mieć podobną temperaturę, odczekujemy więc chwilę, aż żółta roztopiona warstwa lekko się ochłodzi, ale jeszcze nie będzie twardnieć. Wtedy przelewamy ją do foremek. Całość odstawiamy na godzinę do stwardnienia. Po tym czasie przekładamy formy do zamrażalnika na 15 minut, a przed wyciągnięciem mydeł polewamy foremki od spodu gorącą wodą – to ułatwi wyciąganie mydełek.

Neonowe pigmenty nie roztapiają się w mydle, mogą pozostać widoczne drobinki. Jeśli mydełka lub warstwy nie są równe, możemy delikatnie wyrównać je wykałaczkami, odcinając też w ten sposób wystające kawałeczki lub końcówki.

Miłego mycia!

 

Wnętrzarskie zachwyty i aktualności 11

Co powiecie na kilka nowych migawek z naszego mieszkania?

Wciąż są to jeszcze robocze i niepełne obrazki, ale szykuję się już do wpisów z ostatecznymi lub prawie-ostatecznymi wnętrzami!

Wyobraźcie sobie bowiem, choć mnie samej przychodzi to z trudem, że już tu praktycznie mieszkamy!

Dzisiaj nazwoziliśmy wszystkie większe rzeczy i pudła. Sporo jeszcze do przewiezienia pozostało, ale to już będziemy stopniowo sobie jeździć. Ważne, aby nie było zbyt dużego chaosu i natłoku pudeł naraz.

W każdym razie, dzisiaj śpimy tu już trzecią noc, a mi wciąż wydaje się jakbym przebywała w hotelu. Albo u znajomych. Ale na pewno jeszcze nie u siebie. Wszystko pachnie inaczej, dziwnie, taką remontową nowością, z którą nie potrafię się oswoić. Zupełnie inne odgłosy słychać przed zaśnięciem. Ciekawa jestem, ile czasu zajmie mi oswajanie tego miejsca. Mam nadzieję, że nie długo 🙂

 

Tymczasem, muszę jeszcze donieść, że znalazłam CAŁĄ MASĘ, ale to CALUTKĄ MASĘ pięknych rzeczy, którymi musiałam się z Wami podzielić!

 

Polecam więc bardzo wnętrzarskie zachwyty na końcu tego wpisu, a zaczynamy od kilku migawek z mieszkania!

 

 

 

Po pierwsze i najważniejsze – mam w końcu na ścianach tak długo wyczekane tapety Rebel Walls! Pasują cudownie! Uwielbiam je!

Tutaj widać tapetę Bellewood Gray Toile.

Mam też mój kącik pracy, z którego właśnie piszę Wam ten post. Wymaga jeszcze dopieszczenia, ale spodziewajcie się już niedługo jego ostatecznej wersji!

 

Ścianę w salonie wypełniło idealne tło mojej lampy (Modern Orchid ze Step Into Design)!

Kiedyś wymarzyłam sobie, że zawiśnie tu obraz i kiedy tylko zobaczyłam ten delikatny pejzaż, wiedziałam, ze to właśnie ten jedyny! Ja tu widzę wydmy i morze, choć są i tacy, którzy upierają się przy zimowym widoku. Pozostańmy jednak w klimatach nadmorskich 🙂

Obraz Congelado z Mix Gallery (tak samo jak cudny plakat z przedpokoju, który pokażę Wam niebawem!).

 

 

Zawiesiłam też firany i zasłony! Wszystkie z Ikei. Podobają mi się bardzo. I wiszą już, choć jeszcze są za długie. Muszę się teraz zebrać, pomierzyć je i oddać do krawcowej.

 

 

A to mała zapowiedź przedpokoju i moja ukochana dżungla! To kolejna tapeta Rebel Walls – Jungle Land Verdant. No po prostu – cudna!

 

Co to?

To nasze drzwiczki do innego świata!

Moje ulubione, granatowe, ze złotą gałeczką, drzwi do schowka w przedpokoju.

Cały przedpokój – już niedługo w Lili!

 

 

I tak płynnie kolorystycznie przechodzimy do sypialni!

A w niej nowi mieszkańcy!

 

 

Jest więc cudny regał Plum z mosiężną półką, który pokazywałam Wam ostatnio w Lili – Happy Barok, autorstwa Katarzyny Jasyk.

Jest dokładnie takie, jakie chciałam – drewniane łóżko w kolorze orzecha – Kora z Meble Pęczek.

Jest mega wygodny materac z olejem kokosowy, o którym więcej napiszę Wam w sypialnianym wpisie – Plantpur.

 

 

Jest i w końcu przepiękna pościel z jakby malowane paprotki z White Pocket. Och, ona też aż prosi się o piękne sypialniane zdjęcia!

Jest jeszcze coś nowego, ale to już następnym razem!

 

A oto, poniżej, wszystkie te CUDA, które znalazłam ostatnio!

Pora na wnętrzarskie zachwyty!

 

1.Dekoracja ścienna Kyoto HK LIVING / Mak Studio

2. Gablota bambusowa HK LIVING / Mak Studio

3. Poduszka Kyoto HK LIVING / Mak Studio

4. Poduszka Tokyo HK LIVING / Mak Studio

5. Ława z siedziskiem z trawy morskiej / Emako

6. Biurko Pimlico / SFmeble.pl

7. Poduszka JUNGLE HK LIVING / Aga Martin

8. Fotel IBEX / Aga Martin

9. Stoliki kawowy ARABICA Dutchbone / Mak Studio

 

 

1. Lampa stołowa nature Bloomingville / Moma Studio

2. Fotel Glmour Łososiowy King / Mebel Partner

3. Dywan arqui indian red&peach Please wait to be seated / Moma Studio

4. Lampa ścienna planet ciemny fiolet Please wait to be seated / Moma Studio

5. Lampa stojąca SOLARIS biało mosiężna / Step Into Design

6. Krzesło Gabbia / Moma Studio

7. Wieszak z lustrami GUDO / Aga Martin

8. Komoda Sioux Kare Design / Kare24.pl

9. AYTM – ANGUI Krzesło – Różowe / Design For Home

 

 

Niezwykłe polskie komody LOGUN / Mebloscenka

 

1.Komoda ze złotymi uchwytami / Punca

2. Krzesło A-8223 Fameg / ModneKrzesła.pl

3. Wazon w drewnianej misce DONITZA Toczenie w Drewnie / Decobazaar

4. Imbryk Lewitacja JAD / Cloudmine

5. Stolik Gunnik Zuiver / Meble.pl

6. Komoda ASHTON w stylu retro / OneMarket.pl

7. Doniczka wisząca GALAX / Aga Martin

8. Świecznik balance na długie świece ferm living / Moma Studio

9. Dwustronna pościel „Zaczarowany las” / White Pocket

10. Fotel Mr.T obrotowy, Design: Katarzyna Jasyk / Happy Barok

11. Komoda Sherazade Kare Design / Kare24.pl

Facebook