Wyspy Laguny Weneckiej – Murano, Burano, Lido

Bo Wenecja to nie tylko sama Wenecja! Wokół niej rozłożone są dziesiątki wysepek, nieraz wielkości jednego gospodarstwa. Czasem od morza odgradza je ceglany mur, okala je w całości. Czasem są tylko łachą piachu, porośniętą trawami i zamieszkałą przez ptactwo. Niekiedy stanowią jedynie ruinę czegoś nieodgadnionego, dawnego. Czasami znajduje się na takiej po prostu latarnia lub kościółek.

Ale są też większe wyspy, a każda z nich to prawdziwa perełka! Każda inna, każda unikatowa.

Podczas naszego wypadku do Wenecji (relację i praktyczne porady o wyjeździe do tego miasta znajdziecie TUTAJ) odwiedziliśmy trzy z nich – Murano, Burano i Lido.


Pomniejsze wysepki Laguny Weneckiej z perspektywy tramwaju wodnego.

A właściwie, jak już pisałam Wam ostatnio w weneckim wpisie, Murano była naszą wyspą-bazą. Zdecydowaliśmy się na noclegi właśnie tutaj i zakup 3-dniowego biletu na tramwaje wodne, którymi można swobodnie i bez problemu pływać po całej Lagunie, a zwłaszcza po Wenecji.

Wracałyśmy więc co wieczór na nasze, jakże spokojne, wyludnione wręcz o tej porze Murano. Do równie spokojnego, uroczego hotelu, o którym także pisałam Wam w ostatnim wpisie. Zdjęcie jego i jego okolic znajdziecie tu poniżej. A rano znowu wyruszałyśmy w morze, odkrywać kolejne cudowności tego nierealnego miejsca.

Przy okazji, jeśli wybieracie się w te rejony, bardzo polecam poszukać noclegu właśnie przy przystanku tramwaju wodnego. Niezwykle to praktyczne i wygodne. Nasz znajdował się przy jednym takim, tuż pod wielką latarnią, dzięki czemu nie dało się go przeoczyć.


Okolice naszego hotelu na wyspie Murano
Po lewej – nasz uroczy hotel Locanda Al Soffiador
Tam na końcu znajdował się przystanek tramwaju wodnego.

Bardzo, ale to bardzo polecam Wam zwiedzenie także tych trzech wysp podczas wyjazdu do Wenecji. Wiem dobrze, że sama Wenecja jest wspaniała i można cudownie spędzić czas tylko na niej. Ale już choćby fakt pływania od wyspy do wyspy jest ogromną atrakcją. A i one same… no cóż… przyciągają, fascynują i aż proszą się o powrót do nich.

Naszą dzisiejszą małą wędrówkę zaczniemy do tej najbardziej uroczej!



BURANO

Wyspa kolorowych domków


Mignęła mi kilka razy w internecie. Zawsze zwracała na siebie moją uwagę. Po prostu wiedziałam, że muszę ją zobaczyć!

I nie zawiodłam się! Miała być uroczą wyspą kolorowych domków i nią była! Jakby miały tu mieszkać lalki – bajkowe, jakże barwne budyneczki aż prosiły się o to, aby je porównać do wielkiego domku-miasteczka dla lalek właśnie. Ale przy tym zupełnie nie były infantylne, a raczej klimatyczne i wciągające. Tchnące energią i dobrym nastrojem. I co ważne – większość tych budynków jest faktycznie zamieszkała!

Burano jest bardzo niewielką wyspą, nieco oddaloną od samej Wenecji. Tętni życiem, kiedy dopływają tu tramwaje wodne i przywożą grupy ciekawskich turystów. Jestem jednak pewna, że wieczorami, zupełnie tak jak na Murano, jest tu spokojnie. I wtedy właśnie mieszkańcy odpoczywają i sami cieszą się tym swoim malowniczym miejscem.

Jak tylko tu dopłyniecie, nie idźcie za tłumem. Poszwendajcie się po uliczkach, wzdłuż kanałów, przysiądźcie na chwilę nad brzegiem morza, w promieniach ciepłego słońca. nacieszcie oczy tymi nieraz bardzo kontrastowymi i mocnymi barwami.

Polecam bardzo Burano na krótki wypad, jest idealne na pół dnia. Można tu zjeść pyszne lody i dobry lunch, zobaczyć piękne koronki, z których słyną mieszkańcy i spokojnie wyruszyć w dalszą wyprawę.




MURANO

Wyspa szklarzy weneckich


Cała wyspa szkłem stoi!

To tutaj właśnie wytwarza się to słynne na całym świecie weneckie szkło. Jak podaje Wikipedia: początki szklarstwa na Murano sięgają 1291 roku, gdy władze Republiki Weneckiej – z obawy przed pożarem i zniszczeniem miasta zabudowanego głównie drewnianymi budynkami – zarządziły przeniesienie wszystkich wytwórni szkła na wysepkę. Szklarze z Murano stali się wkrótce najbardziej szanowanymi jej mieszkańcami.

I dla tego szkła warto tu zajrzeć! A także dla nieco spokojniejszego od samej Wenecji – weneckiego klimatu. Tu także mamy kanały, mosty, knajpki z pysznym jedzeniem i lodziarnie. A przy tym wytwórnie szkła na każdym niemal rogu. Można do nich cichcem podejść i podpatrzyć, jak takie szkło się dmucha lub tworzy z niego małe figurki.

Ostatniego dnia na Murano poranek przywitał nas gęstą mgłą. Wtedy to wybrałyśmy się na odkrywanie szklanych skarbów, dziesiątek sklepików z pamiątkami i szklaną sztuką. I nawet ta mgła była taka niezwykła! Taka tajemnicza. Sprawiła, że czas nagle się cofnął o kilka wieków i ukazał nam to prawdziwsze oblicze wyspy. A potem znowu wyszło słońce, a my powoli udawałyśmy się na lotnisko.

Ach, na Murano znalazłam jeden z najciekawszych sklepików, jakie widziałam – The M Venezia. Niestety spieszyłyśmy się już wtedy na tramwaj wodny i nie zdążyłam zrobić zdjęć. Kupiłam jednak tam sobie kolczyki i wzięłam namiar – jak tylko otworzą sklep internetowy, na pewno pokażę Wam więcej!


Róża kupiła sobie szklaną owieczkę na pamiątkę.
Cudowne szklane dzieła sztuki!
Sklepik z weneckimi starociami – bajeczny!
Balony ze szkła oczywiście!
Tamtejszy stragan warzywny – na łódce
Miejscowy sport
I to ze szkła!
Tak wygląda mała szklana manufaktura, w której wytwarza się misterne szklane figurki.


LIDO

Wyspa wielkiej plaży


Jak to tak – być nad morzem i nie zaznać plaży?

Zaznałyśmy więc jej! I to jakiej – ogromnej! Wybrałyśmy się na Lido właśnie dla tej plaży. Żeby spokojnie posiedzieć na piasku przy zachodzącym słońcu, pobrodzić w morzu, poszukać muszli.

Lido jest zupełnie inną wyspą niż te pozostałe. Nie przeszłyśmy jej całej – jest naprawdę spora. Ale i ten fragment, który udało nam się zobaczyć, wart jest uwagi i zajrzenia tutaj.

Od przystanku tramwaju wodnego do plaży ciągnie się wielki deptak z restauracjami i sklepikami. Trzeba bowiem przejść całą wyspę od północy do południa. Nie jest to długa druga, bo wyspa jest wąska, ale za to bardzo długa. Nie ma tu tych odrapanych, klimatycznych, weneckich kamieniczek. Deptak przypomina raczej typowy kurort nadmorski, jakich wiele w innych miastach. Wille są tu nowocześniejsze i na pewno bogatsze niż domki na Murano czy Burano. Niemniej jednak atmosfera jest naprawdę sympatyczna, taka wakacyjna – bo wiadomo – zbliżamy się do plaży!

A plaża jest ogromna. Ciągnie się na całej długości wyspy. Kiedy słońce chyli się ku zachodowi, wszystko tu staje się złote.

Dziecko moje nie wytrzymało i wlazło do wody. Skakało na falach, jakby był środek lata. Cóż, woda i tak wydawała się cieplejsza niż w Bałtyku w lipcu. A w niej tylko ta moja Róża i jeszcze jeden odważny pan. A jak już się wykąpała, to biegała jak szalona i goniła mewy. Złociła się w tym złocie, mieniła szczęściem i zarażała energią.

A kiedy wracałyśmy z Lido tramwajem wodnym w kierunku Placu Świętego Marka w Wenecji, naszym oczom ukazał się jeden z najpiękniejszych w moim życiu widoków, który pokazywałam Wam już w weneckim wpisie. Nocne niebo jakby żarzyło się na horyzoncie, podświetlając weneckie budynki i kościoły. Woda przybrała barwę pomarańczowo-czerwoną. Całość zamieniła się w romantyczny obrazek, w którym dane mi było się znaleźć. I za to dziękuję Wenecji!


Najlepsza zupa z dyni

Tak, tak… Wiem dobrze, że cały Facebook, wszystkie blogi, internet cały, ba – świat wielki zalewa Was ostatnio przepisami na zupę dyniową. Wiem. Widziałam. I zapewne wszystkie są bardzo dobre.

Nieskromnie jednak napiszę, że moim zdaniem ta moja jest najlepsza!

I uzależniłam się od niej w pełni! I tylko się boję, że mi się przeje, zanim sezon się skończy…

Ach, i dodam też, że syn sąsiadów po zjedzeniu miseczki mojej zupy powiedział, że gdyby to był konkurs kulinarny, on dałby mi pierwsze miejsce!

No, jemu to można zaufać!

Spróbujcie! Pycha! Zdrowa, wzmacniająca odporność, sycąca. I ten kolor!




Moja najlepsza zupa z dyni

Składniki:

  • 1 zgrabna dynia – taka 1,5-1,6 kg
  • włoszczyzna na wywar (1 litr warzywnego bulionu)
  • 2 gruszki (z tych naszych brzydkich, a pysznych)
  • 2 łyżki oleju (używam z pestek winogron)
  • 1 puszka mleka kokosowego
  • 1 łyżeczka przyprawy garam masala
  • 1 łyżeczka kurkumy
  • 1 łyżeczka kminu rzymskiego
  • pół łyżeczki chili
  • 1 łyżeczka imbiru (mielonego)
  • sól, pieprz do smaku
  • do przybrania
    • twardy ser – lubię kaszkawał, starty na tarce o dużych oczkach
    • czerwony pieprz roztarty z odrobiną oleju


Rozpoczynamy nastawiając warzywa-włoszczyznę na wywar. Gotujemy aż zmiękną – potrzebujemy uzyskać około 1 litra bulionu warzywnego.

Dynię obieramy i wydrążamy. Kroimy na mniejsze kawałki i układamy je na basze wyłożonej papierem do pieczenia. Gruszkom usuwamy środki – gniazda nasienne, kroimy je na mniejsze kawałki i rozkładamy razem z dynią do pieczenia. Całość skrapiamy olejem i wkładamy do piekarnika na 180-200 stopni, aż wszystko ładnie zmięknie.

Dynię i gruszki przekładamy do garnka, zalewamy bulionem i mlekiem kokosowym. Dodajemy przyprawy i blendujemy całość na kremową zupę. Gotujemy ją jeszcze przez chwilę na małym ogniu i gotowe!

Lubię podawać ją z twardym serem kaszkawał lub pleśniowym i odrobiną czerwonego pieprzu w oleju. Świetnie sprawdzi się też z grzankami.


Piękna Wenecja – jak zorganizować wyjazd

Zastanawialiście się kiedyś nad podróżą do Wenecji?

Przyznam, że wcześniej jakoś nie specjalnie mnie ciągnęło. Aż w końcu naszło! A jak już tak bardzo naszło, to i na szczęście – udało się wyjechać!

Pojechałyśmy więc na babski wyjazd – ja, Róża i moja siostra. Do miasta obrosłego w tak wiele legend. Do miasta, przed którym nas ostrzegano – że tłumy, że odrapane, że woda śmierdzi. Do miasta tak unikalnego, tak nierzeczywistego, tak często widywanego w internecie i na filmach.



I co?

Jakżeby inaczej – przepadłam! W pełni!

Cały ten pobyt, a pojechałyśmy na trzy noce, był jakby nierealny. Wszystko było tak inne. Jakby przeniesiono nas w jeden z tych filmów. Albo nie – do domku dla lalek! Do baśni, w której pływają gondole, wieczorami tenorzy wyśpiewują włoskie pieśni, zachodzące słońce przyprawia o nagły napływ wzniosłych uczuć, a każdy zaułek skrywa inną tajemnicę. W której w każdym, naprawdę każdym miejscu, czujesz, jakbyś wylądował na jednej ze stronnic tej baśniowej książki. Zakochałam się w tym mieście. W samej Wenecji i pozostałych wyspach, które odwiedziliśmy – Murano, Burano i Lido.

Polecam każdemu, ale najbardziej parom. Jak już pisałam na Facebooku – dawka romantyzmu niemal zabójcza. Polecam, póki to miasto jeszcze istnieje. I trzymam kciuki, aby udało się je uratować przed zatonięciem.

Swoją drogą, czy wiecie, że Wenecja ponoć spoczywa na 10 milionach drewnianych pali wbitych głęboko w błoto, które je chroni przed wodą?

To jak? Wybierzecie się tam? Bo chętnie Wam pomogę!



Sama przed wyjazdem poszukiwałam w internecie bardzo wielu praktycznych porad dotyczących samodzielnych wypadów do Wenecji. Myślę, że przyszła teraz idealna pora, abym sama stworzyła taki mini przewodnik! Od czego zaczynamy? Od tego, jak tam się dostałyśmy!


Kiedy się wybrać, pogoda

Otóż, na początek muszę napisać, że nie wyobrażam sobie zwiedzania Wenecji latem. Być może się mylę, ale mam wrażenie, że nie byłoby to tak przyjemne. Nie lubię tłumów, a tłumy i upał to chyba najgorsze połączenie. Wybrałyśmy więc październik i był to naprawdę dobry wybór. Choć i w Polsce pogoda jest przepiękna! Prognozy wskazywały codziennie około 20 stopni i faktycznie tak było. Były i chmury, i piękne słońce, które porządnie dogrzewało, i w końcu – gęsta niczym mleko, a przez to bardzo tajemnicza mgła. Wieczorami było faktycznie chłodniej – tak na sweter i lekką kurtkę, ale za dnia to i moja córka do morza wskoczyła (ona i jeden pan, nikt więcej na plaży :)). Trzeba po prostu ubierać się na cebulkę i cóż – mieć w torebce czy plecaku coś odrobinę cieplejszego.



Noclegi

Zdecydowałyśmy się na nieco inną niż ta klasyczna formułę. Nie spałyśmy mianowicie w samej Wenecji – w obawie przed tłumami i dla ciekawszego wyjazdu. Bardzo zależało mi na zobaczeniu okolicznych wysp – w tym kolorowego Burano i wielkiej plaży na Lido. Wybrałyśmy więc przytulny hotelik na jeszcze innej wyspie – Murano, wyspie słynnych weneckich szklarzy. Ten wpis dotyczy organizacji wypadu i samej Wenecji, w kolejnym pokażę Wam relację z tych właśnie wysp (TUTAJ BĘDZIE LINK, PO PUBLIKACJI), bo są doprawdy cudowne!

Hotel rezerwowałyśmy przez Booking.com. Na osobę za trzy noce ze śniadaniami wyszło nam 500 zł. Sam hotel – Al Soffiador na Murano, należał do tych w niższych cenach, ale był naprawdę przyzwoity. Miał wszystko, co potrzeba, miłą obsługę, świetną lokalizację przy przystanku tramwaju wodnego. Śniadanie typowe, proste, ale świeże i dobre – croissanty, bułeczki, ser, szynka, jajka, jogurty, dżemy i pyszna kawa.

Jeśli obawiacie się tłumów, to jest to aż nadto dobre rozwiązanie, bo… tuż po godzinie 17, kiedy zamykają się wszystkie sklepy i większość restauracji, piękne Murano pustoszeje! Przyznam, że nie spodziewałam się tego zupełnie! Być może tak się dzieje tylko teraz, po sezonie. Niemniej jednak, kiedy po wieczornym przybyciu na miejsce, okazało się, że ciężko tu o jakiegokolwiek człowieka – byłam mocno zdziwiona. Tragedii nie ma, nie przesadzajmy. Ze trzy restauracje na całą wyspę się znajdą, kolację zjadłyśmy całkiem dobrą. Murano o tej porze jednak służy za sypialnię dla takich turystów jak my i miejsce wyciszenia dla mieszkańców. Ma to też swój czar – tchnie tajemnicą, historią i… prawdziwością. Z ciekawostek dodam jeszcze, że nawet recepcja w hotelu kończy pracę o 17, a osobom przybywającym po tej godzinie przesyła po prostu kod do drzwi.



Loty, parking

Wybrałyśmy oczywiście tanie linie, a dokładniej Ryanair z Krakowa. I choć pod Krakowem mieszkamy, najwygodniejszą opcją było pozostawienie samochodu przy lotnisku, zwłaszcza, że był to koszt 35 zł. Skorzystałyśmy z rezerwacji za pomocą ParkVia – wybierając po prostu najtańszy parking. Wszystko bez problemów – miła pani nas i odwiozła na lotnisko i szybko z niego przywiozła.

Co do lotów – na głowę tam i z powrotem wyszło ok. 300 zł, przy opcji dobrania dwóch małych walizek, które całkiem niedawno, przed zmianami w Ryanairze, były bagażem podręcznym zawartym w cenie. Teraz trzeba przy rezerwacji biletów po prostu je dodać. Róża miała jedynie plecaczek do schowania pod siedzeniem. Lot trwa 1 godzinę 20 minut, więc w zasadzie ekspresowo. Lądujemy na lotnisku Wenecja Treviso Canova – maleńkim lotnisku tanich linii, na którym nic nie ma. Jeśli tam zgłodniejecie, czekając na lot powrotny, polecam pyszną pizzerię w pobliżu – Carpe Diem. Po wyjściu z terminala skręcamy w prawo i przechodzimy około 50 metrów do czegoś w rodzaju centrum handlowego. Pizza pycha!


Kliknij zdjęcie, aby je powiększyć

Transfer z lotniska i transport w Wenecji

I tutaj mamy najistotniejsze sprawy! W związku z faktem noclegów na Murano i planami pływania po wyspach, zdecydowałyśmy się wykupić 3-dniowy bilet na tramwaje wodne. Wychodzi to najekonomiczniej i daje swobodę poruszania się tramwajami na terenie Wenecji i wysp laguny.

Istnieje możliwość wykupienia biletu łączonego – na transfer z lotniska i wspomnianego 3-dniowego biletu na tramwaje wodne. Z tej możliwości skorzystałyśmy. Bilety zakupiłam wcześniej na wszelki wypadek, online, za pomocą bardzo wygodnej strony Venezia Unica (poniżej szczegóły). Możecie na niej zakupić nie tylko bilety na transport, ale także za wstępy do muzeów czy atrakcji turystycznych. Przy zakupie online koszt transferu i tramwajów wodnych to 58 euro za osobę dorosłą. Te same bilety, ale w wyższej cenie, można też zakupić ponoć przy okienku ATVO na lotnisku Treviso. Dzieci do lat 6 podróżują tramwajami bezpłatnie.

Nieco inaczej sytuacja wygląda w przypadku osób od 6 do 29 roku życia – za Różę zapłaciłam 46 euro, wykupując przy okazji tzw. Rolling Venice Card, czyli kartę dla młodych, podróżujących osób, która gwarantuje zniżki na komunikację, na rozliczne atrakcje i w sklepach. O samej karcie przeczytacie TUTAJ. Kosztuje ona 6 euro, ale przy łączonym zakupie jej i biletów na komunikację i tak wychodzi sporo taniej. Karta jest ważna rok. Otrzymujemy ją razem z biletami w formie vouchera do druku. Sama nie mogłam wcześniej znaleźć informacji na temat tego, jak taki wydruk zamienić na faktyczną kartę. Pytałam o to już we Włoszech w trzech miejscach, aż w końcu jedna pani mi przekazała, że ona ma po prostu formę takiego zwykłego wydruku, na którym wpisujecie swoje imię i nazwisko. Niemniej jednak ostatecznie z niej nie skorzystałyśmy, nie było okazji – poza tańszym zakupem biletów na transport.


Kliknij zdjęcie, aby je powiększyć

Jak kupić bilety na transport?

Jak wspomniałam wyżej, wchodzimy na stronę Venezia Unica i klikamy w czerwone pole w prawym dolnym rogu “Venezia Unica City Pass- buy now”. Przekieruje nas na stronę, na której możemy wybrać usługi, które chcemy zarezerwować – np. muzea, atrakcje, wycieczki czy parking, a także to najważniejsze – transfery z dwóch lotnisk i transport publiczny. Zanim dodamy cokolwiek do koszyka, musimy wykreować imienne karty – każdy bilet jest bowiem właśnie imienny. Po prawej stronie znajdziecie sekcję “my cards” i button “add card” Klikacie w niego, wpisujecie imię i nazwisko i tworzycie kartę. I tak każdą osobę po kolei.

Aby wybrać łączony bilet na transfer z lotniska Treviso i 3-dniowe tramwaje wodne, wchodzicie w “Airport transfer Canova Treviso – Venice”, i otwieracie dostępne tam możliwości – czyli sam transfer autokarem ATVO lub łączony z tramwajami ACTV. WYbieramy to drugie, klikamy w “offer details’ i wybieramy “ATVO Transfer Airport CANOVA TREVISO(return ticket) + ACTV 3 days Ticket” za 58 euro. Oczywiście możecie skorzystać z każdej innej tu opcji, albo zakupić bilet na lotnisku (tam sam autokar tam i z powrotem to 22 euro, tramwaje – 40 euro). Osoby pomiędzy 6 a 29 rokiem życia wybierają tu opcję: “ATVO Transfer Airport CANOVA TREVISO(return ticket) + ACTV 3 days + ROLLING (6-29 years ONLY)”. Każdy z biletów przypisujemy do poszczególnej osoby (“assign to” > “select product”) i kupujemy jak to w każdym sklepie internetowym.

Po zakupie otrzymamy vouchery, które należy wydrukować. Po wylądowaniu w Treviso, udajemy się przed lotnisko na postój autobusów ATVO do Mestre i Wenecji. Jeżdżą często, nie sposób ich nie odnaleźć, są tuż za wyjściem, lekko z lewej. Vouchery okazujemy kierowcy lub panu, który nadzoruje autobusy. Po przybyciu do Wenecji musimy wymienić je na bilety – o tym za chwilę. Warto też poprosić u tych panów lub w okienku ATVO o rozkład autobusów powrotnych.



Piazzale Roma i automaty biletowe

Autobus jedzie do Wenecji przez Mestre chwilę ponad godzinę. Na końcu, przez długi most łączący wyspę z lądem, dojeżdżamy na Piazzale Roma – tłumny plac pełen autobusów i ludzi przemieszczających się we wszystkich kierunkach. Tutaj także dociera tramwaj ze stałego lądu. Miejsce to jeszcze zupełnie nie przypomina samej Wenecji, więc się nie stresujemy, tylko poszukujemy automatów ACTV. Są to spore, żółte automaty, w których wymienimy nasze vouchery na bilety. Trzeba podejść do kanału, na lewo od mostu znajdziecie ich kilka. Sama wymiana jest banalnie prosta i bezproblemowa – wybieramy język, klikamy na przycisk o chęci wymiany voucherów, a następnie skanujemy kody z wydruków. Po chwili zabieramy wydrukowane, imienne bilety. Przed wejściem na tramwaj musimy je przyłożyć do czytnika.

Tuz obok znajduje się kilka platform, do których przybijają tramwaje wodne. Jest to naprawdę bardzo wygodny sposób transportu i łatwo go rozgryźć. Dobrze jednak uzyskać wcześniej informację z hotelu, która linia przypływa w jego pobliże. Na Murano z Piazzale Roma dopływa linia 3 (około 20 minut) i 4.2 (40 minut).



Ceny

Obawiałam się, że będzie bardzo drogo, w rzeczywistości jednak ceny nie odbiegały od innych, znanych mi wakacyjnych destynacji. Wprawdzie nie jadałyśmy w najbardziej obleganych restauracjach przy Canal Grande, bo tu zapewne faktycznie ceny są wysokie. Spokojnie jednak można znaleźć małe restauracyjki w bardzo uroczych miejscach i podelektować się odpoczynkiem. Koszt najtańszej pizzy to ok. 7 euro, ciekawszych – ok. 10 euro, makarony zjemy za 8-15 euro. Pamiętajcie jednak, że każda restauracja dodaje do rachunku jeszcze różne kwoty za samo nakrycie do stołu – od 2 euro za cały stolik, do 1,5 euro za osobę (czyli w naszym przypadku 4,5 euro za całość). Wieczorami polecam zajrzeć do marketów i zakupić nieco pysznych świeżych bułek (od ok. 40 centów sztuka) lub innych wypieków oraz gotowe zestawy z prosciutto crudo i serami (ok. 3 euro), do tego sok pomarańczowy i pomidorki i możemy zjeść kolację z najlepszym na świecie widokiem – na pomoście na Canal Grande, obserwując zapierający dech w piersiach zachód słońca. Lub nad brzegiem morza niedaleko Placu Świętego Marka, wpatrując się w przepływający powoli ogromny wycieczkowy statek. Polecam też małe kawiarenki z pyszną kawą lub wyciskanym sokiem z pomarańczy. Tym bardziej, że ciężko tam o toaletę i trzeba korzystać przy okazji posiłków. Reszta wydatków – zależy od potrzeb, chęci i możliwości. Ach, i lody! Dwie porcje/gałki to około 3 euro.


Hotel Danieli

Zwiedzanie

W samej Wenecji faktycznie są tłumy. Najwięcej oczywiście na Placu Świętego Marka (jak na zdjęciu poniżej w jego okolicy) i przy moście Rialto. Są to miejsca, które trzeba zobaczyć, ale zaraz można od nich uciec! Wenecja jest na tyle duża, że spokojnie da się krążyć po spokojniejszych uliczkach i czerpać z tego ogromną przyjemność. My nie zwiedzałyśmy żadnych płatnych atrakcji. Widziałam jedynie kilka sporych kolejek do tych najbardziej znanych obiektów. Wolałyśmy się po prostu powłóczyć, a nasze atrakcje miałyśmy już wykupione. Mam tu na myśli naprawdę warte zobaczenia wyspy Murano, Burano i Lido (o których w kolejnym wpisie), do których dopływają po prostu tramwaje wodne, a które cudownie się odkrywa bez dodatkowych kosztów. Zaserwowałyśmy sobie także wieczorny rejs po Canal Grande – również tramwajem wodnym. Wrażenia niezapomniane. Wypłynęłyśmy z Lido tuż po zachodzie słońca (stąd te zdjęcia, jakby płonące) i wysiadły na Placu Świętego Marka. Tutaj zjadłyśmy kolację obserwując nocne już morze i wielki wycieczkowiec i przesiadłyśmy się do tramwaju linii 1, która powoli pokonuje cały kanał. No, pięknie! I w cenie biletu! Od razu wiedziałyśmy też, że nie zdecydujemy się na gondole – kosztują 80 euro.



Aqua alta

Udało nam się tego uniknąć, ale muszę Was ostrzec. W Wenecji regularnie pojawiają się powodzie, zwane aqua alta. Poziom morza podnosi się na tyle, że duża część ulic jest zalewanych, w tym najpopularniejszy Plac Świętego Marka. Zdarza się to kilka razy do roku, a spowodowane jest feralnym układem mas powietrza i prądów morskich. Ponoć mieszkańcy często wiedzą, kiedy taka wysoka woda nadchodzi i można dopytywać w hotelach czy nie mają na ten temat informacji. Zazwyczaj taka powódź trwa kilka godzin, ale zdarzały się też większe poważne powodzie, które skutecznie uniemożliwiały normalne funkcjonowanie miasta. Na czas aqua alta rozkładane są specjalne pomosty, po których można chodzić, a ich plan znajduje się na mapkach na przystankach tramwajów wodnych.


Te 3 noce, 4 niecałe dni, to stanowczo za krótko i chętnie do Wenecji powrócę. Jeszcze sporo został do zobaczenia! Dokładniej, spokojniej, bez tego pierwszego szaleństwa i ciągłych okrzyków radości i zachwytów.

To jak? Wybierzecie się?


Kliknij zdjęcie, aby je powiększyć
Kliknij zdjęcie, aby je powiększyć
Kliknij zdjęcie, aby je powiększyć
Kliknij zdjęcie, aby je powiększyć

Bio Agadir – skarby Maroka

Wybraliśmy się kiedyś z mężem na wyprawę do Maroka. Dawno, dawno temu, przed ślubem, przed Różą naszą. Ot, młodzi i piękni. Przepłynęliśmy najpierw promem z Malagi do Melilli, pieszo przeszliśmy granicę, a potem podróżowaliśmy lokalnymi autobusami. Doprawdy gorącymi autobusami… Przez Fez, Casablancę, aż w końcu do Tangeru i znowuż promem do Hiszpanii. Była to naprawdę niezapomniana wyprawa, nie brakowało przygód, pysznego jedzenia, słońca i zapachów. W pamięci utkwiły mi obrazy tamtejszych targów pełnych kolorowych przypraw i tego, co ciekawiło mnie najbardziej – glinek ghassoul, ziół, pachnących olejków, wody różanej i z kwiatów gorzkiej pomarańczy, olejów arganowych i z opuncji, mydeł i kosmetyków opartych na całym tym marokańskim bogactwie. I ten klimat maleńkich, zaciemnionych perfumerii połączonych z czymś w rodzaju butików kosmetycznych, tchnących orientalnym czarem, przyciągających i kuszących. No, magia!

Może właśnie ten sentyment, to piękne wspomnienie sprawiły, że tak chętnie i z tak wielką ciekawością przyjrzałam się marce Bio Agadir.



Bo Bio Agadir to kwintesencja tego, co Maroko ma do zaoferowania najlepszego. W czym specjalizuje się od setek lat, czym zawładnął serca kobiet na całym świecie. To kosmetyki, które bazują na prawdziwych marokańskich skarbach – oleju arganowym, oleju z opuncji figowej oraz wodach kwiatowych – różanej i neroli (z kwiatów gorzkiej pomarańczy). Prostota i czysta natura.



Od czego więc zacząć?

Zacznę od moich ulubionych wód kwiatowych! Bio Agadir oferuje dwie marokańskie klasyki – wodę różaną i z kwiatów pomarańczy. Obie uwielbiam! Od czasów tamtej naszej wyprawy. Są to czyste hydrolaty o nieziemskich zapachach. Woda różana, otrzymywana ze świeżych kwiatów róży damasceńskiej, rosnącej w Dolinie Róż Keelat M’gouna w Maroku jest niezwykle kobiecą, subtelną mgiełką, od której można się uzależnić. Te wody różane marokańskie pachną inaczej niż inne, które było mi dane poznać. Ich zapach jest jakby głębszy, słodszy, intensywniejszy, bardziej różany. Lekki, a jednocześnie odurzający. A woda z kwiatów pomarańczy? Och, no cudowna! Zupełnie nie rozumiem, czemu nie jest u nas tak popularna. Ten zapach jest całkowicie wspaniały, tchnie gorącym latem, bryzą od morza, beztroską i miłosnym upojeniem. Naprawdę!



Obu wód używam namiętnie, dosyć często. Jako odświeżające skórę mgiełki, jako toniki (dodając niekiedy kilka kropel octu z lawendą), na makijaż mineralny, aby się utrwalił, a jednocześnie nieco lżej wyglądał. I jako poprawiacze nastroju, bo nie wiem czy wiecie, ale olejek różany i neroli odstresowują, uspokajają i koją zmysły.



Bezsprzecznie najciekawszym jednak produktem marki jest Serum Anti-Age. Jak przeczytamy u dystrybutora: Skoncentrowane serum olejowe, w którym zawarta jest formuła przeciwzmarszczkowa i napinająca skórę. Właściwości rozjaśniające, nawilżające, wygładzające, uelastyczniające skórę oraz liftingujące zawdzięczamy niezwykle unikalnemu i bogatemu w składniki odżywcze składowi serum, w którym znajdują się: olej z nasion z opuncji figowej, mleczko pszczele, miód, olej arganowy, olej z pestek winogron, olej jojoba, olej z nasion ogórecznika, olej z wiesiołka, olej z owoców róży rdzawej i ekstrakt z kwiatów geranium!



Mamy więc prawdziwe bogactwo olejów wzbogacone mleczkiem pszczelim i miodem, co osobiście uważam za połączenie doprawdy świetne. Co ważne, na pierwszym miejscu w składzie mamy najcenniejszy olej z opuncji figowej, który to słynie ze swych właściwości odmładzających, jest też stanowczo najcenniejszym olejem marokańskim. Zaraz za nim plasuje się to tzw. płynne złoto Maroka czyli olej arganowy. O samych olejach wspomnę jeszcze poniżej, dodam tylko, że ekstrakt z pszczelego mleczka “stymuluje metabolizm skóry, regeneruje ją i wspomaga jej gojenie, działa wygładzająco, nawilżająco i kondycjonująco, a miód wykorzystywany jest w leczeniu zmian skórnych oraz trądziku, dzięki swym właściwościom bakteriobójczym, zmniejsza ryzyko powstania bliznowców i przyspiesza też gojenie się ran”.

Pomimo zawartości olejku geraniowego, serum nie pachnie kwiatowo, a raczej… ciasteczkowo. O tak, przez dłuższy czas po jego nałożeniu czuję jakby ciasteczka i jest to zapach niezwykle przyjemny. Być może połączenie takich właśnie naturalnych olejów z pszczelimi darami tak pachnie? Kosmetyk można stosować sam, pod krem, ja jednak na wszelkie oleje mam jeden najlepszy sposób, który jak widać i Bio Agadir bardzo poleca – łączenie ich z kwasem hialuronowym. Nie szukamy daleko, bo w ofercie dystrybutora marki znajdziemy taki właśnie kwas hialuronowy 3% w żelu. Nieco gęstszy niż inne mi znane, ale równie genialnie się sprawdzający.



Wieczorem zatem, oczyszczoną skórę spryskuję najpierw jedną z wód – różaną lub z kwiatów pomarańczy, a następnie mieszam w dłoni kilka kropel serum i kwasu hialuronowego. Taką mieszankę wklepuję w twarz. I nie trzeba nic więcej! Choć można jeszcze na to nałożyć krem. Nie wchłania się od razu, a raczej mam wrażenie czegoś w rodzaju maski na noc. Pachnącej ciasteczkami! Mocno odżywczej, nawilżającej i uspokajającej. Muszę też potwierdzić efekt jędrniejszej i przyjemnie miękkiej skóry. Osobiście bardzo polecam dwa razy w tygodniu zaserwować sobie taką nocną marokańską kurację ujędrniającą.



Pozostały nam jeszcze dwa produkty. Czyste, jednoskładnikowe, esencje marokańskiej pielęgnacji – czyli olej z pestek opuncji figowej i olej arganowy.

Ten pierwszy, olej z opuncji, zamknięty w małej 20-mililitrowej szklanej buteleczce, niezwykle cenny, nazywany bywa naturalnym botoksem – posiada silne działanie przeciwzmarszczkowe, liftingujące  i odmładzające. Stosujemy go do twarzy, tak jak wcześniej opisane serum. Jeżeli zapytacie co lepiej zakupić – serum czy czysty olej z opuncji, odpowiem standardowym “to zależy”. Niektórzy wolą sam olejek, innym bardziej podpasuje serum. Ja osobiście jestem z serum bardzo zadowolona i postawiłabym na niego. Sam olejek polecam na początek osobom o wrażliwej skórze, które stawiają na minimalizm, jakość i powolne wprowadzanie nowych produktów do pielęgnacji.

Kiedy zapytałam dystrybutora o to, który produkt będzie dla kogo lepszy, otrzymałam taką odpowiedź, którą tu niniejszym po prostu zacytuję (być może pomoże to Wam w wyborze!): Serum jak i olej z opuncji figowej można stosować jednocześnie (serum na dzień, a opuncja na noc) lub zamiennie (na chłodniejsze pory roku opuncja, na cieplejsze serum). Młodsze klientki preferują serum, a bardziej dojrzałe połączenie oleju z opuncji na noc z serum na dzień. Niektóre Panie stosują serum pod makijaż, ponieważ szybko się wchłania i nie pozostawia tłustego filmu, co cenią sobie nasze klientki .



Olej arganowy natomiast bardzo praktycznie umieszczono w większej 100-mililitrowej buteleczce. Jego z kolei pokochają zwolenniczki używania olejków do ciała, ale też olejowania włosów. To właśnie olej arganowy jest tu często polecany. “Stosowany jest w celu nawilżenia włosów, ich odbudowy oraz poprawy ich ogólnej kondycji.  Antidotum na suche i łamliwe włosy. Wcierany w skórę głowy hamuje wypadanie włosów oraz zmniejsza łupież. Wygładza włosy, dodaje blasku, przeciwdziała puszeniu. Pozostawia włosy nawilżone, pełne życia. Bardzo dobry jako kosmetyk termoochronny. Stosowany na końcówki przed wyjściem działa jak tarcza, chroniąc je przed niesprzyjającą aurą pogodową.” Ja lubię łączyć go z olejkiem lawendowym i stosować do ciała, po kąpieli, zwłaszcza lekko wklepując na skórę po goleniu. Dodam też ze strony dystrybutora: “działa łagodząco na zmiany skórne towarzyszące łuszczycy, egzemie, poparzeniom czy pęknięciom skórnym. Nie działa komedogennie ani acnegennie (nie zatyka porów)“.

Ach, i jeszcze jedna bardzo ważna sprawa! Marka jest z niej bardzo dumna, nie mogę więc tego pominąć. Oleje arganowe, olej z opuncji figowej i woda różana posiadają certyfikat ECOCERT!



Przenosimy się więc myślami i pielęgnacyjnie do gorącego Maroka! A dokładniej na stronę Domiurada.pl, gdzie znajdziecie całą ofertę Bio Agadir.

Z kodem “LILI” otrzymacie 15% zniżki na nieprzecenione produkty!



Wpis powstał w wyniku bardzo miłej współpracy z marką Bio Agadir.

Motyw bajkowej natury we wnętrzach

Od dłuższego czasu zachwycam się trendem, który określiłabym mianem motywu bajowej natury we wnętrzach.

Jeszcze nie jest on u nas popularny, ale coraz częściej przewija się przez zagraniczne strony i coraz bardziej trafia także w moje serce. Sama w końcu, choć bardzo delikatnie (na ile udało mi się to wynegocjować z mężem), wprowadziłam go do swojego mieszkania, umieszczając dwa murale, zwane też wciąż fototapetami, na ścianach. Obie z resztą pochodzą z Rebel Walls, które i w dzisiejszym poście gości. Bo jakże by inaczej! Mam więc delikatnie rysowaną dżunglę w przedpokoju (TUTAJ) i krzewy rodem z dawnych rycin w moim kąciku pracy (TUTAJ).

I to najczęściej właśnie murale potrafią stworzyć ten niezwykły, tajemniczy, przyrodniczy klimat. To one często stanowią o całym wnętrzu. To one przeobrażają to wnętrze w coś więcej, w coś magicznego, bajkowego. I nie muszą być tak mocne czy intensywne, jak na kilku tu przykładach. Mogą być delikatne, jak u mnie, a efekt wciąż pozostaje niezwykły.

Poza muralami mam też tu dla Was trochę detali, a zwłaszcza – cudne meble z Anthropologie! Nie jest to jeszcze coś dostępnego dla nas, ale być może zainspiruje Was, może znacie dobrego stolarza-rzeźbiarza, który wyczaruje na przykład tak wyjątkowe komody?

W każdym razie, trend mocno we mnie siedzi i równie mocno zachwyca.

Pozostawiam Was więc z tymi kilkoma inspiracjami, część dostępna już u nas, część to tylko internetowe pomysły. Niemniej jednak, warte dostrzeżenia!


Zdjęcie z początku wpisu – mural/tapeta Bellewood z Rebel Walls (ta sama, którą mam w kąciku pracy, ale z kolorami).


Jandajoss.me
po lewej: Anthropologie // po prawej: Anthropologie
Oly Studio / Pinterest
po lewej: Jandajoss.me // po prawej: Wall&Decò via Archiproducts
Tapeta Aurora Wallpapers
Po lewej: tapeta Heron Gucci // po prawej: Pinterest
Tapeta Mirage Rebel Walls
po lewej: Anthropologie // po prawej: Anthropologie
Planete Deco
po lewej: Pinterest // po prawej: tapeta Maison Forest / Photowall
Tapeta Swan Lake Rebel Walls
po lewej: Pinterest // po prawej: Jandajoss.me
Planete Deco
po lewej: Photo : Julien Fernandez / Pinterest // po prawej: tapeta Birds Dekornik
Tapeta Aurora Wallpapers

Kosmetyki mineralne Earthnicity Minerals

Oto i polubiłam się z nowymi minerałkami.

Oj, doprawdy polubiłam się bardzo!

Ale od początku!

O marce Earthnicuty Minerals słyszałam od dawna, śledziłam jej postępy i po cichu obserwowałam. Nadeszła więc najwyższa pora na jej wypróbowanie. Czemu?

Bo ja, moi drodzy, mineralne kosmetyki do makijażu bardzo lubię. A tym bardziej te tak dobrze współgrające z moją skórą!



Używacie kosmetyków mineralnych? Pewnie sporo z Was stosuje je na co dzień, ale zapewne równie sporo jeszcze nie rozpoczęło swojej z nimi przygody. Przypomnę więc może na początek, dlaczego sięgamy po makijaż mineralny.

Kosmetyki mineralne, w tym oczywiście nasza dzisiejsza gwiazda – Earthnicity Minerals, są bardzo łagodne dla skóry! Nie podrażniają jej, nie powodują alergii, nie zapychają, nie doprowadzają jej stanu do pogorszenia, a wręcz przeciwnie – pozwalają zniwelować stany zapalne, matują, pochłaniają nadmiar sebum. Są leciutkie, naturalne i chronią skórę przed słońcem. Są więc bardzo dobrym rozwiązaniem dla wszelkich skór problematycznych i wrażliwych. I dlatego, przyznaję, sama lubię po nie sięgać.

A także dlatego, że skóra staje się dzięki nim taka jakby… aksamitna. Jakby wygładzona, miękka w dotyku. Co równie ważne, makijaż mineralny wygląda bardzo naturalnie. Każdy z kosmetyków po chwili jakby stapiał się ze skórą. Ot, znikał po prostu! Ale pozostawiając przy tym to, na czym na nam zależy – czy to wygładzenie i ujednolicenie po pokładzie i pudrze, czy – lekkie muśnięcie koloru. Nie ma tego, tak zwanego, efektu maski, jest za to lekki, naturalny makijaż, który osobiście bardzo lubię i noszę na co dzień.

Wracając do samej marki Earthnicity Minerals, bardzo spokojnie, ale konsekwentnie zdobywa ona nasz rynek. I dobrze, cieszę się bardzo. Są to bowiem kosmetyki, które z pewnością warto poznać. Na początek jednak muszę pochwalić markę za coś niezwykle istotnego w przypadku zakupów online kosmetyków kolorowych. Wybierałam bowiem sama produkty Earthnicity pierwszy raz, kierując się jedynie zdjęciami na stronie. Wiecie zapewne dobrze, że jest to wyzwanie spore i łatwo tutaj o błędnie dobrane kolory. Na szczęście wszystkie kosmetyki idealnie wpasowały się w moją cerę! Jedynie jeden cień do powiek, zdaje mi się, że nieco bardziej wpada w czerwone barwy niż wyglądało to na zdjęciu, ale i tak pięknie się prezentuje. Duży plus zatem za dobre zdjęcia!


Mam też już swoich największych ulubieńców!

W czołówce z pewnością umieszczam Bronzer mineralny Sunkissed Shimmer! Ktoś, kto wymyślał tę nazwę, w pełni oddał efekt kosmetyku na skórze. Wygląda dosłownie jakby muśnięta słońcem! Takim ciepłym, późno-letnim, wieczornym. Z lekkimi błyszczącymi elementami. Puder rozświetla więc i podkreśla kości policzkowe. I wciąż wygląda bardzo naturalnie! No, cudo!


Bronzer i róż Earthnicity

Równie mocno zaprzyjaźniłam się z podstawowym kosmetykiem w makijażu mineralnym – z podkładem. Wybrałam, jak to już Wam pisałam – “na oko” odcień Moonlight (swoją drogą, znowu piękna nazwa) i był to wybór trafiony w punkt. Podkład, jak i pozostałe kosmetyki marki, jest sypki, umieszczony w typowym, a bardzo praktycznym pojemniczku z małymi dziurkami. Aby go nałożyć, należy przesypać nieco podkładu na dno pokrywki, a następnie pędzlem, okrężnymi ruchami zebrać ten pył, strzepnąć nadmiar i pewną ręką, znowuż okrężnymi ruchami lub stemplując skórę, nakładać go na buzię. Nakładam jedną lub dwie warstwy,

Doprawdy nic skomplikowanego, jeśli tylko nakładamy go specjalnym, miękkim, gęstym pędzlem kabuki. I tutaj też ukłon w stronę marki – pędzel Eartnicity nie tylko elegancko się prezentuje, ale idealnie spełnia swoją funkcję! I wiecie co? Otrzymujemy go w specjalnym woreczku, co znacznie ułatwia podróżowanie z kosmetykami mineralnymi! Brawo! Dodam tu jeszcze, że do podkładu dołączona jest welurowa poduszeczka do nakładania, co też może przydać się np. w pracy czy w podróży.



W każdym razie – nałożony podkład po chwili wtapia się w skórę. Wygląda zupełnie jak ona, ale… cóż no… no lepiej. Mamy delikatne krycie i wyrównanie koloru. Mamy wygładzenie. Podkład trzyma się długo i nie bryluje. Muszę tu wspomnieć, że niezwykle istotne jest tu przygotowanie skóry przed nałożeniem podkłądu. Musi ona być nie tylko dobrze oczyszczona, ale przede wszystkim, odpowiednio nawilżona. Ale o tym jeszcze za chwilę…

Bo w mojej czołówce uplasował się także Rozświetlający puder mineralny Silk Glow Light! Ponownie – no cudo! I ponownie – nazwa w pełni adekwatna, bo to, co rzuca się pierwsze w oczy to to wrażenie jedwabistego rozświetlenia. Jakby skórę otuliła leciuteńka jedwabna warstwa, jakby cała się nagle rozpromieniała! Jest to puder wykończeniowy, czyli stosujemy go na podkład, ale producent poleca także bezpośrednio na skórę. Jeśli poszukujecie kosmetyku, który daje efekt “wow” to będzie to właśnie ten!


Od lewej – Puder Velvet HD, Puder Rozświetlający Silk Glow Light i Podkład mineralny Moonlight

Podium zapełnione, ale muszę docenić także Puder utrwalająco-matujący Velvet HD. To ten cały biały, transparentny, leciuteńki pyłek. Ale nic się nie bójcie, on także na twarzy jakby znikał! Świetnie utrwala makijaż i matuje skórę, wzmaga wrażenie wygładzenia i zmniejsza widoczność porów i niedoskonałości. Zacny to puder, praktyczny i skuteczny.

Nie mogłabym nie pochwalić także różu! Wybrałam odcień Flamingo i znowuż – trafiłam idealnie. Moja skóra lubi się z tym odcieniem, a i na powiekach całkiem dobrze wygląda. Jest to róż naprawdę delikatny i bardzo naturalny, ale z wyróżniającymi się rozświetlającymi drobinkami. I na co dzień i na większe okazje.


Bronzer i róż Earthnicity

Na zdjęciu poniżej nałożyłam koło siebie specjalnie dosyć widoczne warstwy – od góry – bronzera, różu, a na dole – cienia do powiek Champagne, który spokojnie może służyć za jaśniejszy rozświetlacz. Co ważne, każdy z tych produktów bardzo łatwo się rozsmarowuje, dla uzyskania lżejszego i wyglądającego naturalnie efektu.



Te trzy słodkie, małe słoiczki to cienie do powiek.

Ten szary najciemniejszy odcień – Slate świetnie nadaje się do podkreślenia linii oka zamiast kredki, a także tworzy bardzo przyjemny wizualnie efekt smoky. Dobrze zgrywa się z cieniem Iced Coffee, który nieco wpada mi w barwę cegły, podkreśloną świetlistymi drobinkami. Ostatni, wspomniany już Champagne, to ciepłe złoto, odcień wręcz szampański, satynowy, który może rozświetlić kącik oczu i łuk brwiowy. Wszystkie razem naprawdę ładnie wyglądają (na moich zdjęciach to właśnie one).



Te urocze pojemniczki, wbrew pozorom, także są całkiem praktyczne. Wysypujemy na pokrywkę doprawdy niewielką ilość cienia, którą nakładamy na oko. Nic się nie rozsypuje, nic nie marnujemy, nie brudzimy się, tylko spokojnie pędzelkiem zbieramy kolorowy pyłek.



Pozostał nam jeszcze jeden produkt – Nawilżająca Baza pod makijaż – Wielozadaniowy krem przeciwzmarszczkowy z filtrem SPF 20. Z góry zaznaczam, że nie jest to krem w pełni naturalny. Ma sporo świetnych składników, ale i takie, których kosmetyka naturalna nie lubi. W użyciu jednak spełnia w pełni swoje zadanie.

Jego konsystencja przypomina mi raczej odżywkę do włosów. Jest leciutki, bezzapachowy, dobrze się rozprowadza. Pozostawia skórę widocznie nawilżoną, jakby tylko czekającą na podkład mineralny. Mam wrażenie, że służy on za swoiste lepiszcze, które związuje nam sypkie pudry ze skórą. Ewidentnie stworzył go ktoś, kto dobrze wie, czego potrzebuje makijaż mineralny. A przy tym widocznie zmiękcza i nawilża skórę.



Jeśli miałabym się czegoś tu czepiać, to chyba najbardziej braku produktów prasowanych. Wprawdzie w miarę używania człowiek przyzwyczaja się do tych sypkich, osobiście jednak lubię bardzo i te prasowane. Ach, no i krem mógłby mieć naturalniejszy skład.

Same jednak kosmetyki mineralne – super! Polecam bardzo! Są po prostu piękne, wydajne, praktyczne, łagodne i skuteczne. Skóra je lubi, lubi przy nich oddychać, jest promienna i gładsza.


Wszystkie kosmetyki znajdziecie na stronie Earthnicity Minerals!

Z kodem “LILI” otrzymacie 15% zniżki na nieprzecenione produkty!



Wpis powstał w wyniku bardzo miłej współpracy z marką Earthnicity.


Facebook