Just fun

Wkraczamy w to nieco chłodnawe, bardzo krajowe lato z odrobiną fantazji!

Z kolorami i minionym klimatem!

Nie może być nudno. Szkoda czasu na nudę!

Czyli zapraszam na małą porcję kolorowych wakacyjnych inspiracji!



  1. Izipizi Sun Junior #C Pink / ponoć dziecięce, ale jakie fajne / Pan Pablo
  2. Kolczyki Miro Sauvage / 10 Decoart
  3. T-shirt z motywem z Przyjaciół / Reserved
  4. Zielona kamizelka w stylu lat 80. / PULL&BEAR
  5. CAFE MIMI – Żel pod prysznic GUJAWA i TRUSKAWKA – o owocowym, słodkim aromacie zawiera ekstrakt z  gujawy, sok z truskawki, mleko migdałowe i olej z Babassu / Blisko Natury
  6. MAKE UP! Naturalna pomadka i róż 02 / Make Me Bio
  7. Plecak Doughnut Macaroon Mini Rose x Taro / Pan Pablo
  8. Zdobione spodnie z szerokimi nogawkami i wysokim stanem / Uterque
  9. Kolorowe buty sportowe / Zara
  10. We Love The Planet – Sztyft przeciwłoneczny 30 SPF – jest naturalny i wodoodporny. Łatwo się go nakłada i rozprowadza na skórze. Pozostawia skórę odpowiednio nawilżoną / Blisko Natury

Zauroczona: imprm

To jest chyba najbardziej pozytywna kolorystycznie marka, jaką znam! I to polska marka! Poznajcie moje nowe zauroczenie: imprm!

Czy nie idealne na lato? Stroje kąpielowe, kimonka, spodnie ogrodniczki, lekkie lniane sukienki, wielkie pojemne torby, szorty i spódnice. Wszystko opatrzone w energetyczne nadruki pełne słońca lub przeciwnie – jednokolorowe tkaniny, wciąż jednak w tej wakacyjnej palecie barw.

Założycielki imprm poznały się na studiach, a następnie przez kilka kolejnych lat każda z nich doskonaliła swoje umiejętności podczas pracy w branży m.in. dla Zimmermann. Współpracowały w jednej z wiodących polskich marek, w której Sonia projektowała ubrania, a Sue wzory na tkaniny. Wiedziały, że doskonale się uzupełniają, a poza tym mają podobny gust, dlatego postanowiły stworzyć firmę zgodną z ich wartościami – dbałością o ekologię, etycznym stosunkiem do świata i potrzebą piękna. Bazą do wszystkich ich działań projektowych jest bezkompromisowa troska o środowisko.

I to jest tak piękne! Nie tylko efekty działań marki zachwycają, urzekło mnie także to, jak dziewczyny podchodzą do aspektów ochrony środowiska i jakości materiałów. Zajrzyjcie TUTAJ, aby poczytać o materiałach, z których powstają cuda imprm, a TUTAJ – po kilka ciekawostek o opakowaniach.

Pozostawiam Was ze zdjęciami imprm – niechaj zainspirują Was wakacyjnie!

Zajrzyjcie także na stronę imprm studio, na Instagram i Facebook marki!


Czasem sobie z Misią marzymy…


Czasami tak sobie siedzimy wieczorami z Misią, moją sunią, i marzymy. I czasami wydaje mi się, że marzymy o tym samym. Kiedy indziej ona marzy o kościach, a ja ruszam w moich marzeniach nad ciepłe morze. I wiem wtedy jedno – że Misia to te swoje kosteczki jadłaby najchętniej ze mną nad tym morzem 🙂 Oj tak!



I tak mnie naszło, żeby czasami te nasze marzenia zamieniać w obrazki. A dokładniej, to wkręcam się w rysowanie i pomyślałam, że będę Wam tutaj od czasu do czasu coś pokazywać.

Na początek, trzy ilustracje pełne wakacyjnych marzeń!


Nowe dla o!figa

Nie spoczywa nam Patrycja na laurach, oj nie! Wciąż tworzy i zaskakuje nowościami w swojej marce o!figa! A mnie cieszy to szczególnie, bo uwielbiam z nią współpracować!

Spieszę więc z małą prezentacją nowości o!figa, a jednocześnie naszej graficznej współpracy. Ponownie bowiem to właśnie moje etykietki pojawiają się na kosmetykach Patrycji.

A dokładniej – projekt etykiet, zdjęcia i kolaże produktowe. Poniżej także znajdziecie mały wgląd w cennik hurtowy marki, który także ostatnio powstał!

Po więcej zapraszam do mojego portfolio:

>>> Lili Creative <<<



Wróćmy do samych nowości. Są to dwa kosmetyki, które już dokładnie wypróbowałam i polecam serdecznie!


Ja, Papaja

To kosmetyk, który możesz stosować jak maseczkę lub jak myjący puder do twarzy. Produkt jest bogaty w proteolityczne enzymy z papai i ananasa, które wspomagają proces rozpuszczania warstwy rogowej naskórka, w następstwie czego skóra jest gładsza, oczyszczona, zmniejszona jest widoczność porów i tendencja do zaskórników. Kosmetyk doskonale sprawdzi się w pielęgnacji cer naczyniowych, delikatnych, trądzikowych.

Jest to więc delikatny biały puderek, który po zmieszaniu z wodą przybiera postać emulsji. Tą emulsją myjemy twarz, masując ją przez dłuższą chwilę. Ja zazwyczaj zostawiam ją na twarzy, dopóki nie wejdę pod prysznic i tam po chwili ją zmywam, czasami jeszcze dodając odrobinę żelu do twarzy. I tak mniej więcej dwa razy w tygodniu.

Jestem wielbicielką tego typu proszków myjących opartych na białej glince od dawna. Uwielbiam je! A tutaj mamy jeszcze dodatek pełnych enzymów papai i ananasa, które dodatkowo peelingują. Połączenie idealne! Buzia jest czysta, miękka i tylko czeka na porcję kremu.

Maskę znajdziecie na stronie o!figa



Silna Trójca


To młodsza siostra Pięknej trójcy. To także trójcząsteczkowy żel hialuronowy, jednak o wyższym stężeniu, bo aż 3%. Każda z cząstek pełni inną funkcję i uzupełnia swoje działanie.

Kwas małocząsteczkowy przenika do naskórka, kwas ultramałocząsteczkowy przenika do głębszych warstw skóry, gdzie wiąże wilgoć, dzięki czemu nawilżenie dłużej się utrzymuje, natomiast kwas wielkocząsteczkowy tworzy warstwę okluzyjną, która chroni naskórek przed utratą wody. Każdej cząsteczki jest w Silnej Trójcy po 1%.

Silna Trójca jest gęstsza od Pięknej Trójcy, czyli różnica jest widoczna gołym okiem. Gdzieś też wyczytałam, że tego typu żel można nakładać już sam na twarz, osobiście jednak bardzo polecam na oczyszczoną buzię nałożyć nieco żelu, a na to przynajmniej odrobinę kremu. Lub olejku – jak wolicie! Ja wolę krem. Wtedy zamyka on żel w skórze i efekt nawilżenia jest najlepszy.

Żel cudownie łagodzi i zmiękcza skórę. Stanowi jakby skumulowaną dawkę nawilżenia i ukojenia. Genialnie uzupełnia każdy krem (lub olejek). Nakładam go także czasami punktowo w inne miejsca na ciele, na drobne ranki, aby się szybciej zagoiły. Pomaga! Bardzo się zatem polubiliśmy!

Żel znajdziecie na stronie o!figa


Woski pachnące majem malowane

Za szybko mijają te dni najpiękniejsze rozkwitu bujnego i pełnego. Za szybko maj nam uciekła, a i czerwca zaraz zapewne nie będzie. Jak zatrzymać te beztroskie radości, te kolory naładowane słoneczną energią, te chwile zapomnienia i szczęśliwości?

Można na przykład zakląć je w woski pachnące? I ozdobić je majem!



I choć ja faktycznie w maju wybrałam się na poszukiwania kwiatów, to spokojnie przez całe lato możecie zbierać te najpiękniejsze! A jesienią kolorowe liście. I tak powstanie nam swoisty pamiętnik czasów dobra i ciepła.

Wybieramy się więc na okoliczne łąki i do ogródków, zbieramy po trochę kwiatów i zasuszamy je pomiędzy kartami grubych książek. Na książkach ustawiamy coś ciężkiego, aby rośliny dobrze nam się sprasowały i odstawiamy je w spokojne miejsce na 1-2 tygodni.

Kiedy dobrze się zasuszą, rozpoczynamy tworzenie woskowych obrazów!



Woski pachnące majem malowane


Składniki / 4-6 tabliczek woskowych podobnych do tych na zdjęciach

  • 100 g wosku sojowego (polecam EcoSoya Q210 ze ZróbMydełko)
  • 1 łyżka olejku ylang ylang (mój pięknie pachnący także ze ZróbMydełko)
  • zasuszone kwiaty


Do stworzenia wosków wykorzystałam specjalne silikonowe foremki, ale spokojnie możecie wykorzystać to, co macie pod ręką – foremki na muffinki lub choćby przycięte kartoniki po serach feta. Jeżeli chcielibyście takie woski potem powiesić, a Wasze foremki nie mają specjalnego otworu/dziurki, to możecie go wykonać samemu, np. wbijając przyciętą papierową rurkę do picia w taki świeżutko stwardniały wosk. Zostawiamy ją w nim, aż nieco bardziej całość stwardnieje i delikatnie wyciągamy.

Do aromatyzowania moich wosków wybrałam olejek ylang ylang o głębokim, mocnym, odurzającym wręcz zapachu egzotycznych kwiatów. Jego działanie określa się mianem euforycznego, jest też znanym afrodyzjakiem. Sama bardzo lubię ten zapach, choć znam osoby, którym nie odpowiada on w ogóle. Polecam go jednak do naszych wosków, bo fantastycznie komponuje się z feerią majowych suszonych kwiatów.

Wosk roztapiamy w szklanej zlewce lub ceramicznej miseczce w kąpieli wodnej. Kiedy będzie płynny, ściągamy go z ognia i dolewamy olejek. Całość mieszamy i przelewamy do foremek. Odczekujemy chwilę, aż wosk lekko stwardnieje – stanie się gęstszy, bielszy, a powierzchnia delikatnie zastygnie. Dopiero wtedy układamy na nim kwiaty według uznania. Nie trzeba się bardzo spieszyć, wosk jeszcze dłuższą chwilę będzie “lepki”, a roślinki można ewentualnie lekko dociskać wykałaczkami.

Ozdobione woski pozostawiamy na kilka godzin, a najlepiej na całą noc i wyciągam z foremek. Wieszamy je w szafach, wkładamy do szuflad lub rozkruszamy i roztapiamy w kominku zapachowym.


Sztuka dawnych okładek książek

Źródło


Zabieram Was dzisiaj w inny świat! Świat, który jakiś czas temu całkowicie mnie oczarował. Świat okładek dawnych książek! Niezwykłych małych dzieł sztuki z XIX i początków XX wieku, które teraz stanowią dla mnie ogromną inspirację w mojej graficznej pracy.

Zanurzmy się na chwilę w tę okładkową magię. W te złote ornamenty na kontrastowym tle ciemnego płótna. W tę misterną grę symboli. W fantastyczny kunszt artystów.

Ja tkwię w mym oczarowaniu, a Wy?



Źródło

Margaret Armstrong


Wśród twórców dawnych okładek książek prawdziwą gwiazdą była Margaret Armstrong (1867–1944). To amerykańska artystka, której prace są doskonale rozpoznawalne i cenione do dzisiaj. Swoją twórczą karierę rozpoczęła w 1890 roku, a w 1893 zwyciężyła swoją okładką w konkursie podczas World’s Columbian Exposition w Chicago. Została też wtedy wzmiankowana w artykule Frank Linstow White’a “Younger Women in American Art”, co otworzyło jej drogę do profesjonalnej kariery. Do lat 20. XX wieku była jedną z najbardziej znanych kreatorek okładek książkowych i regularnie pracowała dla wydawców w Nowym Jorku i Chicago. Opracowała ponad 250 okładek, była także cenionym botanikiem, pisarzem i redaktorem.

Jej dwie najpopularniejsze serie książkowe to okładki dzieł Henrego Van Dyke’a oraz Myrtle Reed. To właśnie ta pierwsza zauroczyła mnie najbardziej i ją pokazuję Wam poniżej. Zwróćcie uwagę na niezwykłe przedstawienie detali, na cudowne symetrie, na przemyślaną symbolikę, na organicznie zaprezentowane motywy roślinne. Każda z tych okładek to dzieło sztuki! I każda stanowi niedościgniony wzór dla każdego grafika.

Więcej o Margaret Armstrong znajdziecie TUTAJ – na dedykowanej stronie Uniwersytetu Cincinnati. Stamtąd tez pochodzą poniższe okładki.


Facebook