Mam dzisiaj dla Was garść różnych fajnych rzeczy, postanowiłam się więc nie rozdrabniać i wrzucić je poście zbiorowym. Początkiem tygodnia zaproszę też tutaj na nieziemskie widoczki z Helu. A tymczasem zaczynamy od… portretu wróżki!
Portret wróżki – tapeta na telefon
Stworzyłam bowiem kolaż, który chciałabym sprezentować Wam jako kolejną już tapetkę na telefon. Jest magiczny i bardzo kobiecy. No i zatytułowałam go „Portret wróżki”.
Niechaj więc cieszy i Was na co dzień, niechaj przynosi nieco magicznej radości! Możecie go ustawić według własnych preferencji.
Aby go ściągnąć do siebie na telefon czy komputer należy kliknąć poniżej:
Kolaż/ilustracja do wykorzystania jedynie personalnego.
Flagolie Masło Czerwona Pomarańcza
Mam też piękne pachnące poleconko! Chodzi o krakowską markę Flagolie, która rozwija się jak szalona. Jeśli będziecie kiedyś w Krakowie wpadnijcie do któregoś z butików – są na ulicy Anny, Floriańskiej i Grodzkiej. Byłam dwa razy w tym pierwszym i jest tam przepięknie. Kosmetyki marki są też dostępne niedaleko mojego domku, muszę więc rozpocząć poważniejsze testowanie.
Na początek sięgnęłam po masełka do ciała. Od razu mówię – są genialne! Na wykończeniu mam dwa wspaniałe o zapachu zielonej herbaty (cudo!) i marakui. Mają jeszcze stare etykiety – masełko Czerwona Pomarańcza przeszło już bowiem rebranding i wygląda przepięknie, prawda? Choć te wcześniejsze etykietki też mi się podobały. Nie wiem tylko, czy wszystkie zapachy wrócą, bo na stronie widnieje aktualnie tylko to jedno nowe masło.
W każdym razie masełka nie tylko wyglądają wspaniale, ale i pachną i działają! Zachwycam się, bo są to całkowicie „moje” zapachy. Pomarańcza po prostu unosi w jakieś południowe ciepełko. Mogłabym ją wąchać i wąchać. Na sobie i na innych!
Masło ma też idealną konsystencję. Może słoiczki nie są wielkie, ale naprawdę wydajne. Masło jest treściwe, ale nie tłuste! Zbite, ale bardzo dobrze się rozprowadza i wchłania. A najważniejsze – świetnie odżywia skórę i pozostawia ją nawilżoną i mięciutką.
Bardzo polecam jako umilacza jesiennych i zimowych wieczorów. Czy to do ciała, czy jako krem do rąk. Ukojenie dla skóry, a zapach łagodzi zmysły!
Chciałabym pokazać Wam jak ładnie może wyglądać oferta, a przy okazji polecić Izę! Poniższe pliki przygotowałam właśnie dla Izy i od razu mówię, że mogą mieć formę zarówno drukowaną, jak i pdf, który załączacie klientom w mailach.
Z Izą współpracujemy już ho, ho – od dawna. Wiem więc dobrze, że jest pełną pasji i zaangażowania profesjonalistką z ogromną wiedzą w zakresie kosmetologii i naturalnych metod odmładzania. Jest właścicielką salonu urody, ale prowadzi też warsztaty i spotkania, podczas których uczy technik automasażu, tapingu twarzy i podstaw kosmetologii holistycznej. Ma szereg autorskich programów, które idealnie sprawdzają się podczas mniej lub bardziej formalnych eventów.
Jeśli poszukujecie pomysłu na ciekawie spędzony czas polecam zajrzeć do Izy na Facebook i Instagram.
Surf Inc.
Brałam ostatnio udział w konkursie graficznym organizowanym przez markę Surf Inc. Nie udało się wygrać, ale mój projekt nadruku na bluzę w surferskim klimacie bardzo mi się podoba – zostawiam więc go tu na pamiątkę!
Poniższa ilustracja powstała na potrzeby jednego z ostatnich projektów. Nie została wykorzystana – poszłyśmy w zupełnie inny styl. A że, znowuż, bardzo mi się podoba, to i tę ilustrację tutaj zostawiam!
A poniższe cytrynki będą częścią kolekcji wzorów inspirowanej Włochami. A jakże!
Spieszę dzisiaj z prezentacją jednego z ostatnich moich projektów! A jest projekt wyjątkowy, bo i mi samej dużo dał. Naprawdę!
Tym razem bowiem stworzyłam dla Fundacji Work Safe serię infografik, które zostały wydrukowane jako piękne, praktyczne karty pierwszej pomocy!
Same karty stanowią rodzaj cegiełki – zysk z ich sprzedaży zasili działalność samej fundacji, która planuje bezpłatne szkolenia dla dzieci, aby od najmłodszych lat uczyć jak reagować w sytuacjach zagrożenia życia. Bo dzieciaki muszą wiedzieć, że pomagać może każdy!
Poniżej znajdziecie informacje o kartach od Oli z fundacji Ja natomiast serdecznie zapraszam do odwiedzenia strony Fundacji Work Safe. Karty może bowiem zakupić każdy – jestem pewna, że przydadzą się i w każdym domu, i w każdej firmie!
Karty pierwszej pomocy – Twoje wsparcie w chwili zagrożenia
To autorski, unikalny projekt Fundacji Work Safe – zestaw edukacyjnych kart z czytelnymi infografikami, które w prosty sposób pokazują, jak działać, gdy liczy się każda sekunda.
Karty powstały z myślą o tym, by wiedza z zakresu pierwszej pomocy była dostępna, zrozumiała i łatwa do zapamiętania dla każdego – niezależnie od wieku i doświadczenia. To praktyczne narzędzie, które krok po kroku prowadzi przez najważniejsze czynności ratujące życie.
Świetnie sprawdzają się zarówno w domu, jak i w szkole, firmie czy placówce edukacyjnej – wszędzie tam, gdzie bezpieczeństwo ma znaczenie.
W zestawie znajdziesz instrukcje dotyczące:
Zatrzymania krążenia u dorosłych
Zatrzymania krążenia u dzieci
Ataku padaczkowego
Ataku tężyczki
Zadławienia
Omdlenia
Stanu przedomdleniowego
Krwotoku z nosa
A także praktyczne wskazówki krok po kroku, jak prawidłowo wykonać:
Udrożnienie dróg oddechowych
Manewr Heimlicha
Pozycję boczną bezpieczną
Karty sprawdzą się w domu, w pracy, w gabinecie, w samochodzie czy w szkole. Są proste, czytelne i przydatne dla osób w każdym wieku- dla profesjonalistów, rodziców, nauczycieli i wszystkich, którzy chcą być gotowi, by pomóc drugiemu człowiekowi.
Na ostatnie warsztaty wywiało nas pod Wrocław i muszę przyznać, że była to całkiem przyjemna wyprawa. A i warsztaty bardzo udane – kilka serii krótkich, kameralnych spotkań dla pracowników jednej z dużych firm. Mieli wyjazd integracyjny pełen różnych atrakcji. Ja zaproponowałam im zabawę zapachami.
Tak i każdy uczestnik stworzył między innymi swoje perfumy w kremie. Zwane perfumami w balsamie. Albo z angielska – solid perfume.
A że stworzyłam dla nich bardzo przyjazny, prosty przepis, dzielę się nim i tutaj.
Choć to nie tylko sam przepis sprawił, że to tworzenie było tak piękne i kreatywne…
Tym razem udało mi się bowiem dobrać przeurocze naklejki, którymi można było ozdobić opakowania – słoiczki i buteleczki! Może dla niektórych to drobiazg i nic specjalnego… Ale moja artystyczna, romantyczna dusza aż kwiczała z radości!
No spójrzcie – czy te kwiaty nie są obłędne? Znalazłam je na Allegro – jest tam tego cała masa. Cały naklejkowy świat.
Oczywiście przy próbach i tworzeniu proporcji zrobiłam sobie sama takie perfumy i kocham je z tymi kwiatami miłością szczerą. Mam dwa takie słoiczki – jeden pachnie zaskakująco i hipnotyzująco – dzikim pomidorem, drugi zrobiłam jako zastrzyk energii – połączyłam naturalne olejki z limetki i pomarańczy.
Słoiczki z zapachami trzymamy sobie po prostu pod ręką. Może w torebce, może na biurku, może na toaletce. Kiedy tylko potrzebujemy otulić się zapachem – sięgamy po nasze perfumy, rozsmarowujemy troszkę na nadgarstkach i za uszami i… pachniemy!
Solid perfume czyli perfumy w balsamie
Składniki:
10 g masła shea rafinowanego
5 g wosku pszczelego białego
20-25 kropelek olejku eterycznego lub zapachowego
W kąpieli wodnej rozpuszczamy masło i wosk. Kiedy będą płynne, ściągamy ze źródła ciepła, dolewamy zapach i mieszamy przez dłuższą chwilę, aby wszystko dobrze się połączyło. Odstawiamy do stwardnienia.
Poniżej mały wycinek warsztatowego świata! Zapraszam też na stronę z ofertą warsztatów słodyczy kosmetycznych i kosmetyków naturalnych:
Tak i znowu pojechaliśmy do Włoch… I nic nie żałuję! Bo Toskania… No… wiadomo – od zawsze chciało się zobaczyć. Przyszedł więc na nią czas. I na nasze wczesno-wrześniowe wakacje.
A że znowuż wydaje mi się, że całkiem fajnie mi to się wszystko zaplanowało, to i znowu podrzucam i tutaj – jako inspirację dla Was. Być może także od dłuższego czasu marzy Wam się bowiem Toskania i potrzebujecie tylko tej jednej iskierki, która zadecyduje o przyszłym lecie. Albo jeszcze i jesieni… Tak, jest tam pięknie, bardzo pięknie. Jesienią zapewne też.
I choć u nas był to wyjazd wakacyjny, choć prognozy mówiły o niewielkich upałach, to pogoda się trochę sknociła w trakcie i poczuliśmy już ten vibe jesieni. I to też było piękne. A wręcz, mam wrażenie, bardzo pasujące do tych toskańskich tajemniczych widoków, wzgórz, lasów i pozakręcanych dróg. No i w sumie wolimy tak szwendać się w lekkim chłodzie niż w okropnym upale.
Podrzucam zatem trochę zdjęć widoczków – robionych na szybko słabym telefonem, więc nie idealnych. Ale nawet w ten sposób widać na nich tę niezwykłość regionu. Bo tam naprawdę prawie wszędzie jest jak na pocztówce. Domki i zabudowania w tym samym stylu, winnice, gaje oliwne, średniowieczne majestatyczne miasteczka górujące nad okolicą. Zupełnie inne od tych nadmorskich – przywołujące na myśl dawne legendy.
Wybraliśmy się na wakacje rodzinne, podzieliłam więc nasz pobyt na dwie części. Pierwszą spędziliśmy nad morzem na campingu, a potem przemieściliśmy się wgłąb lądu do typowo toskańskiej agroturystyki z pięknym widokiem i w pobliżu kilku tych uroczych miasteczek. Miało być spokojnie, bez zjeżdżania całego regionu i odhaczania po kolei atrakcji turystycznych. I tak było. A dzięki temu jest apetyt na więcej.
Ale wracając do spraw organizacyjnych….
Do Toskanii udaliśmy się samolotem, choć wiem, że wielu naszych rodaków wybiera własny samochód. Jednak dla nas taka długa trasa to stanowczo nie jest dobry pomysł. Wybrałam więc lot do Pizy. Tam też dolecieliśmy na wieczór i spędziliśmy pierwszą noc. Lotnisko w Pizie mieści się praktycznie już w mieście, można więc na spokojnie z całą rodziną i bagażami przejść sobie piechotą do jednego z okolicznych apartamentów, a potem wyjść coś zjeść i poszwendać się po uliczkach. Do krzywej wieży akurat jest piechotą kawałek, więc tę atrakcję zostawiliśmy sobie na ostatni dzień, na zwyczajne odhaczenie.
Rano, po śniadaniu w pobliskiej pasticcerii, udaliśmy się po autko, które zarezerwowałam nam wcześniej, bo to nim właśnie przemieszczaliśmy się w czasie naszych wakacji. Wybrałam wypożyczalnię Centauro. Samochód opłaciłam bezpośrednio na ich stronie. Polecam, bo było to naprawdę bezproblemowe – wybrałam opcję z pełnym ubezpieczeniem, z fotelikiem dla dziecka, z płatnością kartą debetową. Na miejscu zatrzymano na karcie jedynie około 100 euro na poczet paliwa, które potem bez problemu zwrócono. A do wypożyczalni z lotniska odjeżdża co chwilę żółty busik.
No i wyruszyliśmy do naszego pierwszego miejsca…
Camping Hu Park Albatros
Natknęłam się na niego w relacjach, na którymś z „włoskich” blogów i tak jakoś mi… siadł w głowie. Pisano o nim, że jest super na początek przygody z campingowaniem, a że to był właśnie nasz pierwszy raz – weszłam na stronę i zarezerwowałam nam 4 noce. Tak wiecie – bezpiecznie… Bo gdyby było nazbyt głośno czy tłoczno, to nie będzie za długo. I wiecie co? Było wspaniale!
Moja córka nazywała to miejsce Krainą Wesołych Bułeczek (od logo jednego z pośredników, które było na wielu domkach) i coś w tym jest. Tak to widzę – jako miejsce totalnej wakacyjnej radości i szczęśliwości. Tam po prostu ten dziecięcy zachwyt i beztroskę czuło się w powietrzu!
Camping to ogromna wakacyjna wioska położona w lasku piniowym – pod ogromnymi, cudownymi drzewami, które dawały cień i wspaniałe zapachy. Jest tu całe zaplecze rekreacyjne – teren z placem zabaw, mini klub, park linowy, przestrzeń do siedzenia z lodami, kilka restauracji i food trucków. Są ogromne baseny – i te głębokie, ale najlepsze były niskie, lagunowe, z miękkim dnem. Idealne dla mniejszych dzieci. Wieczorami na terenie parku wodnego jest mini disco i show dla starszych. Dziecię młodsze i starsze zachwycone, ale od razu mówię, że daleko temu show do poziomu tureckich all inclusive. Niemniej jednak oglądaliśmy zafascynowani tym, co to też może w zasadzie jedna pani wymyślić. A jeśli nie lubicie takiej rozrywki to na głównym placyku zawsze był koncert na żywo. Wieczorami otwierały się też różne stragany, nawet takie z okolicznym rękodziełem. Żyło to miejsce bardzo intensywnie.
Jeśli jednak dopadało nas zmęczenie, wystarczył spacerek do naszego domku, a tam już była naprawdę cisza i spokój. Wybrałam domek rodzaju hu stay Smart L Plus i był to świetny wybór. Miał dwie sypialnie, dwie łazienki, salon z kuchnią i przestronny taras z dużym stołem i leżakami. Uwielbiałam się tam rano budzić i wychodzić w tym zapachu piniowego lasu po coś dobrego na śniadanie. Na miejscu znajduje się bowiem duży market, a w nim codziennie rano świeże pieczywo i przepyszna pizza, krojona na kawałki. Tam też znalazłam cudną oliwę macerowaną z czosnkiem i już można było przepadać! Potem budziłam resztę i zajadaliśmy się tymi smakołykami. Bajka!
Camping znajduje się ponoć jakieś 800 m od morza i faktycznie jest to spory spacer. Zwłaszcza, jeśli macie domek nieco oddalony od wjazdu. Plaża za to jest długa i dzika. I w wielu miejscach można przy niej parkować, więc łączyliśmy to ze zwiedzaniem czy zakupami. Ach, niedaleko jest najsłynniejsza w Toskanii plaża Baratti. Można do niej podjechać busem z campingu lub samochodem. Niestety tam to już jest tłoczno. Pierwszy raz nie udało nam się zaparkować. Potem pogoda nie była idealna, a ludzi i tak sporo, więc jakoś specjalnie nie odebraliśmy tej plaży tak wyjątkowo, jak miało być.
Najbliższe miasteczko to San Vincenzo. Jest uroczą portową mieściną z wakacyjnym vibem. Ma deptaczek, restauracje, sklepiki, marinę, karuzelę i klimat dawnych lat. Wszystko to, czego tu potrzeba. Ma też spory market Coop, a w nim jedzenie w dobrych cenach. Na pewno dużo lepszych niż w markecie na campingu.
W pobliżu znajdziecie sporo ciekawych miejsc do obejrzenia, my nie daliśmy rady ze wszystkim. Polecić mogę do zwiedzenia jeszcze Piombino i Bibbonę.
Przyszła już bowiem pora na udanie się do naszej drugiej destynacji… Ale najpierw trochę zdjęć z Krainy Wesołych Bułeczek!
Ach, a tu jest link do campingu – Hu Albatros (rezerwowałam bezpośrednio na stronie).
Agriturismo Le Case di San Vivaldo
Na kolejne cztery nocki przemieściliśmy się wgłąb lądu – do uroczego zakątka zwanego San Vivaldo. Nie wiem nawet jak to miejsce można nazwać – chyba mikromieściną. Mieszczą się tu zabudowania z apartamentami, kilka domków i restauracja, do której co wieczór zjeżdża pół okolicy. Taka wiecie – toskańska knajpka z lokalnym jedzeniem w dobrych cenach, w której rano można też kupić świeży chleb.
Największą zaletą Agriturismo Le Case di San Vivaldo był niezwykły, po prostu przepiękny widok na okoliczne wzgórza i piękne zachody słońca. A drugą największą zaletą – wielki basen, z którego przez cały nasz pobyt korzystaliśmy chyba tylko my. Może już było troszkę po sezonie, może brak upałów nam tylko nie był straszny. Ale wielki basen, był nasz. Lata swojej świetności miał za sobą, ale to dodawało mu tylko uroku.
Nasz apartament rezerwowałam na Booking.com – Agriturismo Le Case di San Vivaldo – bardzo polecam jeśli poszukujecie czegoś z charakterem, ale w dobrej cenie. O okolicy jest cała masa pięknych, bardziej luksusowych miejscówek. Widać je z drogi i można się naprawdę zachwycać. Tutaj jednak cena wygrała, a klimat, czystość i okolica naprawdę były zacne.
Najbliższe miasteczko z możliwością zrobienia większych zakupów (znowuż polecam market Coop) to Montaione. Dosłownie 10-12 minut jazdy, a znowuż przenosimy się do jakiegoś magicznego świata. Miasteczko jest przeurocze, położone na wzgórzu, niewielkie, nie ma tłoku, łatwo zaparkować, a te widoki… No cudne.
W odległości 30-40 minut od agroturystyki jest kilka miejsc bardziej lub mniej turystycznych, które warto odwiedzić. My byliśmy z miasteczkach:
Volterra – chyba najbardziej mi się podobała. Turystyczna, ale nie zapchana turystami. Wspaniały klimat, piękne widoki, idealna na spacery.
Certaldo – wybraliśmy się tam specjalnie, bo doczytałam, że jest „nieodkryte” turystycznie 🙂 Jest o tyle ciekawe, że średniowieczna starówka mieści się na wzgórzu i trzeba do niej dojechać takim specjalnym tramwajem/kolejką, co jest atrakcją samą w sobie. A dookoła miasto żyje swoim współczesnym życiem, co też ma swój urok.
San Gimignano – chyba najbardziej znane okoliczne miasteczko, słynące z pozostałych tu średniowiecznych wież. Zapewne też byłoby najciekawsze, gdyby nie ilość odwiedzających. Tłumy nas przerosły, ale też byliśmy tylko na popołudnie. Zapewne byłoby znacznie lepiej zostać tu na noc i odkryć miasteczko wieczorem i o poranku, kiedy jeszcze nie zjeżdżają się wycieczki autobusowe. W każdym razie – też piękne i warte zobaczenia.
Raz jeszcze też napiszę, że te miejsca powyższe są piękne same w sobie, ale w zasadzie pięknie jest tu prawie wszędzie. Jedziesz autem i się cały czas zachwycasz. Czy świeci słońce, czy właśnie spektakularnie zachodzi, czy powstają mgły po deszczu pomiędzy wzgórzami, czy nawet ten deszcz leje – jest niesamowicie.
Ostatniego dnia wróciliśmy do Pizy, oddać samochód i zobaczyć wieżę. I wróciliśmy do naszej codzienności.
Z pięknymi wspomnieniami!
To kto wybiera się do Toskanii na kolejne wakacje?
Czy pamiętacie, że całkiem niedawno opracowałam graficznie kolejnego e-booka Patrycji Łukanty o tytule „W drodze po smak”?
Patrycja jest dietetykiem klinicznym i uwielbia podróżować. Zainspirowało ją to do stworzenia przepisów, które idealnie sprawdzają się podczas bliższych i dalszych wyjazdów. A że materiał zdążyłam dosyć dobrze poznać, zainspirowałam się nawet nie raz, to i Wam postanowiłyśmy podrzucić coś prostego i szybkiego.
Ostatnio późne śniadania wychodzą mi najpiękniej wizualnie (co możecie podglądać na stories na instagramie), sięgnęłam więc po przepis na wegańskie placuszki bananowe. I wiecie co? Jest pycha!
Dodałam do nich ekspresową frużelinę mirabelkową i to był strzał w dziesiątkę. Niechaj więc będzie moim bonusem do przepisu Patrycji. Bo pamiętajcie – przepisy to baza, ale cały sekret pysznego gotowania tkwi w tym „czymś” co dodajecie od serca, zmieniacie po swojemu, eksperymentujecie ze smakami wedle własnego gustu.
No i miałam wczoraj po drodze okoliczne drzewa mirabelkowe… Z mirabelkami żółtymi i takimi ciemnoróżowymi. Naładowałam je do kieszeni, a jakże… i oto dzisiaj tak cudownie wzbogaciły placuszki swym sezonowym twistem.
Zacznijmy jednak od początku – podrzucam namiary na e-book!
Oczywiście wpadnijcie tez koniecznie na stronę z moim portfolio: LiliCreative.pl
Ale wracając do przepisu….
Szybkie placuszki bananowe
Przepis z e-booka W drodze po smak
SKŁADNIKI (1porcja):
1 banan
40 g (3 czubate łyżki) mąki z cieciorki
20 g (1łyżka) jogurtu kokosowego/naturalnego
szczypta soli
½ łyżeczki proszku do pieczenia
½ łyżeczki cynamonu
garść owoców sezonowych
płatki migdałowe/orzechy do posypania
1 łyżka masła klarowanego/oleju kokosowego
Czas przygotowania 15 min.
PRZYGOTOWANIE:
Banana rozgnieć widelcem. Dodaj jogurt, mąkę, cynamon, proszek do pieczenia, sól. Wymieszaj. Usmaż placuszki na złoty kolor. Wierzch obsyp owocami i ulubionymi orzechami. Możesz też posmarować jogurtem lub masłem orzechowym.
Od siebie dodam, że jako, że są to wegańskie placuszki, to lepiej, aby były niewielkie – łatwiej się je przerzuca. Z przepisu wyszło mi 8 takich placuszków. Oczywiście – polecam bardzo z frużeliną mirabelkową!
Równie szybka frużelina mirabelkowa
SKŁADNIKI:
garść mirabelek – bez pestek (zrobiłam z tych ciemnych)
miód – do smaku
łyżeczka skrobi ziemniaczanej / dwie łyżki zimnej wody
Mirabelki przekładamy na patelnię i podsmażamy, aż zmiękną i puszczą soki, około 10 minut. Dodajemy miód do smaku, ciągle mieszając. Skrobię ziemniaczaną rozrabiamy z dwoma łyżkami zimnej wody, dolewamy do mirabelek i mieszamy całość intensywnie przez jeszcze minutkę, aż nabierze konsystencji frużeliny.