Bo lubię Mokosh

Bo ja po prostu lubię Mokosh! Czemu?

Znacie tę markę? Pewnie co bardziej doświadczeni naturalni wyjadacze znają ją bardzo dobrze. Zapewne także sporo z Was ledwie o niej słyszało lub dopiero poznaje. Bo choć marka obecna jest na naszym rynku od dawna, wciąż jest bardzo niszowa. Niemniej jednak jej kosmetyki warte są promowania, co niniejszym czynię!

Pisałam Wam już kiedyś o kremach Mokosh. Znajdziecie ten wpis TUTAJ. Wtedy to tak bardzo, bardzo spodobał mi się krem Figa. Do teraz pozostaje jednym z moich najulubieńszych.  Z chęcią jednak wypróbowałam inny – malinowy. Ponownie sięgnęłam po korygujący krem pod oczy i ponownie twierdzę, że jest to jeden z najlepszych kremów pod oczy, z jakimi miałam styczność. Poczytacie o nim więcej w powyższym linku, a tutaj tylko dodam, że jeżeli poszukujecie czegoś dobrego na okolice oczu, to nie wahajcie się 🙂



To jednak, co zostanie moim hitem tej wiosny to ten czerwony słoiczek – Brązujący balsam do ciała i twarzy Pomarańcza z cynamonem!

Czaiłam się już na niego w zeszłym roku i już żałuję, że nie zdecydowałam się sięgnąć po niego właśnie wtedy. Ale nadrabiam, a jakże! Byłam go bardzo ciekawa, zwłaszcza, że opinie o nim w internetach krążą naprawdę dobre. Otwierając więc przesyłkę odczuwałam lekkie podekscytowanie. Odkopałam słoiczek z ekologicznego wypełnienia, otworzyłam i… och, jak to pachnie! Idealne, ciepłe, przytulne połączenie pomarańczy i cynamonu. Coś idealnego zimą, ale i teraz, wiosną nie pozostaje nic, tylko wąchać, wąchać, wąchać i… wsmarowywać 🙂 Doprawdy jest to jeden z najbardziej apetycznych zapachów kosmetyków!

Co my tu mamy? 180 ml lekkiego balsamu, delikatnie żółtego, który możemy stosować i do twarzy i do ciała. Balsam nie jest za tłusty, jest w sam raz. Dobrze się wchłania, genialnie nawilża ciało. Do twarzy na noc także się spokojnie nadaje. Wygładza, koi i odżywia. Ale nie tylko w tym tkwi jego moc. Balsam przecież opala!

Nie jest to taki uciążliwy, szybki, ekspresowy efekt, jak to bywa w przypadku kosmetyków tego rodzaju. Ale to chyba właśnie jest jego wartością – nie zrobimy sobie krzywdy. Opalenizna jest subtelna, ale widoczna. To muśnięcie słońcem pojawia się po 2-3 użyciach, jest naturalne i nie zwraca uwagi. No dobra, poza nieco ciemniejszymi, bardziej brązowymi plamami na kolanach, ale to chyba jakaś szczególna moja umiejętność, że zawsze tam nie dokładnie sobie wszystko rozsmaruję. Niemniej jednak w porównaniu z innymi specyfikami tego typu – tutaj niebezpieczeństwo wydaje się najmniejsze.



Jeśli więc, tak ja ja, macie typowo słowiańską, totalnie bladą skórę, a przy tym zwyczajnie nie lubicie czy nie uznajecie ze względów zdrowotnych – opalania, wtedy to warto sięgnąć po taki balsam. I dla jego zapachu! I do codziennej pielęgnacji!

Jeszcze tylko zacytuję tutaj ze strony: Bogactwo naturalnych olei: z baobabu, słonecznikowego, z marchewki zapobiega wysuszeniu skóry, wosk z borówki silnie nawilża, zaś macerat z kwiatów gorzkiej pomarańczy rewitalizuje i łagodzi podrażnienia. Balsam zawiera łagodzący aloes oraz działającą antyoksydacyjnie witaminę E. Dodatkowo został wzbogacony o innowacyjny składnik pochodzenia naturalnego „MelanoBronze” z ekstraktu niepokalanka pospolitego, który zwiększa naturalną pigmentację skóry poprzez stymulację produkcji melaniny w melanocytach. Dzięki temu skóra staje się ciemniejsza w taki sam sposób, jak podczas zażywania kąpieli słonecznej, jednak bez konieczności narażania jej na promieniowanie UV.



I jeszcze kilka słów o malinowym kremie do twarzy. Jest to taki modny teraz krem typu anti-pollution zwany także przeciwsmogowym. Tak jak w przypadku ostatnio omawianego kremu Orientany – niestety nie mogę stwierdzić jego działania w tej kwestii, ciężko bowiem doprawdy sprawdzić czy rzeczywiście chroni przed zanieczyszczeniami. Pomimo tego mogę powiedzieć, że jest świetny! I choć wolę krem figowy, i ten bardzo mi się spodobał.

Jego konsystencja jest nieco cięższa. Taka właśnie, jakiej potrzebujemy w okresach, kiedy to smog najbardziej nam dokucza, czyli w sezonie chłodnym. W lecie polecałabym go jedynie na noc. Nakładając go na buzię każdorazowo mam wrażenie jakbym kładła sobie kojący kompres, który przy okazji pachnie niezwykle smakowicie malinami. I tutaj więc zapach staje się ogromną zaleta, bo po prostu – sprawia przyjemność.

Skład ma bardzo bogaty, wydaje się – dobrze przemyślany. Ponownie więc zacytuję: Krem powstał by chronić skórę przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych, zapewniając jednocześnie kompleksową pielęgnację skóry twarzy. Zawarte w kremie oleje roślinne są bogactwem nienasyconych kwasów tłuszczowych, które jako składniki płaszcza lipidowego skóry wspomagają odbudowę cementu międzykomórkowego. Oleje roślinne są również bogatym źródłem witaminy E, która w naturalnej formie głęboko wnika w skórę, chroniąc ją przed szkodliwym działaniem wolnych rodników. Kompleks ekstraktów chroni przed szkodliwym działaniem metali ciężkich. Naturalne soki owocowe z jabłek i brzoskwini zawierające witaminy z grupy C i B, kwasy owocowe oraz składniki mineralne wykazują działanie nawilżające, rozjaśniające skórę oraz przeciwrodnikowe. Również wyciąg z korzenia żeń-szenia wspomaga działanie antyoksydacyjne, zwalczając wolne rodniki tlenowe odpowiedzialne za przedwczesne starzenie się skóry. Kwas hialuronowy jako naturalny składnik macierzy międzykomórkowej ma zdolność wiązania wody na powierzchni skóry, dzięki czemu skutecznie nawilża oraz chroni skórę twarzy. Ekstrakty z nasion zbóż, takie jak pszenica i jęczmień działają odżywczo i ujędrniająco stanowiąc przy tym barierę dla niepożądanych czynników środowiskowych. 

Krem widocznie łagodzi, regeneruje, odżywia. Nie zapomnijcie więc o nim, kiedy lato minie i ponownie wróci ta smutna, szara aura. Zapach malin z pewnością przywróci Wam radość, a krem – witalność skórze!

Wszystkie kosmetyki znajdziecie na stronie Mokosh.


Majowy wish list

Och, jakie cuda ostatnio znalazłam! Same perełki Wam uzbierałam. Wszystkie prezentuję w dzisiejszym, jakże babskim, jakże pozytywnym wpisie!

Oto przed Wami majowi wish list czyli lista rzeczy wyjątkowych, które szczególnie przykuły moją uwagę ostatnimi czasy!



  1. Taka fajna torebka z motywem skóry krokodyla / Reserved
  2. Krótkie Kolczyki Hindi z imitacją druzy – proste, a oryginalne / Parfois
  3. Ale ładne! Spodnie w tropikalne kwiaty / OYSHO
  4. Everyday Minerals Kolorowy balsam do ust z super opakowaniem, “Dzięki cennym składnikom, takim jak świeże ekstrakty z granatu, mandarynki, grejpfruta, skórek z cytryny i pomarańczy, nawet wrażliwe usta będą zadbane. Ponadto balsamy mają pyszny świeży zapach.” / Ecco Verde
  5. Wiosenne botki z wycięciem Inez – świetne! / Ryłko
  6. Chyba przyciąga mnie ten kształt kolczyków 🙂 Kolczyki Gleam Color / Parfois
  7. Espadryle Emu Australia Gum Black Foil Print – idealne na co dzień / Pan Pablo
  8. LIQUID MEMORY – pościel zaprojektowana przez Aleksandrę Morawiak dla marki FOONKA® – mistrzowskie połączenie barw i kształtów. Kolaż, przywodzących na myśl senne marzenia, sprawia niesamowite wrażenie swoją niezwykłą kompozycją i precyzyjnym detalem. Nieprzewidywalność snów oraz silna więź człowieka z naturą to główne motywy tego wzoru. / FOONKA®
  9. Ciekawa jestem tych pięknych, kamiennych płytek do masażu od Crystallove – tutaj mamy ametyst i fluoryt / Pakamera
  10. Kosmetyczka MIRAZ PORTO marki JOHN AND MARY – może również służyć jak mała torebka czy kopertówka / Cloudmine
  11. Energetyczny Plecak ‘Little America Mid-Volume’ marki Herschel / ABOUT YOU
  12. Botki Valia z gumowymi wstawkami o pięknym kolorze / Ryłko
  13. EQ EVOA Sun Stick LSF50+ – sztyft przeciwsłoneczny został opracowany specjalnie, aby chronić skórę przed silnymi promieniami słonecznymi. Chroni usta, skórę oraz wrażliwe obszary z wysokim mineralnym filtrem przed promieniami UVA i UVB / Ecco Verde
  14. Oj, bardzo jestem jego ciekawa! Samoopalające mleczko do ciała Fake it! marki Madara. Podobno w ciągu 4-6 godzin krem nada skórze naturalnego efektu złotej opalenizny, pozwoli wyrównać koloryt skóry oraz nada jej głębi i kuszącego blasku / Skarbiec Natury
  15. Bunny Ears Safari Edition – opaska, która pomaga utrzymać włosy z dala od twarzy podczas usuwania makijażu lub nakładania maski / GLOV
  16. Przepiękna kolekcja porcelany Royal marki PIP STUDIO – zakochałam się w niej! / Malabelle
  17. Babie Lato Blush – przepiękna, wyjątkowa suknia ślubna z gorsetem z grubego bawełnianego płótna w duże kwiaty i ptaki w odcieniach czerwieni, różu i szarości na jasnym tle / Szyjemy Sukienki

Mały biznes 09 – zastrzyki energii

Żywot freelancera tak zwanego – kreatywnego nie jest lekki. Pełen jest wzlotów i upadków. Uniesień pozytywnych niczym lot na chmurce napędzanej tęczą, ale też bolesnych lądowań w bagnistej zatoce rozpaczy.

Co gorsza, wszystkie kreatywne dusze które znam, to duszyczki o ogromnej wrażliwości. We mnie samej ta wrażliwość stanowczo jest nazbyt duża, powoduje bowiem skłonność do nadmiernych zachwytów, ale także ekspresową umiejętność wpadania w czarną otchłań smutku i życiowych boleści.

Kiedy piszę ten post zżera mnie stres. Taki, który ściska brzuch i nie chce wyjść z głowy. Czemu? Przesłałam bowiem do klienta pierwsze wyniki współpracy i czekam na odpowiedź. Na reakcję, która może być w zasadzie każda. Bardzo łatwo bowiem tutaj nie wpisać się w oczekiwania. Mogą się one rozminąć, mogliśmy się nie zrozumieć, mogłam mieć zupełnie inną na coś wizję. I choć coś, co w moich oczach jest dobre, w oczach klienta może być zupełnie odwrotne lub prościej – nie wystarczające. To jest właśnie specyfika branży kreatywnej. A że reakcji nigdy nie mogę być pewna – zżera mnie stres.

Bywa, że jest bardzo dobrze. Bywa, że coś trzeba dopasować, zmienić, poprawić. Ok, zrobimy. Ale bywały też klapy totalne, kiedy to wszystko zostawało odrzucone. Taka praca…

Zżera więc mnie stres. I zżerać będzie do przyszłego tygodnia. A kiedy tak zżera, to trzeba jakoś zadziałać, bo inne rzeczy czekają w kolejce na realizację.

Wtedy z pomocą przychodzą zastrzyki energii! Nie, nie jakaś tam chemia. Nic z tych rzeczy. Takimi zastrzykami są pozytywne tzw. feedbacki. Opinie klientów, czasem kilka spontanicznych słów od czytelników, czasem uśmiech i zainteresowanie w oczach uczestników warsztatów. To te momenty, kiedy uświadamiasz sobie, że jesteś tam, gdzie miałaś być. Że jeśli nawet zdarzają się porażki, które są nieodłącznym elementem każdej pracy, to i tak nie jest źle. Ba, jest dobrze. Się kręci. Funkcjonuje. Że warto. Że jest dla kogo. Że da się z tego wyżyć.

I tak sobie pomyślałam, że pokażę Wam kilka takich ostatnich zastrzyków!

Coś niecoś już cytowałam na Facebooku, ale i tutaj to zrobię. Bo mi teraz bardzo, ale to bardzo potrzeba o tym pamiętać!

Najpierw kilka niedawnych słów od moich cudownych czytelniczek. Dosłownie – kilka słów, a jakże ciepło robi się na sercu!

(o zwycięskiej książce mojego męża “Obrońcy mórz”)

Książka doszła cała i zdrowa 😀 zaraz zaczynam czytać, jestem max. podekscytowana, szczególnie że od dziecka (dosłownie) panią czytam i od pani zaczęła się moja miłość do piękna i naturalnych kosmetyków.

Co przy okazji uświadomiło mi, jak długo ja już tę moją Lili mam! 😀


I drugi, jakże miły ostatni zastrzyk:

Jestem na 257 stronie Twojego bloga, już prawie końcówka. Twój blog jest najlepszy!!! Poprawia humor i wprawia w stan daydreaming.

Daydreaming – jakie piękne określenie. Jak bardzo mi na tym zawsze zależy!

To o blogu, ale jakże liczne i jakże miłe zastrzyki mam zawsze po warsztatach! Jak miło usłyszeć, że były to najlepsze warsztaty, na jakich się było! Że cudownie spędzony czas. Albo kiedy organizator przesyła takie zdanie:

dziękuje za przeprowadzenie fantastycznych warsztatów – takie mam feedbacki 🙂

Coraz częściej wracają do mnie osoby, dla których już kiedyś prowadziłam warsztaty, z którymi niegdyś już współpracowałam. Samo to w sobie jest już sporym zastrzykiem. Coraz też częściej dzwonią do mnie organizatorzy imprez, którym mnie polecono. Niedawno miałam warsztaty podczas spotkania integracyjnego dla przemiłych dziewczyn, dla których już przeprowadzałam podobne spotkanie dwa lata wcześniej! I chciały jeszcze! Ba, teraz w weekend jadę w kolejną trasę, na warsztaty dla firmy, w której je już miałam dosłownie miesiąc temu, ale tak się spodobały uczestnikom, że zamówiono dwie kolejne tury, aby i inni mogli skorzystać. Czy to nie są prawdziwe zastrzyki energii?

Albo, kiedy właścicielka młodej marki kosmetycznej pisze mi, że jej kosmetyki, którym robiłam identyfikację, trafiły do kolejnego, tym razem bardzo dużego sklepu i:

…więc i Twoje grafiki święcą triumfy 🙂 ludzie są zakochani w wizualu! dziękuję Ci ogromnie, jesteś współautorką sukcesu!

Fajnie, prawda?

I nawet ten stres już jakoś mniej zżera. 🙂


Zauroczona: Marta Sukharuk

Oto i odkryłam nową perełkę. Dziewczynę zdolną i utalentowaną, która dopiero rozpoczyna swoją przygodę ilustratorską. Ale wróżę Marcie Sukharuk przyszłość dobrą i stabilną, bo – no sami zobaczcie – jak tylko patrzy się na jej ilustracje, od razu robi się tak jakoś lepiej, uśmiech wchodzi na twarz, a świat staje się radośniejszym miejscem.

Poprosiłam Martę o napisanie kilku słów o sobie. Oto one!

Kilka słów o mnie? W kontekście rysunku historia jest bardzo prosta i często spotykana – od zawsze lubiłam coś tworzyć i w życiu objawiało się to na różne sposoby. Już jako kilkulatka umiałam haftować i robić na drutach. W wieku 4 lat dostałam od mamy pierwszą maszynę do szycia – plastikową, ale naprawdę działała! Rysowanie zawsze było gdzieś z boku. Teraz mam już 30 lat, wiele prób odnalezienia drogi wyrazu za sobą. I wreszcie wiem, że znalazłam tę właściwą.

Rysuję w każdej wolnej chwili, a mam ich niezbyt wiele, bo większość dnia spędzam ze swoją półroczną córeczką. Kończy się to siedzeniem do późna lub wyborami – odsypiać czy rozwijać się i rysować. Jeżeli chodzi o to, co tworzę, to sprawa wydaje mi się mniej oczywista. Zależy mi bardzo, by moje prace w większości można było określić jako “radosne”. Stąd dobór tematów czy kolorystyki.

Dlaczego akurat “radosne”? Bo radość życia to jest to, czego sama szukam w sztuce. A tak właściwie to we wszystkim 😉

Jako ciekawostkę dodam, że rysunek bociana tworzyłam w ostatnich dniach ciąży i zawisł w oknie naszego mieszkania, gdy mała przyszła na świat. Od roku mieszkamy w Holandii i tutaj panuje zwyczaj, że pojawienie się nowego członka rodziny obwieszcza się umieszczając na oknie lub przed domem ozdoby – najczęściej bociany i błękitne lub różowe dekoracje, niekiedy imię dziecka.


Zajrzyjcie koniecznie do Marty > PORTFOLIO / INSTAGRAM / FACEBOOK


A teraz doładujcie się energetycznie ilustracjami!


Sposób na zapalenie mieszków włosowych

Też macie ten problem? Też trzyma się Was to cholerstwo i przypomina o sobie co jakiś czas?

Zapalenie mieszków włosowych bywa wielkim utrapieniem. I ja wiem coś o tym. Po latach mniejszych lub większych zwycięstw udało mi się w końcu wypracować sposób, którym dzisiaj się z Wami dzielę!

Pojawiają się Wam te okropne czerwone kropki na nogach? Czy to po depilacji czy tak po prostu? Może po treningu? Może latem, kiedy bardziej się pocicie? Macie problem wrastających włosków, które powodują powstanie większych, bolących nawet grudek? To coś dla Was!

Choć jednak… nie dla każdego.

Z góry uprzedzam, że mój dzisiejszy sposób nie sprawdzi się u wszystkich. Każdy ma inną skórę, która inaczej reaguje. Trzeba znaleźć po prostu na nią sposób.

Dzisiaj pokazuję Wam preparat, który jest dosyć silny, bo ma w sobie sporo alkoholu. Raz jeszcze powtarzam – nie wszystkim się to spodoba, nie każdemu podpasuje, zwłaszcza, jeśli macie delikatną, wrażliwą skórę. Jest to sposób, który działa na mnie. Który mi pomaga. Inspirowany zawiesinami przepisywanymi przez dermatologów. Bo i to jest taki właśnie rodzaj zawiesiny, która ma za zadanie zdezynfekować skórę, zapobiec powstawaniu niedoskonałości, ale jednocześnie osuszyć te istniejące i wspomóc ich gojenie się.

Ale mój sposób to nie tylko ta zawiesina, czyli ten biały płyn. To także coś, co każdy, borykający się z podobnymi problemami zna – peeling! Ale czym?



Kochani, kolejny raz zaznaczam – jest to sposób, który pomaga mi osobiście. Nie obejdzie się jednak bez odpowiedniej dbałości o higienę, bez zwracania uwagi na odzież – najlepiej nosić zwiewne, luźne, naturalne tkaniny. Równie istotna jest częsta zmiana maszynki do golenia (tylko to na mnie działa), a także najlepiej częste jej dezynfekowanie.

A przede wszystkim ważna jest konsekwencja. bez tego ani rusz. Przy każdym jej załamaniu grozi niestety powrót problemu. A wiem z doświadczenia, że to właśnie z konsekwencją bywa najgorzej.

Jakiś jest więc ten mój sposób?



Po pierwsze – peeling! I choć bardzo lubię różne markowe, pachnące, gotowe cuda, prawda jest taka, że najlepszy z możliwych peeling na takie problemy to najprostsza, najczystsza… sól Epsom! Zwykła sól także się tu nada, ale tej z Epsom nic nie pobije. Jest to siarczan magnezu, który ze względu na zawartość owej siarki, doskonale sprawdza się leczeniu dolegliwości skórnych. Ta gorzka sól jest coraz lepiej dostępna, zwłaszcza w internecie, bardzo więc polecam jej wypróbowanie.

Wystarczy wziąć w dłonie nieco takiej soli i masować tym skórę pod prysznicem w newralgicznych miejscach. Pozwoli to ją dokładnie oczyścić, odblokuje mieszki, uwolni wrośnięte włoski. Taki peeling genialnie przygotowuje skórę do golenia czy innej depilacji. Nie pozostawia też jej tłustej, jak to niestety często bywa w przypadku markowych, zwłaszcza naturalnych peelingów. Im są tłustsze, tym bardziej moja skóra ich nie lubi. Jeśli jednak sama sól będzie dla Was za ostra, możecie pomieszać ją w ręce z ulubionym, łagodnym żelem pod prysznic lub balsamem do ciała i dopiero wtedy rozpocząć peeling. Powtarzamy go często, najlepiej co drugi dzień.

A teraz pora na obiecany preparat! A dokładniej – zawiesinę! Jak wspominałam, mamy tu sporo spirytusu i jest to coś, co mi pomaga. Mimo jednak tego, płyn nie wysusza mojej skóry, a pozostawia ją miękką i nawilżoną. Czemu? Bo dodałam tu także frakcjonowany olejek kokosowy, który ekspresowo się wchłania i delikatnie pielęgnuje. Poza tym mamy tu też hydrolat oczarowy, o właściwościach ściągających, a także antybakteryjny i przeciwgrzybiczy olejek z drzewa herbacianego. I cynk oczywiście! Tlenek cynku, który wskazany jest w podobnych problemach dermatologicznych, bowiem wzmaga gojenie.



Preparat na mieszki włosowe

Składniki:

  • 10 ml frakcjonowanego oleju kokosowego
  • 20 ml spirytusu salicylowego
  • 70 ml hydrolatu oczarowego
  • 10 kropelek olejku z drzewa herbacianego
  • łyżeczka tlenku cynku

Wszystkie składniki (znajdziecie je w sklepach z półproduktami kosmetycznymi i w aptekach) łączymy w buteleczce. Powstaje zawiesina, którą przed każdym użyciem należy mocno wstrząsnąć. Używamy ją po goleniu/depilacji, lekko wklepując w skórę lub po prostu – w razie potrzeb.

Polecam!



Warszawska promocja Obrońców mórz

Tak oto przenieśliśmy się na chwilę z naszego życia w wir totalny. W szaleństwo pełne, ale dobre. W momenty, które zapamięta się już na zawsze.

Tak oto ruszyliśmy do Warszawy promować książkę mojego męża Obrońcy mórz (pisałam Wam o niej niedawno TUTAJ, do kupienia w księgarniach – np. w Empiku)!

To znaczy mój mąż ruszył, a ja dołączyłam do niego, aby razem z nim przeżyć ten niezwykły czas.

I wiecie co? Pękałam z dumy!

Obserwowałam, jak kolejno wybiera się na poszczególne wywiady. Jak z każdym kolejnym nabiera większej pewności. Jak cieszy się, kiedy rozmowa okazywała się ciekawa i wciągająca. Jak prowadzący chwalili jego książkę, a przysłuchujący się – jego wypowiedzi. To był jego moment, w pełni zasłużony, a ja cieszę się ogromnie, że mogłam tam być.

Jak wygląda taka promocja? Wydawnictwo zorganizowało nam wyjazd i cały harmonogram różnych spotkań. Była więc i telewizja (Polsat News) i radio (Jedynka, Czwórka, Puls), były i wywiady, które dopiero zostaną spisane i opublikowane, był też w końcu Youtube (7 metrów pod ziemią). Program więc dosyć napięty jak na niecałe trzy dni.



A wszystko to zwieńczało spotkanie autorskie w Faktycznym Domu Kultury. Swoją drogą – świetne miejsce – sama ciekawa jestem innych spotkań, które tam się odbywają. To nasze przebiegło spokojnie, w luźnej, wesołej atmosferze. Było sporo pytań i wyjaśniania. Głównie na tematy związane z pracą mojego męża w ochronie statków przed piratami somalijskimi. Dodam tu jednak, że książka nie skupia się jedynie na tym, ale główny nacisk kładzie na samo zjawisko piractwa, które jest naprawdę bardzo ciekawe. Poczytajcie koniecznie!

Przy okazji udało nam się spotkać z przyjaciółmi i znajomymi i z nimi także poświętować tak wyjątkowe wydarzenie. Aż w końcu… cały ten szalony wypad się skończył. Błyskawicznie. Zakończyliśmy go pierożkami na parze z tybetańskiego food trucka pod Pałacem Kultury. I to było zakończenie po prostu idealne. (jedliście je? Pycha!)

Polecam więc z całego serca Obrońców mórz. Zajrzyjcie do pobliskiej księgarni. Wskoczcie w tak nieznany, a jakże wciągający świat.

A może już czytaliście?

Poniżej jeszcze kilka migawek z wyjazdu!



Ach, i jeszcze muszę dodać (choć już pisałam Wam o tym na FB), że udało mi się skoczyć do ogrodu botanicznego!

Jak tam pięknie! Jakie to jest odrealnione, ujmujące miejsce! Jak uroczą ma alejkę z moimi ukochanymi bzami!



Prawda, że pięknie? 🙂

Buziaki!



Facebook