Butik YOPE

Natknęłam się niedawno na zdjęcia butiku firmowego marki YOPE i przepadłam!

Co za miejsce!

Urzekło mnie i chyba trudno się dziwić. Tak wyjątkowe, tak dopracowane w każdym szczególe, tak niebanalne, wręcz nierzeczywiste, a co najważniejsze – tak w pełni oddaje charakter marki!

W butiku tkwi jakiś dziecięcy czar, który przyciąga i hipnotyzuje. Jednocześnie zgodny z trendami i tak… inny. Eksponuje, to co ma eksponować, mając przy tym klimat nowoczesnej galerii sztuki. Takiej, która zachęca do wstąpienia i zagłębienia się w ten niezwykły baśniowy świat.

Twórcy marki tak piszą o swoim butiku:

” Zapraszamy do naszego świata!
Ponownie otwieramy miejsce YOPE – nasz nowy flagowy butik. Tym razem zagościmy na dłużej na warszawskiej ulicy Mokotowskiej.
Nowe miejsce YOPE jest tak pomyślane, by było okazją do poznania naszych produktów i spróbowania każdego z nich. Przygotowaliśmy dla Was umywalki, stanowiska do testowania produktów do pielęgnacji skóry oraz… rzecz, z której jesteśmy najbardziej dumni czyli refill. W YOPE szukamy ekologicznych rozwiązań. Nasz refill to krok w kierunku ograniczenia
zużycia plastikowych opakowań. Nie wyrzucaj butelki – użyj jej jeszcze raz! Przynieś ją do butiku, a my ją napełnimy. Na początek zaczynamy od płynu do naczyń Ogórek, ale niebawem pojawią się też nasze mydła łazienkowe oraz ulubione żele pod prysznic.
Do zobaczenia!!!”

Jedno wiem na pewno – jak tylko zawitam do Warszawy, pierwsze swoje kroki skieruję do butiku YOPE!


Więcej na stronie YOPE / zdjęcia – materiały prasowe marki


3 świeże toniki

Zdarzyło Wam się kiedyś, że jakoś tak całkowicie nagle, skończył się Wam ulubiony tonik do twarzy?

Pewnie całkiem możliwe, co? Tak zazwyczaj zaczyna się przygoda ze świeżymi tonikami. Wystarczy bowiem wejść do kuchni, ruszyć głową i w kilka chwil możemy mieć genialny tonik!

A wtedy to już przepadniecie! Bo takie świeże toniki są naprawdę świetnymi kosmetykami. Wymagają wprawdzie odrobiny więcej zachodu niż sięgnięcie po taki gotowy, markowy, niemniej jednak są nie tylko dobrą alternatywą, ale często też znacznie lepszym rozwiązaniem pielęgnacyjnym.

Mam więc dzisiaj dla Was 3 sprawdzone przepisy na cudne świeże toniki. Wypróbujcie je koniecznie, znajdźcie swój ulubiony. Albo niechaj staną się inspiracją do dalszych eksperymentów?


Co charakteryzuje takie świeże toniki?

  • są bardzo proste, nie tylko w wykonaniu, ale także w kwestii ilości i dostępności składników; wszystko zazwyczaj znajdziemy w kuchni i przygotujemy w kilka chwil;
  • niestety nie są trwałe, robimy więc naprawdę niewielkie porcje, najlepiej na 2-3 dni i przechowujemy w lodówce;
  • są doprawdy po prostu tanie – zwłaszcza te, które dzisiaj Wam zaproponowałam;
  • ilość składników domierzamy “na oko”, nie są tu konieczne dokładne receptury;
  • idealnie nadają się do odświeżania cery w ciągu dnia, co sama uwielbiam i bardzo polecam. Możecie zamienić je w lekką mgiełkę lub lekko przykładać do skóry na waciku;
  • warto postarać się o najlepszą jakość składników, z jakich je wykonujemy; Wasza skóra się Wam odwdzięczy!

Jeśli więc jeszcze nie przygotowywaliście sobie świeżych toników – do dzieła!



Tonik jabłko-mięta

Składniki:

  • kilka listków/gałązek świeżej mięty, ewentualnie łyżeczka suszonej
  • ekologiczny ocet jabłkowy
  • gorąca woda

Przygotowujemy napar z mięty – zalewamy ją około połową kubka gorącej wody i odstawiamy na kilka chwil. Jeżeli jest taka konieczność przelewamy napar przez siteczko, a następnie wlewamy do niewielkiej buteleczki razem z octem jabłkowym, w takiej proporcji, aby octu była jedna część, a naparu 4-5 części.

Jest genialny! A jak pachnie! Jak cudownie odświeża i tonizuje skórę. Dodaje jej energii i blasku.


Woda ryżowa

Składniki:

  • garstka ryżu, najlepiej ekologicznego, białego lub brązowego
  • przegotowana woda

Do miski przesypujemy ryż i zalewamy go przegotowaną, letnią wodą, tak aby jej powierzchnia była około 1-2 cm ponad ryżem. Mieszamy i odstawiamy na pół godziny. Po tym czasie przelewamy płyn przez sitko i wlewamy do buteleczki.

Taka woda ryżowa cudownie koi podrażnioną skórę, uspokaja ją, delikatnie oczyszcza. Łagodzi i reguluje. Jest lekko mętna i po jakimś czasie pojawi się osad na spodzie. Wystarczy wtedy tylko wstrząsnąć buteleczką.


Tonik rumianek-cynamon

Składniki:

  • łyżeczka lub torebka rumianku
  • kawałeczek kory cynamonu
  • pół łyżeczki octu jabłkowego
  • gorąca woda

Rumianek i cynamon zalewamy około połową kubka gorącej wody. Odstawiamy na kilka chwil. Gotowy napar przecedzamy i wlewamy do buteleczki razem z niewielkim dodatkiem octu jabłkowego.

Tonik z jednej strony świetnie koi skórę, ale także mobilizuje ją do regeneracji, dodaje jej energii i ją wzmacnia. Działa przeciwzapalnie i łagodząco. Polecam zwłaszcza do problematycznej, podrażnionej skóry.




W świetle księżyca

Brakowało mi go ostatnio… Ukrywał się za grubą warstwą chmur i smogu.

Dzisiaj już za nim wyglądam.

Znów chcę się zapatrzyć.

Tym razem zapraszam Was na małą księżycową inspirację.


/ Fazy księżyca – Cocorrina /

1.MOON NECKLACE GOLDEN z kamieniem księżycowym / MESSH

2. Naszyjnik Star Moon Avilio London / Showroom

3. Kolczyki Gwiezdny Pył / 10 Decoart

4. Kolczyki Fazy Księżyca / 10 Decoart

5. Sukienka ‘Tomelise 2’ / Desires

6. Gradientowy zegarek / Even&Odd

7. Płaszcz zimowy ‘WATERFALL TEDDY COAT’ / Missgiuded

8. Torebka Wieczorowa Mini Mesh / Parfois

9. mySTARlighter Moonlight Gold Naturalne Rozświetlenie – rozświetlacz, który nadaje skórze zmysłowy, promienny blask / MIYA Cosmetics

10. Skórzane niskie kozaki / Tamaris

11. Wyjątkowy naszyjnik z kamieniem księżycowym – ARPELC / Pakamera

12. Kolczyki Falling star złocone / Animalkingdom

Zauroczona: Suter Design & Co.

A już myślałam, że wyrosłam z tamborków..

Kilka lat wisiały na ścianie w starym mieszkaniu. Lubiłam je bardzo. Nic specjalnego – kilka kółek z kolorowymi tkaninami i koronkowymi serwetkami. Lubiłam je, ale nie zabrałam ich przy przeprowadzce. Już myślałam, że z nich wyrosłam.

A tu takie cudo pojawiło się pewnego dnia na ekranie mojego komputera!

Wracam więc do tamborkowej miłości ze zdwojoną siłą! W pełni bowiem i całkowicie zauroczyły mnie nadmorskie wyszywane widoczki autorstwa Fenny Suter z Suter Design & Co.!

Przyznajcie, że Fenny jest ogromnie utalentowana. Potrafi tak wspaniale uchwycić moment letniego szczęścia i przenieść go na płótno za pomocą igły! Magia!

Wszystkie jej dzieła, nawet te nie nadmorskie, mają w sobie coś dobrego. Coś, co koi, coś, co uspokaja. Piękne są, po prostu piękne.

Zachwyćcie się więc tą wyszywaną sztuką tak samo jak ja. Nacieszcie oczy. Wyobraźcie je sobie na Waszych ścianach. Mam nadzieję, że na któreś faktycznie trafią!

Wszystkie znajdziecie na stronie Suter Design & Co.


Małe Manufaktury: Green Anna

Jako, że trafiło w moje ręce ostatnimi czasy całkiem sporo ciekawych produktów tworzonych przez naprawdę malutkie manufaktury, postanowiłam nieco bardziej je w Lili zaakcentować. Powstanie więc seria wpisów, które będą miały za zadanie zaprezentować właśnie takich mikro producentów, ludzi, którzy żyją swoją pasją, zarażają ją i podarowują ją nam w postaci nieraz prawdziwych kosmetycznych cudeniek.

Takie małe manufaktury pojawiały się tu już nie raz, chciałabym jednak, aby miały swoje szczególne miejsce. Bo ja zawsze bardzo wspieram wszelkie tego typu inicjatywy, odwagę ich twórców, zaangażowanie i ogromną dawkę dobrej energii, którą czuć w produktach.

Zaczynamy więc pewną zieloną Anią i jej małym debiutem na rynku kosmetyków naturalnych.

Poznajcie manufakturę Green Anna oraz jej Krem odżywczo regenerujący na noc i Mus oczyszczający!

Zacznijmy jednak od tej trudniejszej strony, która niestety bardzo często jest piętą achillesową takich małych manufaktur.

Zacznijmy od strony graficznej produktów, która tak bardzo wgryza się w moje poczucie graficznej estetyki i tak bardzo wbrew jest jakimkolwiek graficznym zasadom, że nie można zacząć inaczej…

Zielona Aniu, apeluję o zmianę. Nie dlatego, że mi się to naprawdę nie podoba. Ludzie kupują oczami. Cokolwiek by nie mówili, jak bardzo by się nie zapierali, jak wspaniały nie byłby sam produkt – to opakowania sprzedają. Świadczą o producencie, o charakterze manufaktury, o jakości i dbałości o klientów.

Tymczasem, na tej limonkowej etykiecie tekst jest tak mały, pisany jedynie dużymi literami, co już utrudnia odczyt, ale jest także limonkowy, a jest to kolor, który wielu przypadkach wygląda bajecznie, ale jest kolorem ostrym, drażniącym wzrok, kolorem, który stosowany powinien być raczej to wskazania czegoś, przed czym należałoby się wystrzegać, niebezpieczeństwa, zagrożenia. Tymczasem ja, na początku stosowania kremu, wieczorem, po dniu pełnym smogu, kiedy lekko bolały mnie oczy, próbowałam odczytać ten limonkowy napis i zwyczajnie mi się to nie udało. A wzrok mam naprawdę dobry. Zazwyczaj.

Etykiety są więc nieczytelne, niejasne, chaotyczne. Logo, które jest całkiem ok, jest na nich tak ukryte, że, przyznam się bez bicia, dopiero pisząc ten tekst zauważyłam, że ono na nich jest.

Wracając jednak do samego sedna…

Jakiś czas temu napisała do mnie właścicielka manufaktury – Anna i tym mailem ujęła mnie w pełni. Tym, o czym wspominałam na początku tego wpisu – zaangażowaniem, pasją i wiarą w swoje produkty.

Zacytuję: “Nasza historia jest bardzo banalna. Kosmetyki naturalne zaczęłam tworzyć dla mojego syna, który miał ogromne problemy skórne. Nie pomagały żadne maści, kremy ani nawet sterydy. Pomogła zmiana diety, która bardzo złagodziła jego objawy. Do tego syn zaczął smarować dłonie [mój przypis: kremem manufaktury] (tam był problem największy)  i wszystko dosłownie do zera zeszło bez śladu:) “

Tak właśnie często zaczyna się historia naturalnych producentów. I dobrze, potrzeba nam sprawdzonych produktów, świadectw działania natury i rozsądnego podejścia do zdrowia.

Krem, który tak pomógł synkowi Anny to właśnie ten limonkowy Krem odżywczo-regeneracyjny. I to właśnie tym kosmetykiem Green Anna skradła moje serce, choć być może trochę przewrotnie. Mamy tu bowiem jedną z prostszych mieszanin maseł i olejów i przyznam, że niestety na mojej buzi, nawet na noc, takie tłuściochy się nie sprawdzają. Nie stosuję go więc zgodnie z etykietą. Ale go uwielbiam! Bo jak on pachnie! Ten zapach jest jednym z najprzyjemniejszych zapachów jakie znam, a który, nie wiem w sumie czemu, tak rzadko jest stosowany. Jest to w pełni naturalny zapach pomarańczowej czekolady! I właśnie ten zapach świadczy o wysokiej jakości organicznego masła kakaowego, które tak intensywnie pachnie czekoladą. W połączeniu z olejkiem pomarańczowym tworzy zapachowa petardę, która mogę wąchać w kółko!

Krem więc mam po prostu zawsze pod ręką. Stosuję, tak jak synek właścicielki, często do rąk, namiętnie smaruję nim usta, krem ląduje na buzi mojej córki przed wyjściem na tą zimową, mroźną, zanieczyszczoną szarugę. Ląduje też czasem na mojej skórze, po kąpieli i wtedy cała pachnę tak cudnie! Jak to z masłami bywa, jest bardzo wydajny. Ma też idealną konsystencję, lekkość taką maślaną, puszystość. Och no, jeść by się go chciało 🙂

Zupełnie inaczej pachnie Mus oczyszczający, co akurat osobiście uważam za zaletę, choć wiem, że nie wszyscy taki zapach lubią. Jest to połączenie olejku z drzewa herbacianego o silnych właściwościach antybakteryjnych z czymś, czego nie umiem sprecyzować, więc być może jest to zapach któregoś z naturalnych tłuszczy?

Mus także jest mieszaniną olejów z masłem – tutaj shea. Wiem, że sporo jest tu zwolenników podobnych kosmetyków do usuwania makijażu i zanieczyszczeń skóry. Przyznam, że sama do nich nie należę, niemniej jednak jest coś naprawdę przyjemnego w dotyku skóry po takim właśnie oczyszczeniu.

Najlepszym sposobem na wykorzystanie musu jest nabranie niewielkiej jego ilości na dłonie, delikatne rozgrzanie go tak, aby zmienił się w gęsty olejek i masowanie przez chwilę wilgotnej buzi. Na koniec, co chyba tu najważniejsze, najlepiej całość ściągnąć ze skóry papierowym ręcznikiem. Tak, wtedy jest najprzyjemniej. Wtedy zanieczyszczenia schodzą, nadmiar tłuszczu schodzi, a pozostaje to przyjemne uczucie miękkości i odżywienia.

Polecam więc oba kosmetyki. I nie ważne, jak je będziecie stosować. Czy zgodnie z etykietą czy po swojemu, nie da się ukryć, że i jakość i wydajność mają wysoką.

Więcej znajdziecie na stronie Green Anna.

PS Ptaszki dodałam do zdjęć, bo bardzo je ostatnio lubię! Co zapewne widać i w Lili 😀


Trzy polskie marki, które warto znać

Trzy marki, wokół których nie da się przejść obojętnie.

Trzy marki, które potrafią zauroczyć od pierwszej sekundy.

Trzy polskie marki, które warto znać!

I wszystkie trzy bardzo w stylu Lili! Botaniczne wręcz, roślinne, takie jak uwielbiam. Zupełnie różne, ale mają coś wspólnego.

To coś!

Poznajcie je!

1.

WHITE POCKET

Marka najwspanialszej pościeli, która już kilkukrotnie pojawiała się w Lili Ot, choćby na co dzień gości w naszej sypialni (zobaczcie TUTAJ). Jednakże przy okazji ostatnich nowości, musiałam znowu ją Wam pokazać! Nowe wzory z eukaliptusami i mandarynkami znowu bowiem skradły mi serce. W paprociach to już od dawna jestem zakochana! Wszystko oczywiście z najlepszych materiałów – takich, w których aż chce się spać.

“Uwielbiamy rzeczy zaskakujące, kolorowe i jedyne w swoim rodzaju.
Tworzymy produkty, dzięki którym możesz zmienić swoją domową przestrzeń i wyrazić siebie. Staramy się, żeby nasze wzory były wyjątkowe i zachwycające.
Wszystkie nasze produkty są projektowane, drukowane i szyte w Polsce. Współpracujemy z lokalnymi szwalniami i zakładami krawieckimi. “

Więcej znajdziecie na White Pocket.


2.

BUJNIE



Kwietniki inne niż wszystkie!

Nawiązujące do kwietnikowej klasyki, ale jakże współczesne. Każdy z takich kwietników może stać się wyjątkową ozdobą domu. Jak wspaniale musi być tworzyć domową dżunglę w takim towarzystwie. Kiedyś, jak być może będziemy mieli dom, zrobię sobie specjalny roślinny kąt i powsadzam tam właśnie takie małe dzieła sztuki.

“Bujnie to studio projektowe i manufaktura specjalizująca się w designie roślinnym.
Cechą charakterystyczną naszych projektów jest minimalistyczna, czysta forma i precyzyjne ręczne wykonanie. Nasze produkty tworzone są tak, aby skupiać uwagę na roślinie i umiejętnie eksponować jej piękno. Oprócz cech funkcjonalnych ważna jest dla nas estetyka i to, aby projektowane elementy wyposażenia, stanowił elegancką, graficzną ozdobę każdego wnętrza.
Założeniem naszej pracy jest to, aby ułatwić i uatrakcyjnić wprowadzanie i organizowanie zieleni w domu, biurze i przestrzeni miejskiej. Projektujemy w zgodzie z filozofią biophilic designu, w centrum naszej pracy stawiając człowieka i jego potrzebę obcowania z naturą na co dzień.”

Więcej znajdziecie na stronie Bujnie.


3.

SOWL

No jak, no powiedzcie mi jak, można nie zakochać w takich pokrowcach na laptopa?

I to jeszcze marka szyje te cudne pokrowce dokładnie na wymiar naszego komputera! I jeszcze można dodać personalizowany haft!

Wszystkie pokrowce, które są stanowczo najpiękniejszymi produktami marki, są bardzo kobiece i eleganckie. Podobają mi się roślinne materiały, które znajdują się w środku i głębokie kolory tkanin zewnętrznych.

Ach, i jeszcze bardzo podoba mi się logo!

“SOWL to ręcznie wykonane z unikatowych włoskich oraz hiszpańskich tkanin akcesoria i torby. Produktem flagowym marki jest etui na laptopa, szyte na miarę na każdy rodzaj urządzenia. Akcesoria SOWL wykonane są z ogromną dbałością o każdy szczegół, dzięki czemu ich jakość utrzymana jest na najwyższym poziomie.

Marka tworzy krótkie, limitowane, znikające bezpowrotnie kolekcje uzupełnione o złote dodatki prosto z Francji. Połączenie włoskiej jakości i stylu z hiszpańskim temperamentem oraz francuską elegancją dają efekt niepowtarzalnej synergii.”

Więcej znajdziecie na stronie SOWL.

Facebook