Hummus gościnnie

Dzisiaj nie ja mam coś dla Was, a mój mąż. Gościnnie do mnie wpada ze swoim hummusem i z zaproszeniem na swojego młodziutkiego bloga, w którym to znajdziecie rozwinięcie tematu. Słyszeliście może o wojnie hummusowej? Nie? To wpadnijcie koniecznie na Sirocco Wind. Poniżej mała zapowiedź wraz z przepisem na przepyszną pastę z ciecierzycy! 
Hummus
jest tradycyjnym daniem kuchni arabskiej i żydowskiej. Jest to pasta z
ciecierzycy (zwanej też cieciorką lub grochem włoskim) z dodatkiem pasty
sezamowej tahini, czosnku i soku z cytryny.Według
legendy został wymyślony przez samego Saladyna, sułtana Egiptu, władcę
arabskiego imperium, zwycięzcę spod Hittin, zdobywcę Jerozolimy i słynnego
przeciwnika Ryszarda Lwie Serce podczas III krucjaty. Ile w tym prawdy – nie
wiadomo, ale nie ulega wątpliwości, że opowieść o wojennym pochodzeniu tej
potrawy dobrze się wpisuje w burzliwą historię Bliskiego Wschodu. Okazuje się
bowiem, że nawet niewinna pasta z ciecierzycy może być kością niezgody między
Arabami a Żydami. Między Libanem a Izraelem toczy się zajadła wojna hummusowa.   

(Więcej – TUTAJ – zapraszam!)

 Składniki
  • 200g suchej ciecierzycy (albo 400g ciecierzycy z puszki)
  • 1/2 szklanki pasty tahini (można kupić, ale można też zrobić samemu – przepis poniżej)
  • 2 ząbki czosnku (ja daję więcej, ale ja bardzo czosnek lubię)
  • sok z dużej cytryny
  • 4 łyżki oliwy z oliwek
  • łyżeczka soli
  • opcjonalnie – drobno posiekana natka pietruszki, orzeszki piniowe, oliwki, sumak lub cokolwiek co nam do głowy wpadnie

Do pasty tahini:

  • pół szklanki ziaren sezamu
  • 2 łyżki oleju sezamowego (lub zwykłego)
 Jeśli używacie suchej ciecierzycy należy ją najpierw namoczyć przez noc.
Potem gotujemy ją na małym ogniu do miękkości, czyli jakieś 2 godziny
(co bardzo, bardzo ważne – nie idziemy w tym czasie do innego pokoju,
nie włączamy ulubionego serialu ani nie czytamy ciekawej książki, bo się
ciecierzyca przypali i wszystko trzeba będzie zaczynać od początku,
zamiast tego możemy w tym czasie zrobić pastę tahini). Jeśli mamy
cieciorkę z puszki to tylko ją opłukujemy.

Wrzucamy ciecierzycę do blendera, dodajemy tahini, sól, czosnek, sok z
cytryny i oliwę. Miksujemy wszystko na gładką masę, jeśli hummus jest
zbyt gęsty dodajemy oliwy lub wody. Na wierzch wylewamy dla dekoracji
jedną łyżkę oliwy i posypujemy orzeszkami, pietruszką, posiekanymi
oliwkami, sumakiem albo wszystkim naraz.

Aby zrobić pastę tahini prażymy ziarna sezamu na suchej patelni, aż
zacznie rozchodzić się intensywny zapach a sezam się zarumieni (ale nie
za długo, bo przypalony sezam jest niejadalny). Następnie czekamy aż
ostygnie, miksujemy go z oliwą na gładką masę – i gotowe!

Podajemy z chlebkiem pita, naan albo z jakimkolwiek pieczywem.

Smacznego!

W roi głównej: Green People Pianka myjąca do twarzy

Miałam z nią pewien problem. Zastanawiałam się jak do niej podejść. Zaglądałam to z jednej, to z drugiej strony… Ale czas już nadszedł najwyższy. Przed Wami zaprezentuje się dzisiaj Pianka myjąca do twarzy Green People!

Zaczyna się ta historia bardzo dobrze, bo wizualnie. A wizualnie nie mam kosmetykom Green People nic do zarzucenia – estetyczne, przejrzyste, nowoczesne opakowania. Pianka mieni się w łazience bielą i błękitem, idealnie wpisuje się w jej klimat. Uwielbiam też konsystencję pianki w kosmetykach. Ostatnio stosowaliśmy piankę do mycia dzieci Coslys, teraz ta do twarzy. Niczym obłoczek, lekka i puszysta. Aż słodko!
Kolejny plus za 96% składników organicznych, za certyfikaty. Za skład oczywiście, pełen mojego ukochanego oczaru wirginijskiego, zielonej herbaty, aloesu i rumianku. Swoją drogą – jak to się dzieje, że z płynu robi się pianka? Magia li to? 🙂
Przyczepiłabym się jednak do zapachu pianki. Choć jest to jedynie moje osobiste uczucie. Bo wprawdzie zawarte są w niej olejki z geranium, szałwii i bergamotki, ja wyczuwam jedynie ten pierwszy. A niestety za bardzo geranium nie lubię. Wprawdzie imituje niekiedy olejek różany, ale jak dla mnie, jest mu do róży daleko. Nie umniejszam jednak znaczenia i dobroczynnych właściwości olejków, które mogą okazać się dla skóry zbawienne.
Problem polega na tym, że polski dystrybutor reklamuje piankę jako produkt przeciw przebarwieniom, a moim skromnym zdaniem jest to kosmetyk dobry, ale przeciw niedoskonałościom po prostu. No… chyba, że zapobiega przebarwieniom, których jeszcze nie ma. W każdym razie pianka jest bardzo, bardzo delikatna, nie zawiera mydła i alkoholu. Mam wrażenie, że na moją buzię jest zbyt delikatna, ale może stać się istotnym sprzymierzeńcem w codziennej walce z problematyczną cerą. 
Z pewnością buzi nie podrażni, a w przyjemny i łagodny sposób ją oczyści. Oczyszczaczem jest przyzwoitym. Delikatnie ściąga pory i łagodzi. Do stosowania i rano i wieczorem i jeszcze w trakcie dnia. Pomimo tego, że dosyć dużo jej zużywam na jeden raz, jest wydajna. Spodoba się osobom o wrażliwej, cienkiej skórze, nastolatkom i dojrzałym kobietom. Jest po prostu bardzo uniwersalna.
Pianka do kupienia w Love Me ECO.

Musujące gąsienice do kąpieli

Tak, rak… wyobraźcie sobie… bierzecie kąpiel… ciepła woda powoli zalewa Wasze ciało, czujecie jak z każdą sekundą staje się lżejsze i lżejsze. Jakże dobrze… Nagle jednak z za szafki wypełzają małe zielone kreatury z błyskiem w oku i czekoladowymi czułkami! Co robić? Uciekać? Nie – utopić potwory! Niech wpadają do wody, niechaj rozpuszczają się musując i uwalniając swój odurzający aromat!

Dzisiaj zrobimy urocze kąpielowe potworki – musujące gąsienice!

Do ich wykonania potrzebujecie:

  • gąsienicowe silikonowe foremki do lodu – tutaj z Empiku
  • 100g sody oczyszczonej
  • 50g kwasku cytrynowego
  • łyżka dowolnego oleju
  • letnia woda w spryskiwaczu
  • kilkanaście kropelek ulubionego olejku zapachowego
  • barwniki kosmetyczne: zielony i żółty
  • 2-3 kosteczki ciemnej czekolady
  • wykałaczki
Kwasek i sodę mieszamy dokładnie w misce razem z olejem i olejkiem zapachowym. Połowę mieszaniny odsypujemy do drugiej miseczki. Do pierwszej dodajemy kilka kropelek zielonego barwnika (do uzyskania pożądanego odcienia), a następnie całość nieco spryskujemy wodą i od razu mieszamy ręką, jakbyśmy urabiali ciasto. Wody dodajemy tyle, aby miało ono konsystencję piasku do budowania zamków. Dosyć mokrą, ale pamiętajmy, że jeżeli dodamy za dużo wody, będzie nam ona już tutaj musować i syczeć. Trzeba ją wtedy gasić palcami. To samo robimy w drugiej miseczce z barwnikiem żółtym.
Do foremek silikonowych nakładamy na przemian zieloną i żółta masę i dobrze ugniatamy. Jeśli poczujemy, że mieszanina zaczyna być zbyt sypka i się wysusza, dodajemy wodę ze spryskiwacza. Napełnione foremki odkładamy na całą noc do stwardnienia. Nazajutrz wyciągamy gąsienice. W małej miseczce roztapiamy czekoladę – w mikrofali lub w kąpieli wodnej. Za pomocą wykałaczki malujemy czekoladą oczka, różki i inne kształty na robaczkach. Ponownie odkładamy je, aż czekolada zastygnie. I gotowe! Gąsienice w kąpieli musują i wydzilają pięny aromat. Polecam szczególnie do urozmaicenia kąpieli dzieciom!

Zauroczona: KWIATY&MIUT

O KWIATY&MIUT przeczytałam ostatnio podczas spokojnego wiejskiego weekendu, w InStyle. I od razu wiedziałam, że temat należy zgłębić. Zgłębiłam więc odpowiednio i się zauroczyłam. Cieszę się, że takie miejsca w Polsce są. Tak piękne, niebanalne, kreatywne i pełne pasji. A do tego kwiaty… wszelakie, sezonowe, kolorowe. To, co robi z nimi Łukasz Marcinkowski to sztuka. Naturalna sztuka, która mnie uwiodła.
I muszę, po prostu muszę zacytować opis tej niezwykłej poznańskiej kwiaciarni:
„Smak, forma, kompozycja – w tych dziedzinach mężczyźni są
niekwestionowanymi liderami, wpływającymi na nasze pragnienia –
skosztowania nowych potraw, hołdowania modzie czy zmiany fryzury.
Kwiaciarnia Kwiaty & Miut wpisuje się w ten trend – powstają tu
kompozycje silne męską wyobraźnią, przyprawione artystyczną wizją.
Tworzone z miłością do kwiatów i z miłości do kwiatów.
Miód nie tylko na kobiece serca. A może MIUT?
Łukasz Marcinkowski, pomysłodawca i twórcza tego miejsca, łączy
w sobie wiedzę, doświadczenie, a przede wszystkim wyjątkową umiejętność
tworzenia kwiatowych kompozycji, florystyką zajmuje się od ponad 14 lat.
Zaczął jeszcze w liceum, nic więc dziwnego, że na pierwszy kierunek
studiów wybrał ogrodnictwo, na kolejny – projektowanie mebli na ASP
(tak, meble w Kwiaciarni zaprojektował sam!).
KWIATY&MIUT są więc miejscem, w którym łączy obie pasje – florystykę i projektowanie.
Kwiaty, Meble, Inspiracje, Upominki, Tekstylia…”
No, bo sami zobaczcie… Poznaniacy – zazdroszczę Wam!

 Zdjęcia pochodzą z bloga KWIATY&MIUT

O blogowaniu moim

Długo przymierzałam się do napisania tego posta. Za każdym jednak razem, kiedy już prawie zasiadałam do komputera, czułam, że to jeszcze nie pora. Że nie ma co tych wszystkich kłębiących się myśli uzewnętrzniać. Albo, że są przecież ciekawsze tematy. Teraz jednak mam wrażenie, że nadszedł jego czas.

Przygoda z blogowaniem zaczęła się trzy lata temu. Miał być to jeden ze sposobów na promocję mojego ówczesnego sklepiku z kosmetykami naturalnymi. Ale sklep zamknęłam, a blog został… Bo już musiał, bo stał się częścią mojego życia. Czasem łapię się na tym, że patrzę na świat z perspektywy nowego posta. Widzę coś pięknego, a w głowie zaczyna mi się układać tekst. Albo już mam przed oczami zdjęcia, które Wam pokażę. Lekkie wariactwo!
Ale jest to zwariowanie ogromnie pozytywne! Z prawie trzydziestką na karku stwierdzam, że żadne nauki, żadne moje skończone szkoły, kursy czy szkolenia rozliczne nie nauczyły mnie tyle i nie pokazały tak dużo świata jak blogowanie. I nie o samo pisanie postów chodzi. Blogowanie poszerza horyzonty, pozwala odnaleźć niezwykle inspirujące miejsca, motywuje do ciągłego rozwoju, wzmaga kreatywność i w końcu, pomaga poznać wspaniałych ludzi.
Kiedy mam wolną chwilę, w przerwie między tym czymś ważnym, a tamtym jeszcze ważniejszym, przeglądam ulubione blogi, podglądam co słychać u innych dziewczyn, uśmiecham się, wypełniam radosną energią. Przyznaję, że w większości są to blogi zagraniczne. Bo są świetne. Po prostu. I dzięki temu poznaję świat, poznaję rzeczy, o których nie miałabym pojęcia pozostając jedynie w krajowej przestrzeni. A ponadto szlifuję język, a nawet czasem i dwa.
Dzięki blogowaniu pędzę do przodu. Cała jestem pełna pomysłów, a nie mam czasu na realizację choć połowy z nich. Mam chęć myśleć, kombinować, tworzyć. Nie pamiętam kiedy ostatnio się nudziłam i nie chodzi tutaj o dziecko, bo i z dzieckiem można mieć dni pełne marazmu i zniechęcenia. Rozwijam się, a rozwój ten jest widoczny z każdym moim postem. Robię zdjęcia, uczę się grafiki, wymyślam coraz to nowsze przepisy, nawiązuję wspaniałe znajomości. No… chce mi się!
Zauważyłam, że czasami muszę się wręcz ograniczać z przeglądaniem coraz to nowszych stron w internecie, bo mam wrażenie, że za dużo pomysłów pojawiło się na raz i nie będę w stanie wszystkich w jakiś sposób urzeczywistnić. A co gorsza… nie potrafię tworzyć postów na zapas, ani planować ich na najbliższy miesiąc. Jak już mam coś gotowe lub opracowane, to zazwyczaj tak bardzo chcę Wam pokazać i tak się tym emocjonuję, że muszę to opublikować. Mam więc zawsze całą listę zakładek i wypisanych możliwych tematów. Bardzo surowych, na przyszłość, do opracowania. A i tak w między czasie zawsze wpadnie kilka innych.
TAK, zarabiam na blogu. Choć bardzo niewiele, bo i blog jest jeszcze malutki. Nie widzę nic, zupełnie nic złego w otrzymywaniu zapłaty za swoją pracę. Jest to dla mnie wręcz naturalne. Cieszy mnie, że mogę się dokładać do domowego budżetu, wychowując jednocześnie w domu dziecko. Nie widzę też nic złego w tym, że zarabiam niewiele i dostaję kosmetyki do testów. Nie będę czekać na osiągnięcie jakiegoś konkretnego pułapu statystyk. Nie stać mnie po prostu na to. 
Choć marzy mi się, wzorem moich ulubionych zachodnich blogerek, aby z blogowania dało się wyżyć. Utrzymać siebie i rodzinę. Uwielbiam zaglądać np. do Justiny Blakeney czy na DESIGNLOVEFEST. Do dziewczyn, które blogują i żyją z tego. Są przesympatyczne i niezwykle inspirujące. Podglądam choćby biuro/pokój stworzony jedynie do pracy twórczej i zazdroszczę…
Pojawił się kiedyś zarzut, że skoro mam reklamodawców to straciłam wiarygodność. Nie jestem w stanie zrozumieć takiego podejścia. Nie rozumiem czemu uważa się, że nie można połączyć blogowania i zarabiania. Wszystko co robię jest całkowicie zgodne z moimi przekonaniami, gustem, sumieniem, z tym co chcę w Lili przekazać. Jeśli jakaś współpraca nie współgra z Lili, nie jest podejmowana.
Muszę chyba czarno na białym napisać, że Lili nie jest blogiem do pisania „rzetelnych” recenzji. Jest to miejsce, w którym polecam rzeczy warte polecenia. Jeśli kosmetyk, który testowałam nie spodobał mi się, nie piszę o nim. Nie wystawiam recenzji negatywnych, bo nie lubię negatywnych fluidów z nich wyzierających. Możecie mi jednak wierzyć, że jeśli już o czymś napiszę, to jest to tego naprawdę warte.
Poza tym poprzez bloga zarabiam też pośrednio. O co mi chodzi? Dzięki Lili trafiają do mnie ludzie, którzy bez niej nigdy by o mnie nie usłyszeli. Dzięki temu prowadzę dwa firmowe fan page na Facebooku, mam przyjemność pisywać do magazynów i portali oraz prowadzę warsztaty podczas integracyjnych spotkań firmowych. Wszystko to składa się na wymierny profit z prowadzenia bloga.
TAK, pozwalam na kopiowanie moich zdjęć. Jestem wręcz za to wdzięczna. Pod warunkiem jednak, że tam gdzie zostaną umieszczone, pojawi się ich źródło. Nie bardzo rozumiem, czemu jesteśmy tak bardzo w tym temacie przeczuleni. Wiem, wiem.. często zdjęcia zostają skradzione i używane do własnych celów, bez podpisu. Obawiam się jednak, ze przez ten ogólnopolski strach tracimy wspaniałe możliwości promocyjne. Jeśli ktoś umieści moje zdjęcie na swoim blogu wraz z linkiem przekierowującym do mnie, to zrobił mi tym samym przysługę. Jest to bowiem najprostszy, najtańszy, organiczny, wirusowy marketing. Bezpłatna reklama, a do tego bardziej wiarygodna. Dlatego też lubię zachodnie blogi – tam nie ma problemu (zazwyczaj) ze zdjęciami, wystarczy podać ich właściciela.
Pokochałam blogowanie i to jaka dzięki niemu jestem. Zależy mi, aby Lili była przyjaznym, inspirującym miejscem, z pozytywnymi wibracjami, dodającymi zwykłemu dniu choć trochę słońca. Nie interesują mnie afery, żale, smutku. Nie obrażam, nie krytykuję. Co najwyżej zauważam i poszukuję pozytywów. Staram się obserwować i wyciągać wnioski. Nie lubię hejterów, bo nawet jeden nieprzyjazny komentarz potrafi zepsuć mi dzień lub kilka. Nie hejtuję, nie podcinam skrzydeł. Pozostawiam na odwiedzanych blogach jedynie dobre komentarze. Nie pouczam u innych. U siebie proponuję, radzę i sugeruję. Jeśli coś polecam, to w to wierzę. I mam nadzieję, że lubicie tu wpadać!

Post Sponsorski: MARTINA GEBHARDT NATURKOSMETIK

Uwielbiam odrywać nieznane mi do tej pory kosmetyki. I cieszę się, że te naprawdę interesujące mogę Wam przedstawiać. Poczytałam, popróbowałam i zostałam fanką 🙂 Bo tym razem poproszono mnie o małą prezentację niemieckiej marki MARTINA GEBHARDT NATURKOSMETIK!

Już starożytni Egipcjanie i rdzenne ludy całego świata posiadali rozległą wiedzę na temat rytmów kosmosu oraz ich wpływu na przygotowywanie naturalnych specyfików. Na podstawie obserwacji rytmu gwiazd i księżyca, zauważono, że pewne wyciągi roślinne, przygotowane w określonym przeciągu czasu, posiadają o wiele większą moc oddziaływania, niż gdy są wyrabiane o innych porach. Dziś rdzenne ludy Ameryki centralnej wciąż wytwarzają olejki eteryczne i maści w harmonii z rytmem kosmosu. Spora część tej pradawnej wiedzy została ponownie odkryta przez nowoczesne metody biodynamicznej uprawy roślin oraz przez spagirykę – alchemiczną metodę destylowania szlachetnych esencji roślinnych oraz wytrącania naturalnych soli z popiołów. 

Martina Gebhardt wybrała drogę, której celem jest przywrócenie naturalnego porządku. Jakość kosmetyków uzależniona jest głównie od świeżości surowców oraz metod produkcji. Martina Gebhardt używa najświeższych ziół i olejów roślinnych, dzięki którym powstają wysokiej jakości produkty pielęgnacyjne. Większość surowców pochodzi z certyfikowanych upraw biologicznych bądź z upraw kontraktowanych przez Demeter. Produkty Martina Gebhardt nie zawierają żadnych składników pochodzących z martwych zwierząt, a proces produkcji odpowiada wytycznym niemieckich organizacji broniących praw zwierząt.  
Wszystkie produkty kosmetyczne powinny być stosowane oszczędnie, wspomagając a nie tłumiąc naturalne funkcje skóry. Kremy z optymalnym pH w granicach 5-6 pozwalają skórze zachować jej naturalną barierę ochronną. Nie istnieją kosmetyki, będące w stanie całkowicie zapobiec naturalnym procesom starzenia się skóry. Na szczęście w naturze występuje cała obfitość ziół i olejów roślinnych, które pozwalają zachować elastyczność i witalność skóry, nadając jej zdrowy i zadbany wygląd. Żadne syntetyczne imitacje nie są w stanie odżywiać i chronić skóry lepiej niż substancje naturalne. 
Produkty Martina Gebhardt tworzone są po to, aby wspierać naturalne funkcje skóry. Tylko w ten sposób nasza skóra pozostanie zdrowa i będzie mogła zachować swoją naturalną równowagę. Kremy Martina Gebhardt mają w składzie około 50% wody, zawartej np. w wyciągach roślinnych na bazie wody źródlanej, oraz 50% substancji oleistych, takich jak: oleje roślinne, tłuszcze i woski. Taki skład odpowiada budowie warstwy hydro-lipidowej skóry 20-letniej kobiety. Dostarczenie tej warstwie składników odżywczych wspiera witalność, zdrowie i elastyczność skóry. Zarówno kremy nawilżające, jak i kremy na bazie tłuszczów i olejów upośledzają naturalną równowagę skóry, powodując jej nadmierne przesuszenie.

EFEKT ESENCJI SPAGIRYCZNYCH

Słowo spagiryka pochodzi od greckich czasowników spao (=oddzielać) i ageiro (=łączyć) i opisuje metodę wytwarzania substancji leczniczych, znanych od tysięcy lat w kulturze krajów Orientu i Himalajach. Ta metoda ekstrakcji jest stosowana w medycynie ajurwedyjskiej po dziś dzień. Oddziaływanie esencji spagirycznych dokonuje się na poziomie komórkowo-energetycznym. Mówi się, że sól jest pamięcią Ziemi i odkrywamy w tym powiedzeniu sporo prawdy, obserwując jak sól rozbudza wewnętrzny porządek i pamięć każdej żywej komórki według jej własnego planu genetycznego. Roztwory soli, występujące w przestrzeniach wewnątrz- i zewnątrzkomórkowych, przewodzą impulsy elektryczne do komórek, stymulując proces ich oczyszczania. Jest to niezwykle istotne, gdyż komórka nie może pobrać wymaganych do jej regeneracji substancji odżywczych, dopóki na poziomie komórkowym nie zajdzie proces detoksyfikacji. 

KOSMETYKI MARTINA GEBHARDT:

  • Zawierają 100% naturalnych składników.
  • Kremy i emulsje do twarzy nie zawierają syntetycznych surowców, glicerolu, dwutlenku tytanu, konserwantów ani alkoholu.
  • Nie zawierają surowców wyprodukowanych z martwych zwierząt.
  • 95% surowców pochodzi z certyfikowanych upraw biologicznych bądź z upraw kontraktowanych przez Demeter.
  • Zawierają esencje spagiryczne, wyprodukowane na miejscu i przy udziale regularnych procesów biodynamicznych.
  • Wszystkie produkty Martina Gebhardt otrzymały oficjalne miano certyfikowanych kosmetyków naturalnych.
  • Na przestrzeni ostatnich 15 lat wszystkie produkty Martina Gebhardt były testowane przez niemiecki magazyn konsumencki „Öko-Test”, otrzymując najwyższe noty.
  • Wszystkie produkty Martina Gebhardt zostały odznaczone certyfikatem DEMETER (więcej informacji na stronie www.demeter.de), co stanowi gwarancję produktów najwyższej jakości, powstałych przy udziale surowców rolnictwa biodynamicznego oraz najwyższych standardów produkcji.
  • Kosmetyki Martina Gebhardt są w 100% wolne od testów przeprowadzanych na zwierzętach
  • Energia pozyskiwana do produkcji jak również stosunek do środowiska naturalnego otrzymał certyfikat EMAS 

 A na zdjęciu mój wybór:
ALOE VERA Aloesowy krem do skóry wrażliwej i zmęczonej 50 ml
Balsam do paznokci z olejkiem neem
BAOBAB Spray zapobiegający poceniu się stóp 100 ml
CALENDULA Nagietkowy balsam do intensywnej pielęgnacji skóry dzieci i niemowląt
GINSENG Emulsja z żeń-szeniem do cery wymagającej 30+
HAPPY AGING Tonik witaminowy do cery dojrzałej 40+
HAPPY MUM Olejek do pielęgnacji piersi w okresie laktacji
Mineralno-ziołowa sól do kąpieli

Kosmetyki dostępne u dystrybutora GREEN LINE oraz w wybranych sklepach ze zdrową żywnością, drogeriach internetowych i stacjonarnych
Facebook