Musujące czekoladowo-pomarańczowe pralinki kąpielowe

Czasem nachodzi taka ogromna ochota na czekoladę. Najczęściej wtedy, kiedy panujemy nie jeść słodyczy. Co wtedy zrobić? Zaserwować nieco czekolady naszemu spragnionemu ciałku! W kąpieli! Zrobimy dzisiaj bardzo proste musujące czekoladowo-pomarańczowe pralinki kąpielowe. Kolejny element materiału dla Green Canoe 🙂

 

Składniki
  • 200g sody oczyszczonej
  • 100g kwasku cytrynowego
  • łyżka ulubionego oleju
  • łyżka kakao
  • kilka kosteczek ciemnej czekolady
  • kandyzowana skórka pomarańczowa
  • 25 kropelek olejku pomarańczowego
  • letnia woda w spryskiwaczu
  • silikonowe foremki na pralinki czekoladowe

W dużej misce mieszamy sodę z
kwaskiem, olejem i olejkiem pomarańczowym. Połowę mieszaniny przekładamy do
drugiej miski. Przygotowujemy kilkanaście foremek na pralinki. Na spód połowy z
nich sypiemy skórkę pomarańczową, a do drugiej połowy małe kawałeczki
czekolady. Do pierwszej miski z mieszaniną wsypujemy kakao i całość dokładnie
mieszamy, co chwilę spryskując delikatnie wodą. Jeśli zacznie się musowanie,
„gasimy” je palcami. Mieszanina powinna uzyskać konsystencję piasku do lepienia
zamków. Jeśli zaciśniemy ją w pięści, przybierze jej kształt. Gotową wypełniamy
foremki ze skórka pomarańczową, mocno je dociskając. 
Do drugiej miski dodajemy
około łyżkę startej na tarce czekolady i postępujemy tak samo jak powyżej. Masę
przekładamy do foremek z czekoladą i ponownie dociskamy. Pralinki odstawiamy na
całą noc do stwardnienia. Nazajutrz wyciągamy je z foremek i dodajemy po kilka
do cieplej kąpieli. Będą przyjemnie musować i pielęgnować skórę.

 
 

http://www.lilinaturalna.com/p/lili-przepisy.html

Jesienne obrazki/cliparty – dla Was do ściągnięcia

Pokochałam Photoshopa 🙂 Nie, nie od pierwszego wejrzenia… wtedy raczej mnie przerażał… od któregoś obejrzanego na Youtubie filmiku z instrukcją użytkowania! Siedzę teraz całymi wieczorami (no może nie całymi… Top Chefa też trzeba zobaczyć) i uczę się powoli nowych funkcji. 
W między czasie przygotowałam dla Was jesienne obrazki! Do wykorzystania na blogach, grafikach, kolażach, na zdjęciach, a może po prostu do wydrukowania i przyklejenia na jesienne kartki, zaproszenia czy podziękowania. Zdaję się tu na Waszą kreatywność. 

Obrazki mają rozszerzenie png. czyli są na przeźroczystym tle, co znacznie ułatwia pracę. Do dyspozycji oddaję w Wasze ręce dwa jesienne wieńce oraz 7 mniejszych clipartów, w odcieniach brązu i szarości. Wieńce idealnie sprawdzą się np. z monogramami, albo w nagłówku posta – tak jak TUTAJ

Aby ściągnąć obrazki na komputer należy:

1. Kliknąć w poniższy baner

2. W każdej linii z obrazkiem o rozszerzeniu PNG, po prawej stronie kliknąć w strzałkę;
3. Kliknąć download;
4. Otworzyć lub zapisać plik w wybranym miejscu na komputerze.

W tworzeniu kolaży z pewnością pomocny Wam będzie poniższy tutorial:

No, chyba, ze macie Photoshopa. To pewnie wiecie co i jak 🙂

A poniżej jeden z możliwych sposobów na wykorzystanie obrazków. Dajcie znać, czy się przydały!

Obrazki możecie wykorzystywać do wszystkich celów, także komercyjnych. Nie można ich odsprzedawać. Możecie umieszczać je na na blogach i stronach internetowych.

W roli głównej: Tonik do twarzy Jaśmin i Zielona Herbata Orientana

Kusi, uwodzi, domaga się stałej atencji. A przecież taki niepozorny z wierzchu. Uzależnia jak narkotyk. I bardzo chce się dzisiaj Wam zaprezentować. Zobaczcie więc naszą dzisiejszą gwiazdę – Tonik do twarzy Jaśmin i Zielona Herbata Orientana!

Ot, mała plastikowa buteleczka z taką sobie etykietką. Wybrałam tą z napisem jaśmin i zielona herbata. Bo lubię i jaśmin i zieloną herbatę. I wiem jaką moc w sobie kryją. I kiedy po raz pierwszy otworzyłam to cudo i prysnęłam w kierunku twarzy, ten jaśmin i ta zielona herbata natychmiast zaczarowały wszystko. Zagarnęły dzień dla siebie. Zajęły całą przestrzeń niemalże. Otuliły mnie bowiem tak wspaniałym radosnym kwiatowym aromatem, że nie chciałam się go już pozbywać. Ciepło było wtedy na szczęście. Kiedy jest ciepło, przyjemnie jest spryskiwać się mgiełką. Więc się i spryskiwałam.

Jak wszystkie kosmetyki Orientany i ten przywędrował do mnie z daleka. Aż z Indii. I jest w nim coś wschodniego, odległego. Jest bardzo delikatny, naturalny, nie zawiera alkoholu. Doskonale nadaje się do tonizowania skóry rano i wieczorem, ale także do odświeżania cery w trakcie dnia. Idealnie sprawdza się tutaj atomizer z bardzo drobnymi dziurkami, który wytwarza niezwykle subtelną mgiełkę. Sprzyja to też wydajności toniku. W buteleczce mieści się 100ml, które starcza na naprawdę długo.
Cudo to opiera się na wodzie pełnej ekstraktu z zielonej herbaty. Mamy tu też sok z aloesu, glicerynę, ekstrakt z lukrecji, ekstrakt z żeńszenia indyjskiego i olejek jaśminowy, który to właśnie nadaje ten niesamowity zapach. Tonik w łagodny sposób wspomaga kuracje przeciwzmarszczkowe, oczyszcza, nawilża i regeneruje skórę. Jeśli dodamy do tego przyjemność używania, staje się jednym z najlepszych toników, jakie używałam.
Ostrzegam tylko, że nie wszyscy lubią tak intensywny jaśminowy zapach. Ja uwielbiam. Jeśli jednak od nagłego ataku kwiatów boli Was głowa, warto wybrać inny z toników Orientany. Mamy jeszcze do wyboru różany, imbir z trawą cytrynową i neem z cytronem. Cena 26zł nie jest zaporową, a sama marka jest dostępna w coraz większej ilość stacjonarnych drogerii. Obserwuję tą ekspancję od dłuższego czasu i bardzo podziwiam charyzmę właścicielki.

Tonik dostępny jest TUTAJ.

Puszyste pizzetki z kolorowymi pomidorami, miodową cebulką i serem feta

Udało mi się pierwszy raz w życiu dostać zielone pomidory. I to gdzie? W małym dzielnicowym sklepiku tuż koło naszego bloku. Człowiek nawet sobie sprawy nie zdaje jakie to bogactwo czyha w takich sklepikach. Przestawiam się więc i wspieram lokalną przedsiębiorczość. W podziękowaniu za pomidory!
Od zawsze lubiłam ciasto drożdżowe. Bardziej w tej wytrawnej wersji, a najbardziej – jako pierożki wigilijne z grzybami i kapustą. A pizza… Tak, wiem, że ta prawdziwa powinna mieć cieniuteńkie ciasto. Osobiście uwielbiam jednak puszyste, świeżutkie, miękkie spody. Właśnie takie odpowiednio równoważą smakowity wierzch. 
Dzisiaj więc polecam Wam i pomidory i puszyste ciasto drożdżowe. Zrobimy bowiem przepyszne pizzetki z kolorowymi pomidorami, miodową cebulką i serem feta.
Jak to w przypadku ciasta drożdżowego, najpierw musimy przygotować zaczyn. Dbamy więc o to, żeby w kuchni nie było żadnych przeciągów, zapewniamy też pokojową temperaturę składnikom. Mleko może być delikatnie ciepłe. W miseczce mieszamy składniki, rozpuszczamy drożdże i dodajemy tyle mąki, aby całość miała konsystencję śmietany. Miseczkę odkładamy w spokojne, ciepłe miejsce, przykrytą czystą ściereczką. Kiedy zaczyn podwoi objętość, jest gotowy!
Przelewamy go do dużej miski. Dodajemy jajko, które postało chwilę w pokojowej temperaturze. Ciasto drożdżowe nie lubi zimna. Dosypujemy sól i powoli dokładamy mąkę, cały czas wyrabiając ciasto. Kiedy ma już postać bryły, ale bardzo jeszcze się klejącej, dolewamy masełko i dalej wyrabiamy, oprószając co nieco mąką. Jak już stanie się elastyczną, piękną kulą, odstawiamy je w misce w ciepłe miejsce, ponownie zakrywamy ściereczką i znowuż czekamy aż urośnie drugie tyle.
W tym czasie przygotowujemy składniki na wierzch:
  • 3 zielone pomidory
  • 3 czerwone pomidory
  • pół słoiczka czerwonego pesto
  • 1 cebulę
  • łyżkę masła
  • łyżkę miodu
  • pół opakowania sera typu feta
  • sól, pieprz, czarnuszkę, oregano
Pomidory myjemy i kroimy na plasterki. Cebulę w krążki. Podsmażamy ją delikatnie, aż zmięknie na maśle i miodzie.
Gotowe ciasto przekładamy na oprószoną mąką stolnicę. Dzielimy na 4 części, z których formujemy spody do pizzetek. Przekładamy je na wyłożone papierem do pieczenia blachy i po kolei układamy składniki. Całość wkładamy do piekarnika na 180 stopni, na około 25 minut, aż ciasto urośnie i się lekko zarumieni.

Smacznego!

Nadchodzące warsztaty: Kraków i Wrocław

Mały post ogłoszeniowo-zaproszeniowy!

O tych krakowskich już pisałam, ale na wszelki wypadek przypominam  🙂

20.10.2013

W świecie zapachów – warsztat kosmetyki naturalnej i aromaterapii

Będzie pachniało! Oj, jak będzie pachniało! Podczas warsztatu rozpoczniemy aromatyczno-kosmetyczną przygodę. Odkryjemy aromaterapię i jej wpływ na nasze ciało. Nauczymy się łączyć zapachy tak, aby pomagały nam w codziennych troskach i zmaganiach. Stworzymy własne, indywidualne aromaty. A zatopimy je w:
  • mini-olejku ratunkowym na konkretne dolegliwości
  • odżywczej babeczce-masełku do ciała
  • roll-onie zapachowym z koralikami – osobistych perfumach do każdej torebki

Szczegół TUTAJ!

26.10.2013

Egzotyczne SPA

Warsztat przeniesie uczestników do odległych, egzotycznych krain. Przywiedzie na myśl bezkresne plaże i błękitne morza oraz szczyptę relaksu wśród palm. Uczestnicy nauczą się wykonywać kosmetyki pielęgnacyjne i tworzyć niezwykłe rytuały oparte na zamorskich przyprawach i produktach spożywczych. Umiejętności będą mogli wykorzystać do stworzenia magicznej atmosfery Dalekiego Wschodu we własnym domu. Uczestnicy dowiedzą się także, czym jest kosmetyka naturalna i jak wykorzystać produkty z własnej kuchni do zabiegów na ciało, poznają podstawowe wiadomości z zakresu aromaterapii i zielarstwa oraz konkretne przepisy na naturalne produkty.Wykonane zostaną:
  • Stymulujący peeling cytrusowy
  • Emulsja jogurtowa do ciał
  • Musujący kwiatowy puder do kąpieli
  • Odżywcza babeczka-masełko do ciała
Szczegóły TUTAJ!
Zapraszam!!

Masło kakaowe, pigwowiec i zeszłoroczne oczekiwanie

Rok temu jesień była zupełnie inna. Pełna napięcia, obaw i wyczekiwania.  Już od początku września żyło się jak na szpilkach, zerkając co rusz przez okno w kuchni, na ulicę, na podjazd nasz dzielnicowy, czy aby Stacho nie robi niespodzianki i nie wróci z tego Afganistanu wcześniej. Najgorsza była myśl, że tyle już za nami, a coś może wydarzyć się w te ostatnie dni. Ot, taka ironia losu. Pech po prostu. Bazę ostrzeliwali regularnie. A jak akurat ostrzelają startujący z Ghazni śmigłowiec? A jeśli zaatakują właśnie teraz, jeśli zbiorą się na odwagę i ruszą na bazę wszystkich baz w Bagram? A jeśli zestrzelą samolot do Kirgistanu. Albo co gorsza sam rozpadnie się gdzieś nad bezkresnymi górami. Nawet amerykańskim samolotom się to zdarza.. Bałam się.
Bałam się jaki będzie, czy się zmieni. Nie bałam się tak całe pół roku. Może też dlatego, że ukrywał przede mną fakt, że jeździ regularnie na patrole. Byłam pewna, że siedzi sobie grzecznie w dowództwie i rozmawia z Amerykanami przez radiostację. Zdradził się dopiero, kiedy zakończyli działania. Kiedy kolejna zmiana przyjechała i przejęła ich obowiązki. Jakoś pod koniec września. Dobrze? Do teraz nie wiem. Czy wolałabym wiedzieć, że jego wóz wyleciał na minie i leży w szpitalu z niegroźnymi ranami? Wolałabym.
Wczesną jesienią zaczęło się wielkie obmyślanie pierwszego po powrocie obiadu. Opcji było chyba kilkadziesiąt. Zmieniały się za każdym razem, kiedy odwiedzałam market. Kurki zamroziłam jak tylko je zobaczyłam i kupiłam. Na wszelki wypadek, bo potem może nie być. A co na śniadanie? A może coś jeszcze specjalnego, powitalnego. Zaczęło się przygotowywanie małej niespodzianki – różnych oryginalnych piw z lokalnych browarów. A od Róży wielka czekolada. Bo czekoladę lubi bardzo. 
Róża nie wiedziała co się kroi. Choć pewnie dziwiło ją to mamusiowe podekscytowanie. Mała była jeszcze,  nawet półtora roku nie miała. Mówiłam jej o tatusiu, którego już nie pamiętała. Pokazywałam filmiki, dwa razy nawet na skypie udało się połączenie złapać. Cóż to dla dziecka? Uśmiechała się do mnie jedynie. Pamiętam jak w soboty siadywałyśmy sobie wieczorkiem razem, ona z butlą mleka, ja przytulając jeszcze Misię i oglądałyśmy Mam Talent. Róża to uwielbiała, tańczyła i śpiewała, a potem biła brawo ze wszystkimi. Takie babskie posiadówy…
Zrobił w końcu niespodziankę. Ale nie mnie, wszystkim innym. Bo z tego napięcia, kazałam mu się dokładnie powiadomić. Powiedzieliśmy więc bliskim, że będzie nieco później. 
Przylecieli jakoś rano. Kilka godzin miał trwać rozładunek. Nie było sensu, żebym czekała nie wiadomo jak długo z małym dzieckiem pod bramą. Zresztą, po co te płacze, tak przy wszystkich? Czekałam więc w oknie. Na kuchence buzowało na czterech palnikach. Od rana. Kurki też. Różę wystroiłam w sukienkę, posprzątałam dom, umalowałam się, ubrałam trochę ładniej, ale na luzie. I stałam w tym oknie. Zadzwonił, że jeszcze trochę to potrwa, więc stałam dalej.
I w końcu zauważyłam w oddali zbliżającą się taksówkę. Atak gorąca i skręt w brzuchu. Chyba w sekundzie chwyciłam dziecko, okryłam je czymś, co akurat było pod ręką, ubrałam jakieś pierwsze lepsze buty, wypuściłam przodem psa i wyleciałam z domu. Dwa piętra w dół, po schodach, z przestraszonym tym całym wariactwem bąblem. Wyciągał akurat plecak z bagażnika. Taki inny, wychudzony, opalony, w jasnym mundurze. Dobiegłam i przytuliłam. I tak staliśmy długo. Róża zaczęła płakać. Taksówkarz stał i wgapiał się w ten obrazek rodem z amerykańskiego filmu.
Wrócił. Już prawie rok temu.

Ta jesień jest inna. Chłodniejsza. Zwyczajniejsza.

Masło kakaowe. Próbowaliście? Dotychczas miałam je jedynie w formie małych pastylek. Tym razem zakochałam się w takich naturalnych kosteczkach. Cudowne. Pachnie czekoladą. Twarde jest bardzo, jak to masło kakaowe, ale to nic. Urywam kawałek, rozgrzewam w dłoniach i powoli masuję ciało. Trochę nakładam na usta i zaraz je oblizuję. Wchłania się od razu, nawilża i odżywia. Kawałeczek wrzucony do kąpieli ułatwi zadanie. Masło się powoli roztopi i pozostawi na skórze delikatny film. Polecam!

Ach i jeszcze ważna sprawa – to na zdjęciach to nie jest pigwa, Nie, nie. Siostra moja kazała przekazać, że jest to owoc pigwowca, a to nie to samo!


PS Moje masełko pochodzi z Blisko Natury

Facebook