Po-Weekendowe Cuda no85

Zakochałam się w domkowym wazonie! Kwiaty wychodzą tu drzwiami i oknami. Mieszkańców ma wspaniałych! Radosna Kuchnia (1)
Wiecie co to? Tak… usta… to jasne… ale nie takie zwykłe usta To torebki! Jedynie część ustnej kolekcji. Cuda nad cudami 🙂 Z Lulu Guinness (2)
Uwielbiam motywy gwiezdnego nieba i starodawnych jego atlasów. Takie obrazki z największa przyjemnością powiesiłabym kiedyś w domu! (3) Bieroza z Pakamery.
Równie mocno lubię motywy marynistyczne. Rodem z białego, drewnianego domku na plaży. Czy te cuda do niego nie pasują idealnie? Można się rozmarzyć… (4) Otie Decor z Pakamery.
A tym nadmorskim domku z pewnością zastałabym taki zestaw kosmetyków wraz z ich brodziastym właścicielem 🙂 Podoba mi się pomysł, składy i opakowania. Z pewnością spróbuję zrobić kiedyś taki płyn po goleniu! (5) Soapbox Gypsy.
Wpadam sobie czasami na stronę sklepu West Elm, żeby nacieszyć wzrok i poszukać inspiracji.  Te trzy zdjęcia podobają mi się wyjątkowo! Stół (6) – niby niedbale zastawiony, ale wszystko jest tu dobrze przemyślane. Całość genialna! Kącik gdzieś w biurze czy salonie (7), ze starymi książkami, nosorożcem (!) i tacką, która porządkuje przestrzeń – mmmm… A na koniec moje wieczne zafiksowanie (8) – terraria z sukulentami. Cudowne!!
A teraz coś niesamowitego! Wpadnijcie koniecznie na Design Father zobaczyć niezwykłe prace Antonio Mora (9). Jestem pod całkowitym zauroczeniem!
Myślicie, że to będzie dobry tydzień? Liczę na to bardzo! W Lili in the Garden dzieje się sporo. Pracujemy nad stroną, nową kolekcją, nowymi naklejkami na pudełka i koperty. Doprawdy… pracy cała masa!!
Tymczasem, z nowości, polecam Wam cudowne, magiczne kamienie!
Wpadnijcie TUTAJ – zapraszam!

W roli głównej: Peeling cukrowy z kawą i olejem macadamią Nacomi

Coffee time? Zdecydowanie! Bez kawy nie wyobrażam sobie dnia. A dzisiejsza nasza gwiazda… mmm… To czysta kawowa rozkosz! Poznajcie Peeling cukrowy z kawą i olejem macadamią Nacomi.
Peelingi kawowe to w zasadzie kosmetyczna klasyka. Kiedy pytam podczas warsztatów, czy uczestniczki robią sobie w domu kosmetyki, zawsze pada wtedy jako przykład taki właśnie ścierak. Trudno się temu dziwić – jest prosty w przygotowaniu, skuteczny w ujędrnianiu i wspaniale pachnie. Czemu więc sięgnąć po ten od Nacomi?
Bo sama jeszcze nigdy nie zrobiłam kawowego pellingu, który aż tak bardzo przypadłby mi do gustu i tak intensywnie kawowo pachniał! Zapach… prosto z młynka, świeżo parzony, rozgrzewający, pobudzający i kojący zarazem. Kawa w swej najpiękniejszej postaci. Konsystencja idealna – miękka pasta, którą łatwo rozprowadzić na skórze, a potem spłukać wodą. Kolor? Iście kawowy, mocno brązowy. Cóż, to zasługa samej kawy.
Bo w składzie kawy jest sporo. W zasadzie mamy tutaj jedynie cukier, masło shea, olej makadamia, mieloną kawę, olej kokosowy, witaminę E i nieco zapachu. Żadna filozofia, ale istotne są proporcje. To one sprawiły, że peeling, pomimo dużej zawartości tłuszczy, wcale tłusty się nie wydaje, a jednak pozostawia na skórze warstwę tłuściutkiego nawilżenia.
Peeling spełnia swoje zadanie i bardzo go polecam. To, co mi się w nim nie podoba to opakowanie. Swoją drogą, tak samo, jak w przypadku ostatnio opisywanego masła pomarańczowego. Nie będę więc się powtarzać. Dodam tylko, że osobiście po prostu bardzo lubię, jak opakowanie jest estetyczne, czytelne i ładne…
Jeśli uwielbiacie kawę, sięgnijcie koniecznie!

Ogród w domu czyli pomysł na sukulenty

Niestety… do ogrodnictwa się nie nadaję… Wszystkie domowe roślinki zawsze mi usychają. Mogę właściwie trzymać tylko wrzosy – bo jak uschną, wyglądają tak samo jak żywe, oraz sukulenty – bo bardzo ciężko je przesuszyć. Z drugiej jednak strony rośliny bardzo lubię. Za sukulentami przepadam, a za wszelkimi możliwymi sposobami ich wykorzystania tym bardziej! Zrobiłam więc sobie sukulentowy ogród domowy!
Pierwotnie miały to być same terraria szklane, ale taki misz masz podoba mi się znacznie bardziej. Co ciekawe, ich przesadzanie sprawiło mi naprawdę dużą przyjemność. W sumie już kilka razy podobnie kombinowałam i zawsze była to świetna zabawa. Może więc to ogrodnictwo nie jest takie złe? Może właśnie do niego dorastam?
Mój ulubiony to szklany kieliszek, który wygląda jak rozkwitający kwiat. Cudny! Wyszperałam go niedawno na starociach i idealnie mi się tu wpasował. Chyba nawet został stworzony do podobnych celów, bo w nóżce jest dziura i woda może spokojnie z ziemi uciekać.

Zobaczcie mój sukulentowy domowy ogród!

 

Smaki lata

Lato pachnie i smakuje. Co roku inaczej. Co roku w pamięci pozostaje inny smak, inny zapach, inne wspomnienie. Mam niestety ten problem, że bardzo lubię jeść, a smakowanie sprawia mi ogromną przyjemność. Wakacje zawsze były pretekstem do poznawania nowych smaków. Odkąd zaczęliśmy zwiedzać nieco większy kawałek świata, smaki te niezwykle się zróżnicowały i bardzo często zaskakiwały.
Kiedyś jednak było inaczej. Lato spędzaliśmy w kraju, poznając jego uroki, a smaki były nasze, swojskie. I choć w sumie znane, to jednak wyryły się w pamięci tak mocno, że wspominając te wakacje, nadal je czuję.
Wakacje mojego dzieciństwa to trzy tygodnie spędzane z rodzicami w domku kempingowym. Co roku gdzie indziej, ale koniecznie nad jeziorem i blisko lasu. No… ewentualnie nad morzem. Byle by była woda, grzyby i długie spacery. Trzy tygodnie… Kto teraz jeździ na trzy tygodnie? A tamte i tak zawsze za szybko mijały.
Pamiętam, jak jednego lata byliśmy gdzieś na północy Polski. Jechaliśmy samochodem, pośród pół i delikatnych morenowych wzniesień. Dokładnie to pamiętam, choć nie mam pojęcia gdzie i kiedy to było. Gdzieś pośrodku niczego znaleźliśmy budynek, może jakieś zabudowania gospodarcze. Schodziło się schodkami w dół, do czegoś, co przypominało stołówkę i pachniało płynem do mycia łazienki. Nikogo tam więcej nie było, tylko jakieś panie kręciły się po kuchni w białych fartuszkach. Tam właśnie zjadłam najlepsze pierogi ze świeżymi kurkami pod słońcem. Rany… jakie to było dobre… Z masełkiem, z cebulką, mięciutkie, delikatne…
W wakacje zawsze zatrzymywaliśmy się po drodze skądś dokądś przy straganach z owocami. Tata kupował tam całe siatki jabłek. Wiecie… te jabłka sierpniowe mają zupełnie inny smak niż jesienne. Lekko różowieją pod skórką. A jak pachną!? Jedliśmy potem te jabłka w kółko. W ilościach iście hurtowych. Teraz kiedy je gryzę, czuję przez pierwszą, króciutka chwilę tamtą beztroskę. Spokój i radość. Lato.
Pamiętam jak mama przygotowywała się do wakacyjnych wyjazdów. Nie przelewało się, więc jeszcze w domu gotowała np. gulasz i pakowała w słoiczki. Potem wystarczyło ugotować na butli gazowej do niego ryż czy makaron i obiad był gotowy. Zupy zazwyczaj z torebki. Jak ja je lubiłam! Ot, taka borowikowa – mieszało się ją i mieszało, aż zaczynała delikatnie unosić się ku górze. Jeszcze chwila i była gotowa.
Raz mama pozwoliła nam zamiast normalnego obiadu, kupić hot dogi. Nie wiem… może częściej jadaliśmy w tego typu barach, ale pamiętam właśnie te hot dogi. Nie mogę powiedzieć ile miałam lat, byłam na pewno dzieckiem, a ten obraz do teraz mam przed oczami, bardzo wyraźny. Poleciałyśmy z siostrą do białych pawilonów nad jezioro, w których mieściły się sklepy z lodami i okienka z fast foodem, a z głośników leciały wakacyjne hity lat 90’tych. Zamówiłyśmy hot dogi, a dostałyśmy górę radości na plastikowej tacce. Były to największe hot dogi, jakie widziałam, z ogromną ilością warzyw, nawet z kukurydzą. Niosłyśmy takie dumne tą tacę z powrotem do domku. Nie przypominam sobie samego jedzenia, tylko to uczucie dziecięcego szczęścia.
W lesie, w świętokrzyskiem był ośrodek, w którym dwukrotnie spędzaliśmy lato. Domki rosły tam między prostymi, smukłymi iglakami. A może to drzewa rosły między domkami? Na pewno wszystko zlewało się w całość i do teraz nic tam się nie zmieniło (byliśmy niedawno przejazdem w pobliżu). Rano, jeszcze przed śniadaniem, ktoś szedł w pobliże recepcji, po świeże jagodzianki. Nigdy wcześniej i nigdy później nie jadłam tak dobrych jagodzianek, tak pełnych jagód, tak mocno brudzących ubranie i języki.
Nad morzem były gofry. Tak pełne bitej śmietany i owoców, że nie dało się ich nawet ugryźć. Zawsze się potem dziwiłam, czemu w Krakowie dają na te gofry tak mało dodatków?
Pewnego razu poszłyśmy z siostrą i rodzicami na jeżyny. Nazbieraliśmy całe wiadro! Jeśli nie więcej! Aj… jakie były dobre, soczyste! Jak wesoło tam było!
Kiedy zwiedzaliśmy miasta i zamki, wybieraliśmy się czasami na „mamluchy” do kawiarni. „Mamluchy” to nic innego jak pucharki z lodami, śmietaną i owocami. Takie wiecie – kolorowe, zawsze za duże, zawsze sprawiające tyle samo radości.
I tak jeszcze mogłabym wymieniać i wymieniać. Potem zaczęło się liceum z obozami harcerskimi. Potem studia z poznawaniem świata. Ale to te dziecięce, wakacyjne wyjazdy smakowały najpełniej, najintensywniej. 
Ciekawa jestem, co pozostanie w pamięci Róży…

Pamiętacie te gofry? Te jagodzianki?

Do letniej torebki wrzuciłabym…

Do letniej torebki wrzuciłabym bardzo chętnie…

  1. Na lato najlepsze są zawsze mgiełki! Ta może być wyjątkowo ciekawa! Mleczna Mgiełka Rewitalizująca Pat&Rub – lekkie mleczko do ciała z aloesem i olejem arganowym, pachnące orzeźwiająco cytrusami. Przyjemne z pożytecznym! Pat&Rub, cena: 45zł
  2. Jeden z najcudniejszych zapachów świata – olej monoi, czyli gardenia tahitańska w oleju kokosowym, zamknięty w sprytnej buteleczce z atomizerem. Mmmmm… Argile Provence, cena: 49,50zl
  3. To cudo! Krem przeciwsłoneczny w kulce! Jak dezodorant! Praktyczny, a do tego mocny, bo faktor 50. I mineralny! Alphanova Sun, cena: 59zl
  4. Cudne portmonetki na drobniaki w stylu boho! Uwielbiam te kolory! Bright Boho, cena: 71,20zł
  5. No… nie mogło tu zabraknąć bransoletki Lili in the Garden! Cena: 59zł
  6. Bardzo podoba mi się ten odcień różu Lavery. Coś czuję, że może być równie fajny, jak puder brązujący! Lavera, cena: 47zł
  7. Nie może tu też zabraknąć bajecznie kolorowych kremów do rąk Figs & Rouge! Iwos, cena: 36zł
  8. Lustereczko to konieczność! Lookah, cena: 4,99zł
  9. Okulary idealne na lato! Reserved, cena: 29,99zł
  10. Ponoć książka lepsza niż film. Muszę sprawdzić! Zaklęci w czasie, wyd. Nowa Proza, cena: 21,46zł
  11. Na idealne okulary, idealne etui – Moose Design, cena: 65zł
  12. Na koniec – sama letnie torebka – cudowna BagMe by Smola! cena: 230zł
 Co dołożyłybyście, dziewczyny, do Waszej torebki?

PS miał być jeszcze fajny błyszczyk, ale jakoś umknął… hmm… 🙂

Po-Weekendowe Cuda no84

Uwielbiam Justinę Blakeney (1) i jej zwariowane pomysły. Takie jak te roślinne portrety i fotografie. Cudne! Do kupienia na Society6.
Muszę w końcu zrobić sobie perfumy! Przepis na jaśminowe w tak cudnej buteleczce (2) mnie zauroczył. Z Oh the lovely things, autor Blah Blah Magazine.
Uwielbiam też tamborki i niezwykłe dekoracje, jakie można z nich zrobić. Te tutaj idealnie nadają się na wesele – (3) autorstwa
Czy ta ceramika nie jest wspaniała (4)?! Przygarnęłabym wszystko! Autorstwa Susan Simonini.
Te grzybki (5) natomiast, widzę porozstawiane po całym domu, w najdziwniejszych miejscach. Coś, jak krasnale we Wrocławiu 🙂 Z The Oak Leaves. Boskie!
Pomysł cudny – trzy pierścionki, z których możemy stworzyć własny widoczek. Nie jestem pewna czy bym nosiła, ale zazdroszczę kreatywności 🙂 Clive Roddy (6).
Takie poduchy mi się marzą. Na białym drewnianym tarasie, na wiklinowym szezlongu, z morzem szumiącym w tle… LoudWaterfallPhoto (7).
Z polskich półek – genialne świeczniki (8). Do układania! Fandoo z Pakamery
Do pokoju dziecięcego – fototapeta! Prosta, a genialna. Połączenie szarości z żółtym to jedno z moich ulubionych! (9) z humpty dumpty room decoration z Pakamery.
Tradycyjnie, zapraszam też do Lili in the Garden! W tym tygodniu pojawią się cudowne kamyczki!! Poniżej to, co już znajdziecie! Z moim najnajnajulubieńszym zestawem bransoletek!

Ach, zapomniałabym… Jeśli są wśród Was blogerki, to wpadnijcie koniecznie na Śliwki Robaczywki – TUTAJ – czeka tam na Was fajny konkurs! Będziecie musiały zrobić własne kosmetyki 🙂

Facebook