W roli głównej: Serum Kuracja SQINIQA

Chociaż uwielbiam lato, musimy powoli zacząć przygotowywać siebie i swoja skórę na nieco chłodniejsze czasy. Już teraz noce są chłodne, wieczory rześkie. Już teraz więc chwytamy naszą dzisiejszą gwiazdę – Serum Kuracja krakowskiej marki SQINIQA. A nie jest to kosmetyk na upały. Oj, nie.

No tak… zacznijmy od tego, jak to się czyta, bo na pierwszy rzut oka mamy mały mętlik. Nazwę trzeba sobie najpierw powoli przeliterować – skinika. Nieczytelność tę uważam za drobny minus. Po chwili jednak się przyzwyczajamy i zauważamy, ze mamy tutaj dosyć modny zbitek anielskiego słowa z łacińskim „q”. Całość całkiem ładnie wkomponowana w logo. Pierwsze koty za płoty, możemy przejść do samego produktu.

Choć nie… jeszcze pociągnijmy wstęp. Marka SQINIQA do tej pory znana była z kosmetyków opartych na maśle shea przeznaczonych do salonów kosmetycznych. Rozwija się jednak, co słuszne, i wprowadza na rynek dwa ciekawe produkty – Serum Kuracja i Serum Regeneracja. Oba niezwykle proste, w zasadzie połączenia shea i olejów, ale właśnie w tym tkwi ich moc. A ja, jako zwolenniczka prostoty w składach, bardzo się z Serum Kuracja polubiłam (drugie jeszcze na mnie czeka).

SONY DSC

Słoiczek prosty, bardziej apteczny niż „naturalny”, ale pasuje do marki. Zawiera 50 ml serum i uważam, że jest to naprawdę sporo, bo mało co jest równie wydajne jak właśnie taki „tłuścioch”. Mamy tu więc czysty tłuszcz, samo roślinne dobro. A z czymś takim bardzo prosto przesadzić (co mi zdarzyło się wielokrotnie w moim życiu). Cały sekret pielęgnacji podobnymi kosmetykami, tkwi w ich bardzo niewielkiej ilości. Nie nakładamy Serum tak dużo jak kremu. Odrobinę. Tak, aby pokryło powierzchnię skóry bardzo cienką warstwą. I to na wieczór, na oczyszczoną, umytą, stonizowaną, jeszcze miękką od wilgoci skórę. Codziennie, konsekwentnie, mało.

Serum to w głównej mierze czyste masło shea. Do niego dodano bogate, odżywcze, zimnotłoczone oleje z awokado, czarnej porzeczki i pestek winogron. Całość uzupełniono antyutleniającą witaminą E i zapachem. Z zapachu sama czuję w sumie masło shea, więc ciężko mi tu powiedzieć, jaki on dokładnie jest. Jeśli znacie zapach masła shea, ten naturalny, to serum pachnie podobnie.

Już nazajutrz od pierwszego zastosowania widzimy efekty – skóra jest odżywiona i miękka. Przy serum nie trzeba stosować kremu na noc. Jeśli nie chcemy z niego rezygnować, dajemy jeszcze mniej serum na twarz. Żeby nie przeciążyć skóry. Kosmetyk koi i regeneruje. Muszę też zauważyć, że jest to produkt wielofunkcyjny – w zasadzie do wszystkiego! Nadaje się równie dobrze do pielęgnacji ust, jak i stwardniałych pięt czy łokci. Przez samego producenta polecany jest dla każdego rodzaju skóry, ale w szczególności do dojrzałej. Bo zwłaszcza dojrzałe i suche skóry potrzebują sporo odżywienia i wzmocnienia przed czynnikami zewnętrznymi.

Polecam! Serum ze SQINIQA

SONY DSC

Inspiracja: flaming

Siedzą mi w głowie te flamingi ostatnio! Są tak urocze, tak zabawne, tak… różowe, że nie można przejść obok nich obojętnie. A do tego tak totalnie, całkowicie wakacyjne! Nie byłaby ta fascynacja jednak aż tak intensywna, gdyby nie to jedno zdjęcie, które już kiedyś Wam pokazywałam, a do którego z największą chęcią wracam – flaming pływający nadmuchiwany. O jeju jeju… no cudo…

Postanowiłam więc zajrzeć do polskich sklepów w poszukiwaniu różowych flamingów!

flaming2

Zdjęcie nadmuchiwanego flaminga – Sugar and Charm

 

1.Wieszak Flamingo, Bahabay, MyBaze, cena: 23,20 zł

2. Serwis obiadowy z porcelany Flaming Kristoff, Evergreen, cena: 699 zł/ cały zestaw

3. Flamingi Hard Case iPhone, Be Nobles, cena: 110 zł

4. Torba Mana Neon XL #flamingo rulez, Mana Mana, Pakamera, cena: 200 zł

5. Genialne krzesło Louis Flamingo, Kare Design, cena: 1589 zł

6. Poduszka Medallion Flamingo, Kare Design, cena: 69,90 zł

7. Poduszka we flamingi, Polly Pattern, Pakamera, cena: 80 zł

8. Tapeta Pink Flamingi, eclectic living, MyBaze, cena: 105 zł

9. Pościel z wypełnieniem we flamingi, Le petit cochonnet, Pakamera, cena: 185 zł

10. Uroczy t-shirt, Meowhaus Clothing, MyBaze, cena: 95,20 zł

11. Spodnie dziecięce, Mamatu, Pakamera, cena: 117 zł

12. Bluza Flamingo Sweater, Mr.Gugu & Miss Go, Decobazaar, cena: 199zł

Przepis na orzeźwiająco-odmładzającą maseczkę ogrodową

Zawsze powiadam, że jak już spędzacie choćby popołudnie lub dzień cały w pięknych okolicznościach przyrody, w ogrodzie, na działce czy przy domku letniskowym rodziców, wykorzystajcie to co macie pod ręką i stwórzcie sobie prawdziwie szalony, kolorowy i wspaniały kosmetyk! O maseczkę najłatwiej, prawda? I to latem!

A jeśli lato jest tak upalne, jak to ostatnio doświadczamy, koniecznie musimy pomóc cerze ochłonąć! Musimy ją orzeźwić, aby nabrała blasku i świeżości! Ukoić, odżywić i dodać witamin. A cóż może nas orzeźwić lepiej od zerwanej przed chwilą, świeżej mięty? Z dodatkiem łagodzącego jogurtu? Hmm? I prawdziwej antyoksydacyjnej bomby owocowo-kwiatowej w postaci borówek amerykańskich i kwiatów hibiskusa! Całość niezwykle soczysta i kolorowa. A buzia, po całym dniu na słońcu, w końcu oddycha, jest miękka, oczyszczona i przyjemna w dotyku.

Mamy więc bardzo prosty skład, ale oczywiście możecie modyfikować go według uznania i dostępności ogrodowych darów. Mięta jest tu jednak najistotniejsza. Orzeźwia i skórę i umysł. Lekko chłodzi i stymuluje. Zarówno borówki jak i kwiat hibiskusa pełne są polifenoli i antocyjanów, które zwalczają wolne rodniki i pozwalają nam dłużej zachować młodość. Zawarta w nich witamina C i organiczne kwasy wzmacniają ścianki naczyń krwionośnych, chronią przed powstawaniem „pajączków” i lekko rozjaśniają.

Co ciekawe, doczytałam ostatnio u Hani Sobkowskiej, żeby nie łączyć borówek z mlekiem, bo białko w nim zawarte wiąże polifenole z owoców, zmniejszając tym samym ich działanie antyoksydacyjne. Nie wyobrażam sobie tutaj jednak lepszego ukojenia od tego, które daje nam dodatek jogurtu. Zwłaszcza w takie upały (tak, tak, już się skończyły, ale może powrócą!),

SONY DSC

Orzeźwiająco-odmładzająca maseczka ogrodowa

Składniki:

  • 2 łyżki rozdrobnionych płatków mięty
  • 2 łyżki borówek amerykańskich
  • 2 łyżki rozdrobnionych kwiatów hibiskusa
  • 2-3 łyżki jogurtu greckiego

Całość dokałdnie mieszamy. Najlepiej wszystko zmiksować blenderem na drobna papkę. Ewentualnie można dobrze ugnieść widelcem. Maseczkę odstawiamy na przynajmniej dwie godziny do lodówki, aby składniki się dobrze połączyły, a maska ostygła. Nakładamy ją na oczyszczoną skórę, lekko masując palcami. Pozostawiamy na buzi przez 15 minut, spłukujemy chłodną wodą.

Maskę należy zużyć tego samego dnia. Jeśli nam trochę pozostanie, warto wmasować ją w dłonie lub stopy.

SONY DSC

O niszowych, polskich markach kosmetyków naturalnych – 3 najciekawsze z nich

Pomna na kilka dziwnych sytuacji z ostatniego czasu, dotyczących rodzimych marek kosmetyków naturalnych i ich pomysłu na swój marketing, zrobiłam ich mały przegląd. Temat ten zajmuje mnie od dawna, odkąd sama sobie podobną manufakturę wymarzyłam. Śledzę na bieżąco nasz rynek, wszelkie nowości, wzloty i upadki ciekawych lub mniej ciekawszych marek. Jak to z nimi jest? Bo, że nie jest im łatwo, to wiadomo. Czy marka, która jest niszowa, ma szansę się utrzymać? Czy mamy wystarczająco dużą grupę odbiorców zdolnych docenić dobry, naturalny produkt o niestety wyższej niż drogeryjnej cenie? Czy mała manufaktura zrodzona z pasji wytrzyma dłużej niż dwa lata?

Załóżmy, że sam produkt jest dobry. Najlepiej cała linia. Sprawdzony, skuteczny, przebadany i zgłoszony do odpowiednich instytucji. Pierwsza bariera za nami, pierwsze ogromne koszty poniesione. Teraz trzeba to sprzedać. Wróć… opakowanie i etykiety musimy już mieć przed zgłaszaniem. Pomysł na marketing więc też. Proces opracowania receptur i przygotowania kosmetyków do sprzedaży jest trudny i długotrwały. Dobrze, aby cała energia jaka została mu poświęcona nie poszła na marne.

Mamy w Polsce niespełna 40 milionów mieszkańców. Jednak target naturalnych manufaktur jest znacznie, znacznie mniejszy. Celujemy w kobiety, zazwyczaj zamieszkujące duże miasta, dobrze sytuowane lub na tyle świadome i praktykujący zdrowy tryb życia, że zdolne przeznaczyć większą kwotę na dobry kosmetyk. Są aktywne, młode, mają mniej więcej pomiędzy 25-45 lat, są zadbane, poszukujące, ciekawe świata. To konsumentki, oczekujące wysokiej jakości i doskonałej obsługi. Płynące z trendami, posiadające swój styl i ugruntowane poglądy. Grupa nam się więc mocno zawęża.

O ileż łatwiej jest tworzyć niszową naturalną markę w takich Stanach! Już sama liczba mieszkańców – ponad 300 mln brzmi imponująco. Rynek jest duży, moda na naturalną pielęgnację przyszła tam znacznie wcześniej, więc i odbiorców jest więcej. A do tego język angielski jest językiem światowym, angielskojęzyczna marka może więc szybko stać się globalną. A my musimy kombinować w tej naszej Polsce… Lub odpowiednio wcześnie podjąć decyzję o ekspansji i tym samym znacznie powiększyć sobie rynek zbytu. I to nie koniecznie na Zachód! Co ciekawe, popularnym kierunkiem staje się tu Daleki Wschód, zwłaszcza Chiny i Japonia. Regiony te mają swoje własne tradycje i niezliczone receptury na naturalne kosmetyki. My jednak możemy podbić ich serca jako marki egzotyczne, pełne ekstraktów z roślin nadbałtyckich, co ma, przyznajmy, swój północny urok.

Załóżmy raz jeszcze, że produkt jest dobry. Jak go sprzedać? Równie istotną rolę w podejmowaniu decyzji o zakupie, jak sam produkt, ma jego opakowanie. Konsumenci kierują się bodźcami wizualnymi i trudno im się dziwić, bo opakowanie może świadczyć o jakości produktu. Zwłaszcza, jeśli marka jest nowa i nieznana. Istnieją pewne trendy w tym ekologicznym światku dotyczące opakowań, związane głównie z ich dostępnością. Najpopularniejsze więc są słoiczki i butelki z brązowego lub kobaltowego szkła i aluminiowe puszki. Jeśli tylko gdzieś w oddali zobaczymy tak opakowany kosmetyk, mamy niemal pewność, że jest to produkt jakiejś naturalnej manufaktury.

Opakowania muszą być ekologiczne, poddające się recyklingowi, mające w sobie coś z ducha dawnych aptek czy zielarni. Czasami zdarza się ciekawszy pomysł – albo minimalistyczny, surowy, albo bardziej hipsterski, designerski, z poczuciem humoru. Ważne aby był praktyczny, możliwie oryginalny, ale też sprawiał wrażenie profesjonalizmu. Jeśli konsument ma kupić kosmetyk, musi mieć pewność (a przynajmniej wrażenie pewności), że powstał on w czystych, odpowiednio przygotowanych i sterylnych warunkach, pod okiem doświadczonej, wyedukowanej osoby. A nie wszystkie znane mi marki takie wrażenie sprawiają. Ba… niektórych kosmetyków bałabym się zakupić, nawet jeśli sam produkt jest dobry.

Etykieta oczywiście musi zawierać wszystkie niezbędne informacje, które są prawnie przykazane. Sama natomiast całkiem niedawno miałam kosmetyki bez daty przydatności czy symbolu słoiczka, choć stanowczo powinny je mieć. Czasami zdarzają się na etykietach błędy ortograficzne i stylistyczne. Czasem etykiety są nieostre. O samym ich projekcie graficznym nawet nie wspomnę. Czasami odchodzą z opakowania już po pierwszym użyciu i pomoczeniu. To wszystko buduje markę. Nawet jeśli sam producent nie jest tego świadomy.

Są marki, które źle oszacowały swoje możliwości. Zamarzyły im się produkty luksusowe, zostały opatrzone odpowiednią ceną (krem za 170 zł), ale sam produkt i jego otoczka nie wykazują żadnych znamion luksusu lub jest to luksus na siłę. Rozumiem, ze kosmetyki naturalne muszą kosztować więcej, bo same ich składniki kosztują więcej. Rozumiem też, że często płaci się za markę i to, co ona sobą reprezentuje. Konieczna jest jednak odpowiednia proporcja pomiędzy tym, jak się kreujemy, a tym co klient dostaje. Znam przykłady marek, które mają stosunkowo tanie, bardzo dobre kosmetyki i takie, które są bardzo drogie i jakościowo także świetne. Obie drogi mogą odnieść sukces, ale pod warunkiem dobrego zaplanowania strategii i spójności marki.

Wybrałam dzisiaj dla Was trzy niszowe naturalne marki, które uważam za najlepsze na naszym rynku i najlepiej rokujące na przyszłość. Nie uważam już takich marek jak Sylveco czy Orientana za niszowe, ponieważ udało im się wyjść szerzej i doskonale sobie radzą w zdobywaniu rynku. Sylveco znajdziemy w prawie każdym sklepie zielarskim, Orientana weszła nawet w sieciowe drogerie. Marki, o których dzisiaj napiszę są zupełnie inne. Wybrały więc na przykład inne kanały dystrybucji, jak choćby firmowe butiki. Cechują się dobrą komunikacją z odbiorą, przejrzystą filozofią i doskonałym pomysłem. Są spójne w każdym aspekcie swojej działalności.

Znacie je już?

 

marki3

Ministerstwo Dobrego Mydła

Najmłodsza z przedstawionych marek. Bardzo świeża, dosłownie i w przenośni. Dziewczyny, którym zamarzyła się mydlarnia, konsekwentnie dążą do swojego celu. Tworzą małe cuda! Na swoim Facebooku opisują historie z życia mydlarni, które sama uwielbiam czytać. Pokazują siebie, swoje troski i marzenia. Mamy więc całą historię stojącą za marką, a taka historia jest dobrem sama w sobie. Ministerstwo co chwile dodaje nowości, wychodzi też poza tradycyjną sferę kosmetyczną, nawiązując ciekawe kooperacje i oferując np. cudne mydelniczki. Wszystko tu do siebie pasuje. W prostocie ich produktów, filozofii i identyfikacji wizualnej tkwi ich największa siła.

marki1

Fridge by Yde

Marka o 180 stopni inna od Ministerstwa, ale równie ciekawa. Od kilku dobrych lata oferuje luksus z lodówki zamknięty w prostych, a przez to niezwykle ciekawych opakowaniach. Fridge nawet stworzyło całkowicie nową kategorię „kosmetyków świeżych”, które mają jedynie 2,5 miesiąca okresu przydatności. To marka ekskluzywna, nie tyle nawet warszawska, co wręcz światowa. Data przydatności może sprawiać dosyć spore problemy z dystrybucją, ale coś za coś. Świadomość, że dostajemy tak świeży produkt, sprawia, że możemy zapłacić za niego więcej.

Zadzwoniono do mnie kiedyś, kiedy jeszcze oferowałam kosmetyki Fridge we własnym sklepie, z małej manufaktury kosmetyków w klimacie lat 90-tych z zapytaniem, jak to możliwie, że kosmetyki o dosyć prostym składzie sprzedają się w tak wysokiej cenie. Oni przecież mogą takie zrobić i sprzedawać za te „kilka” złotych. Cóż… Talent właścicielki Fridge do tworzenia marki i komunikacji z klientem jest ogromny. Tutaj także mamy całą historię stojącą za marką. Zupełnie nową filozofię, własną plantację kwiatów, designerską lodówkę, genialne torby i naprawdę dobre produkty. Za to się płaci i za to płacić będą.

marki2

Phenomé

Największa z dzisiejszych marek, mająca sieć własnych butików i naprawdę rozległą ofertę. Marka, która ma największą szansę na podbicie świata i którą już zaczęła wykorzystywać – w samym Hong Kongu mają 4 sklepy! Opakowania i etykiety w zachodnim stylu, w języku angielskim. Przemyślana struktura i nomenklatura. Mamy tu wysoką jakość, przejrzystość i sprawny marketing. Marka skutecznie wykorzystuje media, chwali się nagrodami z prasy i opiniami blogerek. Wszystko tu jest profesjonalne i zachęcające do wypróbowania. Nic, tylko trzymać kciuki za rozwój.

Czy więc marka, która jest niszowa, ma szansę się utrzymać? Oczywiście. Musi jednak konsekwentnie trzymać się dobrego pomysłu, być aktywną, cechować się wysoką jakością samych produktów i całej identyfikacji wizualnej. A co równie ważne i o co niniejszym apeluję – niech osoby zajmujące się marketingiem myślą. To bardzo pomaga 🙂

O starości i braku przyjaciół… no prawie!

To, że im człowiek starszy, tym mniej ma przyjaciół, to wiem. Pozostają ci najprawdziwsi. Wiem. Ale powiedzcie mi, jak to jest, że im człowiek starszy, tym mniej ma nowych przyjaźni? A wręcz nie samych przyjaźni, bo o to to ciężko i długo trwa, ale zwyczajnie – nowych znajomości. I to mi w tej całej mojej dorosłości przeszkadza.

Sama zrobiłam się bardziej zachowawcza z wiekiem. Potrzebuję czasu, żeby się oswoić. Nie potrafię być taką zwyczajną sobą wśród osób, które dopiero co poznałam. Jest to niestety cecha bardzo upierdliwa, która utrudnia życie. Być może wynika z wszystkich, zebranych do kupy kompleksów. Być może nie chcę, aby ktoś pomyślał, że się specjalnie popisuję, że udaję czy gram kogoś zgoła innego. Siedzę więc cicho lub dopasowuję się do reszty. Więcej słucham niż mówię. A potem szkoda mi zmarnowanego czasu.

Co gorsza, dosyć często wśród tych obcych osób poznaję kogoś, kto wydaje się być dobrym kandydatem na fajnego przyjaciela. Jest miło, sympatycznie, wesoło. Ale gdzieś to w zarodku umiera, bo przecież tyle jest na głowie różnych ważniejszych spraw. Dzieci pochłaniają całą masę czasu. Do tego praca, dom, rodzina dalsza, przyjaciele ci starzy dobrzy. I tak to jakoś przemija.

Otwieram się dopiero przy lepszym poznaniu. I dopiero wtedy po swojemu mówię, i mocniej się śmieję, i wygłupiam. No, ale na to trzeba czasu. Najlepiej czuję się wśród osób, z którymi najwięcej przeżyłam. Z którymi spędziłam tyle czasu, że znają mnie od podszewki. I zupełnie nie zdziwi ich jakieś moje kolejne wariactwo. Widzieli mnie przecież w moich najgorszych momentach. Wtedy dopiero oddycha się pełną piersią.

Co ciekawe, zauważam trend do powrotu do znajomości, które gdzieś tam z biegiem lat zanikły. Mamy jednak na tyle dużo wspólnych wspomnień, że one scalają i sprawiają, że jest po prostu miło. Taka niewidzialna nić, związana na nowo małym węzełkiem.

Tylko czemu z wiekiem nie mamy przyjaciół coraz więcej, co wydawałoby się logiczne, zważywszy na ilość przeżytego czasu? Tylko mniej? Czy nie ma czasu tworzyć nowych więzi? Czy już nam się najzwyczajniej nie chce? Może stajemy się wygodni?

Macie tak? A może udało Wam się znaleźć prawdziwego przyjaciela dopiero po 30-stce lub 40-stce? Hmm?

Jedno jest pewne, najważniejsze to pielęgnować te przyjaźnie, które się ma już od tak dawna!

Relaks z zieloną herbatą czyli przepisy na cudowne herbaciane zabiegi

Zielona herbata. Taki zapach miała moja pierwsza w życiu kupiona woda toaletowa. Uwielbiałam ją. Zawsze będzie kojarzyła mi się z młodością i beztroską. Nawet niedawno mój były chłopak zdradził mi, że jeśli gdzieś poczuje zieloną herbatę, od razu to ja staję mu przed oczami.

Jest w tym aromacie coś energetyzującego, ale jednocześnie ciepłego, nieoczywistego, kobiecego. Czy idealny rytuał pielęgnacyjny nie powinien właśnie tak pachnieć? Połączenie tego zapachu z prawdziwą zieloną herbatą i jej niesamowitymi właściwościami to przepis na najlepsze domowe SPA.

SONY DSC

 Zaczynamy od kuchni, od półki z herbatami. Sięgamy po tą czystą, liściastą, zieloną, dobrej jakości. To ona stanie się pogromcą oznak starzenia się skóry. Jest bowiem cennym źródłem polifenoli, które są silnymi antyutleniaczami, zwalczającymi wolne rodniki i pozwalającymi utrzymać nam zdrową i młodą cerę. Wzmacniają naczynia krwionośne i tkankę łączną skóry, a dzięki temu wzmagają jej odporność na czynniki zewnętrzne i chronią ją przed promieniowaniem UV.

Zielona herbata ma właściwości antyseptycznie i przeciwzapalnie. Łagodzi stany zapalne, koi i pobudza do regeneracji. Zmniejsza podrażnienia, zaczerwienienia i wypryski. Obkurcza naczynka, niweluje obrzęki i opuchnięcia. Zawarta w niej kofeina stymuluje krążenie i ułatwia usuwanie toksyn z organizmu, dzięki czemu odnajdujemy są w preparatach antycellulitowych.

Ekstrakt z herbaty działa ściągająco, tonizująco i ochronnie. Wspomaga leczenie skóry trądzikowej, reguluje nadmierną aktywność gruczołów łojowych. Te jej właściwość wykorzystuje się także w kosmetykach do pielęgnacji włosów przetłuszczających się i skórnych do łupieżu.

SONY DSC

Mamy więc w kuchennej szafce prawdziwy skarb. Polecam Wam dzisiaj bardzo prosty herbaciany zabieg. Buzia po nim jest niesamowicie miękka, rozjaśniona i odżywiona. Wierzcie mi, nie będziecie mogły przestać jej dotykać! Połączyłam bowiem zieloną herbatę z pełnym witamin miodem i niewielką ilością oleju ryżowego. Powstał dosyć mocny peeling do twarzy, który zamienimy od razu w maskę. Całość uzupełnimy delikatnym herbacianym tonikiem z dodatkiem octu jabłkowego.

Efekty – cudowne!

Peeling-maska do twarzy z zielonej herbaty

Składniki

  • 6 łyżek drobnej zielonej herbaty
  • 1 łyżka oleju ryżowego
  • 4 łyżki płynnego miodu

Składniki mieszamy, aż do uzyskania gęstej pasty. Peeling odkładamy do lodówki na kilka godzin, aby wydobyć z herbaty jej najlepsze właściwości. Wieczorem nakładamy nieco pasty na dłonie, delikatnie rozrabiamy ją z małą ilością wody i masujemy lekko twarz. Pozostawiamy ją na twarzy na 10 minut. Zmywamy letnią wodą. Peeling można przechowywać w lodówce przez tydzień.

SONY DSC

Tonik herbaciany z octem jabłkowym

Składniki

  • 2 łyżki zielonej liściastej herbaty
  • 150 ml gorącej wody
  • 1 łyżka octu jabłkowego

Herbatę zalewamy gorącą, ale nie wrzącą wodą i odstawiamy na 15 minut, aż napar nieco ostygnie. Po tym czasie odcedzamy go, przelewamy do buteleczki i dodajemy ocet. Tonikiem na waciku przemywamy twarz po naszym peelingu oraz codziennie rano i wieczorem. Można go przechowywać dwa dni w lodówce i na bieżąco dorabiać nowy. Pozostałą ilość najlepiej użyć jako płukankę normalizującą i lekko zakwaszającą włosy (polewamy nią włosy po ich umyciu). Wypróbujcie – warto!

Po wykonaniu peelingu-maski i przemyciu twarzy tonikiem, nakładamy na nią ulubiony krem nawilżający.

A potem cieszymy się miękką, nawilżoną buzią!

SONY DSC

Podczas gdy o twarz zadbają nam nasze domowe kosmetyki, do ciała polecam te gotowe nowej, rodzimej marki Scandinavia. W tym cudownym zapachu zielonej herbaty serii ujędrniającej zakochałam się od razu. Jest wspaniały, długo utrzymuje się na skórze i towarzyszy mi na co dzień.

W serii znajdziemy peeling solny i cukrowy oraz balsam do ciała. Sama nie wiem, który peeling jest lepszy. Oba mają podobną konsystencję i prawie nie różnią się składem. Poza cukrem-solą mamy tu więc olej kokosowy, palmowy, ze słodkich migdałów, wosk pszczeli i ekstrakt z rozmarynu. Całość uzupełniona o herbaciany aromat. Peelingi dosyć mocno i skutecznie rozprawiają się z martwym naskórkiem i wspomagają ujędrnianie – stymulują krążenie krwi i odżywiają skórę.

SONY DSC

SONY DSC

Moim faworytem jest jednak balsam do ciała. Leciutki, pachnący, szybko się wchłania i pozostawia przyjemne uczucie nawilżenia. Znajdziemy w nim olej kokosowy (także ten frakcjonowany), glicerynę, olej sojowy, sok z liści aloesu, mocznik, masło shea i panthenol. A wszystko zamknięte w bardzo praktycznym, bo dużym opakowaniu o pojemności 300 ml (tak jak peelingi).

SONY DSC

SONY DSC

 

Na koniec muszę wspomnieć o jeszcze jednym produkcie marki – świecy do masażu. Jest fantastyczna! W małym słoiczku z drewnianą pokrywką skryło się połączenie jedynie oleju kokosowego w żółtym woskiem pszczelim i różanym aromatem. Cóż więcej trzeba? Pachnie zniewalająco – intensywnie różami z lekkim dodatkiem ciepłego aromatu wosku. Do romantycznego masażu jest wprost idealna!

SONY DSC

Kosmetyki znajdziecie na stronie marki Scandinavia.

Konsultantki2

Marka Scandinavia poszukuje konsultantek!

Poszukujesz pracy, w której to Ty ustalasz sobie godziny oraz to ile i jak długo pracujesz? Dołącz do grona konsultantek Scandinavia, posiadających wyłączność na sprzedaż kosmetyków marki!

Zgłoszenia pod adresem rekrutacja@scandinaviacosmetics.pl.

W razie jakichkolwiek pytań wątpliwości zapraszamy do kontaktu mailowego lub telefonicznego -602 402 211.

Więcej szczegółów na stronie scandinaviacosmetics.pl

SONY DSC

SONY DSC

pasek

Facebook