Przepis na bombonierę kuleczek-pralinek kąpielowych

Któż z nas nie lubi otwierać pudełeczka z czekoladkami? Hmm? Ja uwielbiam (niestety…)!

Znacie moją szaloną miłość do słodyczy kosmetycznych. Takich bombonier wypełnionych wszelakimi kąpielowymi „słodyczami” zrobiłam już masę! Zamarzyła mi się jednak teraz nieco inna. Prostsza w formie, ale równie kusząca. Uwodząca pięknym zapachem i pastelowymi kolorami bombonierka pełna musujących kuleczek. Elegancka, ale i uroczo słodka.

I tak ją zrobiłam!

Ach, muszę się Wam jeszcze do czegoś przyznać. Bo o ile od dawna wszelkie babeczko-pralinki musujące robię i robić uwielbiam, o tyle od tradycyjnych form kul trzymałam się z daleka. Jejuniu, jak ja ich nie znosiłam! Toż wzbijałam się na wyżyny cierpliwości, żeby skleić te dwie połówki, żeby się trzymało. Ile ja przy tym nerwów zjadłam…

Aż tu przypadkiem całkiem niedawno odkryłam na nie sposób! Tak prosty, że aż genialny. Od teraz mogę lepić kuleczki niemal maszynowo!

Jaki to sposób? Otóż jak już połączycie dwie połówki foremki wypełnionej Waszym „ciastem” troszkę na wyrost, oczyścicie brzegi i mocno ściśniecie przez chwilę, zaczynacie opukiwanie… Czyli kilka razy, z każdej strony kulki, uderzacie nią o blat. Tak jakby delikatnie wymykała Wam się z rąk. Puk, puk, puk tu, i kolejne puki z drugiej strony. Potem ściąganie foremki, nadal delikatne, ale jednak sprawne, idzie już bez problemów! Kulkę odkładacie do wyschnięcia i zabieracie się za kolejną. I kolejną! Takie to proste!

 

Kolorowe kuleczki-pralinki kąpielowe

Składniki / na 15 szt.:

  • 300 g sody oczyszczonej
  • 150 g kwasku cytrynowego
  • 40 g skrobi ziemniaczanej
  • 40 g soli morskiej drobnoziarnistej
  • 100 ml oleju z pestek winogron
  • woda w spryskiwaczu
  • 5 ml olejku zapachowego lub eterycznego (dodałam olejek „lody kokosowe”)
  • mała foremka na kule kąpielowe
  • 2/3 tabliczki białej czekolady
  • kolorowe cukry do dekoracji ciast

 

W misce mieszamy suche składniki. Dolewamy olej i olejek, kilka razy spryskujemy całość delikatnie wodą i wyrabiamy do uzyskania jednolitej konsystencji. Lepimy kule według sposobu, który opisałam powyżej. Każdą gotową odkładamy w spokojne miejsce na tackę i zabieramy się za kolejną. Kule odkładamy na noc do stwardnienia.

Nazajutrz przygotowujemy kolorowe cukry – przesypujemy je do kilku miseczek. Roztapiamy czekoladę w kąpieli wodnej. Każdą kulkę zanurzamy do maksymalnie połowy w czekoladzie, a następnie w kolorowym cukrze. Odkładamy do zastygnięcia – najlepiej każdą do osobnej papilotki papierowej lub silikonowej, żeby spokojnie stała pionowo. Po około 2 godzinach przekładamy do wspólnego pudełeczka.

Jedną – dwie kule wrzucamy do kąpieli – będą musować, uwalniać zapach i przyjemnie pielęgnować skórę.

  

 

Moje flegmatyczne slow

Kiedy chodziłam do liceum, odwiedziła nas w klasie pewna „bardzo mądra” pani psycholog. Albo pan – nie pamiętam już. Nie ważne. W każdym razie ta uczona persona zrobiła nam wtedy równie uczone testy osobowości. Wyszło mi z nich, że jestem… flegmatykiem! Nazwa doprawdy mocno ujmująca i kojarząca się negatywnie, możecie więc sobie wyobrazić, co czułam. Było mi zwyczajnie przykro.

Pamiętam, że tego samego dnia wracałam, jak często się zdarzało, z koleżanką ze szkoły. Szłyśmy na przystanek tramwajowy pod Wawelem (szkołę miałam tuż koło niego). Nie spieszyło nam się, był to taki spokojny spacer po długim dniu. I wtedy ta koleżanka mi powiedziała: „Ada, ty to naprawdę jesteś tym flegmatykiem! Ty zawsze tak powoli idziesz, rozglądasz się, obserwujesz!”.

Tak mi to utkwiło w pamięci. Takie było celne. Teraz, kiedy wracam do tej chwili, myślę sobie, że ja po prostu już wtedy uprawiałam prawdziwy slow life. Ja po prostu cieszyłam się tymi spokojnymi spacerami, kontemplowałam, delektowałam chwilą, czy to samotną czy w miłym towarzystwie.

Mam w swoim najbliższym kręgu osoby, o których można powiedzieć, że mają ciekawe życie. Takie, którego można zazdrościć. Dużo widzą, dużo przeżywają, wiele się wokół nich dzieje. Pędzą jak szalone! Mój własny osobisty mąż, w czasie kiedy ja narzekam na deszczowy wrzesień na osiedlu z wielkiej płyty, odwiedza pół niemal świata. I chociaż wiem, że wcale nie ma lekko, tam daleko, na obczyźnie, zazdroszczę mu tych wszystkich niesamowitych rzeczy, których doświadcza.

A potem siadam z gorącym earl greyem z sokiem sosenkowym i sobie myślę… I daję sobie sama zadanie – wyłapywać chwile, w których doświadczam prawdziwego szczęścia. Dostrzec je tym razem nieco mocniej, bardziej uważnie. Tu i teraz.

A że działo się to już jakiś czas temu, mogę spokojnie napisać, że tych chwil jest doprawdy całkiem sporo. Oto kilka z nich:

  • Wierzcie mi lub nie, ale całkowicie szczęśliwa byłam, jak całkiem niedawno w pewnej małej restauracji rodem z lat 90-tych, pamiętałam, żeby poprosić o rosół bez pietruszki i pierogi bez koperku! Bo ja naprawdę nie cierpię pietruszki i koperku! I wiecznie zapominam o tym w restauracjach, a potem, jak ta wariatka, ściągam to zielsko ze wszystkiego, czym zostało posypane. A tutaj – bajka! Było nam wtedy zimno i pochmurno, a ten rosół i te pierogi przyniosły prawdziwe, przepyszne ukojenie! Taka dumna z siebie byłam…
  • Uwielbiam, naprawdę uwielbiam weekendowe spokojne poranki! Kiedy Róża wchodzi mi do łóżka (przypominam, ze jesteśmy teraz bez mojego męża), ogląda poranne bajki, a ja wtulam się w nią i drzemię. Albo dosypiam jakiś piękny sen. Z drugiej strony zazwyczaj kładzie się pies, przylegając do moich pleców lub kładąc pysk po prostu na mnie. I jest nam dobrze, spokojnie i ciepło. Cudownie!
  • W tygodniu natomiast, kiedy się budzę, kiedy dzwoni budzik (zazwyczaj przez pół godziny co 5 minut…), wskakuje do mnie ów pies, Misia moja. A dokładniej – przechodzi z okolic moich nóg, do okolic mojej twarzy. I przytula się. I liże. I potrzebuje ogromnej dawki porannego uczucia. Najlepszy pod słońcem budzik z mokrym nosem i nie najświeższym oddechem. Uwielbiam to!
  • W weekend byłam z przyjaciółmi w domu dwojga z nich. Spędziliśmy razem prawie całą sobotę, noc i jeszcze niedzielę, do obiadu. I to całe, tak całkowicie w całości, było super!
  • Czuję się świetnie, kiedy biegam. Wieczorem, przed zachodem słońca. Kiedy wpadam w ten niezwykły trans, kiedy wszystko pachnie końcem lata, kiedy czuję ciepły jeszcze wiatr na twarzy. Biegam i patrzę. Zaglądam ludziom w okna i dziwię się, że żyją zupełnie inaczej. Unoszę głowę i przez chwile są tylko korony drzew i chmury. Uwielbiam chmury! Wyciągam rękę i czuję polne kwiaty i wyrośnięte mocno trawy. Wtedy jest mi dobrze.
  • A teraz po babsku – ogromnym szczęściem napawają mnie nowe ciuchy! Czy to faktycznie nowe, czy wyszperane, czekające właśnie na mnie w sh. Ale takie, które czuję, że są całkowicie moje. Albo odwrotnie – które pozwalają mi poczuć się sobą. No, czy to nie jest szczęście?

I wiecie co? To jest naprawdę tylko kilka przykładów momentów, w których czuję się szczęśliwa. Na spokojnie, bez pośpiechu, w tym moim krakowskim grajdołku. Flegamatycznie, a co!

Jest więc chyba całkiem dobrze. Tak stwierdzam!

Zdjęcie/Photo

Papajowa magia Dr.PAWPAW

Już dawno rzuciły mi się w oczy na zagranicznych stronach. Cóż, trzeba przyznać, że zwracają na siebie uwagę. Słyszałam nawet, że na Zachodzie o brytyjskiej marce Dr.PAWPAW mówi się już, że jest kultowa. Co takiego mają w sobie te kosmetyki? Dlaczego i czy w ogóle warto po nie sięgnąć?

Dzisiaj poznamy nową papajową magię!

 

Ale od początku! Marka stosunkowo niedawno weszła na nasz rynek. Kosmetyki Dr.PAWPAW są więc wciąż całkiem gorącą nowością. Co tu istotne, dostaniecie je stacjonarnie w drogeriach Hebe. Jestem wręcz pewna, że ich tam nie przeoczycie. Przykuwają uwagę jak żadne inne! A to zaledwie kilka produktów!

Dzisiaj przedstawiam Wam trzy spośród nich – Original Yellow Balm – uniwersalny balsam, Tinted Peach Pink Balm – uniwersalny balsam koloryzujący oraz jedyny w ofercie marki kosmetyk do włosów – It Does It All 7in1 – multifunkcyjny koktajl do pielęgnacji i stylizacji włosów. Jak myślicie, który z tych kosmetyków stał się moim ulubieńcem?

Zanim jednak przejdziemy do ulubieńca, pora na chwilę szczerości. Prawda bowiem jest taka, że nie są to kosmetyki naturalne. No niestety. Jak już jednak pisałam na Facebooku, ich magia tkwi w tym, że cechują się tym specyficznym, rzemieślniczym czarem, który przywołuje nam myśl początki przemysłu kosmetycznego. A jak zapewne wiecie, mamy teraz mocny trend ku klimatom vintage. Na korzyść marki przemawiają także bardzo proste składy ich flagowych balsamów. Ten „original” czyli pierwszy, najpopularniejszy, multifukcyjny, żółty balsam zawiera jedynie 4 składniki! Oparto go na wazelinie, a do niej dodano oliwę z oliwek, ekstrakt z papai (to od niego pochodzi nazwa i filozofia marki) oraz aloes. Całość, wierzcie mi, naprawdę godna uwagi!

Muszę tutaj wspomnieć o opakowaniach. To one sprawiają, że nie da się koło marki przejść obojętnie. To one nadają jej tę wyjątkową atmosferę. Nie ma w nich jakiejś dużej filozofii, są wręcz bardzo proste. Cały trik polega jednak na ich kolorystyce. Opakowania są jednolicie żółte – w przypadku podstawowych produktów oraz brzoskwiniowe lub czerwone – przy balsamach koloryzujących. Uwagę zwraca niewielki rysunek papai i bardzo proste czcionki. Idealny przykład na to, jak prostota i dobry pomysł, mogą w genialny sposób wyróżnić markę. I jednocześnie uczynić ją tak… fotogeniczną – aż chce się ją pokazywać w social mediach. Brawo!

 

 

Wracając do ulubieńca… Najbardziej spodobał mi się Tinted Peach Pink Balm czyli uniwersalny, multifunkcyjny balsam o przyjemnym kolorze brzoskwiniowego różu. Oj, lubię się z takim kolorem bardzo! Jest to kosmetyk, który wprost prosi się o noszenie codziennie w torebce. Po kilku dniach, torebka bez niego czuje się już pusta… W bardzo praktycznej, uroczej tubce zamknięto kosmetyk, którego nie da się opisać jednym słowem.

Po pierwsze – jest świetnym błyszczykiem do ust. Nadaje im delikatny, ładny kolor, jednocześnie je pielęgnując. Ale to jeszcze nic! Wyobraźcie sobie taką sytuację – musicie za chwileczkę wyjść, czy to z domu czy z pracy, a buzia jest jakby szara, pozbawiona blasku, zwiędnięta taka… Sięgacie po balsam i lecicie do łazienki. Nakładacie nieco kosmetyku na palce i wklepujecie go lekko w kości policzkowe, najlepiej uśmiechając się przy tym ładnie. Następnie odrobinkę balsamu równie leciutko nakładacie na powieki, co sprawia, że oczy w jednej chwili wyglądają świeżo i totalnie dziewczęco. Nie zapominacie także o ustach. Kilka chwil wystarczy, aby nadać twarzy blasku, energii i koloru. I to podoba mi się bardzo! Zwłaszcza patent z powiekami, bo takie wklepywanie różu to już znałam, jak dobrze wiecie.

 

 

Oryginalna wersja mojego ulubionego brzoskwiniowego balsamu to ta żółta tubka. Składowo różnią się jedynie odrobiną barwnika i łagodnym konserwantem w tym pierwszym. Po żółty balsam także sięgam kiedy tylko wychodzę z domu (to znaczy przekładam z torebki do torebki) lub trzymam na komodzie w przedpokoju, pod ręką. Jak już wspominałam – mamy tu 4 składniki, wazelinę, oliwę, papaję i aloes. I choć bałam się tej wazeliny, przyznaję, że jest naprawdę fajnie. Te tubki są genialne, poręczne, praktyczne. Łatwo się po taką sięga, kiedy tylko czuję, że mam suche dłonie i spierzchnięte usta, sprawdza się też do zmiękczania skórek przy paznokciach. I znów mam dwa super triki, w których balsam jest bardzo pomocny. Po pierwsze – do ujarzmiania brwi, kiedy to staje się lekkim woskiem przy ich przeczesaniu i nadawaniu odpowiedniego kształtu. Po drugie, jeśli odrobinę balsamu wklepiemy opuszkami palców nad kośćmi policzkowymi, mamy ekspresowy efekt rozświetlacza. I teraz można czarować, prawda?

 

 

Na koniec zostawiłam sobie odżywkę, ale od razu mówię, że jest to jedna z lepszych odżywek, jakie używałam. It does it all – jak to mówi nam marka z opakowania czyli ochrania przed działaniem wysokiej temperatury, zapobiega rozdwajaniu końcówek, ułatwia rozczesywanie, działa jak zabieg pielęgnacyjny, redukuje puszenie, dodaje blasku i pomaga w stylizacji. Podoba mi się ta uniwersalność. Zwłaszcza, kiedy mam mało czasu, kiedy nie zdążę nałożyć maski i czekać z nią nawet kilku minut. Ten multifunkcyjny koktajl do pielęgnacji i stylizacji włosów mogę za to nałożyć na szybko albo na suche, albo na wilgotne włosy. Nie zmywam go. Nie muszę. Szybko się wchłania i przepięknie pachnie. Ach, co ważne – po raz kolejny chcę pochwalić markę za praktyczność opakowania! Odżywka jest w spryskiwaczu, co bardzo ułatwia aplikację. Ma delikatną konsystencję gęstszego żelu lub lżejszego mleczka. I faktycznie – robi sporo. Włosy są miękkie, odżywione, łatwo się rozczesują (mam ich sporo…), ładnie błyszczą i lepiej się układają. Tego mi potrzeba!

Na koniec wspomnę jeszcze o tej słynnej papai (Carica Papaya). Czemu aż tak mamy się z nią polubić? Producent pisze, że jest to „bogaty w składniki odżywcze owoc, pełen antyoksydantów, witamin i minerałów. Zawiera wapno, magnez, potas, żelazo, witaminę A, witaminę C oraz acetogeniny, które przy stosowaniu zewnętrznym wykazują właściwości regenerujące, nawilżające i wygładzające skórę, jednocześnie zwiększając jej elastyczność.” Mi osobiście papaja kojarzy się z enzymem, który zawiera, czyli z papainą. Dzięki niej owoc wykorzystuje się jako peeling enzymatyczny. Czekam więc, aż marka wypuści na rynek właśnie taki kosmetyk. Pasowałby do niej idealnie!

Bo o dobroczynnych właściwościach kojącego aloesu i odżywczej oliwy, to chyba już nie muszę pisać, prawda?

Kosmetyki Dr. PAWPAW znajdziecie w sieci drogerii Hebe. Jakie produkty są dostępne, możecie sprawdzić również na stronie www.hebe.pl

 

Wpis powstał we współpracy z siecią drogerii Hebe. Wszystkie opinie są moimi własnymi.

Z natury x5

Uwielbiam rzeczy, uwielbiam sztukę, przedmioty użytkowe i te, które tylko mają wyglądać… no, uwielbiam wszystko, co inspirowane jest naturą! Dzisiaj w naszym cyklu „x5” mam dla Was kila takich wspaniałości! Oto one!

 

1.Całkowicie niesamowite podstawki i deski do serów z kamieni. Od dawna bardzo mi się podobają, ale w wersji dużej, tej do podawania przystawek, jeszcze nie widziałam! / Anthropologie

2. Patera Baltica Deep blue – totalnie morska bajka! Hipnotyzująca! / Hadaki

3. Zobaczyłam ten płaszyczyk-kimono na autorce bloga Travelicious, na Facebooku, i przepadłam! Zobaczcie TUTAJ. Wygląda przepięknie! / Zara

4. Przepiękny projekt FLOATING LEAVES! Wyobraźcie sobie, że to są fotografie roślin, naniesione na przezroczysty film. Piękne! Wynik współpracy trzech kopenhaskich marek – Moebe x Paper Collective x Norm Architects. / Moebe

5. Wyobrażam sobie, że to ja tam w tym buszu dzikim i gęsty stoję 🙂 Nawet podobna jestem! / Robert Bowers, Escape 2017

Nasze miejsce: pomysły na przedpokój

Zgodnie z zapowiedzią, ruszamy z projektem „Nasze miejsce”! Dlaczego? Bo kupujemy mieszkanie! Więcej pisałam o nim TUTAJ, zapraszam serdecznie!

Mamy jeszcze sporo czasu… Choć przeleci zapewne migiem! W każdym razie urządzać będziemy się dopiero wiosną. Ale znam siebie dobrze… Wiem, jak szybko potrafią mi się pojawiać nowe pomysły, zmieniać koncepcje, jak lubię odkrywać nowości. Muszę, po prostu muszę, mieć więc wszystko ułożone w głowie, aby wiosnę rozpocząć z gotowym planem. Takim, który pozostanie już z nami na przyszłe lata. Szukam zatem inspiracji już od jakiegoś czasu, a jedną z najlepszych form ich utrwalenia są takie właśnie posty, jak ten dzisiejszy. Posty z pomysłami! Posty z zebranymi inspiracjami! Z pierwszymi wizualizacjami. I w końcu – z internetowymi znaleziskami.

Zapraszam Was więc do mojego świata. Zaczniemy, jakże by inaczej – od przedpokoju! Przestąpcie progi mojego przyszłego mieszkanka!

Dobra, dobra… ale od początku! Zamarzył mi się ciemny przedpokój. Już dawno znalazł miejsce z moim sercu. I nie przekonują mnie wszystkie te dobre rady, że w przedpokoju powinno być jasno, że te ciemne są… ciemne. Wiem przecież, że ciemno nie będzie, dobre lampy istnieją! Będzie za to inaczej! Bo ja naprawdę nie lubię białych przedpokojów!

A wszystko zaczęło się od tego zdjęcia poniżej! To właśnie przedpokój Wiolety Kelly z bloga Interiors.pl (który niestety już nie jest aktualizowany… bardzo, bardzo szkoda!) utkwił we mnie głęboko i wyjść cały czas nie chce! Podziwiam autorkę z odwagę i wyobraźnię. Jestem pod ogromnym wrażeniem! Przyznajcie sami – takiego przedpokoju nie można zapomnieć!

 

 

Mój jednak będzie nieco inny! Zobaczcie na mojej małej wizualizacji poniżej. Po pierwsze, zależy mi na tapecie do połowy jednej ściany. Ma kończyć się na szafie wnękowej. Musi koniecznie być ciemna z dużym wzorem – złotym lub miedzianym. Być może widzieliście już na Facebooku, że moje serce skradły złote ananasy, ale niestety nie udało mi się ich przeforsować u mojego męża. Wciąż więc szukam ideału. A przyznaję, że poszukiwania są doprawdy ciekawe i przyjemne!

Po drugiej stronie będą meble z ciemnego drewna, na tle nieco jaśniejszej farby. Najbardziej podoba mi się zestaw z Ikei z serii Hemnes. Idealnie też wpasowuje mi się w wąską wnękę. Zapewne pozostaniemy przy szafce na buty, ławie i wieszaku.

Tapety: 1 / 2 / 3 / 4 / 5 / 6 / 7 / 8

Lustro / obraz / reszta poniżej

 

No… chyba, że wymyślę coś innego! Bo podoba mi się naprawdę sporo rzeczy! Zebrałam Wam ich nieco poniżej. Z pewnością trzymam się ciemnego drewna, ciemnego odcienia wzorzystej tapety i złotych lub miedzianych dodatków!

 

 

1. Inspiracja / Pinterest

2. Lampa Monte Carlo Tre / Kare

3. Komoda Brooklyn I / Kare

4. Ławka z Lustrem Authentico / Kare

5. Inspiracja / Pinterest

6. Inspiracja / Pinterest

7. Komoda Brooklyn IV / Kare

 

1. Wieszak i półka Hemnes Ikea

2. Ława Hemnes Ikea

3. Szafka na buty Hemnes Ikea

4. Lampa wisząca Monte Carlo Sette / SFmeble.pl

5. Miedziany kosz na parasole / Nuuko

6. Inspiracja / Pinterest

 

1. Wieszak Animal Faces / SFmeble.pl

2. Inspiracja / Pinterest

3. Inspiracja / Pinterest

4. Lustro Window Iron / Kare

5. Pokazana już powyżej tapeta Clark & Clarke Colony Tobago

6. Rzeźbiona skrzynia z drewna mango / Karina Meble Indyjskie

7. Rzeźbiona Indyjska konsola Zaara / Karina Meble Indyjskie

Zapisz

Odkryłam Cosnature!

Oto i odkryłam markę, która ostatnimi czasy tak często pojawia się w poleceniach blogerów i mediów. Dopiero teraz… Markę, o której wprawdzie słyszałam od dawna, ale nie miałam okazji osobiście się z nią zapoznać. Czemu? Doprawdy nie wiem. I żałuję, bo pewnie polubiłybyśmy się już dawno. Spieszę więc niniejszym z moim wielkim odkryciem i gorącym poleceniem – poznajcie Cosnature!

 

 

Jak się okazuje, marka jest dostępna stacjonarnie! Znajdziecie ją w drogeriach Hebe (wyłącznie w tej sieci!). Super, prawda? Właśnie z tej okazji i w mojej łazience wylądowały cztery produkty Cosnature – Naturalna pianka oczyszczająca 3 w 1 z cytryną i melisą, Naturalny nawilżający lekko koloryzujący krem z nagietkiem, Naturalne odżywcze masło do ciała z masłem shea i tonką oraz Naturalna regenerująca maska do włosów z awokado i migdałami. Który z kosmetyków okazał się największym hitem? Po który pójdę niedługo do pobliskiej drogerii Hebe? O tym zaraz!

Zacznijmy bowiem od słowa o samej marce. Opisuje się ona tak: „Cosnature to wysokiej jakości niemieckie kosmetyki naturalne, przyjemnie pachnące owocami, o wysoce innowacyjnych recepturach dla wymagających klientów. Wiele z produktów otrzymało w testach Fundacji Warentest i Öko-Test, znaki „bardzo dobre” i „dobre”. Wszystkie produkty są odpowiednie dla Wegan, posiadają ekologiczny certyfikat Natrue i nie były testowane na zwierzętach.” Czym mnie ujęła marka? Każdy z produktów jest praktycznie i estetycznie opakowany. Etykiety są przejrzyste, ładne i czytelne. No… może nie do końca, bo nie znam języka niemieckiego. Byłoby mi znacznie łatwiej, gdyby to choć angielski był. Dystrybutor zadbał jednak o dobre polskie opisy na naklejkach, nie jest to więc duży problem.

Co jest niezwykle istotne, i na co chciałabym zwrócić szczególną uwagę, to proporcja ceny do jakości. Za produkty o dobrych składach zapłacimy doprawdy niedużo. I to jest ogromna zaleta marki – naprawdę nie ma co przepłacać!

 

 

Ale wracając do meritum – największym hitem okazał się Naturalny nawilżający lekko koloryzujący krem z nagietkiem! Jestem pod jego ogromnym wrażeniem. Jest to coś w rodzaju lżejszego kremu BB. Znacznie jednak lepiej się sprawdził w przypadku mojej cery od wszystkich kremów BB, które do tej pory miałam okazję wypróbować. Jedna z Was pozostawiła nawet niedawno na Facebooku komentarz, że dzięki niemu odstawiła podkłady. I słusznie. Bo krem faktycznie w naturalny sposób wyrównuje koloryt skóry, zupełnie przy tym nie wysuszając, co było istotnym minusem innych podobnych kosmetyków. Odcień okazał się dla mnie idealny. A co najważniejsze – krem świetnie maskuje niedoskonałości, delikatnie je przy tym niwelując! I nie pozostawia widocznych, ani tym bardziej nie wyolbrzymia suchych skórek. Wystarczy odrobinę więcej nanieść go palcem na konkretne miejsce i lekko wklepać. Od razu czuć właściwości regenerujące nagietka!

Krem nakładam więc codziennie rano i czasem w trakcie dnia, kiedy gdzieś wychodzę. Skóra wygląda lepiej i stanowczo naturalniej niż w przypadku podkładów. Jest przy tym miękka i nawilżona. Produkt ma niestety drobne wady – oparto go w głównej mierze na oleju słonecznikowym, który jest łagodny i niedrogi, ale właśnie przez to nie do końca dobrze odbierany, dosyć wysoko w składzie mamy alkohol i nawet odrobinę talku. Znajdziemy w nim jednak także tak lubiany przeze mnie olej ze słodkich migdałów, olej babassu, ekstrakt z nagietka i witaminę E. Całość i efekty, jak dla mnie, naprawdę warte polecenia!

 

 

Kolejnym moim ulubieńcem jest Naturalna pianka oczyszczająca 3 w 1 z cytryną i melisą. I znowuż – kosmetyk, jakby stworzony dla mnie! Choć czasem uzupełniam proces oczyszczania twarzy jeszcze o umycie jej czymś tłustszym – mleczkiem lub emulsją. Pianka pachnie przepięknie! Takę ożywczą, energetyzującą cytrynką. Jest bardzo wydajna i tak przyjemnie lekka. A przy tym dobrze zmywa buzię. Masuję nią skórę rano i wieczorem i bardzo lubię ten pielęgnacyjny rytuał. Zapewne dzięki zapachowi! W składzie znajdziemy łagodne substancje myjące oraz ekstrakt z cytryny i melisy. To właśnie one mają działanie rozjaśniające, kojące, uspokajające podrażnioną skórę i odświeżające. Co bardzo istotne, po myciu pianką nie mam uczucia ściągnięcia i przesuszenia skóry. Jest po prostu bardzo dobry, codzienny kosmetyk.

 

 

Wszystkim wielbicielom masełek do ciała z pewnością spodoba się Naturalne odżywcze masło do ciała z masłem shea i tonką! Jakże ono pachnie! Jak smakowity deser. Po jego użyciu przykładam dłonie do nosa i wdycham ten zapach! Naprawdę! To ponoć zasługa tej tajemniczej tonki. Cytuję: „ekstrakt z fasoli tonka nadaje skórze ciepłą woń wanilii i karmelu z lekką nutą zapachu goździków, gorzkich migdałów i cynamonu”. Masło ma bardzo dobrą konsystencję, wchłania się dosyć szybko jak na masło. A od razu po wchłonięciu mamy to przyjemne uczucie odżywionej skóry, która jakby powracała do życia. Którą chce się dotykać. Muszę też dodać, że w składzie odnajdujemy masło shea, olej ze słodkich migdałów i masło kakaowe. Wszystkie lubię!

 

 

Na koniec pozostawiłam sobie Naturalną regenerującą maskę do włosów z awokado i migdałami. Może wywarła na mnie najmniejsze wrażenie, jest jednak kolejnym po prostu dobrym kosmetykiem w dobrej cenie. Maska „wzmacnia strukturę włosów, zmniejsza ich podatność na łamanie się i odbudowuje odwodnione i zniszczone włosy”. Znajdziemy w niej olej z awokado, arganowy i ze słodkich migdałów, hydrolizowane proteiny pszenicy, hydrolizowane proteiny słodkich migdałów i nawet trochę oliwy z oliwek. Jest to kolejny kosmetyk o całkowicie obłędnym zapachu, co sprawia, że faktycznie chce się ją te 3 minutki trzymać na włosach. Te z kolei chętnie ją przyjmują i odbierają jak dobrej jakości odżywkę.

Jak już wspominałam, przy kolejnej wizycie w Hebe odwiedzam obowiązkowo półkę z Cosnature. Biorę na pewno krem, który zaraz mi się skończy i jeszcze coś nowego, do wypróbowania. I Wam bardzo polecam!

Polecam też zajrzeć na stronę Hebe!

 

Wpis powstał we współpracy z siecią drogerii Hebe. Wszystkie opinie są moimi własnymi.

Facebook