KategorieNaturalna pielęgnacja

W roli głównej Herbs & Hydro

Nie jest to tak zupełnie nieznana marka. Ba… mam wrażenie, że jest o niej coraz głośniej. Wiem też, że wiele z Was miało już przyjemność wypróbować naprawdę ciekawe mydła naszej dzisiejszej gwiazdy – Herbs & Hydro. Uznałam więc, że pora najwyższa, aby zagościły także w Lili.

Czy i mnie zachwyciły?

No… nie wszystkie.

Ale, po kolei…

 

Nasze mydła powstają na podstawie starych, tradycyjnych receptur. Historia niektórych sięga nawet XVII wieku! Nie zawierają konserwantów, chemicznych wybielaczy i wypełniaczy.

 

Mam wrażenie, że zamysłem twórców marki było połączenie tradycji z nowoczesnością. A dokładniej tradycyjnej sztuki wyrabiania naturalnych mydeł z bardzo współczesnym designem i identyfikacją. I to mi się tu zgadza. Mam historię, idącą za marką, zamkniętą nawet w samej nazwie domeny firmowej „tradycyjne mydło” (choć obawiam się, ze może to być pozostałość po wcześniejszym koncepcie), mamy proste, ekologiczne opakowania z brązowego kartonu, ale mamy też mocno osadzone w trendach współczesno-minimalistycznych logo oraz idące za nim etykiety, pełne mieszanki angielsko-polskich słów. Całość wygląda nawet profesjonalnie – co jak co, ale lubimy się w tych angielszczyznach, a może też marka planuje światową ekspansję? Brakuje mi jednak tego słynnego efektu wow. Tego czegoś, co by trafiło w serce i w nim pozostało. Kawałka czyjejś duszy, czegoś osobowego. Nie umiem tego nazwać… ale właśnie tego mi w marce brakuje.

Abstrahując od całej tej opakowaniowej otoczki, muszę donieść, że wewnątrz znajdują się całkiem fajne i warte polecenia produkty. Mam wśród nich swoich faworytów. Zdecydowanie wygrywa tu czarne marokańskie mydło savon noir konopne z trawą cytrynową. Kto miał okazje kiedyś po podobne sięgnąć, ten wie – albo się je kocha, albo nienawidzi. Osobiście je uwielbiam, nawet pomimo okropnego, charakterystycznego zapachu, do którego wmieszał się jeszcze aromat konopny. Jednak wersja z tym właśnie dodatkiem wydaje mi się najlepszą, z jaka miałam do czynienia. „Czarne mydło, czyli savon noir to stosowane od stuleci w tradycyjnym tureckim hammamie mydło, które powstaje w procesie połączenia zmydlonej oliwy z oliwek z pastą z czarnych oliwek. Ma konsystencję gęstej pasty, która w połączeniu z wodą zaczyna lekko się pienić i rozmydlać.” (fragment z bloga marki). Jest to wyjątkowy produkt, używany od wieków podczas rytuału hammam. Pozostawiony na skórze lekko ją złuszcza i odżywia. Sprawdza się jako poślizg do golenia, a także do mycia twarzy (pamiętamy o jej tonizowaniu po takim myciu!). Jest cenione i przez panie i przez panów. A takie niewielkie opakowanie 50 g idealnie nadaje się do zabrania w podróż.

 

 

Dzięki stosowanej technologii wyrabiania mydła „na zimno”, nasze produkty zawierają maksymalną ilość substancji aktywnych na granicy możliwości technologi bez użycia sztucznych utwardzaczy.

 

Niezwykle też spodobało mi się mydło w piance. Miałam mydło perłowe, z ekstraktem z pereł. Osobiście takie cuda, jak ekstrakty właśnie z pereł traktuję bardziej jako chwyty marketingowe. Producent jednak zapewnia, że jest to bogactwo białek, aminokwasów oraz składników mineralnych, które działają odżywczo, nawilżająco i przeciwstarzeniowo. Urzekła mnie sama konsystencja kosmetyku. Płyn zamienia się bowiem w przyjemnie tłustą i treściwą piankę. Nie jest to taki lekki puszek, którym trudno coś domyć, ale całkiem poważna mydlana piana o przyjemnym, choć delikatnym zapachu. Świetne na co dzień, na prezent i od święta. Całkiem też wydajne. A co najważniejsze – pozostawiające skórę oczyszczoną, ale nie wysuszoną czy napiętą. Polecam, choć niestety nie widzę tego dokładnie mydła na stronie marki…

Nieco mniejsze wrażenie zrobiło na mnie mydło w płynie z konopiami. Ma przyjemną gęstą konsystencję, ale pachnie dosyć charakterystycznie dla oleju konopnego. No… ciężko. To mydełko polecane jest osobom z problemami skórnymi, z łojotokiem, trądzikiem, łuszczycą czy azs. Zgadzam się z tym w pełni. Jest łagodne i pielęgnujące. Skóra je lubi i dobrze przyjmuje. Minusem jest opakowanie, z którego niestety ciężko to mydełko wydobyć…

Zacytuję tu producenta, bo warto: „Przekonaliśmy się „na własnej skórze”, że ekstrakt konopny posiada silne właściwości przeciwzapalne, przyspieszające regenerację skóry. Doskonale nawilża i ujędrnia. Ekstrakt konopny, którego używamy, pochodzi z polskich konopi (cannabis sativa) – to dla nas ważne i lubimy podkreślać, że konopie siewne są rośliną z naszej strefy klimatycznej. Ekstraktu nie zmydlamy dodatkowo w procesie tworzenia – łączymy go z bazą mydlaną i dzięki temu nie zmieniamy jego struktury chemicznej.”

Z płynnych mydełek mogę też polecić to z zieloną herbatą, które pachnie wprost cudownie. Całkiem przyjemne jest też to propolisowe. Te akurat miałam w małych buteleczkach, które wydają mi się idealnymi rozmiarami podróżnymi. Koniecznie się w nie zaopatrzcie przed wakacjami!

 

 

Najmniejsze wrażenie zrobiły na mnie mydła w kostkach. Używałyśmy razem z Różą tego z czarnuszką, konopnego i bursztynowego. Są to kolorowe kosteczki o niezbyt ciekawym zapachu. Brakuje im też tego czegoś, co sprawia, że chce się do mydła powracać, choć oczywiście muszę napisać, że są całkowicie przyzwoite. Najbardziej spodobało nam się mydełko z bursztynami, w którym zatopiono 3 większe kawałeczki bursztynu. Wydobywałam je specjalnie dla Róży i przez dłuższą chwilę miało dziecko uciechę. Lubie je też za bursztynowy puder, który delikatnie peelinguje skórę.

To, co jest najbardziej warte uwagi, to dołączony do mydeł specjalny woreczek. No że tez nikt na to wcześniej nie wpadł? Choć może wpadł, ale ja o tym nie słyszałam… Albo czemu sama tego nie wymyśliłam? Do takiego woreczka chowa się mydełko na tak zwanym wykończeniu. Takie wiecie – połamane, co się często już wyrzuca. I ono tam odżywa! Myjemy się bowiem tym woreczkiem, co jest samo w sobie świetne – tworzy nam bowiem rodzaj mydlanej rękawicy do peelingu. No genialne!

 

Ogólnie więc przyznaję marce duży plus, wciąż jednak wydaje mi się, że musi ona popracować nad czymś ekstra. Czymś co całkowicie skradnie serca.

 

Wszystkie mydła dostępne na tradycyjnemydlo.pl

 

Ałunowo-aloesowy płyn po depilacji

Czy Wy też męczycie się z podrażnioną skórą po depilacji? A może macie w domu pana, który ma tak po goleniu?

Mam dzisiaj dla Was bardzo fajny przepis, na płyn, który towarzyszy mi na co dzień i który naprawdę uwielbiam!

Zrobimy dzisiaj łagodny, ale skuteczny ałunowo-aloesowy płyn na podrażnioną skórę po depilacji! Będzie miał dwufazową formułę, zależało mi bowiem na tym, aby pozostawić skórę leciutko odżywioną i od razu nawilżoną. Zamknęłam więc w płynie odrobinę oleju lnianego, który ostatnio uwielbiam (i bardzo polecam, bo dostępny jest w każdym supermarkecie – choćby Kujawski wypuścił niedawno świetny zimnotłoczony olej) oraz nawilżającej gliceryny. Z tą gliceryną to wiem, że różnie bywa, ale ja ją bardzo lubię i polecam. Tutaj też świetnie się sprawdza!

Podstawą naszego płynu jest roztwór ałunu. O tym krysztale pisałam Wam TUTAJ. Dodam więc tylko, że ma on silne właściwości antyseptyczne i ściągające. Pomaga goić się drobnym rankom i tamuje krwawienie przy zacięciach (tutaj najlepiej przyłożyć po prostu sam kryształ, jak to niegdyś golibrody czynili). Do tego dodałam hydrolat rozmarynowy, który także cenię, za antybakteryjne właściwości, ale polecam tu też bardzo hydrolat oczarowy, słynący ze swych mocy ściągających i kojących. Nie mogło zabraknąć olejku tymiankowego, ale jego także możecie zastąpić np. lawendowym czy z drzewa herbacianego. Całość uzupełniłam kojącym sokiem z aloesu, który w tego typu kosmetykach wydaje się niezbędny. Musimy bowiem załagodzić naszą podrażnioną goleniem skórę.

Z tego wszystkiego wyszła lekka formuła praktycznego płynu, który w zasadzie jest wielozadaniowy. Pozostawia skórę zabezpieczoną, odkażoną, ukojoną i przyjemnie nawilżoną. Bardzo polecam!

 

 

Łagodzący płyn po goleniu

Składniki na 100 ml:

  • 30 ml przegotowanej ciepłej wody
  • 10 g ałunu w proszku (z Maroko Sklep)
  • 20 ml hydrolatu rozmarynowego
  • 30 ml soku z aloesu
  • 5 ml oleju lnianego (lub innego ulubionego)
  • 5 kropelek oleju eterycznego naturalnego np. tymiankowego, lawendowego, z drzewa herbacianego
  • 5 ml gliceryny roślinnej
  • 10 kropelek eko konserwantu (Ecospa)

 

Do zlewki wlewamy ciepłą wodę, potem dosypujemy ałun.  Mieszamy, aż ten się rozpuści. Dolewamy po kolei kolejne składniki. Całość mieszamy i przelewamy do buteleczki. Płynem przemywamy miejsca po goleniu i depilacji. Przed użyciem należy wstrząsnąć, aby fazy się połączyły. Przechowujemy 4-6 tygodni, najlepiej w lodówce.

 

Moc kamieni

Kiedyś prowadziłam sklep z biżuterią z naturalnych kamieni. Pewnie wiele z Was o tym pamięta. Wtedy to kilkukrotnie zabierałam się do zgłębienia tematu mocy, którą mają w sobie te kamienie. Ich energii, która oddziałuje na nasz organizm. Przyznam się bez bicia, że nie odrobiłam wtedy tego domowego zadania. I bardzo żałuję, bo temat jest niezwykle ciekawy i mocno intrygujący.

A co szczególnie istotne, powoli staje się światową modą! Trendem, który przenika także do kosmetyki i powoli na Zachodzie staje się codzienną rutyną pielęgnacyjną.

Energia kamieni… Czemu by nie spróbować? Nie wejść choć trochę w ten niezwykły świat?

Zwłaszcza, że co rusz napotykam ostatnio w internecie produkty, które z tej mocy energetycznej czerpią. A że bywają przy tym wyjątkowo piękne, nie mogłam ich Wam nie pokazać.

Oto więc kilka ciekawostek, zagranicznych, które zapewne lada moment trafią do naszego kraju!

 

 

1.No dobra… te kamienne masażery – rollery są zwyczajnie piękne! Wystarczyłoby, że posłużą za dekorację łazienki! A tak serio, to jest to jeden z największych hitów na Zachodzie – bajeczne masażery do twarzy zrobione z naturalnych kamieni. Wywodzą się z tradycji medycyny chińskiej i mają służyć przeciwzmarszczkowo i relaksacyjnie. Dzięki nim wykonujemy drenaż limfatyczny twarzy. Można też stosować do innych części ciała. Pierwszy – z różowego kwarcu / I Am Natural Store

2. „Meet the Jade Roller. This Chinese skincare tool will cool, tighten, and de-puff your face in seconds.” Vogue.com / Czyli kolejny roller – jadeitowy! / Herbivore

3. I przepiękny, ponoć wyciszający i kojący – roller ametystowy / Aquarian Soul

4. Aby mieć je zawsze przy sobie! Torebeczka wypełniona energetycznymi kamieniami / Nordstrom

5. Do energetyzowania wody do picia – butelka z kamienną wkładką Wellness ViA Water Bottle – piękna! / Nordstrom

6. Kryształy do kąpieli – takie kamyczki należy wrzucić do wanny z wodą, aby ją natchnąć ich energią / Aquarian Soul

7. Urocze jadeity do masażu twarzy. Jadeity reprezentują mądrość, równowagę i pokój. Są to kamienie o działaniu kojącym, szczególnie polecane do podrażnionej skóry. / Aquarian Soul

 

 

Tym razem to coś jedynie inspirowanego kamieniami, ale tak pięknego, że musicie to zobaczyć! Rozświetlające olejki do ciała o nazwie różowy kwarc, pełne delikatnie różowej miki i samych naturalnych dobroci, o zapachu różano – waniliowym. / Herbivore

 

Zestaw do oczyszczania aury – zawiera suszoną szałwię do spalenia i uzyskania dymu szałwiowego (taki dym z olejkami eterycznymi wspaniale oczyszcza powietrze), drewno palo santo, rozmaryn i lawendę, świecę, pióro do rozwiewania dymu, olejek cytrynowy i kamienie – selenit i kwarc / Nordstrom

 

1.Olejek Lapis Lazuli Crystal Face Serum – naturalne serum olejowe wzmocnione energią kamieni lapis lazuli / Zephorium

2. Olejek do ciała Full Moon Body Oil – rozświetlający olejek inspirowany fazami księżyca, wzmocniony energetycznie kwarcem / Aquarian Soul

3. Själ Saphir Concentrate – Anti-Aging Face Oil – odmładzający olejek wypełniony kompleksem roślinnych składników oraz energią kamieni – himalajskich szafirów i akwamarynów / Själ 

4. De Mamiel Brightening Cleanse & Exfoliate – puder do oczyszczania twarzy, zawierający kojące glinki, ekstrakty roślinne i sproszkowane różowe kwarce i jaspisy / de Mamiel

5. Rozświetlający, lekko koloryzujący naturalny balsam do twarzy wypełniony energią truskawkowych kwarców / Aquarian Soul

6.Therapie Himalayan Detox Salts – detoksykująca sól do kąpieli z drobinkami ametystów / Cult Beauty

 

Aksamitna pomarańczowa maska z kurkumą i miodem

To jeden z ciekawszych kosmetyków, które stworzyłam. Idealnie sprawdza się w przypadku mojej cery. No, w zasadzie tej pomarańczowej maski z kurkumą i miodem używam do całego ciała! Bardzo się polubiliśmy!

Czemu aksamitna? To jedyne słowo, które przychodzi mi na myśl, kiedy po nią sięgam. Maska wygląda, jakby była płynna, ale konsystencję ma pasty. Nabieram ją na dłoń właśnie jak pastę, a ona po sekundce znowu staje się miękka. A jeśli dłużej poczekamy, jeśli odrobinę bardziej zaschnie, wystarczy tylko lekko nawilżyć ją wodą pod prysznicem i znowu jest cudownie półpłynna.

 

Maska nadaje skórze blasku i energii. Odżywia ją, regeneruje i nadaje zdrowy koloryt. Delikatnie złuszcza i reguluje. Działa też odkażająco – to dzięki cudownym antybakteryjnym właściwościom miodu i kurkumy. Te dwa składniki bardzo poleca się w pielęgnacji cery problematycznej. Niwelują niedoskonałości i zapobiegają ich tworzeniu. Porządna dawka soku z pomarańczy leciutko nam skórę spulchni i przywróci jej piękny wygląd. Duża zawartość skrobi ziemniaczanej pomoże nam cerę zmatowić. A to wszystko w połączeniu z cudownym aromatem pomarańczy, który nie tylko sama skóra przyjmuje, ale i na nas działa energetyzująco i antydepresyjnie.

Sami przyznajcie, czego nam więcej trzeba?

Przygotowuję sobie taką porcję maski, kiedy szykuję się pod prysznic. Nakładam wtedy jej część na umytą buzie i pozostawiam na niej. Resztą myję skórę na całym ciele, dzięki czemu staje się ona maską do ciała. Uwielbiam!

 

Aksamitna pomarańczowa maska z kurkumą i miodem

Składniki:

  • ćwierć pomarańczy
  • 2 łyżki płynnego miodu
  • łyżeczka kurkumy
  • 5 kropelek olejku z pomarańczy
  • 4 łyżki skrobi ziemniaczanej

Do miseczki wlewamy miód i wyciskamy sok z ćwierci pomarańczy. Dosypujemy kurkumę, dolewamy olejek i mieszamy. Sukcesywnie dosypujemy skrobię, mieszając, aby nie powstały grudki. Dosypujemy jej około 4 łyżki lub do uzyskania konsystencji pasty, która pozostanie nam na buzi.

Maskę używamy jak wyżej, a jeśli wolicie nie być akurat pod prysznicem, to nałóżcie po prostu na czystą buzię. Maskę warto w trakcie używania spryskać wodą lub hydrolatem (podobnie jak z maseczkami glinkowymi). Po 10-15 minutach spłukujemy ją wodą i zmywamy żelem do mycia twarzy, aby dokładnie zmyć kurkumę. Maskę zużywamy najlepiej tego samego dnia – zawiera świeży sok.

Miłego używania!

 

Kosmetyki, które używam zupełnie inaczej

Chyba każda z Was ma takie kosmetyki, których wcale nie używa zgodnie z przeznaczeniem, hmm? A może się mylę? Może trzymacie się dokładnie tego, co jest napisane na etykiecie?

Dzisiaj mam dla Was przykłady rodem z mojej łazienki (i torebki) na kosmetyki, które idealnie sprawdzają się w mojej codziennej pielęgnacji, stosowane zgoła inaczej niż to zaplanowali ich twórcy. Kosmetyki, które uwielbiam, choć stosuję przewrotnie. Bez których ciężko byłoby mi się już obejść.

Będą to więc nieco inne kosmetyczne porady, takie cosmetic hacks. Oby i Wam się przydały!

 

 

Suchy szampon bywa zbawieniem w przypadku moich przetłuszczających się niestety włosów. Uwielbiam też ten efekt podnoszenia i puszystości, które on zapewnia. Bardzo go polecam jednak wszystkim osobom, które cierpią katusze w ciepłych miesiącach związane z ocieraniem się skóry czy to podczas aktywności fizycznej czy nawet codziennych zajęć. Wystarczy spryskać nim newralgiczne miejsca, czyli np. pachy, pachwiny czy wewnętrzną stronę ud, aby zapewnić im matowość, poczucie suchości i dobrego poślizgu. Zabezpiecza nam on skórę, jak dobre posypki i zapobiega nieprzyjemnym otarciom. Genialnie się tu sprawdzają małe opakowania szamponów, które możemy trzymać po prostu w torebce i używać, kiedy tylko czujemy potrzebę. Pamiętajcie tylko, aby dokładnie całość wieczorem zmyć.

Co ważne, sięgajcie po szampony, które mają w składzie naturalną skrobię np. ryżową lub kukurydzianą, a nie aluminiową. Możecie też oczywiście wybrać domowy sposób i stosować skrobię ziemniaczaną, którą warto zamknąć w pojemniczku na posypki.

 

 

Dobra, naturalna odżywka do włosów to najlepszy „krem” do golenia nóg i pach. Kto raz spróbował, nigdy już nie sięgnie po piankę czy mydło. Odżywka cudownie wspomaga golenie, jest świetnym poślizgiem. Nie wysusza przy tym skóry, nie podrażnia jej, a wręcz przeciwnie – delikatnie odżywia i zapewnia uczucie komfortu po goleniu. Najbardziej tu polecam odżywkę Biolaven – sama stosuję na co dzień.

 

 

Mam teraz dwa ulubione olejki – ujędrniający Vianek o cudownym zapachu wiśni i cynamonu oraz orzeźwiający olejek Willow Organics, pachnący egzotyczną werben. Przyznam, że nie bardzo lubię stosować je tradycyjnie, do ciała. To nie dla mnie. Świetnie sprawdzają się wprawdzie jako poślizgi do masażu, ale akurat nie mam na długo męża… Oba więc olejki stosuję jako oleje do demakijażu! I tutaj są genialne! Masuję nimi wilgotną skórę, zmywając z niej makijaż, a potem domywam całość używając żelu do mycia twarzy. I delektuję się tymi niesamowitymi aromatami! Takie olejki doskonale rozpuszczają kolorowe kosmetyki, pozostawiając przy tym buzię miękką i gładką.

 

 

Mam też swój własny sposób na serum olejowe! Pod krem zazwyczaj wybieram te lżejsze, nietłuste, np. eliksir Vianka lub serum z kwasem kojowym z Ecospa.pl. Te olejowe jednak uwielbiam i nie wyobrażam sobie, żeby ich nie stosować do… oczyszczania cery. Bo o ile wyżej wspomniane olejki do demakijażu najchętniej stosuję wieczorem pod prysznicem, o tyle prawie codziennie, popołudniu czy wczesnym wieczorem sięgam po prostu po wacik z płynem micelarnym, który skrapiam kilkoma kropelkami olejku i taką mieszaniną przemywam skórę. Jeszcze nie na wieczór, jeszcze nie do spania, ale po to, aby ją odświeżyć i ściągnąć nadmiar sebum, zanieczyszczeń i makijażu, a potem pobyć jeszcze takim odświeżonym w domu. Bardzo tu polecam sera Iossi i Vianka!

 

 

Powiem Wam, że kremy pod oczy Vianka mają po prostu genialne opakowania, aby trzymać je… w kosmetyczce w torebce! Oczywiście zmieniają wtedy swoją funkcję z kremu pod oczy na krem do zastosowania wszelakiego, do czego świetnie się nadają. Są niewielkie i podłużne, mieszczą się więc zawsze i wszędzie. Nieraz mnie ratowały, kiedy trzeba było szybko zrobić czy odświeżyć makijaż lub nadać mu odrobinę blasku – wystarczy wtedy odrobinę kremu wklepać w skórę, nad kości policzkowe i na czoło. Od razu lepiej! Służy mi też w potrzebie za krem do rąk czy do ust. Bardzo polecam!

 

 

Pisałam Wam już kilka razy o soli Epsom. To takie wcale nie słone, a wręcz gorzkie cudo magnezowo-siarkowe, które świetnie się sprawdza, jako dodatek do kąpieli. Zwłaszcza dla osób o problematycznej skórze. U mnie na wannie stoi zawsze kilogramowy pojemnik z taką solą. Owszem, dodajemy ją czasem po prostu do wody, najczęściej jednak jest moim ekspresowym, najlepszym pod słońcem peelingiem! Biorę garść soli w dłoń i w zależności od nastroju i potrzeby, dodaję do tego trochę żelu pod prysznic, łagodnego mydełka w płynie, soku z limonek lub pomarańczy albo olejku do ciała, a potem masuję mieszaniną skórę (to peeling do ciała, nie do twarzy!). Doskonale oczyszcza skórę, zapobiega wrastaniu włosków po depilacji, działa też antybakteryjnie i odkażająco. Polecam!

Małe manufaktury: Willow Organics

Rzadko kiedy aż tak podoba mi się pomysł na markę. I to markę, którą została stworzona z marzeń. Malutką markę pewnej przemiłej blogerki (Le Bleuet), która postanowiła zaryzykować i wypuścić w świat trzy, na razie, szczególne kosmetyki. Nazwała tę swoją markę Willow. Czemu? Opowie Wam sama poniżej. A potem pięknie przyzdobiła ją identyfikacją wizualną, która wybitnie porusza moje serce. Uwielbiam tego typu motywy botaniczne! Z pełnym przekonaniem polecam więc Waszej uwadze tę uroczą manufakturę i jej kosmetyczne dzieła.

 

Każdy produkt Willow to nasze małe, spełnione marzenie zamykane w szklanym opakowaniu. Kosmetyki od początku do końca przygotowywane są ręcznie. Z sercem i pasją ich autorki.

 

 

W ofercie Willow znajdziemy Balsam do twarzy i ciała Fruity Mousse, Peeling do ciała Fruity Sugar Scrub oraz Olejek do ciała Yellow Rose Buds. Wszystkie pachną całkowicie i totalnie energetyzująco, a to za sprawą olejku may chang – werbeny egzotycznej. Jest to bardzo charakterystyczny, cytrusowy zapach, w którym łatwo się zakochać. Mi osobiście kojarzy się bardzo pozytywnie, wypełnia umysł dobrą energią i chęcią do działania. Szczególnie więc polecam kosmetyki Willow zimą, zwłaszcza, że wszystkie bazują na masłach i olejach, których zimą skóra wybitnie potrzebuje.

 

Nasze kosmetyki powstają z zamysłem, by wspierać naturalne funkcje ochronne i regeneracyjne skóry. Są czyste i surowe – pozbawione niepotrzebnych substancji syntetycznych.

 

 

Najbardziej do gustu przypadł mi owocowy mus. Ma leciutką, przyjemną konsystencję musu właśnie i słoneczny kolor.  Składa się w głównej mierze z masła mango, shea i olejów z krokosza i moreli. Uwielbiam nabierać go na dłonie i rozsmarowywać na skórze. Koniecznie – po kąpieli lub prysznicu. Chyba, że akurat poczuję, że mam spierzchnięte usta. Albo moje dłonie potrzebują ratunku. Zawsze można po niego sięgnąć. Ze względu na swoją tłustą formuję, jest bardzo wydajny. Przyznaję, że nie używam go twarzy, mam problematyczną cerę, ale jest zawsze w pobliżu i ratuje mnie w potrzebie. Jedyny minus – po pewnym czasie tworzą się w nim drobne grudki, co jest wprawdzie częste w przypadku naturalnych połączeń maseł i olejów o różnej temperaturze topnienia, ale odrobinę utrudnia aplikację. Niemniej jednak ten właśnie mus uważam za jeden z najciekawszych kosmetyków na rynku.

 

Nasze formuły są Self-Preserving. Swoją trwałość zawdzięczają antybakteryjnym właściwościom olejów, maseł i olejków eterycznych. Dzięki temu nie stosujemy konserwantów.

 

 

Z pewnością spodoba Wam się olejek wypełniony prawdziwymi pąkami róż. Olej je konserwuje, więc o nic nie musicie się martwić. Najbardziej spodobało mi się tu nieoczywiste połączenie mniej znanych, ale świetnych i cennych olejków – z nasion bawełny, z krokosza i moreli. Jest to idealny olejek do romantycznego masażu, którego zadaniem jest także poprawić nastrój i pobudzić. Sama używam go także jako olejek do demakijażu, myjąc nim twarz, a następnie zmywając go żelem do mycia twarzy. Pomijając już fakt, że po prostu pięknie się prezentuje w łazience!

Na koniec peeling! Bardzo przyzwoity, dobrze ścierający scrub, którego używanie to czysta przyjemność. Jest to jeden z tych tłustszych peelingów, które pozostawiają na skórze tłuściutką warstwę. Samo w sobie bywa to zbawienne i wiele osób już na tym kończy, ciesząc się ochroną i nawilżeniem. Mi jednak najlepiej tego typu peelingi sprawdzają się, jeśli zmyję je potem naturalnym żelem pod prysznic. Skóra nadal pozostaje odżywiona, ale pozbywamy się tłustości. Sami musicie znaleźć najlepszy sposób dla siebie. Dodam tylko, że piękny zapach pozostaje, a skóra jest oczyszczona i po prostu – odżywa!

 

 

Warto więc, oj warto wypróbować Willow!

Na deser mam jeszcze dla Was kila słów od Mariki – twórczyni marki:

Wiedziałam, że w pewnym momencie będę chciała zacząć własny biznes. Marzyła mi się produkcja kosmetyków, ale nie sądziłam, że dam radę przebrnąć przez wszystkie regulacje, więc postrzegałam to raczej w kategoriach bardzo odległych. Pierwszorzędnym planem było założenie salonu groomerskiego, z miłości do futrzaków. W ostatnim momencie stwierdziłam jednak, że wolę przedrzeć się przez stosy zapisów prawnych, niż ogarnąć swoją panikę wobec perspektywy nieumyślnego uszkodzenia jakiegoś piesa 😀 Poza tym pomyślałam, że jak nie teraz to pewnie nigdy! Tak oto powstało Willow!

Dlaczego Willow (ang.wierzba)? Bo od początku mojej fascynacji pielęgnacją naturalną wpadłam po uszy w ziółka i roślinki. Od tego się zaczęło, więc chciałam, żeby i nazwa marki jakoś nawiązywała do tego etapu, żeby było roślinnie.  A wierzba, prócz tego, że można ją wykorzystywać w pielęgnacji, dodatkowo kojarzyła mi się przemiło – nie wiem czy widzieliście kiedyś film Willow? 😀 Zresztą miałam takie swoje przyjemne miejsce, pod wierzbą właśnie, w rodzinnym mieście… No i pięknie brzmi po angielsku!

Moje wytwarzanie kosmetyków rozpoczęło się od balsamu. To jedyna rzecz, która pomogła mojej wiecznie przesuszonej skórze na tyle, że obecnie nie miewam z tym już kłopotów! Uznałam więc, że skoro mi pomógł, to być może i dla kogoś innego będzie pomocą! Podobnie było z peelingiem i olejkiem – to wyniki mojego zmęczenia codziennym balsamowaniem ciała. Powstały dla urozmaicenia codziennej pielęgnacji i zwiększenia jej skuteczności. Wszystko z olejkiem May Chang, który dodatkowo nastraja pozytywnie 😀 Zakochałam się w nim od pierwszego spotkania! Więc.. tak. Wszystko to tworzyłam na potrzeby swojej dość wymagającej skóry, ale na rynek wprowadzałam już z myślą o osobach w podobnej sytuacji i wszystkich tych, którzy cenią sobie prostotę i pełną naturalność składów. I choć nie jest to największa grupa odbiorców.. ten drugi aspekt pozostanie regułą!

Zapraszamy na stronę Willow Organics.

 

 

Facebook