KategorieNaturalna pielęgnacja

Lily Lolo Winter Wonderland czyli makijaż mineralny zimą

Doprawdy mało co jest tak wdzięcznym tematem do sfotografowania jak produkty jednej z najciekawszych marek kosmetyków mineralnych – Lily Lolo! Uwielbiam ich minimalistyczną prostotę i niezwykłą wprost fotogeniczność. Ale nie tylko prezentują się dobrze – lubię je też na sobie! Zaprzyjaźniłam się już z wieloma, ale największymi moimi hitami stały się zestaw do brwi, błyszczyk (cały czas ze mną!), podkład mineralny, krem BB oraz idealny dla mnie – podwójny prasowany róż, który używam także jako rozświetlacz i cień do powiek.

Przy okazji zbliżających się Świąt postanowiłam przenieść Was w taki mały Winter Wonderland! A to za sprawą zestawu prezentowego Lily Lolo, który mnie zainspirował, a który bardzo chciałam Wam pokazać. Trudno bowiem o większy zachwyt, niż ten jaki wywołuje to niewielkie różowe pudełko ze złotym logo i kokardą. Jest wprost idealne do postawienia pod choinką. Jestem pewna, że każdemu sprawi tyle radości, co właśnie mi – już samo otwieranie jest niezwykłym przeżyciem. W moim pudełeczku znajdował się zestaw o kuszącej nazwie Days of Decadence Collection, a w nim paletka Pure Indulgence Eye Palett, szminka Love Affair Lipstick oraz róż Clementine Mineral Blush. Całość w jednolitej tonacji, która sprawdzi się równie dobrze podczas romantycznego wieczoru, ale także na zbliżające się zimowe okazje – na Święta i Sylwestra!

 

Ale wracając do zimy! Chciałabym opowiedzieć Wam trochę o tym, jak stosować makijaż mineralny w tym trudnym czasie w roku, kiedy skóra wymaga wyjątkowej uwagi i dbałości. Być może wiecie, że kosmetyki mineralne są niestety trochę trudniejsze w stosowaniu, trzeba znaleźć sobie na nie sposób, zaprzyjaźnić się z nimi, a co najważniejsze – dopasować je w możliwie najlepszy sposób do potrzeb własnej skóry. Kiedy jednak przebrniemy ten okres, kiedy je sobie oswoimy, kiedy staną się częścią codzienności, odwzajemnią się  i to po stokroć. Skóra Wam podziękuje, będzie promienna i naturalna. I nawet właścicielki cery problematycznej lub przesuszającej będą zadowolone. Zwłaszcza te pierwsze – bo makijaż mineralny jest znacznie zdrowszy, delikatniejszy, nie zatyka porów, a wręcz pomaga łagodzić niedoskonałości. Wierzcie mi – jako osoba o takiej właśnie skórze, wiem co mówię.

 

 

Jak więc przygotować skórę pod makijaż mineralny zimą? Jakie są moje sposoby na to, aby wyglądał on najlepiej?

Oto kilka najważniejszych rzeczy:

  • Odpowiednia pielęgnacja – dotyczy to nas wszystkich, bez względu na rodzaj skóry i jest stanowczą podstawą stosowania wszystkich kosmetyków kolorowych, a już w szczególności makijażu mineralnego. Ten bowiem potrafi niestety wręcz jeszcze bardziej uwidocznić wszelkie możliwe niedoskonałości, suche skórki i podrażnienia (choć i na to mam mały sposób, o którym napiszę na końcu!). Codzienna rutyna jest tu kluczowa! Połączona z cotygodniowymi rytuałami, które mogą stać się miłą chwilą relaksu! Przede wszystkim więc:
    1. Oczyszczamy skórę – codziennie, rano i wieczorem. Usuwamy dokładnie resztki makijażu, zanieczyszczenia, smog, przetłuszczenia i pot. Wszystko to, co zimą pokazuje nam swoje nieładne oblicze. Dobieramy tu najbardziej odpowiedni dla siebie kosmetyk – żel, piankę lub mleczko.
    2. Tonizujemy cerę – nie zapominamy o tym! Przygotowujemy skórę do nałożenia nawilżających, odżywczych składników i przywracamy jej odpowiedni odczyn.
    3. Nawilżamy i odżywiamy – to niezwykle istotne przy makijażu mineralnym. Wygląda on najlepiej na odpowiednio nawilżonej skórze, która jest miękka i elastyczna. Co ważne, o ile na noc nakładamy preparaty nieco tłustsze, bardziej odżywcze, o tyle pod makijaż wybieramy te znacznie lżejsze, ale wypełnione emolientami. Dobry krem nawilżający to najlepsza baza pod kosmetyki mineralne. Muszę przy tej okazji dodać swoje dwa słowa o kremie nawilżającym Lily Lolo, jestem bowiem bardzo mile nim zaskoczona. Jest leciutki, ale bardzo treściwy. Szybko się wchłania, ale pozostawia skórę widocznie chronioną, wygładza ją, zmiękcza i mocno koi. Przygotowano go zapewne z myślą właśnie o nakładaniu zaraz po nim makijażu Lily Lolo, sprawdza się więc tu świetnie. Jest przy tym naturalny i pełen bardzo dobrych olejków i ekstraktów (olej jojoba, arganowy, słonecznikowy, aloes, olejek geranium oraz komórki macierzyste mikołajka nadmorskiego). Polecam!
    4. Jakiś czas temu poznałam i też przyznam, czasami stosuję inny ciekawy sposób na odpowiednie nawilżenie i zabezpieczenie skóry pod makijaż mineralny. Zamiast kremu mieszamy delikatnie na dłoni po kilka kropelek ulubionego oleju (ja najczęściej sięgam po ten z czarnuszki lub jojoba), kwasu hialuronowego i żelu aloesowego, a następnie wklepujemy całość w skórę. Nadmiar mikstury ściągamy przykładając do twarzy ręcznik papierowy.
    5. Pamiętajcie tu także o tym, że zbyt ciężkie kosmetyki pielęgnacyjne lub zbyt gruba ich warstwa spowodują ważenie i zbieranie się podkładu mineralnego. Nie wygląda to dobrze, warto więc zawczasu odpowiednio przygotować skórę. Szczególnie uczulam na to właśnie zimą, kiedy w naturalny sposób sięgamy po większe ilości cięższych i tłustszych kosmetyków.
    6. Jeśli natomiast borykacie się z przetłuszczaniem skóry i rozszerzonymi porami, można rozważyć nawilżający kosmetyk w formie żelu. Warto też po nałożeniu kremu, a przed podkładem mineralnym, zmatowić skórę delikatnym, drobniutkim pudrem. Takim samym pudrem oprószamy skórę także po nałożeniu podkładu. Dzięki temu makijaż będzie znacznie trwalszy, a wrażenie zmatowienia utrzyma się na długo.
    7. Złuszczanie – to, zaraz po nawilżaniu, druga podstawa stosowaniu makijażu mineralnego! Złuszczamy skórę regularnie, np. raz w tygodniu, dzięki czemu pozwalamy jej się regenerować i niwelujemy ryzyko nadmiernej ilości suchych, wystających skórek. Pozwala to też znacznie lepiej przylegać do skóry kosmetykom mineralny. Polecam tutaj peelingi enzymatyczne lub kwasowe, a jeśli nie borykacie się z problemami skórnymi, serwujcie sobie krótkie masaże buzi np. glinką, mączką owsianą lub migdałową.
    8. Dwa razy w tygodniu robimy kosmetyczne rytuały i nakładamy na twarz mocniejsze, bardzo odżywcze i nawilżające maski.

 

 

  • Ochrona przeciwsłoneczna – słońce jest szkodliwe, zawsze i wszędzie. Pamiętamy o tym latem, ale często zapominamy zimą. Oczywiście można pod makijaż nakładać kosmetyki z filtrem przeciwsłonecznym, ale niestety łatwo przesadzić tu z ilością, przez co makijaż stanie się ciężki i mocno nienaturalny. Dobra wiadomość jest taka, że podkłady mineralne Lily Lolo posiadają już filtr – SPF 15, dzięki czemu odpowiednio chronią nam skórę zimą.
  • Nawilżamy skórę od środka – o ile nakładanie kremów nawilżających jest podstawą w przypadku makijażu mineralnego, o tyle równie istotne jest nawilżanie skóry od środka. Zimą także pijemy, moi drodzy, pijemy duuużo wody. Właśnie teraz skóra narażona jest na ciągłe wysuszanie – klimatyzacja, ogrzewanie, zwłaszcza to centralne, w blokach, działa na nią naprawdę źle. Pijmy więc wodę, a do tego jeszcze – nawilżajmy powietrze w domach!
  • Szczególnie chrońmy usta – dobrze wiecie, jak delikatne one są i jak ciężko znoszą mrozy, wiatr i smog. Polecam co jakiś czas wykonywać domowe peelingi choćby samym cukrem, a zwłaszcza masowanie ust odżywczym miodem. Nie mogę tu też nie wspomnieć o błyszczykach Lily Lolo, które poza tym, że słodko pachną i pięknie wyglądają na ustach, to jeszcze dzięki zawartości naturalnych olejów, chronią nam je, odżywiają i pielęgnują. Wiem – używam na co dzień! Równie dobre są szminki Lily Lolo – jako nieliczne nie wysuszają, a wręcz nawilżają usta!
  • Utrwalajmy zimowy makijaż odpowiednią mgiełką utrwalającą, która poza wodą ma w składzie także składniki nawilżające i wiążące makijaż. W przypadku skóry suchej poleca się nawet nakładanie podkładu mineralnego metodą na mokro, przy użyciu nawilżającej mgiełki i gąbeczki. Dzięki temu podkład lepiej się trzyma suchej skóry, lepiej do niej przylega i wygląda naturalniej. Pamiętajmy jednak, aby nie przesadzić z ilością mgiełki, którą spryskujemy gotowy makijaż – zbyt duża jej ilość może spowodować ważenie się podkładu.

 

 

  • Aby tchnąć w zimowy makijaż życie biegniemy przynajmniej 100 m w mrozie, dzięki czemu zyskamy zdrowe rumieńce… lub sięgamy po róż mineralny! Nic tak nie dodaje zimowego blasku jak odrobina dobrze dobranego różu na kościach policzkowych! Do tego szczypta rozświetlacza powyżej i na łuku brwiowym! I jest magia!
  • Na koniec zdradzę Wam jeszcze mój najlepszy sposób na przykrycie wszelkich niedoskonałości i suchych skórek tak, aby zimowy makijaż ich jeszcze nie uwydatnił. Jest to… krem BB! Formuła łącząca w sobie nawilżanie, ochronę i kolorowy pigment sprawdza się tu idealnie. Nakładam odrobinę kremu BB (Ten z Lily Lolo świetnie się tu sprawdza) opuszkiem palca na niedoskonałość i delikatnie wklepuję. Dzięki zawartości emolientów, skóra nam się tu dodatkowo nie wysuszy. Dopiero na tak przygotowaną skórę nakładamy podkład mineralny, a potem puder wykańczający (tu polecam bardzo puder Flawless Silk – cudowny, a do tego dodatkowo ochrania skórę przed czynnikami zewnętrznymi).
  • A jeśli już wiemy, jak odpowiednio nakładać makijaż mineralny zimą, można poszaleć! Zwłaszcza w Święta i w karnawał! Bo kosmetyki mineralne to nie tylko zdrowa alternatywa tych drogeryjnych. To także ogromna gama kolorystyczna i możliwości dopasowania do wszystkich możliwych okazji. Ja mój zestaw z różowego pudełeczka – Days of Decadence zamierzam nałożyć na naszą coroczną wigilię z przyjaciółmi i na sylwestrową noc! Będzie się działo!

 

Kosmetyki wykorzystane do makijażu ze zdjęć: Zestaw Days of Decadence Collection: paletka Pure Indulgence Eye Palett, szminka Love Affair Lipstick oraz róż Clementine Mineral Blush, podkład mineralny – Warm Peach, naturalna maskara – czarna, naturalny krem na dzień – Hydrate Day Cream, naturalny zestaw do brwi – Eyebrow Duo Dark, Puder wykańczający Flawless Silk, Zestaw do modelowania twarzy (rozświetlacz) Sculpt & Glow Contour Duo, pędzel Super Kabuki, pędzel do różu – Blush Brush, pędzel do brwi – Angled Brow – Spoolie Brush.

Wszystkie kosmetyki Lily Lolo dostępne są w sklepie Costasy.

 

 

 Materiał powstał w wyniku miłej współpracy z Costasy.

Dzika Figa z o!Figa

Jakiś czas temu napisała do mnie koleżanka blogerka – Patrycja. Może ją kojarzycie jako SmykuSmyk. Napisała mi w każdym razie, że wypuszcza w świat swoje nowe dziecko. No, może nie dosłownie tak, ale ogólnie chodziło o to, że chciałaby mi podesłać swoje dzieło – serum olejowe. Jak Patrycję lubię, tak musiałam jej wtedy odmówić – moja skóra przechodziła dziwny okres nietolerancji olejków do twarzy. Życzyłam więc sukcesów i przekazałam, że trzymam mocno kciuki.

I kiedy przez mojego Facebooka zaczęła się przewijać pewna kolorowa o!Figa, Patrycja napisała mi tak:

Może jednak zechciałabyś przetestować moje serum? Skład jest naprawdę genialny, bardzo długo go „projektowałam”, a surowce ściągam osobiście z całego świata„.

Cóż mogłam na takie dictum odpowiedzieć? Zgodziłam się wypróbować serum Dzika Figa od o!Figa.

I wiecie co? Nie żałuję! Zupełnie nie żałuję. A wręcz przeciwnie, bardzo się cieszę, bo po dłuższym okresie odstawienia olejów, ten właśnie moja skóra przyjmuje z największą radością! Ale, ale! Żeby nie było – nie jest to takie zwykłe serum olejowe. Zacznijmy więc od początku…

A tu nie pozostaje mi nic innego, jak zacytować sprawczynię całego tego figowego zamieszania:

„Bazą kosmetyku jest wyjątkowy olej z opuncji figowej, nazywany również naturalnym botoksem. Do wyprodukowania litra oleju potrzeba około miliona pestek wydobytych z blisko pół tony owocu! Ogromna zawartość NNKT (blisko 90%!) wyróżnia ten olej na tle innych półproduktów kosmetycznych naturalnego pochodzenia i sprawia, że posiada on niezwykłe wręcz właściwości antyoksydacyjne i wygładzające. Jest również olejem całkowicie niekomedogennym, co oznacza, że doskonale nadaje się do cer problematycznych z tendencjami do wyprysków i zaskórników. Posiada również właściwości nawilżające i regenerujące.

Kolejnym, wyjątkowym olejem w składzie „Dzikiej figi” jest olej z nasion cedru syberyjskiego. Ten bardzo trudno dostępny olej to prawdziwa bomba witaminowa: witamina F (około 70%) E, P, A i B. Doskonale sprawdza się w pielęgnacji cer problematycznych, z tendencjami do wyprysków, działa przeciwstarzeniowo i regeneracyjnie.

Olej z owocu dzikiej róży  to bardzo wysoka zawartość witaminy C i karotenoidów, ma właściwości neutralizujące przebarwienia, łagodzące oraz regenerujące.

W oleju z lnianki siewnej, podobnie jak w oleju z opuncji figowej, występuje ogromne stężenie niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych, dzięki czemu jest prawdziwym remedium w walce ze schorzeniami skóry jak łuszczyca czy egzema. Ponadto bardzo wysoka zawartość naturalnych tokoferoli powoduje, że olej ten jest prawdziwym pogromcą wolnych rodników.

Tetraizopalmitynian askorbylu, to najnowsza i najnowocześniejsza olejowa forma witaminy C. Charakteryzuje się wyjątkową stabilnością, niweluje przebarwienia, pobudza produkcję kolagenu i elastyny i ma silne właściwości antyoksydacyjne.

Nadkrytyczny ekstrakt z dzikiej róży to ponadprzeciętnie wysoka zawartość witaminy A i kwasu Omega 3, doskonały w pielęgnacji cery wrażliwej.”

 

 

Brzmi dobrze, prawda? Brzmi nawet bardzo dobrze i dokładnie odpowiada na potrzeby mojej skóry – sprawdza się do cer problematycznych, regeneruje, wygładza, rozjaśnia przebarwienia. Stosuję go codziennie – niewielką ilość wmasowuję w oczyszczoną, wilgotną jeszcze od toniku skórę. Nie czekam jednak do całkowitego wchłonięcia, jak to sugeruje twórczyni. Już dawno odkryłam, że tego typu produkty znacznie lepiej mi się stosuje, jeśli od razu nałożę krem nawilżający i całość podczas masowania lekko się zemulguje i ładnie wchłonie. Polecam więc wzmacniający krem Vianka jako uzupełnienie pielęgnacji Figą.

Skóra po takiej figowej kuracji jest ewidentnie bardziej elastyczna i jakby zwarta. Miękka w dotyku i uspokojona. Zauważyłam też widoczne rozjaśnienie przebarwień, co jest dla mnie ogromnym plusem kosmetyku. Mam wrażenie, że buzia dzięki niemu jest chroniona przed całym tym szarym, smogowym złem, czającym się na nas, gdy tylko przekroczymy próg domu. Kosmetyk jest przy tym bardzo wydajny, potrzeba bowiem dosłownie kilku kropelek na jedno użycie. Buteleczka więc wystarcza na bardzo długo.

Serum ma też swoje wady, odkryłam dwie. Po pierwsze – etykieta. Po samym spojrzeniu na nią widać, że są to dopiero początki działalności Patrycji. Niestety jest nieczytelna i się odkleja, choć doceniam opuncjowy pomysł. Muszę tu jednak dodać, że jestem na bieżąco i wiem, że od niedawna rozpoczęta jest już współpraca z nową drukarnią, która specjalizuje się w etykietach na kosmetyki. Trzymam za nią kciuki. Wiem też, że Patrycja planuje jakieś specjalne pudełeczka na kosmetyki, których jestem bardzo ciekawa.

Trochę też przeszkadza mi zapach olejku. Jest on wynikiem naturalnych zapachów składników serum. Określiłabym go jako orzechowo-ziemisty. Jak dla mnie niestety nieładny. Bardzo brakuje mi tu dodatku jakiegoś ciekawego olejku eterycznego, może jakiejś mieszanki. Nie za dużo, tak żeby współgrało z dosyć mocnym już zapachem, a jednocześnie było tą pielęgnacyjna wisienką na figowym torcie!

Niemniej jednak jestem z serum bardzo zadowolona i równie bardzo polecam go i Waszej uwadze. Z pewnością warte jest swojej ceny.

Serum o!Figa znajdziecie TUTAJ.

Alternatywa dla higieny jamy ustnej

Alternatywa dla zębów… no dobra, dla higieny jamy ustnej. Ale samo określenie jama ustna wydaje mi się tak dziwacznie zabawne, że zwyczajnie nie lubię go używać. Trudno. Mam nadzieję, że i tak doskonale rozumiecie. Chciałabym bowiem przedstawić Wam dzisiaj bardzo ciekawą alternatywę do pielęgnacji właśnie owej jamy! W roli głównej wystąpią dwa produkty znanego dobrze Sylveco – Naturalna pasta do zębów oraz Ziołowy płyn do płukania jamy ustnej.

Dlaczego to alternatywa? Oba produkty, głęboko w to wierzę, spodobają się wszystkim, którym daleko do past drogeryjnych, do fluoru zwłaszcza, do ich mocnej mięty i braku pielęgnujących ziołowych ekstraktów. Wszystkim, którym, tak jak mnie, płyny do płukania wydają się okropnie mocne i całkowicie sztuczne Zwłaszcza z tą ich niebieskością i zielonością. Tutaj niebieską mamy jedynie buteleczkę! Bo prawdziwy płyn do płukania jamy ustnej nie potrzebuje mieć krzykliwego koloru, a jedynie dobry skład.

 

Zacznijmy jednak od pasty. Przyznaję, że sama zazwyczaj sięgam po te zwykłe sklepowe. Pasta Sylveco w niczym im nie ustępuje. No… może w kolorze, bo koloru pięknego to ona nie ma. Ma naturalny wygląda pasty, co w żaden sposób nie wpływa negatywnie na jej używanie. Poza tym producent pisze: „hypoalergiczna, naturalna pasta, przeznaczona do codziennego mycia zębów u dorosłych i dzieci. Nie zawiera fluoru ani jego pochodnych. Jest bogata w ekstrakty ziołowe (szałwia, mięta, rozmaryn, goździki), ksylitol, który zapobiega próchnicy i łagodzącą alantoinę. Dokładnie i bezpiecznie oczyszcza dzięki niskocząsteczkowym składnikom ścierającym, a olejki eteryczne z mięty pieprzowej i eukaliptusa mocno odświeżają oddech.” Skład mamy bardzo dobry, jest tu wszystko, co w naturalnej paście znaleźć się powinno. Wszystko, co służy naszym zębom i dziąsłom, co pielęgnuje je w ten tradycyjny, naturalny sposób. Pasta ma łagodniejszy zapach od swoich drogeryjnych odpowiedników, ale wciąż mocny, dobrze wyczuwalny i wspaniale odświeżający. Jest to po prostu prawdziwa mięta z prawdziwym eukaliptusem.

 

Bardzo spodobał mi się Ziołowy płyn do płukania jamy ustnej. Ta mini buteleczka (dostępna jest także duża wersja) jest idealna do zabrania ze sobą wszędzie, czy to w podróż czy po prostu choćby do pracy, kiedy potrzebujemy odświeżyć oddech. Jak dla mnie moc płynu, jego intensywność, smak i zapach są idealne. Boję się jednak, że dla osób przyzwyczajonych do tych sklepowych, ten może nie przypaść do gustu, nie będzie wystarczający. Ma to jednak być łagodniejsza alternatywa i taką jest na pewno.

Cytując za producentem: „hypoalergiczny, naturalny płyn przeznaczony do codziennej higieny jamy ustnej, bogaty w ziołowe ekstrakty (szałwia, mięta, rozmaryn, goździki) oraz łagodzącą alantoinę. Szybko i skutecznie oczyszcza z resztek pokarmowych, a dzięki zawartości olejku eterycznego z mięty pieprzowej mocno odświeża oddech i zapobiega powstawaniu osadu. Jest preparatem bez dodatku alkoholu, nie podrażnia błony śluzowej, wrażliwych dziąseł i zębów. Ksylitol (cukier brzozowy) wspomaga remineralizację szkliwa, pozwala utrzymać prawidłowe pH, dzięki czemu płyn jest pomocny w profilaktyce próchnicy.” Ponownie mamy więc prosty naturalny skład, który tworzy pięknie pachnący olejkiem miętowym i, co ważne – przeźroczysty płyn, który świetnie sprawdza się w codziennej pielęgnacji jamy ustnej.

Cóż więc? Skłaniamy się ku ziołowym ekstraktom i ksylitolowi! Bardzo polecam!

Produkty znajdziecie w sklepie Sylveco.

 

Przepis na puszyste masełko herbaciane do ciała z maliną i bławatkiem

Wiecie dobrze, że uwielbiam proste pomysły, łatwe przepisy i szybkie efekty. Uwielbiam też, jeśli wychodzi z tego jest coś całkowicie genialnego! Tak będzie i teraz! Od dłuższego czasu bowiem cieszę się pewnym wspaniałym puszystym masełkiem do ciała, które z łatwością przyrządzicie w domu. Wasza skóra będzie wdzięczna! Bardzo wdzięczna! Zwłaszcza w taką smutną jesień, jaką teraz mamy, pełną chłodu i wiatru na zewnątrz, a suchego powietrza w domach. Z takim masełkiem każde domowe SPA stanie się luksusowym przeżyciem.

Ale do rzeczy! Nasze masełko jest masłem herbacianym, jest bowiem pełne tego wspaniałego, niwelującego procesy starzenia się skóry dobra, które nam właśnie zielona herbata oferuje. To też ona nadała mu ten lekko zielony kolor! I zapach, cudny zapach. No, może nie ona sama… Postanowiłam bowiem stworzyć masełko z gotowej mieszanki herbacianej, w której poza liśćmi herbaty znajdują się także maliny, płatki bławatków, jabłka i hibiskus. Jest też trochę aromatu, który jest wyczuwalny w masełku i zupełnie nie trzeba dodatkowo go aromatyzować. Mamy więc owocowo-kwiatowo-herbaciane cudo oparte na maśle shea i oleju jojoba. Takie połączenie gwarantuje nam doskonałą pielęgnację ciała, odżywienie, regenerację i ochronę.

Zadbałam o to, żeby masło było bardzo puszyste, dzięki czemu łatwo się je nabiera i szybko się roztapia. Bardzo polecam wmasować go w całe ciało, ale uwaga – tuż po kąpieli, na wilgotną, ale osuszoną skórę. Wtedy działa najlepiej. Warto też mieć je zawsze pod ręką – do rąk, do spierzchniętych ust, na buzią dzieci, które wychodzą na mróz. Jest po prostu totalnie wielofunkcyjne i zwyczajnie – praktyczne.

Ach, masełko zaliczam do grona innych maseł opartych na shea, na które przepisy znajdziecie w mojej Cukierni kosmetycznej! Mamy tam masło truskawkowe, waniliowe i kawowe. Boskie!

 

 

Puszyste masełko herbaciane do ciała z maliną i bławatkiem

Składniki:

  • 100 g masła shea rafinowanego (BliskoNatury.pl)
  • 25 ml oleju jojoba (BliskoNatury.pl)
  • 20 g zielonej herbaty z malinami, jabłkiem, bławatkiem i hibiskusem (mieszanka Big-Active, w marketach)

 

 

 

Wszystkie składniki przekładamy wo ceramicznej miseczki, którą wkładamy do kąpieli wodnej.

 

 

Czekamy aż masło się rozpuści, a potem przez około godzinę, na najmniejszym ogniu, macerujemy tłuszcze w zielonej herbacie, co jakiś czas całość mieszając.

 

 

Po tym czasie odcedzamy płynne masło przez sitko lub gazę i przelewamy do wysokiego naczynia. Kiedy ostygnie, miksujemy je przez ok. trzy minuty. Pozostawiamy ponownie na chwilę, aż zacznie twardnieć i ponownie miksujemy. Czynność powtarzamy 2-3 razy, dzięki czemu masło będzie puszyste. Gotowe przekładamy do wyparzonego słoiczka.

 

 

Polecam!

A po inne Lili-przepisy na kosmetyki zapraszam TUTAJ!

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

W roli głównej Wzmacniająca seria Vianek

Jakiś czas temu pisałam Wam o serii normalizującej naszej znanej już dobrze marki Vianek (TUTAJ). Byłam wtedy pewna, że to seria dla mnie. Myliłam się. Odkryłam bowiem, że produkty z tej fioletowej, wzmacniającej serii są dla mnie znacznie lepsze! I choć w założeniu stworzono je do cery naczynkowej, sami producenci mówią, że warto wypróbować je także w przypadku innego rodzaju skóry. Moja, która jest niestety dosyć podrażniona, chłonie wszystko co seria oferuje!

W roli głównej zaprezentuje się Wam dzisiaj pięć produktów Vianek – Wzmacniający krem na dzień, Krem na noc, Serum do twarzy, Płyn micelarny i tonik 2w1 oraz Enzymatyczny żel do mycia twarzy. Zaczęłam używać ich równolegle i mam wrażenie, że tak właśnie działają najlepiej. Uzupełniają się, dopełniają i tworzą prawdziwe, nie tylko wzmacniające, ale po prostu świetnie pielęgnujące kombo.

 

 

Moim zdecydowanym faworytem stał się krem na dzień. „Zawiera ekstrakt z owoców borówki brusznicy, który wpływa korzystnie na rozszerzone naczynka, zwiększając ich odporność na uszkodzenia, a w połączeniu z olejem z czarnej porzeczki działa silnie antyoksydacyjnie. Tlenek cynku oraz zielony pigment wyrównują koloryt skóry, maskują “pajączki”, chroniąc jednocześnie przed promieniowaniem UV.” Uwielbiam tę jego zieloność! I zawartość tlenku cynku, który bardzo pomaga w przypadku cery problematycznej. Wszystkie lekkie zaczerwienienia ładnie się maskują, a zieloność po chwili znika. Krem można stosować punktowo, na pojawiające się niedoskonałości. Bardzo ładnie je wysusza, jednocześnie regenerując i zmniejszając ich widoczność. Ma przy tym odpowiednią konsystencję – jest lekki, ale nie za lekki. Dobrze odżywia i nawilża, szybko się wchłania. Bardzo polecam jako codzienny krem do zadań specjalnych.

 

 

Jego wręcz genialnym uzupełnieniem jest wieczorny duet – serum plus krem na noc. Serum zamknięto w małym praktycznym opakowaniu. Wygląda bardzo niepozornie, również na dłoni, tuż przed wklepaniem w skórę. Ale nie dajmy się zwieść! „Zawiera kompleks ekstraktów (z owoców borówki brusznicy, nasion kasztanowca i kwiatów czarnego bzu) o działaniu wzmacniającym i uszczelniającym kruche naczynka, niwelując jednocześnie skutki codziennego stresu oksydacyjnego. Serum posiada aktywny składnik – azeloglicynę – w stężeniu 3%, wykazujący właściwości rozjaśniające, regulujące i uelastyczniające.” Mamy więc porządną dawkę antyoksydantów, wzmocnioną pochodną kwasu azelainowego, która rozjaśnia przebarwienia i działa przeciwtrądzikowo. Moja skóra chłonie serum bardzo chętnie! Jest niesamowicie leciutkie i zaraz go nie widać, ale faktycznie działa.

Zaraz po serum nakładam krem na noc. Tutaj już mamy prawdziwie nocną historię – krem jest wyraźnie mocniejszy, gęstszy, tłustszy, ale nadal lekki. Ewidentnie chroni nam skórę i odżywia. W nim także znajdziemy dodatek powyższej azeloglicyny, a także: „ekstrakt z nasion kasztanowca, źródło flawonoidów, antyoksydantów oraz escyny, wzmacnia skórę, zapewniając elastyczność naczynkom i zmniejszając ich widoczność. Składniki łagodzące (alantoina, panthenol) przynoszą ukojenie i przyspieszają nocną regenerację.” Mam wrażenie, że krem świetnie uspokaja skórę, wycisza ją i przygotowuje na nowy dzień.

 

 

Czymże jednak były same kremy, bez skutecznego i odpowiedniego oczyszczenia i przygotowania skóry? Tutaj z pomocą przychodzą nam dwa kolejne produkty serii, które również bardzo polubiłam. Zaczynam więc wieczorny rytuał od mycia twarzy Enzymatycznym żelem. Przyznam, że na początku trochę denerwował mnie jego zapach, ale na tyle się już przyzwyczaiłam, że i zdążyłam go polubić. „Bromelaina – enzym proteolityczny z ananasa delikatnie złuszcza martwy naskórek i wygładza. Ekstrakt z owoców czarnej porzeczki to źródło witaminy C, dzięki której skóra jest odporniejsza na skutki działania czynników zewnętrznych. Żel skutecznie myje, nie naruszając naturalnej bariery lipidowej, a olejek rumiankowy przynosi ukojenie.” Czy nie jest to idealne połączenie? Tego właśnie oczekuję od kosmetyku do oczyszczania skóry! Czasami pozostawiam go jeszcze na niej przed spłukaniem na dosłownie dwie minutki, aby ananas mógł lepiej zadziałać złuszczająco. Buzia pozostaje po takim myjącym masażu czysta i czeka niecierpliwie na przyjęcie pozostałych kosmetyków.

Po dokładnym umyciu twarz sięgam po tonik. A dokładniej tonik i płyn micelarny 2w1! Sprawdza się dobrze zarówno do tonizowania skóry przed nałożeniem kremu, jak do zmywania makijażu czy przemywania twarzy po powrocie do domu z naszego krakowskiego smogu (który już daje się we znaki…). Używam go więc dosyć często, muszę więc szybko uzupełnić zapas. Bo lubię go bardzo. Ładnie pachnie i dobrze się spisuje. „Ekstrakt z kwiatów czarnego bzu, zawierający m.in. rutynę i witaminę C, chroni kruche naczynka włosowate, działa antyoksydacyjnie, a w połączeniu z pozostałymi składnikami lipidowymi (skwalan, olej ze słodkich migdałów) zwiększa poziom nawilżenia w skórze. Dodatek kwasu migdałowego pobudza komórki skóry do szybszej regeneracji, ujednolica koloryt i spłyca drobne zmarszczki.” Jest jednocześnie delikatny i skuteczny, a na tym właśnie zależy mojej podrażnionej skórze.

Nie muszę chyba wspominać, że kosmetyki Vianek są bardzo przystępne cenowo i dostępne już prawie wszędzie (widziałam je nawet w Rossmanie, nie wspominając o drogeriach Natura, Hebe czy wszystkich sklepach z kosmetykami naturalnymi i zielarskich). Dodam tylko na koniec, żeby nie ograniczać się do tego, co napisane na etykiecie. Bo ja naprawdę nie mam cery naczynkowej, a właśnie ten zestaw, zaraz po serii regulującej, stał się moim ulubionym (zaznaczam, że inne także przewinęły się przez moją łazienkę).

Bardzo polecam!

Kosmetyki Vianek dostępne na Sylveco.pl

Zapisz

Zapisz

W roli głównej: Balsamy Figa i Wanilia YOPE

Że lubię, bardzo lubię słodycze kosmetyczne, to już wiecie. Było więc prawie pewnym, że zakocham się w słodkich zapachach balsamów do ciała i rąk YOPE! No i się zakochałam. Nie tylko ja, bo co ktoś przychodzi do mnie i sobie trochę na dłonie weźmie, też przepada. A jak Róża je lubi! Dzisiaj zatem w roi głównej słodkie balsamy dwa czyli Naturalny balsam do rąk i ciała Figa oraz Wanilia z cynamonem.

YOPE jest jedną z naszych polskich marek, za którą trzymam najmocniej kciuki. Czemu? Ogromnie mi z nią dobrze, gra mi w duszy! Uwielbiam ją za te jej magiczne zwierzątka, za prostotę, jasny, przejrzysty przekaz, za kolory i szaleństwo wzorów i barw w identyfikacji. Za ciągłe i częste premiery. A przede wszystkim za jakość produktów. Lubię ją po prostu!

I wiecie za co jeszcze? No bo wytłumaczcie mi, czemu większość dostępnych na rynku balsamów, tudzież innych produktów,  jest w tak małych opakowaniach? Owszem do kosmetyczki to to spakujesz, ale za chwilę znowu trzeba zamawiać i kolejne opakowanie marnować… A tutaj trzymasz sobie w łazience dwa takie wielgachne balsamy po 500 ml, z szalenie praktyczną pompką, która rozwiązuje wiele problemów w trakcie użytkowania i starcza ci to to na dłuuuuuugo! Nawet jeśli wszyscy w koło trochę podbierają.

Można więc długo i całościowo pachnieć! Moim zdecydowanym faworytem jest figa. Zapach doprawdy boski! Przyzywający, sprawiający, ze chce się trzymać dłonie cały czas w pobliżu nosa… Ale wanilia z cynamonem także wspaniale przyciągają, otulają takim słodkim, przytulnym aromatem. Takim wiecie – do schrupania! Doprawdy – genialne!

 

 

Oba balsamy są bardzo lekkie, dobrze i szybko się wchłaniają. Oba też mają naprawdę dobre składy, pełne naturalnych maseł, jak shea czy murumuru i olejów – takich jak arganowy, ze słodkich migdałów, kokosowy, makadamia czyli oliwa z oliwek. Co ważne – w balsamie figowym znajdziemy ekstrakt z fig, a w waniliowym – ekstrakty z wanilii, kory cynamonu i jeszcze na dodatek – aloesu.

Uwielbiam je oba. Najlepiej zaraz po kąpieli, kiedy skóra jest jeszcze wilgotna i chętnie chłonie. Albo w każdym momencie, kiedy czuję suchość dłoni. Śmigam wtedy do łazienki, podkładam ręce pod jedną z pompek i po problemie.

No i ten zapach…

Co tu dużo pisać…

Ale, ale! Muszę, no wprost zwyczajnie muszę, pokazać Wam ostatnie nowości YOPE! Są to płyny do mycia naczyń, które przyozdobią każda kuchnię oraz coś, co szczególnie skradło moje serce – świece! Naturalne, ekologiczne, pachnące. No i te opakowania! Całkowicie piękne, prawda?

/ Produkty YOPE znajdziecie w BliskoNatury.pl

Zapisz

Facebook