KategorieNaturalna pielęgnacja

Letni olejek uspokajający czyli ogrodowy balsam dla duszy

Oto i kolejny sposób na zatrzymanie lata!

Przez te kilka lat pokazywałam Wam już podobne olejki. Maceraty tworzę sobie od dawna, na różne potrzeby. Tym razem jednak zainspirował mnie mój własny ogród i postanowiłam stworzyć taką letnią wersję kojącego balsamu dla duszy!

Powstał olejek o cudownym zapachu. Lekko lawendowym, ale ze świeżą ziołową nutą. I doprawdy mam wrażenie, jakby wtopiło się w niego lato! Już samo to powinno podziałać na Was kojąco, kiedy nadejdą jesienie i zimy.



Niemniej jednak w głównej mierze chodzi tutaj o kojące i uspokajające działanie olejków eterycznych – tych, które do olejku dodałam i tych, które on sam sobie wyciągnął z roślin. Olejek pomaga wyłączyć się ze stresujących sytuacji, łagodzi zmęczony umysł, pozwala uspokoić się i zasnąć, jednocześnie dodając witalnej energii. Po prostu – balsam dla duszy!

Do tego zapach ma tak uniwersalny, że z pewnością polubią go i panowie i panie. Jeżeli więc tęsknicie za spokojnymi wieczorami i spokojnym snem, zróbcie go koniecznie. W wersji dla najmniejszych maluszków polecam pozostać jedynie przy lawendzie. Starszym dzieciom możemy już nasz olejek aplikować w czasie trudniejszych dni czy niespokojnych nocy.

Idealnym pojemniczkiem na olejek jest szklana butelka z roll-onem. Nie stosujemy go bowiem dużo. Jest bardzo intensywny i wydajny. Wystarczy wmasować kilka kropel (lub takie roll-onowe maźnięcie) w nadgarstki lub odrobinę za uszy – jak perfumy. Zapach i zawarte w nim olejki eteryczne będą się wokół nas unosić i rozpoczną swoją kojącą magię.



Letni olejek uspokajający czy ogrodowy balsam dla duszy


Mój olejek zrobiłam od razu w buteleczce z roll-onem – po pierwsze dlatego, że ładnie prezentuje się wtedy na zdjęciach, po drugie – można wtedy stosować olejek już podczas macerowania, co przydało mi się kilak razy. Polecam jednak wybrać po prostu słoik – jest znacznie praktyczniejszy. Zwłaszcza, że olejek tak czy siak, trzeba po dwóch tygodniach zlać, przecedzić i wlać do finalnej buteleczki. Dzięki temu nie zepsuje się za szybko i spokojnie wykorzystamy go w zimowe trudne wieczory.

W przypadku naszego olejku proporcje oleju do świeżych roślin, które tu wykorzystujemy powinny być 1:1. Rośliny muszą swobodnie pływać w oleju i być dokładnie nim zakryte. Pamiętamy też, że taką buteleczką lub słojem codziennie wstrząsamy, aby mieć pewność, że olej obleka każdą z roślin i nie narażamy jej na zepsucie.

Do mojego olejku zebrałam kwiaty lawendy, gałązki tymianku, kwiaty macierzanki i zwieńczyłam całość kwiatem czarnuszki. Możecie mieszać te roślinki w dowolny sposób. Warto też dodać igły rozmarynu, który świetnie rozjaśnia umysł i wzmaga koncentrację.

Jako bazę olejową wybrałam tym razem frakcjonowany olej kokosowy, ze względu na to, że praktycznie od razu się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy – jest to tzw. olejek suchy. Z łatwiej dostępnych olejów najlepiej sięgnąć po olej słonecznikowy lub z pestek winogron.



Suche rośliny zalewamy podgrzanym do około 40 stopni olejem – jak wspominałam powyżej w proporcji 1:1 . Dzięki temu mamy większą pewność, że rośliny nam się w trakcie macerowania nie zepsują, zachowując jednocześnie ich olejki eteryczne, które ulatniają się w wysokiej temperaturze. Olejek odstawiamy na dwa tygodnie, codziennie nim wstrząsając. Po tym czasie przecedzamy go przez gazę lub ręcznik papierowy i przelewamy do buteleczki z roll-onem.

Do buteleczki, która ma 60 ml dolewamy 30 kropelek olejku lawendowego i 10 kropelek olejku neroli – z kwiatów gorzkiej pomarańczy i ponownie odstawiamy całość na jeden, a najlepiej na kilka dni. Jeżeli Wasze buteleczki będą miały inna pojemność, najlepiej zapamiętać, że na każde 5 ml oleju dodajemy około 3 kropelki olejku eterycznego. Olejek lawendowy jest łatwo dostępny, jeżeli macie trudności ze znalezieniem olejkiem neroli, możecie pozostać przy samej lawendzie lub dodać do niej olejek geranium lub bergamotkowy.

Po więcej informacji na temat tworzenia maceratów odsyłam Was na blog Ziołowej Wyspy – znajdziecie tam masę ciekawych i praktycznych porad.

Olejek stosujemy, jak opisywałam powyżej tj. kilka kropel lub maźnięcie roll-onem na nadgarstki lub za uszy. Według potrzeby – kiedy czujemy się znużeni, zestresowani, niespokojni. Kiedy nie możemy zasnąć lub mamy niespokojny sen. Kiedy potrzeba nam lata.

Olejek przechowujemy w suchym i ciemnym miejscu, ale wciąż pod ręką. Byłoby idealnie aby roll-on był z ciemnego szkła.

Ach, może jeszcze dodam na wszelki wypadek, że te kwiaty i roślinki wyglądają tak ładnie i kolorowo w olejku tylko na początku. Potem tracą barwę, ale wypełniają olejek swoimi właściwościami!


Nowe w portfolio: Rosa. Panna Poranna

Cieszę się bardzo, bo w końcu mogę Wam zaprezentować projekt, nad którym pracowałam ostatnie kilka miesięcy. Poznajcie nową markę – Rosa. Panna Poranna.

Markę Moniki, którą być może znacie z bloga Wielki Kufer. Markę, która, choć nie moja, jest mi już tak bliska i trzymam mocno kciuki za jej wspaniały rozwój!



Zacznę jednak od tego, że zapraszam serdecznie do całego mojego portfolio na:

>>> LILI CREATIVE <<<


Dla Rosy stworzyłam identyfikację wizualną, prowadziłam też szeroki konsulting przy tworzeniu marki. Stworzyłam etykiety i kolaże produktowe dla wszystkich kosmetyków w ofercie – tych, które już są dostępne i zupełnie nowej serii, która swoją premierę będzie miała już w sierpniu. Będą to naprawdę świetne produkty, które pokażę Wam później!

Tymczasem w ofercie marki znajdziecie pełne wiosenno-letniej energii oleje i hydrolaty z zaskakujących owoców i kwiatów. Są też glinki, sok z aloesu, peelingi z pestek i kwas hialuronowy. Czyli składniki do stworzenia w pełni naturalnej, tak zwanej – prostej pielęgnacji. Albo do jej codziennego uzupełnienia.

Monika tak opisała swoją Rosę:

Rosa to boginka piękna, która uwielbia otaczać się tym co naturalne. To Panna Poranna, która spaceruje skoro świt wśród sadów, łąk i lasów w poszukiwaniu naturalnych składników do pielęgnacji twarzy i ciała. Uwielbia prostotę i nie uznaje kompromisów. Dlatego jej produkty są wysokiej jakości i wytworzone z naturalnych składników.

Zajrzyjcie więc koniecznie na stronę marki na PannaPoranna.pl!



Tak i powstała nam panna poranna – delikatna boginka stąpająca po rosie i wchodząca w poranek z nową energią. Uzupełniają ją rysunki roślin i owadów z dawnych rycin. Całość ma lekko tajemniczy wydźwięk, przepełniony subtelnym mistycyzmem i dawną ludową mądrością. W logo pojawia się wymiennie sama boginka lub graficzny kwiat skomponowany z kropel rosy, który wykorzystujemy także we wzorze widocznym na wszystkich etykietach produktowych.



Sama ostatnio stosuję kilka produktów Rosy i już Wam mogę zaręczyć, że są świetne!

Mam dwa cudownie letnie hydrolaty – z pomidora i jabłkowy, olejek także z jabłka i peeling a pestek czarnej porzeczki.

Te pierwsze stosuję wymiennie, jako lekkie mgiełki kiedy tylko mam ochotę i jako tonik, do przemywania twarzy. Moje serce skradł hydrolat jabłkowy. Genialny! Pachnie bowiem bardzo orzeźwiająco świeżym jabłkiem. Woda pomidorowa nie ma niestety zapachu pomidora, świetnie się jednak sprawdza w codziennej pielęgnacji. Odświeża i koi skórę. Oba hydrolaty bardzo dobrze przygotowują ją do chociażby peelingu.

Tutaj najlepiej wziąć odrobinę pestek i wymieszać je z kilkoma kroplami olejku jabłkowego. Ja tak robię! Zwracam tylko uwagę, że pestki z porzeczki są jednak dosyć grubo zmielone i taki peeling nie nada się do wszystkich rodzajów cer. Ja masuję nim twarz bardzo delikatnie i tak sprawdza się naprawdę dobrze. Mimo to wolę stosować go do ciała. Tu jest po prostu genialny! łączę go z naturalnym mydłem lub żelem pod prysznic, czasami z olejkiem. Skóra jest potem mięciutka i świetnie oczyszczona!

Polubiłam się też z samym olejkiem jabłkowym! Ma przyjemny słodki pestkowy zapach. Nie wiem czy wiedzieliście, ale „jest bogatym źródłem siarki, co czyni go skutecznym w leczeniu trądziku, łuszczycy i innych problemów skórnych. Obecność naturalnej siarki poprawia detoksykację skóry i zwiększa produkcję kolagenu.” Wspomagam nim wieczorną pielęgnację, nakładając odrobinę wraz z żelem hiauronowym. Cudo!

Raz jeszcze zachęcam gorąco do zajrzenia na stronę Rosy – Panna.Poranna.pl!



Nie mogę się oprzeć, więc dołączam jeszcze trochę grafik i zdjęć Rosy!

Mam nadzieję, że Wam spodobają się tak bardzo, jak mnie!


Cztery letnie hydrolaty i jedna genialna mgiełka DIY

Jestem ogromną miłośniczką hydrolatów. Wszelkich. Kosmetyków, które podarowała nam natura, a które możemy wykorzystywać na wszelakie sposoby. Wód kwiatowych wysyconych roślinnymi ekstraktami. Tym, co w danej roślinie najlepsze.

Jestem też ogromną miłośniczką lata. Celebruję je w pełni, każdego dnia, doświadczam wszystkimi zmysłami. Chcę się nim nasycić, na ile się da. Aby wystarczyło mi tej letniej energii na całe te lutowo-marcowe szarości.

I tak te moje pasje i zamiłowania łączą się idealnie, bo doprawdy nie ma nic lepszego latem niż dobra roślinna mgiełka!

Cóż nam lepiej i przyjemniej odświeży skórę w każdym momencie, kiedy tylko tego odświeżenia ona wymaga?



Trzymam te moje ulubione letnie hydrolaty i mgiełki zawsze pod ręką. Są i w łazience, i przy biurku, przy którym pracuję, czasem znajdę je także w kuchni, niekiedy zawędrują do salonu lub zakotwiczą w ogrodzie przy hamaku.

Czemu? Jeżeli jeszcze nie mieliście tej przyjemności doświadczania letniej mgiełki, to po prostu – zaufajcie mi. Sprawdźcie sobie nowy hydrolat lub stwórzcie naszą dzisiejszą genialną wodę (poniżej). A potem, kiedy upał zacznie Wam doskwierać, spryskajcie się po prostu taką mgiełką. Całą twarz. Albo i całe ciało. Bo czemu nie?

Wtedy doświadczycie tej magii! Wtedy zrozumiecie!



Spieszę więc z poleceniami moich ulubionych letnich hydrolatów! To OLEIQ – marka córka znanych nam dobrze kosmetyków Sylveco, całkiem niedawno wprowadziła na rynek taki idealnie letni zestaw. Mamy więc rośliny, które są po prostu są synonimem wakacyjnego orzeźwienia i ukojenia – aloes, werbenę, ogórek i miętę. Słoneczny kwartet!

Hydrolaty zamknięto w szklanych kobaltowych buteleczkach, z którymi tak pięknie korespondują etykiety w stylu dawnej apteki, opatrzone pięknymi botanicznymi rysunkami. Wiecie dobrze, jak bardzo takie lubię! Z resztą, pokazywałam Wam już całą ofertę marki, przy okazji sesji produktowej, którą jakiś czas temu dla niej robiłam. A spośród wszystkich tych produktów najchętniej wracam właśnie do hydrolatów. Zwłaszcza latem!

Który wybrać na początek? Trudna decyzja… Ale gdybym miała polecić jeden, który na pewno warto mieć przy sobie latem, postawiłabym na aloes! Z oczywistej przyczyny – aloes jest znanym remedium na poparzenia słoneczne. A nawet jeśli skóra nie jest za bardzo zaczerwieniona po wakacyjnych szaleństwach i tak na pewno prosi się o te odrobinę ukojenia. I aloes właśnie ją zapewnia. Łagodzi i regeneruje. Spryskajcie nim całe ciało lub zmieszajcie z jogurtem i taką mieszaninę nałóżcie na chwilę na skórę. Najlepsza kojąca maska!



Aloes znajdziecie także w hydrolacie z ogórka, który stanowi jakby połączenie ekstraktów aloesowych i ogórkowych. A przy tym pachnie jak świeży ogórek! A wiem, że sporo osób uwielbia ten zapach! „Hydrolat zawiera sok z ogórka, który posiada dużą wartość odżywczą oraz działa nawilżająco. Działa przeciwzapalnie, leczy wypryski a skóra po zastosowaniu staje się delikatna i gładka. Delikatni rozjaśnia przebarwienia. Sok z ogórka polecany jest do cery tłustej, szorstkiej i zmęczonej oraz wrażliwej z tendencją do wyprysków.” Mamy więc podwójne ukojenie o jakże ujmującym wakacyjnym zapachu!

Jeżeli natomiast w upalne dni ślęczycie długie godziny nad komputerami, zaopatrzcie się w miętę i werbenę! Na pierwsza pachnie wspaniale – energetycznie miętowo! Mięta ma działanie lekko pobudzające, więc nie tylko odświeży skórę, ale i pobudzi umysł do działania. Tak, że nawet w te gorące dni będzie nam łatwiej pracować. „Hydrolat przywraca równowagę skóry oraz usuwa oznaki zmęczenia. Cera pozostaje odświeżona i rozjaśniona. Doskonale radzi sobie z rozszerzonymi porami oraz reguluje wydzielanie sebum.

Równie orzeźwiające działanie ma werbena, chociaż muszę tutaj uprzedzić, że niestety nie posiada ona tego charakterystycznego werbenowego zapachu. Niestety nie wszystkie hydrolaty pachną tak, jak ich rośliny matki, ale nie zmienia to faktu, że wciąż posiadają wyjątkowe właściwości! „Werbena była ceniona już w starożytnościi. Przypisywano tej roślinie niezliczone własności lecznicze, znana jest również jako “zioło na każde zło”. Działa uspokajająco i uśmierzająco. Posiada własności przeciwzapalne i antybakteryjne oraz doskonale reguluje wydzielanie sebum. Skóra po zastosowaniu pozostaje nawilżona i odświeżona.

To który wybieracie? Wszystkie znajdziecie np. w Hebe lub na stronie Sylveco.

Ach, muszę tylko jeszcze uprzedzić, że hydrolaty zawierają konserwanty – sami już zdecydujcie, czy to Wam odpowiada czy wolicie inne, w pełni czyste.


A jeśli nie macie pod ręką akurat hydrolatu, polecam Wam bardzo, oj jak bardzo, ogrodową, magiczną wręcz mgiełkę, którą z łatwością zrobicie sami! Aby w pełni korzystać z lata i czerpać z natury, która obdarowuje nas swoimi cudownościami w naszych własnych ogródkach lub na okolicznych łąkach!

Przepis na tę mgiełkę wyobrażam sobie tak… W ciepłą letnią noc, kiedy księżyc jest w pełni lub do pełni właśnie wzrasta, kiedy odżywcze soki krążą najmocniej, a ziele wypełnia się kojąca mocą, zerwij kilka listków mięty i kilka kwiatów nagietka. Zalej je wodą z jurajskiego wywierzyska, które od wieków łączy zbłąkane serca kochanków. Miksturę odstaw na noc, aby czerpała z księżycowej energii. Wraz z brzaskiem zlej miętowo-nagietkową wodę do buteleczki i zużywaj wedle uznania w czasie godzin upalnych.

A jeśli wyobrażenia moje wydają się nazbyt skomplikowane, nic się nie martwcie! Po prostu wieczorem odwiedźcie ogródek, zerwijcie nieco listków mięty i kwiatów nagietka i faktycznie zalejcie je wodą, po czym odstawcie całość na noc. Nie róbcie takich wód na zapas, jedynie małe ilości, które zużyjecie podczas upalnego dnia. Ewentualnie – woda wytrzyma nieco dłużej, przechowywana oczywiście w lodówce.

Rano wystarczy taki wodny macerat przelać do buteleczki ze spryskiwaczem, a potem… wierzcie mi… będziecie się spryskiwać taką miętowa mgiełką co chwilę. Taka jest przyjemna!


Nowe dla o!figa

Nie spoczywa nam Patrycja na laurach, oj nie! Wciąż tworzy i zaskakuje nowościami w swojej marce o!figa! A mnie cieszy to szczególnie, bo uwielbiam z nią współpracować!

Spieszę więc z małą prezentacją nowości o!figa, a jednocześnie naszej graficznej współpracy. Ponownie bowiem to właśnie moje etykietki pojawiają się na kosmetykach Patrycji.

A dokładniej – projekt etykiet, zdjęcia i kolaże produktowe. Poniżej także znajdziecie mały wgląd w cennik hurtowy marki, który także ostatnio powstał!

Po więcej zapraszam do mojego portfolio:

>>> Lili Creative <<<



Wróćmy do samych nowości. Są to dwa kosmetyki, które już dokładnie wypróbowałam i polecam serdecznie!


Ja, Papaja

To kosmetyk, który możesz stosować jak maseczkę lub jak myjący puder do twarzy. Produkt jest bogaty w proteolityczne enzymy z papai i ananasa, które wspomagają proces rozpuszczania warstwy rogowej naskórka, w następstwie czego skóra jest gładsza, oczyszczona, zmniejszona jest widoczność porów i tendencja do zaskórników. Kosmetyk doskonale sprawdzi się w pielęgnacji cer naczyniowych, delikatnych, trądzikowych.

Jest to więc delikatny biały puderek, który po zmieszaniu z wodą przybiera postać emulsji. Tą emulsją myjemy twarz, masując ją przez dłuższą chwilę. Ja zazwyczaj zostawiam ją na twarzy, dopóki nie wejdę pod prysznic i tam po chwili ją zmywam, czasami jeszcze dodając odrobinę żelu do twarzy. I tak mniej więcej dwa razy w tygodniu.

Jestem wielbicielką tego typu proszków myjących opartych na białej glince od dawna. Uwielbiam je! A tutaj mamy jeszcze dodatek pełnych enzymów papai i ananasa, które dodatkowo peelingują. Połączenie idealne! Buzia jest czysta, miękka i tylko czeka na porcję kremu.

Maskę znajdziecie na stronie o!figa



Silna Trójca


To młodsza siostra Pięknej trójcy. To także trójcząsteczkowy żel hialuronowy, jednak o wyższym stężeniu, bo aż 3%. Każda z cząstek pełni inną funkcję i uzupełnia swoje działanie.

Kwas małocząsteczkowy przenika do naskórka, kwas ultramałocząsteczkowy przenika do głębszych warstw skóry, gdzie wiąże wilgoć, dzięki czemu nawilżenie dłużej się utrzymuje, natomiast kwas wielkocząsteczkowy tworzy warstwę okluzyjną, która chroni naskórek przed utratą wody. Każdej cząsteczki jest w Silnej Trójcy po 1%.

Silna Trójca jest gęstsza od Pięknej Trójcy, czyli różnica jest widoczna gołym okiem. Gdzieś też wyczytałam, że tego typu żel można nakładać już sam na twarz, osobiście jednak bardzo polecam na oczyszczoną buzię nałożyć nieco żelu, a na to przynajmniej odrobinę kremu. Lub olejku – jak wolicie! Ja wolę krem. Wtedy zamyka on żel w skórze i efekt nawilżenia jest najlepszy.

Żel cudownie łagodzi i zmiękcza skórę. Stanowi jakby skumulowaną dawkę nawilżenia i ukojenia. Genialnie uzupełnia każdy krem (lub olejek). Nakładam go także czasami punktowo w inne miejsca na ciele, na drobne ranki, aby się szybciej zagoiły. Pomaga! Bardzo się zatem polubiliśmy!

Żel znajdziecie na stronie o!figa


Woski pachnące majem malowane

Za szybko mijają te dni najpiękniejsze rozkwitu bujnego i pełnego. Za szybko maj nam uciekła, a i czerwca zaraz zapewne nie będzie. Jak zatrzymać te beztroskie radości, te kolory naładowane słoneczną energią, te chwile zapomnienia i szczęśliwości?

Można na przykład zakląć je w woski pachnące? I ozdobić je majem!



I choć ja faktycznie w maju wybrałam się na poszukiwania kwiatów, to spokojnie przez całe lato możecie zbierać te najpiękniejsze! A jesienią kolorowe liście. I tak powstanie nam swoisty pamiętnik czasów dobra i ciepła.

Wybieramy się więc na okoliczne łąki i do ogródków, zbieramy po trochę kwiatów i zasuszamy je pomiędzy kartami grubych książek. Na książkach ustawiamy coś ciężkiego, aby rośliny dobrze nam się sprasowały i odstawiamy je w spokojne miejsce na 1-2 tygodni.

Kiedy dobrze się zasuszą, rozpoczynamy tworzenie woskowych obrazów!



Woski pachnące majem malowane


Składniki / 4-6 tabliczek woskowych podobnych do tych na zdjęciach

  • 100 g wosku sojowego (polecam EcoSoya Q210 ze ZróbMydełko)
  • 1 łyżka olejku ylang ylang (mój pięknie pachnący także ze ZróbMydełko)
  • zasuszone kwiaty


Do stworzenia wosków wykorzystałam specjalne silikonowe foremki, ale spokojnie możecie wykorzystać to, co macie pod ręką – foremki na muffinki lub choćby przycięte kartoniki po serach feta. Jeżeli chcielibyście takie woski potem powiesić, a Wasze foremki nie mają specjalnego otworu/dziurki, to możecie go wykonać samemu, np. wbijając przyciętą papierową rurkę do picia w taki świeżutko stwardniały wosk. Zostawiamy ją w nim, aż nieco bardziej całość stwardnieje i delikatnie wyciągamy.

Do aromatyzowania moich wosków wybrałam olejek ylang ylang o głębokim, mocnym, odurzającym wręcz zapachu egzotycznych kwiatów. Jego działanie określa się mianem euforycznego, jest też znanym afrodyzjakiem. Sama bardzo lubię ten zapach, choć znam osoby, którym nie odpowiada on w ogóle. Polecam go jednak do naszych wosków, bo fantastycznie komponuje się z feerią majowych suszonych kwiatów.

Wosk roztapiamy w szklanej zlewce lub ceramicznej miseczce w kąpieli wodnej. Kiedy będzie płynny, ściągamy go z ognia i dolewamy olejek. Całość mieszamy i przelewamy do foremek. Odczekujemy chwilę, aż wosk lekko stwardnieje – stanie się gęstszy, bielszy, a powierzchnia delikatnie zastygnie. Dopiero wtedy układamy na nim kwiaty według uznania. Nie trzeba się bardzo spieszyć, wosk jeszcze dłuższą chwilę będzie „lepki”, a roślinki można ewentualnie lekko dociskać wykałaczkami.

Ozdobione woski pozostawiamy na kilka godzin, a najlepiej na całą noc i wyciągam z foremek. Wieszamy je w szafach, wkładamy do szuflad lub rozkruszamy i roztapiamy w kominku zapachowym.


Polecanki kosmetyczne

Zaczynamy czerwiec zdjęciem pełnym szczęścia! Zaczynamy czereśniami truskawkami! Tak na dobry nastrój. I na uśmiech!

A jak już ten uśmiech zagościł na Waszych twarzach, zapraszam do czytania! Mam bowiem dla Was kilka naprawdę fajnych kosmetycznych poleceń!

Coś w sam raz na majowo-czerwcowe zachwyty! Na piękną buzię, rozkosznie pachnącą skórę i aż proszące się o całusy usta!

To od czego zaczynamy?

O zapachów majowych! Od bzu i rabarbaru!



YOPE

bez i rabarbar


Zaczynamy od najlepszego! Od cudownego, po prostu cudownego zapachu bzu! A dokładniej bzu w połączeniu z odrobiną wanilii, choć, zabijcie mnie, ja tam wanilii nie czuję.

Przepadłam! Czyli tak bardzo podoba mi się nowa wiosenna seria YOPE, a w niej balsamy do ciała, kremy do rąk, mydła i żele pod prysznic. Przyznajcie, że pomysł na taką majową energetyzująca serię jest przedni. Któż z nas nie lubi tych klimatów, przywodzących na myśl najlepsze chwile dzieciństwa? Skusiłam się więc i dobrze zrobiłam!

Bo zakochałam się w tym balsamie bzowym! I tylko kciuki trzymam, żeby mi tej serii nie wycofali. Bo ja naprawdę chciałabym pachnieć majem cały rok. Sam balsam w użyciu bardzo przyjemny. Świetnie nawilża, odżywia i koi. Łatwo się nakłada, jest lekki, ale treściwy. Co ważne i ciekawe, ma w sobie odrobinę bzowego hydrolatu i ekstraktu z wanilii. I olej monoi, który też uwielbiam!

Nieco mniej entuzjazmu wykazuję do połączenia zapachowego rabarbaru z różą, ale może to po prostu kwestia porównania do niezrównanego bzu? W każdym razie ten aromat nie zawładnął mną tak bardzo, ale wciąż jest fajny i nieco bardziej energetyzujący. Niemniej jednak sam żel pod prysznic zacny. Wypełniony łagodnymi detergentami, choć wiem dobrze, że coraz więcej osób ma zastrzeżenia do betainy kokamidopropylowej. Ja w każdym razie ją lubię, więc polubiłam się z żelem. I on, co ważne, jak w swym tytule, zawiera ekstrakty z rabarbaru i róży.

Wspomnę też, choć to chyba formalność, że oba kosmetyki stanowią prawdziwą ozdobę łazienki. Etykietki mają urocze, pojemności w sam raz, a dzięki pompce, bardzo łatwo się je dozuje i używa.

Całą serię znajdziecie w wielu drogeriach i na stronie YOPE.



MIYA

Serum z prebiotykami do skóry problematycznej


Wiedziałam, że go kupię, jak tylko je zobaczyłam! Raz, że lubię i ufam marce MIYA, dwa – miał bardzo kuszący opis. Tak i używam od dłuższego czasu i wiecie co? Jest super!

Jest kosmetykiem, który po prostu utrzymuje problematyczną skórę w ryzach. A to jest to, czego mi potrzeba. A co takiego ma w sobie?

• Kompleks 5% [kwas azelainowy + glicyna]: normalizuje produkcję i wydzielanie sebum, rozjaśnia przebarwienia, matuje, poprawia elastyczność.
  • Prebiotyki [2%]: równoważą mikroflorę bakteryjną, dbają o mikrobiom skóry, koją.
  • Postbiotyk Lactobacillus Ferment [2%]: ma działanie przeciwbakteryjne, doskonale nawilża skórę.
  • Niacynamid/witamina B3 [2%]: poprawia kondycję skóry, zmniejsza widoczność porów, rozjaśnia przebarwienia.
  • Ekstrakt z czerwonej akacji: regeneruje, koi, nawilża.

Serum stosuję codziennie wieczorem, pod krem (razem z kremami Orientana działa cuda). Jest leciutkie, leciuteńkie. Szybko się wchłania i spokojnie można nakładać gęstszy kosmetyk na niego. Co ciekawe – jak dla mnie pachnie bardzo męsko. To znaczy, coś w tym zapachu jest z męskich perfum. I w zasadzie – jest to całkiem fajne.

Ale najważniejsze jest to, że serum działa! Po prostu – działa!

Znajdziecie je na stronie MIYA!



FLUFF

Śliwki w czekoladzie i pomarańcza z wanilią


I znowu idziemy w zapachy! Cóż, nie ukrywam – dzisiejszy post zapachami stoi. Ale ja naprawdę, oj naprawdę, lubię, jak coś dobrze pachnie. I nawet nie muszą to być naturalne zapachy. Bo sami rozumiecie – Śmietankę do ciała Śliwki w czekoladzie musiałam wypróbować!

I cóż no… pachnie tak, jak pachnieć miała. Do schrupania! Słodko, przyjemnie, nie za mocno. Zwyczajnie – chce się jej używać! Bo przyjemność z używania kosmetyku jest równie ważna jak jego efekty na skórze. A tutaj jedno idzie w parze z drugim. Śmietanka jest bowiem lekkim lotionem, do którego nie mogę się przyczepić. Pozostawia skórę miękką i pachnąca. A tego oczekuję po balsamie do ciała.

Ach, bo jeszcze nie wspomniałam, że marka Fluff to nowość na rynku. I jak się okazało – młodsza siostra znanych jak sądzę nam wszystkim – kosmetyków Nacomi. Widać to choćby po znajomej stylistyce opakowań. Doceniam jednak sam pomysł na markę – kolorowy, pastelowy, energetyczny, pełen skojarzeń z deserami (wiecie, że to lubię) i słodkich zapachów. Chętnie spróbuję więcej!

Ale zanim to zrobię, to jeszcze kilka słów o Sorbecie do rąk Pomarańcza i wanilia. W małej uroczej tubce zamknięto jeden z najbardziej istotnych w obecnym czasie kosmetyków – krem do rąk. Kupiłam czym prędzej, bo połączenie aromatów pomarańczy i wanilii to jedno z moich licznych ulubionych. I przyznaję – coś z tego mojego zapachu ma, ale jednak nie do końca. To znaczy, pachnie przyjemnie, ale nie tak, żeby się w pełni rozpłynąć. I wydaje mi się też nieco zbyt lejący jak na krem do rąk, niemniej jednak bardzo dobrze spełnia swoją funkcje i chętnie sięgnę po pozostałe zapachy!

Kosmetyki znajdziecie na stronie Fluff.



Eos

wiśnia i ananas


I znowu zapachy! Ale słuchajcie – ja od dzieciństwa mam jeden taki specjalnie ulubiony zapach. Poznałam go wraz z jedną z paczek od cioci z Ameryki, w trudniejszych czasach. Pachniała tak jakaś lalka, której już nie umiem sobie przypomnieć. Za to ten zapach chodzi za mną do tej pory.

Zapach wiśni! Taki słodki jakby wręcz bardziej był zapachem lodów wiśniowych. Zapach, którym można marzyć!

I tak właśnie pachnie ta kuleczka do ust Eos! Och, jak cudnie!

To moja pierwsza kuleczka-balsam balsamów do ust, o których już dawno mówiono – kultowe. Zastanawiałam się zawsze czy to jest aby poręczna forma. I już wiem! Jest! I to jak! Nawet bardziej niż tradycyjny sztyft.

Sami więc chyba rozumiecie, że polubiłam balsam Eos o zapachu dokładnie wiśni z wanilią. Ale dodam też na wszelki wypadek – nie o sam zapach i kulkę chodzi. Balsam naprawdę dobrze działa. Usta są miękkie, nawilżone i dobrze wyglądają.

A jeśli wolicie zapachy tropikalne, soczystą pina coladę, intensywne egzotyczne doznania – to koniecznie spróbujcie sztyftu Pineapple Passionfruit! Genialne połączenie aromatów ananasa i marakui! I choć wolę wiśnię, to wierzcie mi – też jest super!

Balsamy Eos znajdziecie w Rossmannie.



Na koniec – buziaki z mojego kącika pracy, z którego właśnie do Was piszę!

Pozdrawiam ja i Misia!


Facebook