KategorieInspiracje

DIY: Jesienna dekoracja na stół ekspresowa

Wiem doskonale jak to jest, jak się nie ma czasu. Wiem też, że czasami właśnie, kiedy tego czasu brak, przychodzą do głowy najlepsze pomysły i tworzy się najpiękniejsze rzeczy! Mam dzisiaj pomysł na dekorację jesienną na stół do wykonania w trybie ekspresowym! Co tu się rozpisywać – wystarczy kilka prostych kroków…
  1. Zbieramy w ogrodzie/parku/lesie/polu wszelkiej maści kolorowe jesienne roślinki i przygotowujemy piękny talerz.
  2. Układamy dosyć luźną kompozycję z naszych roślin, pamiętając, że największe mają być na spodzie, a te przypominające bryły przestrzenne na środku.
  3. Polecam dodanie gdzieniegdzie mięty, aby nasza dekoracja dodatkowo cudownie pachniała.
  4. Na koniec ustawiamy gdzieś po środku uroczego grzyba.
  5. I gotowe!
Proste? Proste! Poniżej taka dekoracja na zdjęciach!

 

Warto być miłym – o współpracy i o tym, że karma powraca!

Warto być miłym. I nie chodzi mi tu o spokój Waszej duszy i atmosferę pełnej szczęśliwości. To się Wam może po prostu opłacić! Czysto biznesowo, całkowicie wymiernie. Czemu więc ludzie tak prostej zasady nie rozumieją?
Taka sytuacja… Jest firma (nazwijmy ją – firma), do której straciłam cierpliwość. Zaczęłam z nią współpracę, jako z dystrybutorem produktów naturalnych, na samym początku mojej biznesowej przygody, kiedy otwierałam sklep z kosmetykami. I było to moje pierwsze zetknięcie się z brutalną rzeczywistością. Na samym początku mojego zatowarowania otrzymałam pakę z produktami w zgniecionych pudełkach, bez polskich nalepek (a to jest nielegalne) i z kosmetykami (jak się później okazało) zjełczałymi. Kosztowało mnie to dużo stresu i było nauczką na przyszłość. Ale dobrze, było minęło. Firma po dwóch latach zaczęła pisać znowu, kajać się, obiecywać, że mają już wysokie standardy. Pomyślałam, że to dobrze o niej świadczy, ale akurat sklep już zamykałam. 
Został blog. Zapraszałam co jakiś czas do współpracy, i w ogóle do jego odwiedzenia, moich dawnych „partnerów biznesowych”. Znałam ich w końcu, a oni mnie. Odezwałam się więc i do firmy. W odpowiedzi otrzymałam jedno zdanie o treści mniej więcej: „nie rozumiem? to ma pani sklep dalej czy nie?”. Po moim grzecznym wyjaśnieniu odzewu brak. Noooo dobrze….
Co jakiś czas mam przyjemność napisać coś niecoś do magazynów kobiecych. Często polecam tam też naturalne kosmetyki. Raz się zdarzyło, że bardzo pasował mi produkt z oferty tej firmy (jak też kilkanaście innych). Potrzebowałam tylko dobrych zdjęć, więc powysyłałam o nie prośby. Dla producentów i dystrybutorów była to po prostu bezpłatna promocja, wszyscy więc odpisali chętnie i sympatycznie. Poza tą firma, która odesłała mi maila ze zdjęciem bez ani jednego słowa treści. Ani „proszę”, ani „dziękuję”. Wtedy straciłam do firmy cierpliwość.
Od tamtej pory kilka razy doradzałam różnym sklepom w temacie wyboru asortymentu. Firmę zawsze odradzałam. Szkoda po prostu nerwów. Bardzo jednak często polecam marki i firmy, które wywarły na mnie dobre wrażenie. 
Zazwyczaj też nie polecam produktów firmy w Lili (z nielicznymi wyjątkami, kiedy dostanę je od współpracujących sklepów), nie linkuję, nie kupuję, nie wgłębiam się w ogóle w ofertę. Po prostu – nie mam nawet na to ochoty.
Powiedzcie mi więc, czy nie byłoby znacznie lepiej, gdyby ktoś z tej całej firmy był po prostu miły? Gdyby współpraca opierała się na miłych profesjonalnych stosunkach? Jestem pewna, że nawet nie przyszło firmie do głowy, że ja (teraz uważana zapewne za zwykłą blogerkę) mogę mieć realny wpływ na ich przyszłe przychody.
Bo nawet odmówić można w miły sposób. Tak, aby ktoś Was zamknął w głowie w szufladce „cóż, nie wyszło, ale ta firma/osoba jest naprawdę profesjonalna i warto o niej pamiętać, jak już będę a/sławna b/bogata c/wpływowa d/zwyczajnie będziemy mieli okazję do wspólnego biznesu”.
Dziewczyny drogie, powyższy wywód dotyczy także blogerek. Przyznam się od razu, że sama nie zawsze bywam na tyle miła, żeby odpisać blogerkom piszącym do mnie z zapytaniem o współpracę, pomimo faktu, że mojego sklepu nie ma od ponad dwóch lat. Owszem strona jeszcze wisi, ale to na prawdę nie trudno zauważyć, że sklep nie działa. A jak już piszą to niegramatycznie, bez podpisu, itp. Odsyłam tutaj do TEGO posta!
Odpisuję jednak często. Nie tylko w swoim imieniu, ale także w imieniu firm, dla których pracuję. Czasami zapraszam do kontaktu za kilka miesięcy. I nawet tutaj zdarzają się takie kwiatki jak dziewczyna, która postanowiła mnie opieprzyć, że obiecałam jej współpracę kilka miesięcy temu, a ona nadal nie ma u siebie żadnej przesyłki… Żeby nie było – nic nie obiecywałam, a dziewczynie już raczej nie zaufam.
Mam też na koncie nieco przykładów współprac, które nie zostały zrealizowane z najróżniejszych powodów. Bardzo często firmy nie mają pojęcia na temat współpracy z blogerami. Ja też mam swoje własne zasady. Zdarzają się niegrzeczne sugestie na temat mojej osoby i tego co powinnam, a czego nie. Zawsze w takich przypadkach mam ochotę odpisać w bardzo ostrym tonie.
Ale powstrzymuję się. Pozostawiam takie maile na kilka godzin lub na noc. I dopiero nazajutrz, kiedy emocje opadną, a w głowie pojawi się odpowiednia odpowiedź, odpisuję. Grzecznie i miło. Życzę powodzenia. Przesyłam pozdrowienia. Nie chcę być zapamiętana źle. Pomimo wszystko!
Pamiętajcie, że nigdy nie wiadomo co się kiedyś wydarzy. Kto będzie na jakim stanowisku, w jakiej firmie. Jakie będzie miał możliwości i zadania. Jakie doświadczenia, czego się gdzieś po drodze nauczy. Karma powraca. Jeżeli zapamiętają Was w dobry sposób, powrócą do Was z być może nową propozycją. Może Was polecą. Może Wasza życiowa szansa, jedna na milion, będzie zależała od tego kogoś. Jeśli jednak zapamięta Was źle, wierzcie mi, już nie wróci i już nie poleci. Ba… odradzi…

Inspiracje: Troche magii prosto z lasu

Są takie rzeczy, które jak tylko zobaczę, uwielbiam. Nawet jeśli tylko na zdjęciach, jeśli tylko mi migną gdzieś w czeluściach internetu, wiem, że chciałabym je u siebie mieć! Żeby nie było tak poważnie, żeby dodać radości, poczucia humoru i…. trochę magii prosto z lasu! Poniżej kilka takich rzeczy!
(no dobrze – żyrandola to może nie powiesiłabym sobie, ale trzeba przyznać, że jest boski! )

  1. Cudowna grzybkowa cukiernica
  2. I znowu – zwierzaczkowe talerze!
  3. Żyrandol wyrwany z lasu
  4. Mądra sowa na co dzień (noc)
  5. Imponująca gałąź – świecznik
  6. Grzybowa rycina na ścianę
  7. Do kompletu – grzybowa miseczka na biżuterię (ulubiona!)
  8. Jeż do oprawienia
  9. Niezwykły świecznik ze zwierzętami – idealny na każdy wyjątkowy obiad odświętny
  10. Leśna tapeta – widzę ja już w przedpokoju!

(tak, tak, większość jest z Anthropologie, ale cóż zrobić – gdy tam od czasu do czasu wchodzę, to podoba mi się wszystko!? 🙂 (i – nie, nie – nie jest to sponsorowane!))


Kiedy kominek przestaje wystarczać

Aromaterapię lubię od dawna. Towarzyszy mi z większym lub mniejszych natężeniem od dobrych kilku lat. Zabawa zapachami i ich oddziaływaniem na organizm to wspaniała sprawa i wszystkim zawsze polecam choć krótkie wgłębienie się w temat.
Od kilku tygodni moja chęć do wąchania wzmogła się pod wpływem wspaniałości od Hani z Green Dragonfly. Wyciągnęłam cały mój arsenał olejków eterycznych i zapachowych i… bawię się! Być może spowodowane jest to tez pójściem Róży do przedszkola i koniecznością mocniejszego zadbania o jej odporność. I znowu lawenda i eukaliptus stały się naszym codziennym orężem.
Najbardziej standardowym sposobem na olejki są kominki zapachowe. Przychodzi jednak w końcu taki moment, że tradycyjny zestaw kominek+olejek przestaje wystarczać. Chciałoby się jeszcze nieco rozpieścić pozostałe zmysły, nacieszyć oczy i własną próżność. Poszukajmy więc dzisiaj piękniejszych i ciekawszych sposobów na aromaterapię!
Zaczynamy od aromaterapii prosto z roślin!
Bardziej uroczych woreczków z lawendą jeszcze nie widziałam! Na zdjęciu znajdziecie jeden z nich, prosto z Prowansji, od Le Chatelard 1802. Przywędrował do mnie wczoraj w potrójnym opakowaniu z Blisko Natury (tam tezżsą równie fajne dyfuzory z patyczkami). Róża zagarnęła jeden do łóżeczka, drugi leży już pod moją poduszką, a trzeci, ten właśnie ze zdjęcia, stoi przy komputerze. Sięgam sobie po niego co chwilę i wdycham…
O pachnidełkach było już ostatnio kilka razy! I te z Green Dragonfy (na zdjęciu z lawendą) i moje ostatnie wytworki całkowicie skradły mi serce! I ciągle chcę więcej! Po przepis na moje wiszące wpadajcie do wczorajszego posta. Koniecznie!
Równie mocno jak pachnidełka, zauroczyły mnie świece Green Dragonfly. Ale nie tylko one, bo w zasadzie na każdych targach z produktami hand made ostatnimi czasy pojawiają się świece sojowe. Zobaczcie chociażby świece BLIK, MySense Soy Candles, Candelove, czy Workshop of Nature.

Popularne stają się woski zapachowe do kominków. O Yankee Candle z pewnością większość z Was słyszała. Polecam także wytwory dziewczyn – blogerek z Craft n’Beuty lub kolorowe cuda z Bomb Cosmetics.
Nie mogę nie wspomnieć o moim UFO! Pamiętacie je? Jak nie, to wpadajcie do TEGO posta.
Znacie jeszcze jakieś fajne i ładne sposoby na zapachy w domu?

Kobiety inspirują: Anita Demianowicz

Anitę poznałam na wyjeździe z Cosmo. Jest barwną postacią, i od środka i na zewnątrz, przyciąga więc uwagę. Mnie jednak zauroczyła jej otwartość, chęć do dzielenia się swoją pasją, ogromne zamiłowanie do podróży i opowiadanie o nich w taki sposób, że chciałoby się siedzieć i słuchać. Jest przy tym nieustawicznie uśmiechnięta i ma w sobie coś, co przyciąga.
Anita Demianowicz jest autorką bloga podróżniczego  B*Anita. Zajrzyjcie tam koniecznie. W jej tekstach podróż rowerem na wschód Polski staje się równie ekscytująca i ciekawa, jak zwiedzanie wulkanów Ameryki Południowej. W niesamowity sposób opowiada o ludziach, spotkania z nimi w drodze, o dobru, które w nich drzemie.
Nie mogę nie wspomnieć o jeszcze jednej całkowicie fantastycznej sprawie! Anita otrzymała pracę marzeń! Przez cały wrzesień będzie zwiedzać Pomorze Zachodnie, a czekają na nią: „windsurfing, kitesurfing, golf, nurkowanie, wyprawa na
połów dorsza, relaks w SPA, obserwacje astronomiczne, jazda konno czy
narty wodne”! I oczywiście ma opisywać podróż na blogu projektu. Cudownie, prawda!?

Zapytałam Anitę o kilka rzeczy! Zapraszam do lektury! 

Kim jesteś?
Jestem. Tak po prostu. A
poza tym podróżuję i piszę o tym. Trudno mi zaklasyfikować się
gdzieś. Zresztą raczej próbuję unikać „szufladek”, w które
można byłoby mnie wcisnąć. Unikam nazewnictwa, choć wciąż
spotykam się z tym, że określa się mnie mianem blogerki,
podróżniczki, dziennikarki albo redaktorki. Staram się być po
prostu sobą. Czasem szalona, czasem odpowiedzialna, zawsze
pracowita, bywa że wybuchowa.

Jak i kiedy
odkryłaś, co chcesz tak naprawdę w życiu robić? 

Właściwie to od zawsze
chciałam pisać i robiłam to w taki czy inny sposób. A podróżować?
Chyba myśl o podróżach kiełkowała we mnie od dłuższego czasu.
Przyszedł jednak czas studiów, potem dorosłe, rozsądne,
odpowiedzialne, normalne życie, takie z kredytem za mieszkanie,
mężem, pracą od poniedziałku do piątku po osiem godzin dziennie.
I myślałam, właściwie byłam pewna, że tak trzeba już na
zawsze, już do końca życia. Że już tak trzeba umrzeć w tej
szufladce z napisem: „matka, żona, pracownica”. A potem nagle
dorosłam do tego, żeby stwierdzić, że wcale tak nie trzeba, że
można żyć inaczej, wcale nie realizując schematu, w który stara
się nas od dziecka wcisnąć. Postanowiłam zacząć żyć tak, jak
tego zawsze chciałam.

Co Cię motywuje? 

Motywują mnie sukcesy.
Wbrew pozorom nie osiadam wtedy na laurach, ale nabieram nowej
energii i siły do dalszego działania. Pewność, że dobrze robię,
że to, co robię ma sens, że motywuję innych. Jest moim paliwem,
motywatorem do tego, by działać intensywniej i pełniej.
Co Cię inspiruje?
Inspirują mnie przede
wszystkim ludzie. Ci zwykli, których spotykam najczęściej na swoje
drodze, którzy wyciągają do mnie pomocną dłoń od tak, po
prostu, bo chcą pomóc. Ale też inspirują mnie silne, samodzielne
i mądre kobiety, podróżniczki: Monika Witkowska, Marzena
Filipczak, Kasia Tołwińska i wiele innych.
 Co zaprzątało Ci
głowę dzisiaj rano? 
Pewnie praca i obowiązki. Przygotowuję drugą edycję Spotkań Podróżujących Kobiet –
TRAMPKI. To mój autorski program. Druga edycja będzie miała
miejsce już 27 września w Warszawie w Cafe 8 stóp. Dopinam więc
wydarzenie, szukam jeszcze sponsorów, zamykam program. O niczym
innym nie mam więc czasu w tej chwili myśleć. No może jeszcze o
tym, że mam nadzieję, iż te spotkania zainspirują inne kobiety do
podążenia za swoimi marzeniami.

Czym się w życiu
kierujesz?

Tym, by być szczęśliwą,
ale tak naprawdę. Staram się myśleć o tym, że życie jest tylko
jedno, więc warto je przeżyć tak, żeby nigdy nie musieć żałować.
Może to i banalne stwierdzenie, ale jakże prawdziwe. Lubię
powtarzać, że takie banalne stwierdzenia, kreują moje niebanalne
życie i to jest najważniejsze.

Co robisz, kiedy
tracisz zapał i chęci do działania?

Nie
będę przekonywać, że nigdy tak nie jest i że nie przeżywam
kryzysów czy gorszych dni. W końcu jesteśmy tylko ludźmi. Czasami
staram się wypłakać więc jakiś żal, obawy czy ból. Kładę się
do łóżka i nie wychodzę z niego przez cały dzień, ograniczając
harmonogram zajęć w ciągu dnia do czytania książki, do filmu czy
ulubionej muzyki. Staram się odetchnąć, by następnego dnia móc
spojrzeć bardziej zdroworozsądkowo na wszystko. Albo wsiadam na
rower i idę wszystko „wyjeździć”.

Czego nauczyłaś
się ostatnio?

 

Wybrałam się ostatnio w
pojedynkę na dwutygodniowy wyjazd rowerowy, więc musiałam nauczyć
się zmieniać dętkę. W końcu po prawie dwudziestu pięciu latach
jazdy na rowerze, wiem jak to się robi! Nauczyłam się też, że
nie wszyscy ludzie są ci zawsze życzliwi, nawet gdy ty jesteś
wobec nich w porządku i że nie ma ludzi, którzy lubiani są przez
wszystkich. Najwięcej uczą mnie jednak ludzie spotkani w drodze:
bezinteresowności, dobroci, umiejętności wyciągania w stronę
potrzebującego pomocnej dłoni. 
Dziękuję!
Wpadnijcie koniecznie na B*Anita.

Back to School Misz Masz

Szkolny misz masz dla małych i dużych czyli co przykuło moją uwagę pod koniec wakacji!





Na zdjęciu:

1. Worki szkolne mogą być urocze i stylowe!  be- być i tworzyć, cena: 52zł
2. A do tego przesłodkie pojemniczki na śniadanie! ScandiShop.pl, cena: 19zł
3 Nocna lampka mądrości! Wspaniała sowa niesie kaganek oświaty 🙂 Mamissima, cena: 329zł
4. Jeden z najpiękniejszych plecaków, jaki widziałam! Nosiłabym! Tchakon, cena: 359zł
5. Do pary – tenisówki BensimonVelvetowe Dots, Z potrzeby piękna, cena: 164zł
6. Odkryłam niedawno Sloshe z cudnymi zeszytami i notatnikami! Stylowo w szkole! Sloshe, cena: 13zł
7. Boróweczki do zębów czyli ekologiczna pasta z ksylitolem Jack n’Jill, EkoMaluch, cena: 31,90zł
8. Kultowe naturalne borsuczki do ust! Dawno ich nie widzialam! BioMania.pl, cena: 54zł/zestaw
9. Najfajniejsze ołówki ever! Z przesłaniem! Amanda Catherine Designs, cena: 12$
10. I najfajniejsze piórniki na kredki dla maluchów!  Minne Bites, cena: 30-40$

Facebook