NapisałaAdriana Sadkiewicz

Po-Weekendowe Cuda no31

Tym razem zacznę nieco inaczej, bo od wieści i ogłoszeń!

Po pierwsze chciałabym zaprosić Was Kochani na mały event – Dzień Otwarty w krakowskim Leśnym SPA, którego fan page prowadzę na Facebooku od dłuższego czasu. Serdecznie polecam zwłaszcza tym, którzy nie mieli jeszcze okazji uczestniczyć w koncercie gongów i mis tybetańskich – niesamowite uczucie! Więcej szczegółów TUTAJ!
Skoro już jesteśmy przy Facebooku to przy okazji polecam Wam fan page sklepiku Blisko Natury, którym również zajmuje się od kilku miesięcy – TUTAJ🙂 Warto, warto, bo sama oferta sklepu jest ciekawa!
Na koniec małe wieści. Muszę się pochwalić, że w czerwcu czekają mnie bardzo ciekawe imprezy firmowe, podczas których będę miała przyjemność poprowadzić warsztaty! Najpierw pod Warszawą będziemy się przenosić prosto do Egzotycznego SPA, a nieco później zmykam aż na trzy dni do Wrocławia, gdzie będę opowiadać o aromaterapii pracownikom jednej z korporacji. Już się nie mogę doczekać! A jeśli ktoś z Was planuje organizować coś niecoś dla swoich pracowników, zapraszam do zakładki WARSZTATY.

A teraz do rzeczy…

Prześliczne donice (1) ze sklepiku, do którego lubię czasem zaglądać – decorOlka 🙂
Zauroczył mnie bardzo energetyczny i kolorowy pomysł na przyjęcie – nie tylko ślubne (2). Kwiaty w mandarynkach muszą nie tylko pięknie wyglądać, ale także bosko cytrusowo pachnieć. No cudne!
Czemu, ach czemu, kiedy to ja byłam młoda i nosiłam plecaki codziennie do szkoły, nie było takich ślicznych, motylkowych (3)????
Polecam bardzo post w DESIGN LOVE FEST, w którym do ściągnięcia jest kilka ślicznych tapet na komputery. Ja wybrałam właśnie tą (4). Spodobała mi się już dawniej, kiedy to widziałam ją w formie ogromnego obrazu w jadalni w pięknym domu….
A skoro jesteśmy przy temacie morza – do wypróbowania koniecznie – Alphanova Bio Spray – Przeciwsłoneczny dla dzieci z filtrem 30 (5).
Ten post na blogu Zuzi Górskiej (6) przeczytałam dzisiaj rano i z przyjemnością zaczęłam dzień! Polecam Wam gorąco – jest bardzo inspirujący i motywujący! Bo przecież się da!
„Polski czatni” prosto z Luks Pomada (7) – manufaktury wyrobów naturalnych. Moje najnowsze odkrycie. Jestem pod wrażeniem pomysłu! Wygląda to genialnie i ciekawa jestem jak te cuda smakują!
Jak w prosty sposób można niezwykle przeobrazić zwykłe krzesła (8)! Odrobina kleju i kory! I jest ślicznie!
Dwa zdjęcia dla których straciłam głowę – (9) i (10) 🙂 
Na koniec śliczny talerzyk z miłym przesłaniem z polskiego sklepiku mofflo (11) 🙂

Wyniki + Zauroczona: roślinne terraria

Kochani, rozpoczynamy dzisiaj od ogłoszenia wyników konkursu, w którym do wygrania były poradniki ABC Kosmetyki Naturalnej! Bardzo wiele ciekawych przepisów na domowe kosmetyki dzięki Wam odkryłam! I dziękuję za to! Najbardziej podobały mi się jednak dwa, które tu Wam zacytuję – poziomkowy i na peeling z brązerem!
Kaczmarta
Maseczka poziomkowa
Przepis
jest banalnie prosty, ale diabeł tkwi w szczegółach czyli w dostępności
produktu, z którego mamy zrobić nasz kosmetyk, a są to poziomki ! Moja
babcia zawsze odkładała sobie pół szklaneczki tych owoców bo twierdziła,
że nic nie dodaje jej twarzy energii tak jak maseczka z nich
przygotowana. Duża dawka witaminy C i innych cennych substancji (
domyślam się tylko, że to biolawonoidy, kwasy owocowe i
przeciwutleniacze ) rozjaśniała, ujędrniała i wygładzała jej twarz.
Dodatkowo obłędny zapach relaksował i dodawał witalności 🙂

Pół
szklanki poziomek wsypujemy do miseczki, rozgniatamy dokładnie widelcem
na jednolitą papkę i staramy się delikatnie odsączyć nadmiar soku, który
warto po prostu wypić 🙂
Do takiej papki dodajemy 1-2 łyżeczki
skrobii ziemniaczanej, nakładamy na twarz i przykrywamy gazą zwilżoną w
ciepłej wodzie. Po 15 minutach zmywamy z twarzy letnią wodą. Efekt
murowany bo sama rok temu nareszcie spróbowałam 🙂

Ula S
Peeling cytrynowy z brązerem
  • skórka z 3 cytryn
  • marchewka
  • szklanka cukier trzcinowy
  • 3 łyżki oleju kokosowego
  • łyżka oleju rzepakowego
Należy
zetrzeć na tarce skórkę z cytryny i obraną marchewkę. Dodać szklankę
cukru trzcinowego oraz łyżkę oleju rzepakowego oraz 3 łyżki oleju
kokosowego. Dobry zdzierak, olej kokosowy ma cudowne działanie na skórę
oraz brązer z marchewki na przygotowanie się na sezon letni.
Trzeci poradnik został wylosowany przez…
ewelinka3f@…
Zwycięzców proszę o podesłanie danych do wysyłki na lilinatura@lilinatura.pl 🙂
Mam nadzieję, że druga część posta Was zauroczy! Bo mnie zauroczyły te magiczne roślinne terraria! Ukryte w szklanych cudach, butelkach, słoikach, starych lampach czy zegarkach. Zwyczaje przedmioty zyskały zupełnie nowe życie. Zostały bowiem zasiedlone… Są połączeniem alchemii, sztuki i ekologii!
Wszystkie terraria są autorstwa The Slug and The Squirell. Odsyłam Was także na ich bloga!

Podpatrzone: Peeling kokosowo-herbaciano-różany

Lubię podpatrywać ciekawe pomysły, a ten tutaj na peeling kokosowo-herbaciano-różany jest jednym z ciekawszych! Już wyobrażam sobie ten zapach unoszący się w łazience i pozostający na skórze. I przyznam, że sama nie wymyśliłabym pewnie, aby połączyć olej kokosowy i herbatkę różaną. A połączenie to wydaje się być zaiste kuszącym!
Autorka peelingu i jednocześnie bloga Le Zoe Musings miała to szczęście, że dysponowała herbatą o nazwie Cherry Rose. Myślę jednak, że na rynku jest teraz tak dużo ciekawych mieszanek, że znajdziemy tą odpowiednią dla nas! A cała filozofia peelingu po połączenie dwóch części cukru z jedną częścią oleju. Jako, że tutaj wybrany został olej kokosowy, który w domowej temperaturze ma formę stałą, został on jeszcze przed zmieszaniem roztopiony (np. w kąpieli wodnej).
Do tego doszła jeszcze wspomniana herbata, która dodała zapewne wspaniałego aromatu peelingowi. Autorka sugeruje, że idealnie nadadzą się także kwiaty lawendy, skórka cytryny, imbir, miód, mięta czy rozmaryn. Wyobrażacie sobie tą aromatyczną kokosowo-herbaciano-różaną woń? 
Oryginalny przepis znajdziecie na  Le Zoe Musings.
Zdjęcia Le Zoe Musings

W roli głównej: Pierpaoli Krem nawilżający i łagodzący dla niemowląt i dziecil Eco Bio Sense’

Tym razem to Różyczka ma coś do powiedzenia, bo to ona zaprzyjaźniła się z uroczym ślimaczkiem na etykiecie. Uśmiecha się do niego i gada, kiedy ja masuję jej skórę naszym nowym bohaterem – Kremem nawilżającym i łagodzącym dla niemowląt i dzieci Eco Bio Sense’ marki Pierpaoli! Tak, tak – tym, który możecie wygrać w Lili – TUTAJ!
Linia Sense’ marki Pierpaoli, przeznaczona do pielęgnacji maluszków zauroczyła mnie na samym początku swymi opakowaniami. A dokładniej uroczymi etykietami pełnymi rysunków pełnych życia prosto z łąki! Kremik, który przyszło nam z wielką przyjemnością wypróbować, chronił z etykiety ślimaczek. Jak już wyżej wspomniałam – Róża go uwielbia! Trzeba przyznać, że grafika kosmetyków dla dzieci w pełni trafiona!
Dobrze jednak wiemy, że nie same opakowania są ważne, więc przejdźmy do samego kremu. Jest niezwykle lekki, płynny niczym mleczko, bezpieczny i delikatny. Wchłania się bardzo szybko, subtelnie i nienachalnie pachnie. Dla dzieci więc idealny, z ręką na sercu. Pozostawia skórę nawilżoną, bez tłustej warstwy. Mam wrażenie, że też ja koi i ratuje nam lekko przesuszone miejsca na ciałku. Dobrze się dozuje i łatwo zamyka. Po prostu – praktyczny i skuteczny.
Myślę, że jego istotną zaletą jest cena. Kosztuje 39,99zł, a jest to zakup o tyle dobry, że krem jest wydajny, a w opakowaniu znajduje się 125ml. Do tego oczywiście dochodzą ekologiczne certyfikaty i bardzo dobry skład. Warto tez wspomnieć, że „w celu zmniejszenia ryzyka wystąpienia alergii produkt jest poddawany testom na zawartość metali ciężkich. Obecność niklu jest mniej niż 0,05 mg/l”. 
I jeszcze jeden mały cytat: „zawarte w nim aktywne składniki, masło shea-karite i aloes z biologicznych upraw jednocześnie przenikają przez skórę, odżywiając, nawilżając i wzmacniając jej naturalną ochronę przed wpływem szkodliwych czynników zewnętrznych. Pozostałe składniki to olej sojowy, olej ze słodkich migdałów, oliwa z oliwek także z biologicznych upraw oraz skwalen roślinny”.
Róża chciałaby bardzo dodać, że kremik poleca, ale jeszcze nie umie… 🙂
Zapraszam raz jeszcze do konkursu z dystrybutorem Pierpaoli – ItalBioEco.pl, w którym do wygrania są kremy i szampony tej linii – TUTAJ!

O lubieniu życia

Refleksja ta napadła mnie niedawno i od tamtej pory siedzi sobie w mojej głowie, pulsuje, rozkwita i potrzebuje chyba się ujawnić dosyć ekspresyjnie. I z impetem, bo na blogu. Zadałam jakiś czas temu pytanie Mężowi czy lubi swoje życie. Tak jakoś samo się zadało. I zanim jeszcze zdążył odpowiedzieć, w tej krótkiej chwili, w której zastanawiał się nad odpowiedzią, mi samej przemknęła myśl – czy ja lubię swoje życie? Dla zainteresowanych powiem, że Stach w końcu stwierdził, że lubi, ale ja i tak zaczęłam swoje rozmyślania w tym temacie.

Bo spójrzmy tak obiektywnie… Nie mogę narzekać. Wszyscy zdrowi. Córa cudowna jakiś cudem wyszła. Mąż, rodzina, przyjaciele. W lodówce coś zawsze jest. Pies wariuje na mój widok. Więc chyba lubię swoje życie? Ale z drugiej strony… majętni nie jesteśmy. Jesteśmy wręcz bezmajętni. Wynajmujemy mieszkanie w wielkiej płycie, której nie cierpię. Na miesięczny budżet trzeba uważać. Nie wiemy czy nas stać na drugie dziecko. Czy lubiłabym swoje życie bardziej, gdybym miała wymarzony domek i ogród? Chyba tak. Czy lubiłabym swoje życie bardziej, gdybym była ładniejsza, szczuplejsza, mądrzejsza? Gdybym odnosiła sukcesy zawodowe, była bardziej doceniana? Czy lubiłabym je bardziej?
Może i lubiłabym je bardziej. Kto wie? A może wtedy zupełnie rozsypałoby się to, co mam teraz? Może Mąż mój wcale by mnie tak nie pokochał, gdybym była piękniejsza i szczuplejsza? Może nie miałabym tyle czasu dla Róży, gdybym była rozchwytywana zawodowo? A przecież uwielbiam spędzać z nią każdą chwilę.
No i kropka. I w sumie nie wiem. Bo mam wrażenie, że zawsze będziemy oczekiwać czegoś innego. Czegoś więcej. Co bynajmniej nie jest złe. Jest wręcz motorem naszych działań, stymuluje do rozwoju i wzmaga chęci do realizowania się. Marzenia są konieczne do życia. Są celem, którego osiągnięcie ma nam zagwarantować szczęście. Wydaje mi się jednak, że często nie zauważamy, że droga do osiągnięcia szczęścia, również czyni szczęśliwym. Że w trakcie naszej wędrówki do chociażby wzbogacenia się i na przykład wybudowania sobie własnego domu, przeżywamy bodaj najwspanialsze chwile naszego życia.
Wszystkie powyższe refleksje doprowadziły mnie do kilku wniosków. Po pierwsze – lubię swoje życie! Bo mam naprawdę dużo. Poza tym, nawet jeśli pojawiają się takie przebłyski, że go wcale nie lubię, kiedy jest gorzej, kiedy się kłócimy, mam rozwiązanie. Jest to kilka sposobów, na dostrzeżenie faktu, że właściwie to życie się lubi. Bezwiednie praktykuję je od dawna. Bo trzeba po prostu…
zamknąć na chwilę oczy, wyciszyć się i przenieść się myślami do najwspanialszych momentów. Starać się przypomnieć, co się wtedy czuło, jakie zapachy unosiły się w powietrzu. Poczuć znowu ten wiatr we włosach, poczucie swobody i beztroski, słońce na twarzy. Ja w takich chwilach przenoszę się na Mazury, gdzie spędziłam kiedyś mnóstwo czasu. Czasem przypominam sobie chwile zaraz po porodzie, kiedy dano mi takiego małego, sinego, oblepionego czymś obrzydliwym wypłosza, który okazał się być najwspanialszą córeczką świata.
Lubienie życia jako takiego trzeba by też zacząć od celebrowania małych rzeczy, małych przyjemności, zapomnianych zwyczajów. Uwielbiacie poranną kawę? Spróbujcie wstać wcześniej lub znaleźć dłuższą chwilę, żeby się nią nacieszyć. Dużo radości sprawia Wam wieczorna kąpiel przy świecach, ulubione ciasto, spotkanie z przyjaciółką – róbcie to częściej! I zatrzymajcie się na chwilę w tych momentach, żeby sobie uświadomić, że jest po prostu zwyczajnie fajnie. 
Co poniedziałek leci na jedynce mój ulubiony ostatnimi czasy serial Downotwn Abbey. Już dawno o nim słyszałam, ale zaczęłam oglądać wraz z jego emisją w tvp. Jest dokładnie moją bajką. Do tego stopnia, że jak kończy się odcinek to mam wręcz ochotę płakać, że znowu tydzień czekania. I chociaż wiem, że spokojnie mogłabym znaleźć dalsze odcinki w internecie, to jednak cierpliwie czekam. A czemu? Bo uwielbiam te poniedziałkowe wieczory, kiedy dziecko śpi, Staszek ogląda swoją „Grę o Tron”, a ja nalewam sobie wina, przygotowuję coś do chrupania i zatapiam się w ten angielski świat. Po prostu uwielbiam. I dlatego czekam. Żeby ten mój cotygodniowy rytuał nie skończył się za szybko…
Wczoraj umówiłam się z koleżanką w Rynku. Po południu. W sumie to już nie pamiętam, kiedy byłam ostatnio w centrum miasta sama. W porze, kiedy jeszcze pootwierane są sklepy i jest jasno. Napiłyśmy się kawy, pochodziłyśmy po sklepach. Kiedy mnie już opuściła, weszłam do Empiku i wciągnęło mnie tam chyba na ponad godzinę. Takie spokojnie przeglądanie książek, różnych różności, materiałów do rękodzieła. Bez żadnego, totalnie żadnego pośpiechu. Idąc na tramwaj przeszłam się jeszcze całą ulicą Grodzką, która kiedyś była moją codziennością, bo przez dwa pierwsze lata studiów mieliśmy siedzibę właśnie tutaj. Codziennie wpadaliśmy ze znajomymi do tego Kefirka, tutaj na piwo, tam się siedziało i czekało… Wróciłam do domu jakby odświeżona. Z nową inną energią. I uśmiechałam się do tamtych wspomnień. 
I Wam też polecam takie spokojne spacery z samym sobą, niespieszne, w miejsca, które Was tworzą lub którymi kiedyś żyliście. Żeby powspominać. Żeby uśmiechnąć się do sobie tylko znanych sytuacji. Bo dlatego właśnie lubi się życie!
Koleżanka wczoraj powiedziała mi, że ja jej służę za pozytywną terapię. Jeszcze nikt nie zrobił mi tyle przyjemności jednym stwierdzeniem!
I chociaż rozpisałam się już okrutnie, chciałabym zacytować Wam fragment książki, którą wczoraj wyszperałam w Empiku za 4,99zł. Zapowiada się wprawdzie na romansidło, ale po kilku stronach muszę stwierdzić, że bardzo wciągające. I może nie w temacie lubienia życia, choć pośrednio też, ale o kwiatach jadanych i ich prawdziwej magii. Ot, tak na zakończenie i na dobry dzień:
„[…] wszyscy miejscowi wiedzieli, że dania przyrządzone z kwiatów rosnących wokół jabłonki w ogrodzie Waverleyów wywierają na ludzi niezwykły wpływ. Biszkopty z bzową galaretką, ciasteczka z lawendowego naparu oraz krakersy z nasturcjowym majonezem, które kółko pań zamawiało raz w miesiącu na swoje zebrania, pomagały zachować treść owych spotkań w tajemnicy. Smażone pączki mlecza z ryżem posypanym płatkami nagietka, faszerowane kwiaty dyni i zupa z dzikiej róży sprawiały, że twój partner dostrzegał jedynie urodę życia domowego, a nie jego minusy. Tost posmarowany masłem lofantowym, cukierki z anżeliką i babeczki z fiołkami w cukrze dodawały dzieciom rozumu. Wino z wiciokrzewu, podane czwartego czerwca, dawało zdolność widzenia w ciemnościach. Orzechowy aromat sosu z cebul hiacynta sprzyjał rozmarzeniu i skłaniał do rozmyślań o przeszłości, a sałatki z cykorii i mięty dawały poczucie, że wydarzy się coś dobrego, niezależnie od tego, czy była to prawda.”
Magiczny ogród, Sarah Addison Allen
Zdjęcia: Love Life / flowers

Maseczka za skórki pomarańczy

Dzisiaj Kochani postanowiłam wypróbować jeden z przepisów z poradnika, który objęłam patronatem – „ABC Kosmetyki Naturalnej”, autorstwa Magdaleny Przybylak-Zdanowicz. Kto jeszcze nie zdążył zauważyć, serdecznie Was zapraszam do konkursu, w którym do wygrania są trzy sztuki tegoż – TUTAJ 🙂
Mój wybór padł na bardzo optymistyczną, nawilżającą maseczkę ze skórką pomarańczy! Akurat tak się burzowo za oknem zrobiło, że mała dawka pozytywnej pomarańczowej energii była mi bardzo potrzebna. Maseczkę polecam, bo olejek eteryczny ze skórki aż bucha! A przy okazji może Wam ona posłużyć za delikatny peeling – pomarańcza lekko spulchni cerę, a drobinki skórki pozwolą ją dobrze oczyścić podczas zmywania. Maseczki jednak nie polecałabym do cery wrażliwej.
A przepis… na zdjęciu, prosto z poradnika!

Facebook