Co powiecie listę życzeń wyjętą wprost z marzeń sennych? Tych pastelowych, nierealnych, rozmytych niemal… Z dziwnymi stworzeniami, błyszczącymi kamieniami i dobrą energią?
Zapraszam Was na nowy senny wish list!
Elastyczny pierścionek Opal – drobny pierścionek z opalu różowego i srebrnych kulek złoconych, o próbie 925 / Tambourine & Co.
YOPE Aloes i lukrecja Naturalny żel do higieny intymnej – Koi i nawilża dzięki naturalnym składnikom aktywnym takim jak sok z aloesu, ekstrakt z lukrecji, hydrolat z jaśminu, alantoina i pantenol / YOPE
Mobile necklace gold – Subtelny pozłacany naszyjnik wykonany ze srebra oraz nieregularnej perełki / KOPI
Alkemie Call It Magic – Magic Mixture – wysoce skoncentrowany, booster składników przywracających równowagę cery tłustej, mieszanej, trądzikowej, z rozszerzonymi porami. Jego zadaniem jest skuteczna pielegnacja skóry wytwarzającej nadmiar sebum, niezależnie od płci i wieku / Alkemie
AUNA jagodowa odżywka do włosów w kostce – o słodkim zapachu letnich jagód! Jedwab owsiany, niweluje poczucie tłustych włosów, działa kondycjonująco oraz sprawia, że włosy są miłe w dotyku. Olej z czarnej porzeczki łagodzi stany zapalne skóry głowy, zapobiega wypadaniu włosów i powstawaniu łupieżu. Fioletowa glinka nie tylko pasuje kolorem do zapachu odżywki, ale również poprawia krążenie, pobudza porost włosów oraz starannie je oczyszcza. / AUNA
Lady of Nature Perfumy botaniczne – Różowy Pieprz i Bez o zapachu różowego pieprzu, bzu i drzewa sandałowego / Kopalnia-Zdrowia.pl
CRYSTALLOVE Spinka z Kamieniem Księżycowym / Pakamera
Kurtka z kapturem w stylu lat dziewięćdziesiątych / Promod
Przyszło mi to pytanie do głowy w trakcie mojej ostatniej twórczej niemocy. W tym urlopowo-pourlopowym niebycie, kiedy człowiek nie może się odnaleźć w rzeczywistości. Zwłaszcza taki człowiek, który pracuje twórczo, a do tego jeszcze – w domu.
Na co mi więc ten blog? Skoro wielką blogerką już nie będę, a i muszę przyznać, że być nie chcę. Za mało życzliwości w tym dużym internecie… A i siły przebicia nie mam wystarczającej. I po prostu – potrzeby też brak. Ostatnio ktoś też pytał, czy zarabiam na blogu. Cóż, tak bezpośrednio to już od dłuższego czasu nie. Jedynie drobniejsze, sporadyczne akcje. Tutaj też, można powiedzieć – wyrosłam z potrzeby tworzenia treści jedynie w celach promocyjnych. Z resztą, ten cały influencerski świat tak się powiększył, że moja Lili nie bywa wystarczająco atrakcyjna. Sama też przestałam poszukiwać tego typu kooperacji, choć nie zamykam się na nie zupełnie. Jeśli coś jest warte pokazania, z pewnością chętnie to pokażę.
Nie da się też ukryć, że blogi powoli odchodzą w niepamięć. Że świat żyje teraz social mediami. I żeby porządnie funkcjonować, musiałabym w nich być. Ale tak wiecie – BYĆ. Intensywnie być. Mówić codziennie do Was na Instastory. Wiadomo. Tylko, że to też nie jest moja bajka. Lubię tworzyć treści, ale lubię też chować się w mojej anonimowości i tylko podglądać innych, jakże zdolnych często twórców.
Zastanawiałam się więc, co robić z tą moją Lili. Czy by gdzieś nie skręcić, nie zrobić rewolucji, nie przeobrazić się…
I już wiem co zrobić! Bo przecież wiem, na co mi ten blog! Wszystko zatem zostaje dokładnie tak, jak jest!
Czemu? Bo ta moja Lili, to taki jakby dom. Internetowy dom. Moje miejsce przytulne, w którym się dobrze czuję i które po prostu kocham. I wcale nie chce, aby stała się większa i mniej moja. Ma być taka, jak jest. Pokazywać to, co akurat siedzi mi w głowie, w sercu i gra w duszy.
Są więc trzy najważniejsze kwestie w całej odpowiedzi na to trudne pytanie – na co mi ten blog:
Motywacja – nic nigdy tak bardzo nie motywowało mnie do rozwoju, jak właśnie ten blog! To dzięki niemu nie spoczywam na laurach i tworzę. Nic też tak nie sprzyja rozwojowi, jak możliwość pokazywania nieco szerszemu gronu odbiorców coraz to kolejnych etapów rozwoju. Moich małych osiągnięć, moich kreatywnych twórczych efektów rozlicznych kombinowań i starań. Moich fotografii i grafik. Nic też tak nie uczy i nie utrwala wiedzy, jak przekazywanie jej innym. Uczę się więc dużo o tematach, które mnie najbardziej interesują. O naturalnej pielęgnacji, o aromaterapii, o designie itp. I to wszystko dzięki Lili!
Zachwyty – jako osoba, która co chwilę wpada w jakieś tam kolejne zachwyty i za nic nie potrafi zatrzymać ich dla siebie (toż byłoby to zwyczajne marnotrawstwo!), muszę mieć miejsce, które pozwala mi się nimi dzielić. Inaczej moi bliscy doprawdy nie mieliby lekko… Nie tłamszę ich więc w sobie, nie składuję na półeczkach w głowie, nie zatrzymuję na później, na nie wiadomo kiedy, tylko pozwalam im żyć. Lecieć, krążyć, przekazywać swoją energię dalej. Po prostu – uwielbiam się dzielić moimi odkryciami!
Zarobki – pisałam wyżej, że już praktycznie nie zarabiam stricte na blogu. Jest to jednak moje najważniejsze źródło zarobków na własnej działalności. W jaki sposób? To dzięki Lili, co pisałam Wam już niejednokrotnie, trafiają do mnie moi klienci. Wszystko, czym się teraz zajmuję, ma swoje źródło właśnie tutaj. A czym się zajmuję ostatnio? W tym tygodniu zrobiłam sesję produktową kreatywną dla jednej z bardziej już znanych marek kosmetyków naturalnych, stworzyłam nowy wzór i etykietki na nowości kolejnej marki, przygotowywałam content wizualny na Instagram jeszcze innej, młodziutkiej, ale pełnej energii marki. Jestem też w trakcie tworzenia kolejnych identyfikacji wizualnych, przygotowuję coraz to nowsze oferty na warsztaty kosmetyków naturalnych i słodyczy kosmetycznych (choć ta część mojej działalności w tych trudnych czasach pandemii ma się bardzo źle…). Dzieje się jednak na szczęście sporo. A to wszystko, naprawdę wszystko, dzięki Lili.
Sami więc rozumiecie – Lili musi pozostać taka jak jest. Moja. Spokojna, kolorowa, pełna inspiracji i moich odkryć, efektów moich twórczych eksperymentów i ciągłego głodu wiedzy. Musi też trwać, aby moja mała mała firma, moja jednoosobowa działalność miała rację bytu. Aby mogli mnie znajdywać ludzie, którzy czują podobnie.
Niemoc twórcza mnie dopadła…. Okrutna…. Cały zeszły tydzień nic mi nie szło, choć pójść powinno sporo…
I tutaj pustki, choć obiecałam sobie po urlopie przysiąść i pokazać Wam trochę pięknych rzeczy i inspiracji.
Zaczynam więc łagodnie. Och, jakże łagodnie. Zaczynam małym wspomnieniem z wakacji. Naszych niezwykle dziwnych wakacji z przełomu sierpnia i września. Dziwnych, bo w dziwnych czasach. Przesyconych obawą, ale mimo to pięknych i dobrych.
Zostawiam Was z taką pocztówką z Chorwacji końca lata. Choć dobrze wiem, że być może sporo z Was także odwiedziło Chorwację w tym roku. Polakami ponoć stała! I trudno się dziwić – pięknie i pusto, spokojnie i naprawdę bezpiecznie.
Byłam tam pierwszy raz i wiem już na pewno, że kiedyś wrócę. Kiedy już będzie normalniej.
Mam coś dla tych wszystkich, którym nie dane było w tym roku dotrzeć nad morze! A jeśli spędziliście cudownie czas na którejś z plaż, to mam też sposób, jak to morze zaprosić do własnej łazienki!
Dzisiaj chciałabym bowiem zaprezentować Wam nową serię produktów Rosa. Panna Poranna – Morskie Historię! Serię, która została opatrzona w moją grafikę – począwszy od identyfikacji marki, a skończywszy na tym, co tak pięknie wygląda w łazienkach – na etykietkach!
Więcej moich prac, a także pozostałe grafiki dla Rosy znajdziecie w moim portfolio:
Przyznam, że te morskie etykietki najbardziej przypadły mi do serca! Znajdziecie na nich rośliny i żyjątka morskie wyciągnięte wprost z dawnych rycin. No, uwielbiam je! Choć nie wiem, czy tak można uwielbiać własne pomysły 😀
Dobra, tymczasem wracamy nad nasze niezwykłe morze!
W serii docelowo będą 4 produkty, na jeden więc musimy jeszcze chwilę zaczekać. Myślę, że bardzo Wam się spodoba – wiem co to będzie, bo grafikę już ma. Pozostawię Was jednak w niepewności!
Dostępne na stronie Rosy są już – olej algowy czyli macerat spiruliny w oleju słonecznikowym, czystą spirulinę i to, co pokochałam od pierwszego spojrzenia – peeling bursztynowy! Bursztyny! Prawdziwy pyłek z bursztynów z naszego morza. No, jakby złoto zamknięte w małym słoiczku!
Zacytuję Wam na początek kilka słów o samych produktach, które pochodzą ze strony Rosy.
Peeling bursztynowy pochodzi z bursztynów z Morza Bałtyckiego wyłowionych na polskich plażach. Jest niezwykle luksusowym surowcem. Nazywany złotem Bałtyku ma wiele dobroczynnych właściwości na ciało i duszę. Litoterapeuci uważają, że bursztyn ma działanie uspokajające i dodające twórczej energii. W kosmetyce naturalnej pomaga w regeneracji naskórka, dodaje energii, poprawia koloryt oraz zdolności immunologiczne, ukrwienie i dotlenienie skóry.
Spirulina Platensis to szmaragdowozielona mikroalga, posiadająca wspaniałe właściwości. Jest najbardziej niezwykłą rośliną odżywczą, jaka została odkryta przez człowieka. Bogata w wiele cennych składników była ceniona już przez Rzymian. Obecnie nazywana jest „mlekiem Matki Ziemi” ze względu na bardzo duże stężenie kwasu gamma-linolenowego (GLA).
Jest także bogatym źródłem protein, witamin z grupy B oraz witamin, A, E, aminokwasów, kwasów tłuszczowych: kwas gamma-linolenowy (GLA), minerałów (potas, wapń, magnez, cynk, selen, fosfor), kompleksów cukrowych i enzymów.
Spirulina ma właściwości regeneracyjne, nawilżające, wzmacniające naczynia krwionośne i zmniejszające rumień, łagodzące stany zapalne, poprawiające koloryt skóry, wspomagające gojenie.
Olej algowy powstaje poprzez macerowanie alg spirulina platensis w tłoczonym na zimno delikatnym oleju z nasion słonecznika. Algi są bardzo dobrym surowcem do modelowanie sylwetki. Rozbiją tkankę tłuszczową, poprawiają krążenie krwi i limfy. Działają napinająco i ujędrniająco na naskórek. Mają działanie przeciwzmarszczkowe i odżywcze. Olej algowy stosuje się do masażu skóry mało elastycznej, z cellulitem, słabo nawilżonej.
Kochani, z tych właśnie trzech cudownych składników możemy sobie wyczarować prawdziwie luksusową morską pielęgnację!
Monika, twórczyni Rosy, motywuje nas do pewnej zabawy pielęgnacyjnej. Do tego, abyśmy same komponowały spoje kosmetyki i rytuały według aktualnych potrzeb i ochoty. Tak dobiera swoje produkty, żeby one mogły się wzajemnie uzupełniać. Siebie wzajemnie lub inne, tradycyjne kosmetyki! I tak pyłek bursztynowy możemy wymieszać z odrobiną oleju algowego, ale równie dobrze sprawdzi się, jeśli dodamy go do codziennej porcji żelu do mycia twarzy lub odżywczej maseczki. Spirulinę możemy mieszać doprawdy z mnóstwem rzeczy – z olejami, z jogurtem, z miodem, z glinkami czy właśnie także – z gotowymi maskami czy kremami, które posiadamy. Trzeba po prostu uruchomić wyobraźnię!
Ja sama proponuję Wam mój pomysł na morski zabieg odżywczy! Jest to autorski cudowny rytuał, który bardzo polecam! A do tego oczywiście – jakże prosty!
KROK I – złoty peeling bursztynowy! W zagłębieniu dłoni mieszamy mniej więcej płaską łyżeczkę bursztynowego pyłku i tyle samo oleju algowego. Powstaje coś wspaniałego! Bursztynowo pomarańczowa mikstura, jakby faktycznie płynne złoto, które niesie ze sobą echo morskich historii! Tęże miksturą masujemy oczyszczoną, wilgotną buzię przez dobrych kilka minut. Spokojnie, łagodnymi ruchami. Niech ten masaż przyniesie nam ukojenie, a bursztyn uruchomi swe bursztynowe moce! Całość można pozostawić na buzi na kolejne 3 minutki, a potem spłukujemy skórę chłodną wodą.
KROK II – potwór z morskich głębin! A dokładniej – zielona algowa maseczka! Postanowiłam połączyć czystą spirulinę z gotową morską maseczką – kolagenową maską Cafe Mimi z ekstraktami z alg – morszczynu i listownicy (dokładnie TĄ). Mieszam w dłoni płaską łyżeczkę spiruliny ze standardową ilością maski, aż powstaje zielona papka, którą rozsmarowuję na twarzy. Pozostawiam ją na 15-20 minut i zmywam. Spryskuję jeszcze twarz hydrolatem jabłkowym i nakładam krem lekko koloryzujący Cosnature (taki typu BB). I jest, oj jest, to uczucie „och-ach”, kiedy to nie możesz przestać dotykać skóry, taka jest miękka i przyjemna!
Jestem pewna, że w miarę poznawania produktów Rosy, sami odkryjecie swoje na nie sposoby. Stworzycie własne rytuały. Będzie odkrywać każdy z tych jakże prostych kosmetyków wciąż na nowo.
I to jest super!
Wszystkie produkty Rosy znajdziecie na stronie PannaPoranna.pl
Są takie książki i są takie filmy, które zostają w człowieku na dłużej. Nie ma ich za wiele, niestety, jeśli więc się na takie napotykamy, trzeba się nimi dzielić.
Dzielę się więc dzisiaj z Wami jedną taką książką i jednym takim filmem. Być może ktoś uzna je za „babskie”, ale wiem dobrze, że mogą spodobać się wszystkim. Jedno jest pewne – są idealne na te cudne letnie wieczory, kiedy namiętności i emocje odczuwa się jakby bardziej, kiedy zmysły są wyostrzone i całym sobą chcemy chłonąć to, co świat przynosi dobrego.
Sierpień
Julia Rozumek
Być może znacie blog Julii (JuliaRozumek.pl), być może zaglądacie tam co jakiś czas, tak jak ja, żeby nasycić oczy pięknymi zdjęciami i przemyślanymi tekstami. Ja sama śledzę ten blog od kiedy był jeszcze Szafą Tosi. Może nie regularnie, ale powracam tam co jakiś czas, kiedy nachodzi mnie potrzeba, albo ochota, kiedy jakaś ciekawa zajawka pojawi się w social mediach. Lubię, no lubię, bo jak tu nie lubić?
Sierpień jest pierwszą książką Julii, która postanowiłam sobie sprawić. Przekonały mnie opisy i opinie innych, które sobie przed zakupem poczytałam. Choć w zasadzie… od razu wiedziałam, że będzie to udany zakup. Czasem tak po prostu – ma się przeczucie.
Sierpień jest dobrą książką. W sensie…. jest książką dobrą w ogólnie znanym tego słowa znaczeniu, oj jest. Chodzi mi tu jednak o to, że ona niesie ze sobą dobro. Jest książką, którą specjalnie się przerywa w trakcie czytania, żeby za szybko nie skończyć, żeby przytulić ją do siebie i na spokojnie przemyśleć to, co się właśnie przeczytało. Jest książką, którą się człowiek delektuje. Jest mądrą książką. Aż zastanawia, skąd w tak młodej osobie tyle mądrości, która zdawałaby się wpisywać w dojrzałe życie.
Jest też książką, która uświadamia ci, że szczęście wcale nie jest daleko, Że nie trzeba go szukać nie wiadomo gdzie. Że ono jest tuż obok. Trzeba je tylko zauważyć. Zatrzymać się i zauważyć. A potem – docenić.
O czym jest Sierpień? To historia mieszkańców małe wsi, polskiej wsi początku lat 70-tych. To historia rodziny – rodziców i pary nastolatków u progu dorosłego życia i ich przyjaciół. To historia pewnego sierpnia, dzień po dniu, upalnego sierpnia, pachnącego zrywanymi z drzewa jabłkami i pierogami z borówkami (czy tam jagodami, jak niektórzy wolą:)). Wierzcie mi lub nie, ale ten upał i te zapachy i te smaki nawet wydobywają się z tych prostych kartek. Czuć je tak intensywnie!
Każdy dzień tego szczególnego sierpnia to osobny obrazek. Wszystkie jednak tworzą całość. Splatają się w niej historie i tych młodych ludzi i tych starszych, i bliskich sąsiadów i tych dalszych, zza góry, ze Śląska. W każdej z tych historii, w każdym z tych obrazów pobrzmiewa jakaś prawda o życiu. Jakiś morał, który zgrabnie wydobywa się z tych miniatur.
Jest tam też miłość. Ta pierwsza miłość, zaklęta w prawie niewidoczne gesty, spojrzenia i dotyk. Tak piękne!
I jest też zabawnie. Bywa wesoło i ciepło. Ale też bywa tak smutno, że sama zapłakałam. I to też jest piękne.
Przeczytajcie Sierpień. Teraz w sierpniu, bo to idealna wakacyjna lektura. A potem jeszcze raz. Kiedy będzie już szaro, smutno i zimowo. Aby znowu znaleźć się w środku lata, znowu poczuć w sercu ten upał i dobro.
Na koniec muszę jeszcze zwrócić Waszą uwagę na jedna niezwykle ważną rzecz. Spójrzcie, jak Sierpień jest cudownie wydany! Jakby żywcem był wyjęty z tamtych dawnych już czasów! Mamy twardą, płócienną okładkę, mamy prosty szkicowany snopek zboża i mamy jeszcze coś zwyczajnie cudnego – wstążkę, która rozwiązuje odwieczny problem zakładek! No czad!
Książkę znajdziecie w sklepie blogowym Julii – TUTAJ.
Pokuta
Atonement, reż. Joe Wright
Jakże rzadko używa się teraz słowa melodramat. Jakże bowiem rzadko to słowo pasuje, do opisywanego nim obrazu. Tym właśnie słowem określono „Pokutę” i co jak co – ale tutaj pasuje ono idealnie. Ale nie bójcie się tego słowa. Wiem, że wiele z Was z góry przekreśla ten typ filmów. Obejrzyjcie Pokutę choćby dlatego, że jest to po prostu świetny film!
Na Pokutę natknęłam się niedawno na Netflixie. A musicie wiedzieć, że jeżeli uda mi się znaleźć brytyjskie kino, jeżeli mamy na początek jedną z tych starych angielskich posiadłości, jeżeli akcja toczy się dawno temu, to ja taki film od razu włączam. Uwielbiam brytyjskie kino i brytyjskich aktorów, A ten obraz tylko mnie w mym uwielbieniu utrwalił.
Zacytuję najpierw za Wikipedią, abyście mieli szersze rozeznanie – brytyjsko-francuski film z 2007 roku w reżyserii Joe Wrighta. Melodramat na podstawie książki Ian McEwana pod tym samym tytułem. Zwycięzca Złotych Globów 2007 za najlepszy film dramatyczny oraz zdobywca nagrody BAFTA w kategorii najlepszy film, a także Oscara za najlepszą muzykę Dario Marianelliego.
Nie czytałam książki. Być może także jest dobra. Ale gdybym ją przeczytała, nie zaskoczyłby mnie tak bardzo sam film. A zwłaszcza jego zakończenie. Bo to film z gatunku tych z całkowicie zaskakującym zakończeniem. Takim, które pozostawia cię z tą dziwną miną mówiącą – ale jak to?
Choć w sumie cała historia wprawia w ten właśnie stan „ale-jak-to-?”. A przy tym porywa za serce. Dosłownie. A potem się płacze. Lubicie płakać po filmach? Czasem dobrze sobie tak zwyczajnie popłakać.
Mamy więc angielski dworek. Mamy wojnę i Dunkierkę. Mamy Keire Knightely, która idealnie się w te klimaty wpasowuje. Mamy młodziutką Saoirse Ronan, której bohaterka tak bardzo zmieni życie dwojga młodych ludzi. Mamy też w końcu Jamesa McAvoy, którego jakoś specjalnie wcześniej nie znałam, ale którego postać, w tak dziwny sposób wplątana w historię, pozostaje w sercu.
Nie będę Wam więcej pisać o samym filmie, o jego fabule, żeby nie niszczyć Wam przyjemności z oglądania. Napiszę jeszcze tylko wszystkim romantyczkom – obejrzyjcie koniecznie!