A dokładniej kod rabatowy do sklepu Edinos.pl o wartości 50 zł – edinos50
Bon jest będzie ważny dla pierwszych 20 osób – warto się więc spieszyć! Po wpisaniu kodu na stronie: https://www.edinos.pl/rabat kwota zakupów zostanie automatycznie pomniejszona o 50 zł. Minimalna wartość zamówienia 499 zł.
Dobra, idziemy dalej!
Szykuje się nam mały remont… Długo by opowiadać, napiszę tylko, że mamy sporo wilgoci w ścianie i trzeba ją będzie od nowa choćby malować. A ja, jak to ja, już się zastanawiam na jaki kolor!
I tak natknęłam się znowuż na ściany malowane „po swojemu”. Już kiedyś pokazywałam Wam podobne inspiracje, ale ta poniżej, muszę przyznać, skradła moje serce i poważnie rozważam taki zabieg i u nas w domu!
Wiem, że jesień pokazuje nam swe najpiękniejsze oblicze… W moim sercu jednak wciąż tkwi mocno zakorzeniona nostalgia za latem. I doprawdy wciąż nie mogę się odnaleźć w jesieni…
Podsyłam Wam więc kolejną małą dawkę letnich pastelowych obrazków.
Rozmarzmy się wszyscy!
Przenieśmy się na maleńką, króciutką sekundkę do innego świata.
Zmiany! Malutkie, ale jednak – zmiany. Piszę ten tekst zerkając co chwila ku mojej prawej stronie i cieszę się bardzo!
Oj, już dłuższy czas siedziała mi w głowie ta tzw. gallery wall, czy seria obrazków, które wypełniłyby nazbyt białą ścianę. Coraz bardziej też odczuwam w sobie potrzebę koloru. Serce moje zdobywają kolorowe, puchate poduchy na kanapę. Dobrze, aby miały do czego pasować…
I tak z wybawieniem przyszła mi marka Gallerix! Kiedy tylko dostałam propozycję współpracy i wypełnienia mojej białej ściany plakatami marki, niemal od razu zabrałam się za poszukiwanie tych najlepszych.
Nie było to łatwe, bo jest ich tam cała masa naprawdę pięknych. Aby sobie dopomóc, określiłam kilka kryteriów poszukiwań:
kolorystyka – od razu wiedziałam, że musi nawiązywać do delikatnych beży z odrobiną różu, chciałam jednak dodać także kolory i akcenty morskie
tematyka – zależało mi na tym, aby moje plakaty miały kojący, ciepły, lekko magiczny wydźwięk, aby było morze od góry i trochę elementów graficznych
wielkości – tuż przy mojej gallery wall znajduje się duży obraz, postanowiłam więc postawić na dwie mniejsze wielkości plakatów – 21×30 cm i 30×40 cm
koniecznie chciałam, aby choć jeden plakat miał poziome ustawienie
Tak sobie plakaty czekały na powieszenie…
I w końcu na ścianie!
Na początku kopiowałam wszystkie plakaty, które mi choć troszkę się wpasowały w odrębny folder na komputerze. Dzięki temu miałam wszystkie ułożone obok siebie i znacznie łatwiej szło mi odnajdywanie tej mojej wymarzonej harmonii. Potem dałam sobie trochę czasu i po kolei kasowałam poszczególne obrazki, które nie przetrwały próby. I tak ostatecznie została ich szóstka!
Zamówiłam także ramki ze strony Gallerix i je także muszę Wam polecić. Są bowiem leciutkie! A to dlatego, że nie mają prawdziwej szklanej szybki tylko tzw. szkło akrylowe czyli lekkie pleksi, które sprawia, że cały plakat łatwo powiesić, a przy tym pięknie wygląda. Różnica jest spora – jedna z tych ramek, które widzicie jest moja, wyciągnięta z szafy i ma prawdziwe szkło. Jest sporo cięższa i o wiele trudniej się ją obsługuje.
W końcu doczekałam się mojej plakatowej przesyłki. Chwilkę szła, bo plakaty zostały drukowane na moje zamówienie w Szwecji. Ale najważniejsze, że wszystko doszło i wszystko było dokładnie takie, jak miało być. Pozostało mi więc rozrysowanie planu rozmieszczenia plakatów, który podesłałam mojemu drogiemu mężowi. Ten zaopatrzył nas w specjalne rzepy do montowania obrazków bez wiercenia, pożyczył od teścia wielką poziomicę i zabrał się za montowanie.
Tak i mam w końcu moją gallery wall. I jest tak kojąca i magiczna, jak miała być! Może to za sprawą jednorożca… 🙂
I jeszcze coś! Coś miłego! Mam dla Was KOD RABATOWY na 30% zniżki na całą kolekcję plakatów Gallerix – lilinatura30. Korzystajcie i cieszcie się nowa odsłoną pustych dotąd ścian!
Ten post wiszę Wam od wiosny 🙂 A dokładniej, to planowałam go jeszcze przed porodem. Na bieżąco wrzucałam coś niecoś na Instagram, ale to stanowczo nie wyczerpuje tematu. Nadrabiam więc teraz i podrzucam Wam kilka kosmetycznych perełek, nowości czasu wiosennego, które szczególnie przypadły mi do serca!
Tak naprawdę tych perełek, które odkryłam ostatnimi czasy jest więcej, przewijały się one na szczęście przez Lili. Mam tu na myśli chociażby całą masę naturalnych kosmetyków z Rosa. Panna Poranna, które widzieliście na zdjęciach kilka wpisów temu. Wszystkie nowości Sylveco zasługują na uwagę (wkrótce pokażę Wam tu kolejne)! Nie zapomnijcie też o kosmetykach prosto z Chorwacji, które też niedawno gościły na blogu. Jest tego sporo.
Te tutaj to taki mały miks produktów, które zasługują na specjalne pokazanie.
Słowem wstępu napomknę o hydrolatach Rosa. Panna Poranna. Wiecie, że je uwielbiam, a i są szczególnie bliskie mojemu sercu, bo tworzyłam Rosie całą grafikę. Zachwycam się nimi wciąż – czy to w gorące letnie dni, kiedy są wybawieniem dla skóry w postaci mgiełki, czy o każdej innej porze roku, kiedy służą mi za cudownie pachnące toniki lub po prostu odświeżają cerę w ciągu dnia.
I choć hydrolatów tych nie zaliczam do mojego wiosennego wpisu, muszę Wam o nich przypomnieć!
Wszystkim, którzy sentymentalnie tęsknią już za latem, bardzo polecam mocno kwiatową piwonię.
A tym, którzy jesień kochają całym sercem, najbardziej polecam hydrolat dyniowy! Choć i śliwka i gruszka są boskie. Ale ta dynia…. Mmmmm…
Ależ ananasowe miałam lato! I ananasowo mi do teraz! Tak bardzo bowiem spodobała mi się seria marki Bielenda – Eco Sorbet.
Znajdziemy w niej kosmetyki brzoskwiniowe, malinowe i ananasowe właśnie. Mi najbardziej przypadły do gustu serum i kremik. I kończę już któreś z rzędu opakowania i wciąż jestem bardzo zadowolona. Raz, że kosmetyki mają w sobie taką dobrą, letnią energię, dwa – faktycznie świetnie działają. Trzymają w ryzach moją problematyczną skórę, wyciszają, doskonale koją, przyjemnie rozświetlają. Serum – booster stosuję po oczyszczeniu i tonizowaniu skóry na noc, krem i wieczorem i rano. Ma on w sobie bardzo delikatne rozświetlające drobinki, fajnie więc działa na dzień. W składzie znajdziemy sok z ananasa, kwasy AHA i witaminę C, które razem nawilżają, wyrównują koloryt, rozjaśniają przebarwienia i zapobiegają niedoskonałościom. Zostaję przy ananasie na dłużej!
Kosmetyki znajdziecie w drogeriach.
A to dwie perełki marki Orientana. Uwielbiam obie! To dwa boostery – rozświetlający i regenerujący z grzybkami reishi. Brzmi tajemniczo? Trochę tak!
Ja te grzybki poznałam już jakiś czas temu – stosowałam kremy z tej serii i bardzo je sobie chwaliłam. Grzyby mają działanie przeciwstarzeniowe, antyoksydacyjne, nawilżające i rozjaśniające przebarwienia. Całkiem niedawno do rodzinki dołączyły te dwa skoncentrowane produkty, które ją doskonale uzupełniają.
Moim zdecydowanym faworytem jest booster rozświetlający na dzień z rzeczonymi grzybkami i różeńcem górskim. Jest leciuteńkie i niemal magiczne, bo daje efekt natychmiastowego rozświetlenia. Zawdzięcza to zawartości takich maciupeńkich drobinek, prawie niewidocznych, które rozsmarowane na buzi wyglądają bardzo naturalnie. Kosmetyk świetnie sprawdzał mi się latem, jako leciutki krem pod równie leciutki makijaż mineralny. Odrobina tego rozświetlenia, kilka maźnięć pędzelkiem z mineralnym podkładem i całość wyglądała bardzo fajnie.
Polecam też booster regenerujący, który widocznie poprawia jakość skóry – mam wrażenie, że dzięki niemu jest faktycznie ładnie naprężona. Latem stosowałam go samodzielnie – wymiennie z moimi ananasowymi kosmetykami. Jesienią sprawdza się jako serum pod krem. Lekki, ale czuć, że ma moc.
I ponownie Orientana, ale muszę wspomnieć jeszcze o jej maseczkach glinkowych w takich nowych praktycznych opakowaniach! Są to papierowe ekologiczne saszetki idealne na jeden raz. Myślę, że warto to tu zaznaczyć.
Uwielbiam te maski – dzięki zawartości glinki mocno oczyszczają, a dodatki odpowiednio pielęgnują buzię. I jak one pachną! Intensywnie, egzotycznie, uzależniająco.
Mamy trzy rodzaje masek – migdał i szafran (chyba najlepsza, mocno odżywcza), miodla i drzewo herbaciane (cudna do cery problematycznej, przeciwzapalna) oraz imbir i trawa cytrynowa (także świetna na stany zapalne, wzmagająca regenerację i odświeżająca). Do wyboru do koloru. Myślę, że to ten typ kosmetyków, które warto zawsze gdzieś w szufladzie trzymać i sięgać po nie w razie ochoty lub potrzeby – mogą sprawdzić się bardzo dobrze, jako kosmetyki S.O.S.
Zdjęcie z dzidziusiem w tle 🙂 Ale jego głównym bohaterem jest całkiem jeszcze nowy płyn micelarny marki Make Me Bio.
Jest to kosmetyk z rodzaju tych po prostu bardzo przyzwoitych – spełnia doskonale swoją funkcję, ma krótki, prosty i jasny skład, jest naturalny, łagodny, ale skuteczny. Do tego opatrzony w również dosyć jeszcze nową szatę graficzną, całkiem miłą dla oka. Zarzucić mu jedynie mogę brak różanego zapachu, bo przyznam, że na niego liczyłam.
Polecam go bardzo wszystkim zwolennikom prostoty, naturalności i funkcjonalności.
Już dłuższy czas temu miałam Wam też donieść o nowościach Oleiq. Już nawet nie pamiętam, kiedy mi się one skończyły. Ale wspomnieć warto, bo to niby proste, a jakże cenne produkty.
Mamy więc olejek z opuncji figowej, który znam z nieco innego wydania od dawna oraz coś zaskakującego – hydrolat z tejże opuncji. Oba zamknięte w charakterystyczne dla marki opakowania w dawnym farmaceutycznym duchu, które osobiście bardzo lubię.
Olejek jest niezwykle cennym specyfikiem o wysokiej sile odmładzającej. „Wykazuje silne działanie antyoksydacyjne, przez co uodparnia skórę na działanie czynników zewnętrznych. Stosowany regularnie wygładza i uelastycznia, poprawia napięcie i koloryt skóry.” Idealnie nadaje się sam w sobie jako olejkowe serum – 2-3 kropelki pod krem. Ja najchętniej łączę jedną – dwie kropelki z wieczorną porcją kremu i taką mieszaninę nakładam na twarz. Mam wrażenie, że w ten sposób najlepiej się wchłania. Można też dodawać go do maseczek – na przykład tych glinkowych z Orientany, aby nie zaschnęły nam na twarzy za szybko.
Niespodzianką był jednak opuncjowy hydrolat. Niestety nie pachnie on jakoś szczególnie ciekawie czy kusząco. Raczej prosto, ziołowo. Polubiła go za to moja skóra, dla której stanowi odświeżający tonik o działaniu przeciwstarzeniowym. Warto dodać go do codziennej pielęgnacji.
Na koniec – marka Duetus i coś szalenie praktycznego – Żel pod prysznic i szampon 2w1!
Po pierwsze – marka ma charakter uniwersalny – jej produkty przeznaczone są do pielęgnacji skóry zarówno pań, jak i panów, co samo w sobie jest niezwykle właśnie praktyczne. Po drugie – mamy tutaj solidną pojemność 500 ml i pompkę, dzięki czemu żel nie kończy się nam za chwilę i bardzo łatwo go stosować pod prysznicem. Po trzecie – jest zwyczajnie ładny! Czarna butelka z charakterystyczną etykietą stanowiącą połączenie intensywnego seledynu z czarnym alchemicznym obrazkiem. Bardzo mi się to podoba.
Ale najważniejsze jest to, że sam żel jest naprawdę świetny. Myje ciało, myje włosy (choć tu przyznam, że z tej możliwości rzadko korzystam), ładnie pachnie, ma dobry skład, nie podrażnia, nie pozostawia uczucia napiętej, szorstkiej skóry, jest delikatny, ale i on ma wyczuwalna moc.
Hej, hej! To my! Przesyłamy Wam całą masę dobrych myśli z naszej krainy snów i baśni, którą zwiedzamy wspólnie z wielką ciekawością. A potem budzimy się razem, z tą moją małą Lilcią (i z psiną zazwyczaj też), i to są najcudowniejsze momenty. Momenty szerokich uśmiechów, drobnych całusków, psich i mamusiowych, przytulasków i gilgotek. Uwielbiam te nasze poranki. A jak jeszcze wskoczy do nas moja starsza, Róża, to już w ogóle – odpływam!
A żeby nie było za normalnie, żeby jesień była magiczna, a nie ponura, załączam Wam kilka takich właśnie magicznych i pięknych inspiracji wyszukanych w necie. Zapraszam więc na kolejne IN LOVE.
A potem… na równie magiczne i nieco szalone moje ostatnie projekty dla marki o!figa. Ja wprawdzie nadal pracuję w mocno ograniczonym zakresie, ale dla stałych klientów jestem zawsze dostępna 🙂
Będzie więc kolorowo!
Oj, zauroczył mnie ten przepiękny, delikatny, bardzo kobiecy zestaw grafik Anity Tomali. Dla tych, którzy sami nie lubią dobierać obrazków na ścianę albo tak jak ja – są zwyczajnie zauroczeni. Zestaw znalazłam na Pakamerze.
Tam też, na Pakamerze, odkryłam nową markę niezwykłych świec. Nie wiem jeszcze niestety jak pachną, ale całkowicie kupiły mnie słoiczki, pokrywki z żywicy, niezwykłe etykiety i… kształty. Sprawdźcie koniecznie sami – Melt me tender.
Czyż nie jest to pościel idealna do przenoszenia się do naszej krainy snów i baśni? A może po prostu – wgłąb sennej dżungli? Piękna pościel Dżungla z White Pocket.
Ta urocza filiżanka i równie uroczy talerzyk to fragment wyjątkowej kolekcji porcelany stworzonej wspólnie z Manufakturą Majolika Nieborów z okazji 20. urodzin magazynu Weranda. Jest to autorska, limitowana kolekcja składająca się z takich pięknych sztuk w trzech kolorach. Więcej na stronie Werandy!
Jedna z najpiękniejszych tapet, jakie widziałam! Piękna, subtelna, idealna dla małej dziewczynki. Tapeta Birds in The Night Sky z najnowszej kolekcji Dekornik.
Czadowa ta maska 🙂 Powiesiłabym! Dekoracja ścienna z Jotex.
I równie czadowy fotel 🙂 Siedziałabym! Aż z Anthropologie.
Pasieki Rodziny Sadowskich co rusz zachwycają coraz to ciekawszymi nowościami. Dopiero co pokazywałam Wam kosmetyki z miodem, a tu już kolejna niezwykła nowość. Seria trzech miodów – z wiśnią, z pigwą i z jabłkiem i cynamonem, z cudownymi etykietkami, które zdobią ilustracje szalenie zdolnych ilustratorek. Mnie najbardziej kusi ten miodek z wiśnią! / Pasieki Rodziny Sadowskich
A jak już jesteśmy w temacie rzeczy czadowych i szalonych, to spójrzcie na ten zestaw trzech dywaników KARISMATISK z Ikea! Świetne są!
I na koniec piękne zasłony, które o-jakże-by-mi-pasowały do salonu! A dokładniej – komplet zasłon welurowych przedstawiający krajobraz rysowany ołówkiem stylu vintage. Od SOWE z Pakamery!
Dobra, to teraz kilka ostatnich projektów dla marki o!figa.
Te najnowsze dopiero czekają na premierę, więc to następnym razem. Tymczasem podsyłam cztery produkty, czyli etykietki, wzory i kolaże produktowe. Jak zawsze 🙂