Puszyste pizzetki z kolorowymi pomidorami, miodową cebulką i serem feta

Udało mi się pierwszy raz w życiu dostać zielone pomidory. I to gdzie? W małym dzielnicowym sklepiku tuż koło naszego bloku. Człowiek nawet sobie sprawy nie zdaje jakie to bogactwo czyha w takich sklepikach. Przestawiam się więc i wspieram lokalną przedsiębiorczość. W podziękowaniu za pomidory!
Od zawsze lubiłam ciasto drożdżowe. Bardziej w tej wytrawnej wersji, a najbardziej – jako pierożki wigilijne z grzybami i kapustą. A pizza… Tak, wiem, że ta prawdziwa powinna mieć cieniuteńkie ciasto. Osobiście uwielbiam jednak puszyste, świeżutkie, miękkie spody. Właśnie takie odpowiednio równoważą smakowity wierzch. 
Dzisiaj więc polecam Wam i pomidory i puszyste ciasto drożdżowe. Zrobimy bowiem przepyszne pizzetki z kolorowymi pomidorami, miodową cebulką i serem feta.
Jak to w przypadku ciasta drożdżowego, najpierw musimy przygotować zaczyn. Dbamy więc o to, żeby w kuchni nie było żadnych przeciągów, zapewniamy też pokojową temperaturę składnikom. Mleko może być delikatnie ciepłe. W miseczce mieszamy składniki, rozpuszczamy drożdże i dodajemy tyle mąki, aby całość miała konsystencję śmietany. Miseczkę odkładamy w spokojne, ciepłe miejsce, przykrytą czystą ściereczką. Kiedy zaczyn podwoi objętość, jest gotowy!
Przelewamy go do dużej miski. Dodajemy jajko, które postało chwilę w pokojowej temperaturze. Ciasto drożdżowe nie lubi zimna. Dosypujemy sól i powoli dokładamy mąkę, cały czas wyrabiając ciasto. Kiedy ma już postać bryły, ale bardzo jeszcze się klejącej, dolewamy masełko i dalej wyrabiamy, oprószając co nieco mąką. Jak już stanie się elastyczną, piękną kulą, odstawiamy je w misce w ciepłe miejsce, ponownie zakrywamy ściereczką i znowuż czekamy aż urośnie drugie tyle.
W tym czasie przygotowujemy składniki na wierzch:
  • 3 zielone pomidory
  • 3 czerwone pomidory
  • pół słoiczka czerwonego pesto
  • 1 cebulę
  • łyżkę masła
  • łyżkę miodu
  • pół opakowania sera typu feta
  • sól, pieprz, czarnuszkę, oregano
Pomidory myjemy i kroimy na plasterki. Cebulę w krążki. Podsmażamy ją delikatnie, aż zmięknie na maśle i miodzie.
Gotowe ciasto przekładamy na oprószoną mąką stolnicę. Dzielimy na 4 części, z których formujemy spody do pizzetek. Przekładamy je na wyłożone papierem do pieczenia blachy i po kolei układamy składniki. Całość wkładamy do piekarnika na 180 stopni, na około 25 minut, aż ciasto urośnie i się lekko zarumieni.

Smacznego!

Nadchodzące warsztaty: Kraków i Wrocław

Mały post ogłoszeniowo-zaproszeniowy!

O tych krakowskich już pisałam, ale na wszelki wypadek przypominam  🙂

20.10.2013

W świecie zapachów – warsztat kosmetyki naturalnej i aromaterapii

Będzie pachniało! Oj, jak będzie pachniało! Podczas warsztatu rozpoczniemy aromatyczno-kosmetyczną przygodę. Odkryjemy aromaterapię i jej wpływ na nasze ciało. Nauczymy się łączyć zapachy tak, aby pomagały nam w codziennych troskach i zmaganiach. Stworzymy własne, indywidualne aromaty. A zatopimy je w:
  • mini-olejku ratunkowym na konkretne dolegliwości
  • odżywczej babeczce-masełku do ciała
  • roll-onie zapachowym z koralikami – osobistych perfumach do każdej torebki

Szczegół TUTAJ!

26.10.2013

Egzotyczne SPA

Warsztat przeniesie uczestników do odległych, egzotycznych krain. Przywiedzie na myśl bezkresne plaże i błękitne morza oraz szczyptę relaksu wśród palm. Uczestnicy nauczą się wykonywać kosmetyki pielęgnacyjne i tworzyć niezwykłe rytuały oparte na zamorskich przyprawach i produktach spożywczych. Umiejętności będą mogli wykorzystać do stworzenia magicznej atmosfery Dalekiego Wschodu we własnym domu. Uczestnicy dowiedzą się także, czym jest kosmetyka naturalna i jak wykorzystać produkty z własnej kuchni do zabiegów na ciało, poznają podstawowe wiadomości z zakresu aromaterapii i zielarstwa oraz konkretne przepisy na naturalne produkty.Wykonane zostaną:
  • Stymulujący peeling cytrusowy
  • Emulsja jogurtowa do ciał
  • Musujący kwiatowy puder do kąpieli
  • Odżywcza babeczka-masełko do ciała
Szczegóły TUTAJ!
Zapraszam!!

Masło kakaowe, pigwowiec i zeszłoroczne oczekiwanie

Rok temu jesień była zupełnie inna. Pełna napięcia, obaw i wyczekiwania.  Już od początku września żyło się jak na szpilkach, zerkając co rusz przez okno w kuchni, na ulicę, na podjazd nasz dzielnicowy, czy aby Stacho nie robi niespodzianki i nie wróci z tego Afganistanu wcześniej. Najgorsza była myśl, że tyle już za nami, a coś może wydarzyć się w te ostatnie dni. Ot, taka ironia losu. Pech po prostu. Bazę ostrzeliwali regularnie. A jak akurat ostrzelają startujący z Ghazni śmigłowiec? A jeśli zaatakują właśnie teraz, jeśli zbiorą się na odwagę i ruszą na bazę wszystkich baz w Bagram? A jeśli zestrzelą samolot do Kirgistanu. Albo co gorsza sam rozpadnie się gdzieś nad bezkresnymi górami. Nawet amerykańskim samolotom się to zdarza.. Bałam się.
Bałam się jaki będzie, czy się zmieni. Nie bałam się tak całe pół roku. Może też dlatego, że ukrywał przede mną fakt, że jeździ regularnie na patrole. Byłam pewna, że siedzi sobie grzecznie w dowództwie i rozmawia z Amerykanami przez radiostację. Zdradził się dopiero, kiedy zakończyli działania. Kiedy kolejna zmiana przyjechała i przejęła ich obowiązki. Jakoś pod koniec września. Dobrze? Do teraz nie wiem. Czy wolałabym wiedzieć, że jego wóz wyleciał na minie i leży w szpitalu z niegroźnymi ranami? Wolałabym.
Wczesną jesienią zaczęło się wielkie obmyślanie pierwszego po powrocie obiadu. Opcji było chyba kilkadziesiąt. Zmieniały się za każdym razem, kiedy odwiedzałam market. Kurki zamroziłam jak tylko je zobaczyłam i kupiłam. Na wszelki wypadek, bo potem może nie być. A co na śniadanie? A może coś jeszcze specjalnego, powitalnego. Zaczęło się przygotowywanie małej niespodzianki – różnych oryginalnych piw z lokalnych browarów. A od Róży wielka czekolada. Bo czekoladę lubi bardzo. 
Róża nie wiedziała co się kroi. Choć pewnie dziwiło ją to mamusiowe podekscytowanie. Mała była jeszcze,  nawet półtora roku nie miała. Mówiłam jej o tatusiu, którego już nie pamiętała. Pokazywałam filmiki, dwa razy nawet na skypie udało się połączenie złapać. Cóż to dla dziecka? Uśmiechała się do mnie jedynie. Pamiętam jak w soboty siadywałyśmy sobie wieczorkiem razem, ona z butlą mleka, ja przytulając jeszcze Misię i oglądałyśmy Mam Talent. Róża to uwielbiała, tańczyła i śpiewała, a potem biła brawo ze wszystkimi. Takie babskie posiadówy…
Zrobił w końcu niespodziankę. Ale nie mnie, wszystkim innym. Bo z tego napięcia, kazałam mu się dokładnie powiadomić. Powiedzieliśmy więc bliskim, że będzie nieco później. 
Przylecieli jakoś rano. Kilka godzin miał trwać rozładunek. Nie było sensu, żebym czekała nie wiadomo jak długo z małym dzieckiem pod bramą. Zresztą, po co te płacze, tak przy wszystkich? Czekałam więc w oknie. Na kuchence buzowało na czterech palnikach. Od rana. Kurki też. Różę wystroiłam w sukienkę, posprzątałam dom, umalowałam się, ubrałam trochę ładniej, ale na luzie. I stałam w tym oknie. Zadzwonił, że jeszcze trochę to potrwa, więc stałam dalej.
I w końcu zauważyłam w oddali zbliżającą się taksówkę. Atak gorąca i skręt w brzuchu. Chyba w sekundzie chwyciłam dziecko, okryłam je czymś, co akurat było pod ręką, ubrałam jakieś pierwsze lepsze buty, wypuściłam przodem psa i wyleciałam z domu. Dwa piętra w dół, po schodach, z przestraszonym tym całym wariactwem bąblem. Wyciągał akurat plecak z bagażnika. Taki inny, wychudzony, opalony, w jasnym mundurze. Dobiegłam i przytuliłam. I tak staliśmy długo. Róża zaczęła płakać. Taksówkarz stał i wgapiał się w ten obrazek rodem z amerykańskiego filmu.
Wrócił. Już prawie rok temu.

Ta jesień jest inna. Chłodniejsza. Zwyczajniejsza.

Masło kakaowe. Próbowaliście? Dotychczas miałam je jedynie w formie małych pastylek. Tym razem zakochałam się w takich naturalnych kosteczkach. Cudowne. Pachnie czekoladą. Twarde jest bardzo, jak to masło kakaowe, ale to nic. Urywam kawałek, rozgrzewam w dłoniach i powoli masuję ciało. Trochę nakładam na usta i zaraz je oblizuję. Wchłania się od razu, nawilża i odżywia. Kawałeczek wrzucony do kąpieli ułatwi zadanie. Masło się powoli roztopi i pozostawi na skórze delikatny film. Polecam!

Ach i jeszcze ważna sprawa – to na zdjęciach to nie jest pigwa, Nie, nie. Siostra moja kazała przekazać, że jest to owoc pigwowca, a to nie to samo!


PS Moje masełko pochodzi z Blisko Natury

Po-Weekendowe Cuda no48

Dzisiaj nieco inaczej! Bo dzisiaj ruszam z wersją udoskonaloną Po-Weekendowych Cudów. Za dużo do tej pory umykało mi wspaniałych tekstów i inspirujących miejsc, głównie blogów. Postanawiam więc grzecznie to naprawić i te najciekawsze Wam polecać. Razem z cudami.! Zobaczcie – tuż pod nimi.

Cuda znalezione w Anthropologie Europe (1) – genialny talerzyk Natural World, fartuszek idealny, śliczne pojemniczki na obiad, miętowa miseczka.
I dwa kolejne – jednej z moich ulubionych marek (choć sama nie mam jeszcze nic) – Bloomingville (2). Czajniczek i wazonik z Aga Martin.
Dwa ciekawe sposoby na wykorzystanie… węgla drzewnego – do wybielania zębów i jako maseczka (3) z Free People BLDG25.
Przydałaby by mi się bardzo taka skrzynka w domu (4)! Na gazety, na zabawki Róży, na kocyki… Z Artist’s Workshop.
Coś czuję, że zapach balsamów do ust kokos-mango (5) to idealny aromat dla mnie! Uwielbiam takie tropikalne połączenia!
Smakowite cuda znalezione na Everyday Flavours (6), autorstwa Siankaa – orzechowe tartaletki z gruszkami i magdalenki z malinami i lemon curd. Pycha!
Zioła do butonierki (7)? Czemu nie! Z pewnością pięknie pachną! Z Oncewed.
A do nich kwiatowe obrączki do serwetek (8). I jest pięknie! Z Papert & Stitch.

Małe jesienne miłostki

Chyba pozostała we mnie trauma związana z ostatnią zimą, która skończyła się jakoś w czerwcu. Najmniejsza od dawien dawna dawka światła dochodziła do nas przez te wszystkie miesiące. Lato było cudne, ale mam wrażenie, że trwało tydzień. I chociaż uwielbiam jesień, to nie mogę pozbyć się uczucia, że jest to już prawie, prawie początek nowej zimy. Jak sobie uprzyjemnić te ostatnie chłodne, ponure i wietrzne dni? Poza szuraniem liśćmi z córką, zajadaniem się śliwkami i kukurydzą i wszechobecnymi wrzosami w domu, wybieram…. zakupy! Oto rzeczy, do których mam ostatnio słabość i które z największą przyjemnością widziałabym u siebie w domku.

1. Szklaneczki ze szkła z odzysku, Nordlook, cena: 39zł/szt.
2. Cudowny zestaw skarpetek z motywem deszczu, Oysho, cena: 25,90zł
3. Poszewka Directions, Home&You, cena: 39zł
4. Wazon Owl – Sowa, Home&You, cena: 59zł
5. Świeca sojowa In Velvet, zapach relaksu, Green Dragonfly, cena: 87zł
6. Naturalne mydło z gąbką złuszczającą luffa Róża Japońska i Liczi, Orientana, cena: 19zł
7. Lampa Muchomor, Oh deer, cena: 260zł
8. CIRCUS_by_MAREK MIELNICKI : imbryk – Kristoff Porcelain, cena 195zł
9. Koc w króliczki, Oysho, cena: 149zł
10. Świecznik Dip It, pt., cena: 99zł
11. Żurawinowy suflet pod prysznic, Stenders, cena: 39,90zł
12. Porcelanowy czajnik, Aga Martin, cena: 199zł
13. Rozgrzewający Balsam do Ciała, Pat&Rub, cena: 59zł
14. Miętowa patera, pt., cena: 129zł
15. Trznadel indigo worek, projektant: Katarzyna Typek Art & Illustrations, Decobazaar, cena: 90zł
16. Poszewka szyszka, Aga Martin, cena: 50zł

Facebook