Marzenie: Porcelana z PiP Studio

Kiedyś już coś niecoś Wam pokazywałam. Dawno… Nie mogłam wtedy praktycznie znaleźć polskiego sklepu, w którym byłaby dostępna… Ostatnio o porcelanie z PiP Studio przypomniała mi Kasia ze Strumyków. I też przez przypadek natknęłam się na nią w Internecie. I miłość moja odżyła ze zdwojoną siłą… Jakoś tak w ogóle ostatnimi czasu co rusz zakochuję się w nowej porcelanie! Ale głęboko wierzę w to, że kawa pita z pieknego kubeczka, albo obiad podany na cudnych talerzach smakują lepiej!
Znacie PiP Studio? Lubicie? Ja bardzo podziwiam twórczość i pomysły Catheriny, znanej jako PiP. I tak sobie myślę, że dzięki niej każdy dom może być piękniejszy! Problem tkwi niestety w dosyć wysokiej cenie… Cóż.. trzeba zacząć oszczędzać 🙂
Polecam stronkę PiP Studio TUTAJ, a porcelanę marki dostaniecie np. tutaj lub tutaj.

Zdjęcia PiP Studio

Ekspresowa emulsja TAMANU

Są takie dni w miesiącu, kiedy moja skóra potrzebuje wytchnienia. Kiedy zapychanie jej kremami tylko ją męczy. Potrzebuje wtedy prostoty. Pielęgnacji skutecznej, ale możliwie nie ingerującej, nie przedobrzonej, nie skomplikowanej. Bez zbędnych emulgatorów, substancji stabilizujących, konserwujących, nie wspominając już o całej drogeryjnej chemii. Wybieram wtedy zazwyczaj wodę różaną i jeden z olejów. Do niedawna zakochana byłam w tym z czarnuszki. Teraz moje serce oddałam olejowi tamanu!
Z tych dwóch składników, zaraz po oczyszczeniu cery, tworzę błyskawiczną emulsję. Od razu, na dłoni. Mieszając palcem. Ot, takie delikatne mleczko, które nie miałoby dłuższej racji bytu. Czemu? Wiemy przecież, że oleje z płynami bez emulgatora nie mogą się połączyć. Jednak tuż po zmieszaniu, stanowią jedność. Zupełnie tak, jak chociażby vinegret do sałatek. Gęstnieją, zmieniają kolor i przybierają wygląd delikatnej emulsji. Czasem dodaję do niej kropelkę lub dwie olejku eterycznego. Zazwyczaj z lawendy lub drzewa herbacianego, bo to jest ten szczególny okres, kiedy warto przeciwdziałać niedoskonałościom. Gotowy specyfik nakładam na twarz, zamiast kremu na noc, delikatnie ją przy tym masując. Wchłania się po chwili, nie od razu, bo to przecież jednak dosyć tłuste cudo. Pozostawia wspaniałe uczucie miękkości, nawilżenia i ukojenia.
Czemu olej tamanu? Kusił mnie dosyć długo, ale dopiero niedawno udało mi się go wypróbować. I przepadłam. Cudo to bowiem, rodem z polinezyjskich wysp, ma moc wielką. Sam w sobie nie prezentuje się specjalnie zachęcająco. Jest bardzo gęsty, ciemny, żółtawo-brązowawy. Zapach przypomina mi… mieszaninę marchewki, selera i pietruszki… taki włoszczyznowaty… Niestety pozostaje na skórze i dosyć długo się ulatnia. Jednak jego działanie, rekompensuje te drobne niedoskonałości!
Może zacytuję je z opisu producenta (z Balm Shop): „działa antyoksydacyjnie, przeciwbólowo, antywirusowo, antybakteryjnie, przeciwzapalnie. Wspomaga proces gojenia i regeneracji skóry w przypadku uszkodzeń naskórka, stanów zapalnych, ogranicza prawdopodobieństwo pozostania blizn po uszkodzeniach skóry. Wzmacnia funkcje ochronne naskórka, nawilża – ogranicza utratę wilgoci i pozostawia uczucie komfortu, odżywia, regeneruje, uelastycznia. Polecany do stosowania również po opalaniu, w miejscu ukąszeń owadów” 
Olejek z pewnością pokochają osoby z problemami skórnymi, z cerą trądzikową, mieszaną, tłustą, ze zmianami i bliznami potrądzikowymi, młode mamy z rozstępami po ciąży i osoby z podrażnioną skórą.

W dzisiejszej emulsji chciałabym zaproponować Wam wykorzystanie zamiast hydrolatu, jednego z naturalnych toników, które z łatwością dostaniecie w jednym z naturalnych sklepów. Ja wybrałam ten od Orientany, z jaśminem i zieloną herbatą, o którym wspominałam już TUTAJ. Sprawdza się świetnie!
Do wykonania ekspresowej emulsji tamanu przygotujcie więc:
  • 1/3 łyżeczki oleju tamanu (mój z Balm Shop)
  • 1/3 łyżeczki naturalnego toniku lub hydrolatu (mój z Orientany)
  • 1-2 kropelki olejku lawendowego lub z drzewa herbacianego (moje z Zielony Klub)
Po wieczornym oczyszczeniu twarzy, zegnijcie dłoń tak, aby powstało zagłębienie, niczym miseczka. Wlejcie do niej wszystkie składniki i szybkimi ruchami, zanim zacznie wyciekać, zmieszajcie je do uzyskania konsystencji delikatnego mleczka. Emulsję rozprowadźcie na twarzy, zamiast kremu. Pozwólcie jej się przez chwile wchłonąć. 

http://www.lilinaturalna.com/p/lili-przepisy.html

Zauroczona: Laura Makabresku

Szaro… W powietrzu unosi się olejek eukaliptusowy i ciepły aromat kawy. Z oddali, z kuchni, ledwo słyszę jakąś audycję i krzątaninę mojego męża. Sięgam po kolejną chusteczkę, rzucam ją zaraz na chusteczkową kupkę w rogu biurka i zagłębiam się w świat Laury. I cieszę się, że zgodziła się i Wam uchylić go nieco. Bo nie sądzę, aby tak łatwo dało się go zgłębić. Zdjęcia Laury przenoszą mnie w atmosferę tajemniczej Barcelony Zafóna… albo do Domu Sióstr Charlotte Link… albo jeszcze nad brzegi sinej Świtezi wody. Jest w nich coś jednocześnie odpychającego i przyciągającego. A przy tym nie chce się przestać ich oglądać. Czarują.
Poniżej mała próbka tych czarów, ale musicie koniecznie zobaczyć blog Laury Makabresku albo polubić ją na FB. Zaczaruje Was!

 

Zdjęcia Laura Makabresku

Po-Weekendowe Cuda no53

Rozpoczynamy listopad po długim świątecznym weekendzie, który przypłaciłam okropnym przeziębieniem 🙁 Pomimo choroby i pomimo niżu, który zawitał nad kraj i pomimo tego, że co rano z za okna witają mnie już puste gałęzie drzew – miesiąc zapowiada się wspaniale! Otwórzmy go więc wspaniałymi cudami!
Które zaczynamy od smakowitości! Zaintrygowały mnie bardzo jabłuszka w karmelu z posypką z solonych chipsów (1) z Sugar and Charm. Jako, że sól z karmelem łączy się idealnie, z przyjemnością kiedyś wypróbuję przepis. A na chandrę – ciasto czekoladowe z motywującym napisem (2). Genialne! Z La Receta de La Felicidad.
I przechodzimy do klimatów wnętrzarskich! Gdybym tak ładnie rysowała, może bym i sobie narysowała takie piękne piórko (3) jak to ze Stylizimo i powiesiła gdzieś w domku. Może poćwiczę? Pierwsze w kolejności są jednak akwarele 🙂
Jestem też ostatnio zauroczona wszelkimi talerzami naściennymi – ten z ptaszkami (4) cudnie mi się w moje ścienne wyobrażenia wpisuje!
Jeśli nie talerze, to mapa oczywiście – zobaczcie jak cudnie tu (5) wygląda! Zwłaszcza w połączeniu z tą skrzynią, służącą za mały stolik.
A do pokoju dziecinnego wynalazłam takie oto świetne obrazki Tiu Tiu (6). Nie tylko dekorują, ale też edukują. Zwróćcie uwagę, na ten z cyferkami – tworzy całość, o której można sobie z maluszkiem opowiadać i opowiadać!
Taki stołeczek i krzesło bujane chcę do mojego domu marzeń (7). Z 79ideas, via vtwonen. Zdjęcia Jitske Hagens.
Uwielbiam jesienne ostatnie kwiaty. Nie wiem czemu wcześniej nie pomyślałam, żeby jeden z bukietów sobie zasuszyć (8)? Prosty sposób na Hello Home Shoppe.
Najpiękniejsze wesele, jakie widziałam (9)! Podoba mi się wszystko – od miejsca, poprzez sukienki, dekoracje, klimat, zdjęcia… Cudne! Uroczystość autorki jednego z moich ulubionych blogów Miss Moss, zdjęcia Love Made Visible.
Niezwykły pierścionek ze zwykłego sznureczka (10) – fajny pomysł! Do zrobienia z Oh the Lovely Things.
Jak już zrobicie pierścionek, to zabierzcie się za taką kobiecą, retro opaskę (11) z Twitch Vintage!
A teraz czas na cudowny, wspaniały, przepiękny blog, na który się ostatnio natknęłam, autorstwa niesamowitej utalentowanej pary fotografów – mammamija blog! Jak to dobrze, że mamy u siebie takich ludzi. Zdjęcia mogłabym oglądać godzinami, ale polecam też poniższy filmik! Chwila wytchnienia z rodziną w lesie!


autumn in the woods from mammamija on Vimeo.

W roli głównej: Lass Naturals Żel do mycia twarzy z różą i miodem

Gwiazda, dzisiaj, oj gwiazda! Moja gwiazda ostatnimi czasy! Bo tak zachwycona jestem Żelem do mycia twarzy z różą i miodem Lass Naturals.

To mój prawdziwy hit! Od dłuższego czasu szukałam idealnego żelu do mycia twarzy. Przeszła etap pianek, lekkich peelingów, czyścików wszelakich. Nie były złe. Z pewnością z nich nie zrezygnuję – co peeling to peeling, też być musi. Ale żelu, takiego zwykłego, łagodnego, na co dzień, było mi brak. Kiedy trafił w moje ręce byłam dość sceptycznie nastawiona. Wybrałam go, bo połączenie róży i miodu wydało mi się kuszące. Obawiałam się tylko nieco marki, prosto z Indii, opartej na ajurwedzie. Dla mnie – całkowitej nowości.  Grafika na opakowaniu jakaś taka byle jaka. Tubka najzwyklejsza, może i praktyczna, no ale… taka zwykła…
Za to w środku… Oj, istne cudo. Z wyglądu gęsty, przezroczysty żel. Niezwykle wydajny. Na jeden raz całkowicie wystarczy odrobina, wielkości zielonego groszku. Zapach obłędny, różany, bardzo kobiecy, bardzo pozytywnie nastawiający. Żel ma w sobie taką dziwną… gęstość… czy lepkość… Coś jak miód, ale się nie lepi. Zaraz po rozpoczęciu zmywania zmoczonej skóry, pieni się. Lekko, ale wystarczająco. Z łatwością rozprowadza się po całej twarzy, dobrze usuwa zanieczyszczenia. Co ważne – nie pozostawia uczucia ściągniętej cery. No… dla mnie jest idealny. Do tego wszystkiego dochodzi cena – 16-17zł/100ml. Jak na kosmetyk tej jakości, naprawdę tanio.
W składzie znajdziemy składniki certyfikowane przez Ecocert. Duże znaczenie odgrywa też ekstrakt z płatków róż i woda różana. Zaraz za nimi jest kojący aloes, potem nieco leśnego miodu, pierwiosnek i szałwia. Całość tworzy kompozycję nie tyko myjącą, bo jednocześnie łagodzącą i sprzyjającą regeneracji. Żel przeznaczony jest w głównej mierze do cery suchej, ale z takim samym powodzeniem może używać go każdy. Jestem pewna, że spodoba się wszystkim amatorom róż. A jeśli nie, to widziałam już, że marka ma też kilka innych kompozycji w ofercie.
Żel bardzo polecam za cudne połączenie skuteczności, naturalności, wydajności i niskiej ceny. Taki to skarb przywędrował do nas z Indii 🙂
Żel pochodzi ze sklepu Balm Shop, który wkrótce spodziewa się dostawy marki.

Dyniowa Maseczka HALLOWEEN

Dorwały się dzikie bestie do dyni… Dotychczas spokojne, uległe… Stały sobie w pokoju Róży i przyglądały się jej zabawom. Krowa, koń i koza… Dzisiaj, w Halloween, pokazały swoją prawdziwą naturę. Przerażającą, mrożącą krew w żyłach, niczym z najstraszniejszego horroru… Ożyły… Oczy zalśniły im złowrogim mrocznym blaskiem… i ruszyły w kierunku kuchni, w poszukiwaniu samotnej dyni… Ale żądza krwi kazała im zabić jedno z nich. Padło na kozę. Nie cierpiała długo. Może i lepiej skończyła? Krowa i koń w szale dopadły wielki kawał halloweenowej dyni. Rozszarpały go, upajały się nim. Pasja i szaleństwo całkowicie zaćmiły ich dotychczasowe życie z nami. I wtedy do akcji wkroczyłam ja. Zdziczała zwierzyna wylądowała w… kąpieli… a z pozostałości dyni zrobiłam sobie maseczkę!
Jeśli więc i w Waszych domach kryją się potwory… jeśli nie pomyślałyście dotychczas o halloweenowym przebraniu… jeśli przygotowujecie się do imprezy lub macie dzisiaj wolny wieczór… polecam bardzo straszną, lekko złuszczająca, oczyszczającą, poprawiająca krążenie i odżywiającą dyniową maseczkę HALLOWEEN! Uwaga, po jej nałożeniu na twarz… się straszy!

Do wykonania maseczki przygotujcie:
  • garść pokrojonej w kosteczkę dyni
  • łyżkę miodu
  • pół łyżeczki cynamonu
  • łyżeczkę glinki żółtej

Wszystkie składniki przełóżcie do blendera i zmiksujcie razem na możliwie jednolitą masę. Maseczkę nałóżcie na twarz na 15 minut i postarajcie się chwilę zrelaksować. Po tym czasie, zmyjcie ją letnią wodą, delikatnie masując skórę. Na koniec nałóżcie cienką warstwę nawilżającego kremu. Cera nabierze witalności i blasku.
A plastikowe zwierzęta lepiej schowajcie dziś przed dziećmi…

Przy okazji polecamy świetną i zabawną książeczkę Małgorzaty Strzałkowskiej „Straszna Książka czyli upiorna zabawa w rymy”, wyd. Czarna Owca, z której pochodzą obrazki.
http://www.lilinaturalna.com/p/lili-przepisy.html

Facebook