Ciacha-serducha z konfiturą

Nie jest to mój pomysł. Niestety. Ale natknęłam się niedawno kilka razy w sieci na podobne ciacha-serducha z konfiturkami wszelakimi i po prostu musiałam je zrobić. I Wam przy tej okazji pokazać! Powiem tylko, że wyglądają cudownie i smakują bosko. Bo chyba nie muszę dodawać, że na walentynki to są wręcz stworzone? 

Zaczniemy z poetą… Powiedziało ciacho 🙂

W serduszkach się zakochałam! Z braku męża zostały nimi obdarowane rozliczne bliskie osoby. W pudełeczku, w celofanie – zawsze prezentują się dobrze. I zawsze wywołują taki sam uśmiech na twarzy obdarowanego.
Jak już wspomniałam, natknęłam się na kilka ich wersji. Zawsze podobne. Różniły się niewiele. Można je oczywiście wykonać z najprostszego ciasta kruchego. Ja jednak wolałam wypróbować przepis z bloga Cooking Classy i zaszaleć z migdałami! Poniższy przepis został więc stamtąd zaczerpnięty. Wykorzystałam  moje własne, pierwsze w życiu konfitury wiśniowe i malinkę, którą na jednym zdjęciu też zobaczycie. Ciasteczka powstały bowiem w dwóch wielkościach. Te małe urocze są wiśniowe, a duże – malinowe. Sama nie wiem, które pyszniejsze…

Ciacha-serducha z konfiturką

Składniki

  • 2 i 1/4 szklanki mąki
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 1/2 łyżeczka soli
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 3/4 szklanki migdałów
  • 1/4 szklanki cukru (w oryginale brązowego, ja użyłam zwykłego)
  • 1 szklanka miękkiego masła
  • 1/2 szklanki cukru pudru i nieco do oprószenia ciastek
  • 1 duże jajko
  • 1 łyżeczka aromatu waniliowego
  • 1/4 łyżeczki aromatu migdałowego
  • słoiczek konfitury wiśniowej, malinowej lub truskawkowej

Migdały zalewamy gorącą wodą, odstawiamy na chwilę, po czym ściągamy z nich skórkę. W blenderze miksujemy je wraz z cukrem (brązowym lub nie) do uzyskania jednolitego proszku. W osobnej misce mieszamy dokładnie mąkę, proszek do pieczenia, sól i cynamon. Masło i cukier puder ucieramy na puszystą masę. Najlepiej w robocie kuchenny, którego niestety nie posiadam. Dodajemy jajko i łączymy je z masą. Tak samo robimy z aromatami i zmielonymi migdałami. Na końcu do naszej mieszaniny wsypujemy suche składniki. Wyrabiamy z nich ciasto, aż uzyskamy zwarta kulę. Przekładamy ją do foliowej siateczki i wkładamy na godzinę-dwie do lodówki.
Po tym czasie wyciągamy ciasto na posypana mąką stolnicę i delikatnie rozwałkowujemy na grubość około 4-5 mm. Ja swoje ciasto podzieliłam na pół, dzięki czemu łatwiej było mi je wałkować. Z ciasta wycinamy serduszka za pomocą foremek. W połowie z nich wycinamy po środku mniejsze serduszka-okienka. Gotowe bardzo uważnie przekładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Najlepiej wspomóc się nożem, którym podniesiemy serduszko ze stolnicy. Wkładamy je do piekarnika na 180-200 stopni, na 10-12 minut, aż uzyskają lekko brązowy kolor.
Ciacha odstawiamy do wystygnięcia. Na chłodne całe serduszka nakładamy wybraną konfiturę, pozostawiając około pół centymetra miejsca z brzegów. Kiedy bowiem przyłożymy na nie serduszka z okienkami, konfitura rozejdzie się na boki. Jeśli przypadkiem „wydostanie się” poza ciastka, wystarczy zebrać ja palcem. Dzięki konfiturze oba serduszka się połączą, a po środku powstanie piękne konfiturowe okienko. Na końcu oprószamy je cukrem pudrem.
Ciasteczka najlepsze są na następny dzień, kiedy spędzą noc zamknięte w ciasteczkowej puszce. Delikatnie wtedy zmiękną. Bardzo polecam – są pyszne!

Przepis Cooking Classy

 

Wish List: lutowa pielęgnacja krajowa

Skóra lutowa jest zmęczona. Zmęczyły ją miesiące zimy-nie zimy, wymęczyło ogrzewanie, zakładanie grubych szalików, getrów i golfów, wiatr, mróz i krakowski smog. A tu już wiosna się zbliża. Wielkimi krokami. Wypadałoby więc lutowej skórze się zregenerować! Nabrać blasku, elastyczności i siły. 
Wybrałam Wam dzisiaj kilka pozycji, które mocno mnie intrygują i z którymi, coś czuję, zaprzyjaźniłabym się mocno! Postanowiłam tez tym razem skupić się jedynie na coraz ciekawszej ofercie naszych krajowych producentów. I nie chodzi tu nawet o usilne wspieranie rodzimej gospodarki, ale o fakt, że, doprawdy, poziom osiągamy światowy!




Kusi mnie mocno, choć na półce mam jeszcze dwa inne do zużycia. To kompozycja naturalnych składników o bardzo silnych właściwościach
przeciwstarzeniowych. W skład produktu wchodzą: olejek z marakui, olejek
z orzechów makadamia, marokański olejek arganowy, olejek z nasion
pachnotki oraz drogocenny olejek Neroli (z kwiatów gorzkiej pomarańczy). Avebio, cena: 89zł
Odżywczy krem z masła Karite Lilla Mai
Typowy tłuścioszek czyli masło shea z olejami. Dobrze zabezpiecza twarz i dłonie przed wiatrem, mrozem. Można go stosować również jako krem zmiękczający do dłoni, stóp oraz do masażu i jako odżywkę do włosów suchych i zniszczonych. EcoKraina, cena: 26zł
Betulina i kwas betulinowy, uzyskiwane z kory brzozy – łagodzą i regenerują skórę. Wzbogacony olejem z rokitnika, zawierającym przeciwutleniacze: witaminę C i karotenoidy, które mają właściwości odżywcze, gojące i ochronne – wspomagają naturalną odnowę komórek. Rokitnika kocham od dawna 🙂 Sylveco, cena: 30,74zł
Miałam próbkę tego olejku i głęboko wierzę, że polubilibyśmy się! Usuwa nawet wodoodporny makijaż i wszelkie zanieczyszczenia nie
powodując podrażnień i przesuszenia skóry. Pielęgnuje cerę dostarczając
jej niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych już na poziomie
demakijażu. Clochee, cena: 89zł
Mam wrażenie, że o dłonie muszę teraz dbać wyjątkowo.Aksamitny balsam o bogatej i odżywczej konsystencji, do codziennej
pielęgnacji suchej skóry dłoni. Oparty na bazie ekologicznych wód
roślinnych oraz organicznych substancji czynnych i olejów roślinnych
„extra virgin”. Phenome, cena: 35zł

Różany! Z naturalnymi
olejami z całego świata: olej z orzechów macadamia z Australii jest jednym z najlepszych
olejów regenerujących skórę, masło mango z Indii ma właściwości
zmiękczające i odbudowuje naskórek, olej ze słodkich migdałów tłoczony
na zimno z Europy i olejek jojoba z Ameryki doskonale nawilżają i
chronią skórę. Natomiast roża i woda z kwiatu geranium ukoją i odświeżą. Make Me BIO, cena: 49zł 
Nie mogłabym zapomnieć o włosach. Moje w lutym są wybitnie… przemęczone. Maska Regeneracja poprawia wygląd i kondycję włosów zniszczonych oraz przesuszonych. Nawilża, odżywia, wygładza. Zawiera organiczny kompleks rewitalizujący. PAT&RUB, cena: 75zł
Zawiera cucurbitynę z pestek dyni, która hamując syntezę histaminy, wspomaga łagodzenie zaczerwienień i podrażnień. Mikroziarenka z pestek wiśni skutecznie usuwają zanieczyszczenia, przywracając skórze gładkość i blask. Organiczny olej ze śliwki wykazuje działanie regenerujące i kojące, nadając skórze miękkość i zdrowy wygląd. Kosmetyki AA, cena: 53,73zł

Po-Weekendowe Cuda no65

No… genialne! Przezabawne włóczkowe portrety do dziecięcego pokoju tworzy Yo-Yarn (1).
Całkowicie zauroczyły mnie prace Kai Fagerström z serii Dom w lesie (The House in the Woods) (2). Bohaterami są zwierzęta, które zakradają się do tytułowego domu. Cudowne!
Cudowności wyszperane w sklepie Ruche (3) – puszka na przepisy, wiszące wazony, ptaszkowa miseczka i ptaszkowy wazonik.
W tej walizce się zakochałam. I w innych z Opa&Company (4).
Do zrobienia przed walentynkami – balsam i miodowy scrub do ust z Henry Happened (5).
Kolejny świetny pomysł Kasi-Wróblewny (6) – twórczyni ptaszków, które już Wam pokazywałam. Tym razem w formie takich to breloczków – talizmanów. Cudowne! Niedługo postaram się i torebkę z ptaszkiem zaprezentować!
Świetny pomysł na urodzinowe dekoracje z Creature Comforts (7).
I równie fajny na patchworkowe pudełeczka origami z The Red Thread (8).
Do tego powiesimy te urocze pompony, które w ofercie będzie miało Z potrzeby piękna (9).
I postawimy kwieciste całuski z Honestly Yum (10). Będzie się działo!
Mogłabym na tej ławeczce (11) spędzić cały dzień. I tydzień nawet. Albo i dwa! Polecam pozwiedzać wirtualnie resort Ladera na St.Lucia 🙂 I inne z przeglądu w Bored Panda (via Design Your Life).
Kochani, jeśli jeszcze ktoś z Was nie przemyślał tematu zbliżających się walentynek, to przypominam o smakowitych (i nie tylko) papierkach do wydrukowania – TUTAJ!

Zapewne bardzo wiele z Was ten filmik już widziało. Na facebooku zrobił furorę. Jeśli jednak zagubił się Wam gdzieś w internetowych czeluściach – zobaczcie koniecznie. Cudowny, wzruszający… Do popłakania. Ale do dobrego płakania!

Dojrzewanie dorosłe i Ala

Zastanawialiście się kiedyś nad dojrzewaniem? Ale nie takim młodocianym. Chodzi mi o dojrzałość dorosłą. Kiedy stajemy się dorosłymi ludźmi? Bo, że nie w wieku osiemnastu lat, to się chyba wszyscy zgadzamy. Czy wtedy, kiedy się wyprowadzamy z domu? Kiedy kończymy studia i dostajemy pierwszą pracę? A może, jak rodzą nam się dzieci? A może nigdy tak naprawdę nie stajemy się dorośli? Choć, to może zbyt optymistyczna myśl, bo boję się, że bardzo dużo dzieci dorośleje niestety zbyt szybko…
Jestem obecnie w dość przełomowym wieku. Zbliżam się do trzydziestych urodzin. A właściwie to pędzę do nich, bo, jestem pewna, czas biegnie coraz szybciej. Wydawałoby się, że dorosła jestem. Męża mam nawet. I dziecko. I psa własnego, co świata poza mną nie widzi. Co jest dla mnie nowością, bo zazwyczaj psy to tylko w moją mamę się wgapiały. Patrzę w lustro i to już nie jestem ta sama ja co zawsze. Ewidentnie mam już zmarszczki. Może nie specjalnie dużo, ale przy oczach są widoczne. Co więcej, patrzę na przyjaciół moich, zawsze młodych i oni też te zmarszczki mają.
Ostatnio złapałam się na tym, że kiedy sobie kupiłam grejpfruta i lody, to większą ochotę miałam na tego pierwszego. No… niebywałe kiedyś 🙂 I sery pleśniowe już jakiś czas temu polubiłam. I na gorzką czekoladę się przerzuciłam. A taką to tylko dziadek mój lubił. I kręcił nosem na nasze milki mleczne.
Coraz mniej się wychylam. Coraz częściej pomyślę, zanim powiem. Coraz krytyczniej patrzę na zbytni optymizm, choć sama optymistką jestem. Coraz bardziej dostrzegam fakt, że świat wcale, a wcale taki wspaniały nie jest. I, że niekoniecznie „jakoś to będzie”.
W domu się zasiedziałam. Niegdyś, na studiach, piątkowy czy sobotni wieczór spędzony w domu dołował mnie niemiłosiernie. Teraz lubię te spokojne wieczory. Na miasto też może bym wyszła częściej, ale… naprawdę niesamowicie ciężko zgrać się w kilka osób. Trzeba planować z wyprzedzeniem, a i tak komuś zawsze dziecko zachoruje…
Z drugiej strony znowuż… Patrzę sobie czasem na inne mamy dzieci w wieku Róży. Czy to w przedszkolu, czy w kinie, jak ostatnio byłyśmy. Patrzę na te kobiety i mam wrażenie, że pozostałam gdzieś daleko. Eleganckie, zadbane, w kozakach na obcasie. A ja na obcasach do teraz chodzić nie umiem. Do kina w trampkach chadzam, po osiedlu z czapką z różowym pomponem paraduję. Moja siostra powiedziała mi niedawno, że w porównaniu z innymi mamami, to ja raczej na siostrę Róży wyglądam. Śmiać się czy płakać?
Niedawno dopiero pierwszy raz w życiu barszcz zrobiłam. Dzisiaj lane kluski do pomidorowej. Wyszły, i owszem, całkiem dobre. No więc chyba dorastam powoli do takiej prawdziwej roli mamy. Takiej standardowej. Bo, żeby nie było, gotować to dużo gotuję, tylko nie po domowemu 🙂
Kiedy byłam mała wierzyłam, że jak będę miała dwadzieścia lat, to już będę dorosła na całego. Nic bardziej mylnego. Więc kiedy dorastamy? Bo przyznam się Wam, że mi cały czas dorosłość kojarzy się z nudą. Z brakiem czasu. Ze sztywnymi regułami. I chyba tutaj też się mylę.
Obserwuję tych moich przyjaciół. Wszyscy mniej więcej w  tym samym, moim wieku. I pomimo tych zmarszczek przy oczach, to wszyscy tacy sami. Te same głupie pomysły się trzymają, tak samo się śmiejemy. Może i rzadziej się spotykamy, może i dzieci biegają teraz między nogami, ale za dorosłych to ich nie mam w ogóle. Wszyscy jesteśmy tacy sami jak w tej ławce w szkole, na obozie harcerskim czy na sylwestrze na studiach. 
Tylko więcej mamy do wspominania.
No dobra, zmieniając temat – poznajcie moją siostrę. W roli głównej Ala, w drugoplanowej – aura tajemniczości i chłodu.

Bazy kosmetyczne – pomysły i zestawy dla Was!

Przywędrowały do mnie takie smutne, takie bezzapachowe. I czekały, dosyć długo na swoją kolej. A w zasadzie, na jakiś ciekawy pomysł. Bazy kosmetyczne w końcu oswoiłam. I powiem, że wyszło całkiem fajnie! Stosowaliście już może? Jeśli nie, to mam też dla Was małą niespodziankę.
Mam trzy bazy, które od niedawna w swojej ofercie ma BliskoNatury.pl. Do tej pory unikałam podobnych półśrodków. Wierzyłam, że co jak co, ale sama lepiej sobie poradzę. Kiedy jednak zaczęłam się nimi bawić, odkryłam kilka ich istotnych zalet. Komu zatem polecam bazy? Otóż:
  • osobom, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę z domową produkcją kosmetyków;
  • tym, którzy nie mają na co dzień wystarczająco czasu, aby robić wszystko od początku;
  • osobom, które chciałyby wykorzystać konkretny składnik, ze względu na jego konkretne działanie i potrzebują do tego pewnej podstawy;
  • oraz wszystkim, którzy chcą wykorzystać wspólny czas z dziećmi, mamami i przyjaciółkami na kreatywne zabawy kosmetyczne.
Co ważne, takie bazy wcale nie wychodzą drogo. Sami możemy decydować, co do nich dodamy i w jakiej ilości, a w razie potrzeby składy te modyfikować. Możemy w kilka chwil stworzyć swój własny idealny balsam do ciała lub odżywkę do zniszczonych włosów. Do baz się więc przekonałam.
Na stronie sklepu (TUTAJ) znajdziecie przykładowe receptury do wykorzystania oraz procentowe ilości dodawanych składników. Bazy są jednak na tyle łatwe w użyciu, że nie bawiłam się w dokładne odmierzanie moich dodatków. Dodawałam je bowiem na oko. Tak, aby mniej więcej wstrzelić się w proponowaną ilość. Nawet więc jeśli nie macie wagi kuchennej i kalkulatora pod ręką, jestem pewna, że sobie poradzicie.
Wykorzystałam organiczne bazy balsam do ciała i odżywka do włosów oraz hipoalergiczną bazę myjącą, która już niestety naturalna nie jest i zawiera chociażby myjący detergent. Stworzyłam z nich marokański balsam, czerwoną odżywkę i wiśniowe mydełko do rąk.
Najmniej do gustu przypadła mi baza myjąca. Jak wspomniałam wyżej, niestety daleko jej do naturalności. Zaletą jest jednak to, że bardzo dobrze się pieni i dokładnie zmywa. A skoro już i tak nie jest naturalna to i wymyśliłam sobie, że dodam do niej olejek zapachowy wiśniowy (także z BliskoNatury.pl), który swoją drogą pachnie świetnie. Baza ma niestety swój zapach, który miał być neutralny, ale dosyć mocno przebija mi przez wiśnię. Musiałam więc dodać dosyć sporo aromatu. I wyszło w sumie fajne mydełko.
Wiśniowe mydełko do rąk
Do bazy myjącej dodałam:
  • ok. 5-10% oleju ze słodkich migdałów
  • ok. 30% wody różanej
  • ok. 1% olejku zapachowego wiśniowego
Wykonanie zacytuję ze strony:
Odmierzoną bazę i wybrane składniki wystarczy dokładnie
wymieszać w przygotowanym naczyniu i przełożyć do opakowania.  Zaleca się najpierw dodawać składniki fazy wodnej, czyli wodę, hydrolat, substancje nawilżające, a po dokładnym wymieszaniu dodać składniki fazy tłuszczowej. Opakowanie z pompką dodatkowo przedłuży trwałość produktu. Gotowy produkt nie musi być przechowywany w lodówce.
Proste, prawda?
Stworzyłam też cudowny balsam do ciała. Jego zaletą jest, że ma bardzo lekką konsystencję i szybko się wchłania. Baza oparta jest na naturalnych masłach i olejach z dodatkiem soku aloesowego. Spokojnie możecie wykorzystać ją nawet bez żadnych dodatków. Sama w sobie jest dobrym produktem.
Marokański balsam do ciała
Do bazy balsamu dodałam:
  • ok.5% oleju arganowego
  • ok.5% oleju z czarnuszki
  • ok. 2% olejku z róży marokańskiej (3% w oleju jojoba)
Całość dokładnie zmieszałam i gotowe! Pachnie tak jak lubię! Aromat czarnuszki miesza się z różą. Oleje wzbogaciły mój balsam i dodały mu sporo pielęgnacyjnej i odmładzającej mocy. Dzięki czarnuszce dodatkowo balsam zyskał delikatny różowy odcień.
Najbardziej zadowolona jestem z odżywki. Sama baza już dobrze wpłynęłaby na moje włosy. Jednak jako, że ostatnio sprawiają mi sporo problemów, zdecydowałam się na dodatek regulujących i przeciwłupieżowych olejków eterycznych, dla złagodzenia skóry głowy – oleju aloesowego (choć już nieco aloesu w składzie mamy), a do celów odłuszczających – czerwoną glinkę. Całość wyszła bardzo dobrze! Odżywkę pozostawiam na włosach na chwilę, niczym maskę, a potem bardzo dokładnie spłukuję, aby nie pozostawić ani śladu glinki. Efekty, wierzcie mi, są naprawdę dobre!
Czerwona odżywka do włosów
Do bazy odżywki dodałam:
  • ok. 5% oleju aloesowego (macerat w oleju sojowym)
  • ok. 1-2% łącznie olejków: rozmarynowego, lawendowego i cytrynowego
  • ok. łyżeczkę czerwonej glinki
Baza z glinką wymaga intensywnego mieszania. Dzięki temu pozbędziemy się grudek. Gotowa jest jednak już po chwili. To właśnie glinka nadaje jej ten charakterystyczny kolor.
 
A teraz niespodzianka!

Kochani, jeśli chcielibyście także wypróbować bazy, mam dla Was

6 zestawów 
po 50ml bazy balsamu, odżywki i myjącej

Przygarniecie?
Aby wygrać jeden z zestawów wystarczy tylko w komentarzu pod tym postem pozostawić informację o chęci przygarnięcia baz. Nie bądźcie anonimami – jeśli nie macie konta google, podpiszcie się choćby nickiem.
Na Wasze zgłoszenia czekam do środy 12.02.2014 do północy.
Spośród wszystkich, którzy zgłoszą mi swoją chęć, wylosuję 6 osób, do który powędrują zestawy. Wyniki zostaną ogłoszone na blogu. Na adresy do wysyłki nagród będę czekała 10 dni. Wysyłka na terenie Polski, a wysyła BliskoNatury.pl

Zapraszam!

Post sponsorski: Romantyczny rytuał z ecoKraina.pl

Mamy dzisiaj dla Was, wraz ze sklepem ecoKraina.pl, odrobinę rozkoszy! Nieco ciepła, pieszczot i wspaniałej zabawy. A wszystko naturalne, wszystko pachnące i kuszące. Zapraszamy na naszą propozycję wspaniałego romantycznego rytuału. Idealnego na walentynki, na niespodziankę dla ukochanej osoby. Nie ważne – dla niej, czy dla niego. Ważne, że razem cudownie spędzicie czas, blisko siebie, w atmosferze tropikalnego słońca i energetycznych nut zapachowych.
W kilku krokach pokażemy Wam jak zamienić zwykły wieczór w niezwykłą podróż. To naprawdę jest proste! Wystarczy wyobraźnia, łazienka i kilka kosmetyków. Zadbacie zarówno o zmysły ukochanej osoby, jak i o jej ciało. Jestem przekonana, że odwdzięczy Wam się z nawiązką!

Zapraszamy na romantyczny rytuał!
krok 1 Atmosfera
Zanim zaprosimy bliską osobę na rytuał, przygotowujemy odpowiednio łazienkę! Nastrojowa muzyka, przygaszone światło i świece to podstawa! Polecamy te naturalne, z wosku sojowego. Świetnym pomysłem jest także kominek zapachowy! Wlewamy do niego wodę z 20 kropelkami olejku pomarańczowego, który doskonale zrelaksuje, a jednocześnie działa energetyzująco. Pamiętamy o lampce szampana. Alkohol jest bowiem jednym z najlepszych afrodyzjaków. Pod warunkiem jednak, że jest pity w małych ilościach!
krok 2 Peeling
Do wanny wlewamy trochę ciepłej wody i zapraszamy do niej partnera. Podczas gdy on pije szampana i koi zmysły, masujemy jego ciało peelingiem. Idealnie sprawdzi się tutaj mandarynkowy z białym cukrem i granulkami jojoba Joik. Doskonale oczyszcza, wygładza i pielęgnuje wymęczoną skórę. Pozostałości peelingu spłukujemy prysznicem.
krok 3 Kąpiel
Tak przygotowana skóra domaga się chwili ukojenia w kąpieli. Napuszczamy ciepłą wodę. Skórę ukochanej osoby delikatnie myjemy tajskim mydłem do kąpieli z kwiatami plumerii białej, różowej orchidei, organicznym olejem jojoba i organiczny olej paczuli Planeta Organica. A potem pozostawiamy ją na 15 minut samą.

krok 4 Stopy
Wracamy do naszej kochanej osoby, prosimy o wyjście z wanny i owijamy ją szlafrokiem. Zapraszamy na miękki fotel i usadzamy tak, aby miała wyciągnięte nogi. Masujemy stopy, powoli, delikatnie uciskając, przez 10 minut. Polecamy nasz pomarańczowy krem do stóp Like Oranges i dolewkę szampana!
krok 5 Masaż
Najwyższa pora na cudowny masaż ciała! Nie musi być profesjonalny. Ważne, aby był wykonany z uczuciem. Kładziemy partnera na łóżku i sięgamy po balsam Balm Balm „Pieszczota” z olejkami z ylang ylang, paczuli i szałwii albo Mus do ciała Balijski Kwiat z olejkiem z neroli i plumeria Organic Shop. Masujemy całe ciało, zaczynając od nóg i powoli przechodząc do góry, w kierunku serca. Kończymy powolnym masowaniem twarzy.
krok 6 Całusy
Na końcu chwytamy pomadkę Kiss Me Make Me BIO i zaczynamy ukochaną lub ukochanego całować…
Resztę pozostawiamy Waszej wyobraźni!
Facebook