Po-Weekendowe Cuda no90

Miniaturowe figurki, takie małe, niepozorne, a mogą stanowić jedyną dekorację! I tak będą przyciągać uwagę! Cudne są! Autorstwa Demiurgus Dreams (1).
W podobnym klimacie – wspaniałe chusty, które dodają skrzydeł! Koniecznie zobaczcie pozostałe. Autor- Shovava, via Demilked (2).
Przecudowne tapety na koniec lata zrobiła Cocorrina dla Of Trees & Hues (3)! W trzech wersjach. Ta powyższa to moja ulubiona, która zdobi już mój komputer. Cóż… dopada mnie już sentyment za latem.. I wtedy pomaga mi to: „Nie płacz, bo się skończyło. Uśmiechaj się, bo się wydarzyło!”.
Na ostatnie letnie imprezy – kwieciste drinki! Zrobią wrażenie! Z Design Love Fest (4).
Uwielbiam takie wieszadełka na kwiatki. Do zrobienia z Nalle’s House (5)! Koniecznie, kiedyś, jakoś. (Tymczasem pochwalę się, że ostatnio za całe 4zł kupiłam sobie moje pierwsze, białe, sznurkowe wieszadełko! Teraz tylko mi hak potrzebny…).
Ależ spodobały mi się te ciuszki! I do tego wyglądają na bardzo wygodne. Od IN.NA (6).
A teraz coś na ścianę! Z okazji braku morza tego lata odczuwam okrutną potrzebę wgapiania się w plażowe widoczki. Taki nadaje się idealnie! Od Minagraphy (7).

Choć… Jednak zwierzaczki biją wszystko!! Z KOKObyHOKO (8). Boskie!

Na koniec, zamiast sklepowych niusów, ważna wiadomość! 🙂

Jeśli prowadzisz sklep z rzeczami pięknymi,
niebanalnymi i oryginalnymi, zaproś biżuterię Lili in the Garden do
siebie! Zapytaj o ofertę hurtową na kolekcję Stone! —–>
lili@liligarden.pl

Polub Lili na Facebooku —-> TUTAJ
Polub też Lili in the Gadren —-> TUTAJ

Uśmiechnij się! 

Kobiety inspirują: Anita Demianowicz

Anitę poznałam na wyjeździe z Cosmo. Jest barwną postacią, i od środka i na zewnątrz, przyciąga więc uwagę. Mnie jednak zauroczyła jej otwartość, chęć do dzielenia się swoją pasją, ogromne zamiłowanie do podróży i opowiadanie o nich w taki sposób, że chciałoby się siedzieć i słuchać. Jest przy tym nieustawicznie uśmiechnięta i ma w sobie coś, co przyciąga.
Anita Demianowicz jest autorką bloga podróżniczego  B*Anita. Zajrzyjcie tam koniecznie. W jej tekstach podróż rowerem na wschód Polski staje się równie ekscytująca i ciekawa, jak zwiedzanie wulkanów Ameryki Południowej. W niesamowity sposób opowiada o ludziach, spotkania z nimi w drodze, o dobru, które w nich drzemie.
Nie mogę nie wspomnieć o jeszcze jednej całkowicie fantastycznej sprawie! Anita otrzymała pracę marzeń! Przez cały wrzesień będzie zwiedzać Pomorze Zachodnie, a czekają na nią: „windsurfing, kitesurfing, golf, nurkowanie, wyprawa na
połów dorsza, relaks w SPA, obserwacje astronomiczne, jazda konno czy
narty wodne”! I oczywiście ma opisywać podróż na blogu projektu. Cudownie, prawda!?

Zapytałam Anitę o kilka rzeczy! Zapraszam do lektury! 

Kim jesteś?
Jestem. Tak po prostu. A
poza tym podróżuję i piszę o tym. Trudno mi zaklasyfikować się
gdzieś. Zresztą raczej próbuję unikać „szufladek”, w które
można byłoby mnie wcisnąć. Unikam nazewnictwa, choć wciąż
spotykam się z tym, że określa się mnie mianem blogerki,
podróżniczki, dziennikarki albo redaktorki. Staram się być po
prostu sobą. Czasem szalona, czasem odpowiedzialna, zawsze
pracowita, bywa że wybuchowa.

Jak i kiedy
odkryłaś, co chcesz tak naprawdę w życiu robić? 

Właściwie to od zawsze
chciałam pisać i robiłam to w taki czy inny sposób. A podróżować?
Chyba myśl o podróżach kiełkowała we mnie od dłuższego czasu.
Przyszedł jednak czas studiów, potem dorosłe, rozsądne,
odpowiedzialne, normalne życie, takie z kredytem za mieszkanie,
mężem, pracą od poniedziałku do piątku po osiem godzin dziennie.
I myślałam, właściwie byłam pewna, że tak trzeba już na
zawsze, już do końca życia. Że już tak trzeba umrzeć w tej
szufladce z napisem: „matka, żona, pracownica”. A potem nagle
dorosłam do tego, żeby stwierdzić, że wcale tak nie trzeba, że
można żyć inaczej, wcale nie realizując schematu, w który stara
się nas od dziecka wcisnąć. Postanowiłam zacząć żyć tak, jak
tego zawsze chciałam.

Co Cię motywuje? 

Motywują mnie sukcesy.
Wbrew pozorom nie osiadam wtedy na laurach, ale nabieram nowej
energii i siły do dalszego działania. Pewność, że dobrze robię,
że to, co robię ma sens, że motywuję innych. Jest moim paliwem,
motywatorem do tego, by działać intensywniej i pełniej.
Co Cię inspiruje?
Inspirują mnie przede
wszystkim ludzie. Ci zwykli, których spotykam najczęściej na swoje
drodze, którzy wyciągają do mnie pomocną dłoń od tak, po
prostu, bo chcą pomóc. Ale też inspirują mnie silne, samodzielne
i mądre kobiety, podróżniczki: Monika Witkowska, Marzena
Filipczak, Kasia Tołwińska i wiele innych.
 Co zaprzątało Ci
głowę dzisiaj rano? 
Pewnie praca i obowiązki. Przygotowuję drugą edycję Spotkań Podróżujących Kobiet –
TRAMPKI. To mój autorski program. Druga edycja będzie miała
miejsce już 27 września w Warszawie w Cafe 8 stóp. Dopinam więc
wydarzenie, szukam jeszcze sponsorów, zamykam program. O niczym
innym nie mam więc czasu w tej chwili myśleć. No może jeszcze o
tym, że mam nadzieję, iż te spotkania zainspirują inne kobiety do
podążenia za swoimi marzeniami.

Czym się w życiu
kierujesz?

Tym, by być szczęśliwą,
ale tak naprawdę. Staram się myśleć o tym, że życie jest tylko
jedno, więc warto je przeżyć tak, żeby nigdy nie musieć żałować.
Może to i banalne stwierdzenie, ale jakże prawdziwe. Lubię
powtarzać, że takie banalne stwierdzenia, kreują moje niebanalne
życie i to jest najważniejsze.

Co robisz, kiedy
tracisz zapał i chęci do działania?

Nie
będę przekonywać, że nigdy tak nie jest i że nie przeżywam
kryzysów czy gorszych dni. W końcu jesteśmy tylko ludźmi. Czasami
staram się wypłakać więc jakiś żal, obawy czy ból. Kładę się
do łóżka i nie wychodzę z niego przez cały dzień, ograniczając
harmonogram zajęć w ciągu dnia do czytania książki, do filmu czy
ulubionej muzyki. Staram się odetchnąć, by następnego dnia móc
spojrzeć bardziej zdroworozsądkowo na wszystko. Albo wsiadam na
rower i idę wszystko „wyjeździć”.

Czego nauczyłaś
się ostatnio?

 

Wybrałam się ostatnio w
pojedynkę na dwutygodniowy wyjazd rowerowy, więc musiałam nauczyć
się zmieniać dętkę. W końcu po prawie dwudziestu pięciu latach
jazdy na rowerze, wiem jak to się robi! Nauczyłam się też, że
nie wszyscy ludzie są ci zawsze życzliwi, nawet gdy ty jesteś
wobec nich w porządku i że nie ma ludzi, którzy lubiani są przez
wszystkich. Najwięcej uczą mnie jednak ludzie spotkani w drodze:
bezinteresowności, dobroci, umiejętności wyciągania w stronę
potrzebującego pomocnej dłoni. 
Dziękuję!
Wpadnijcie koniecznie na B*Anita.

Oczyszczanie z mocą acai!

Cudo odkryłam! Genialne! I już dodane do moich najlepszych odkryć! A jakie proste?! Oczyszczanie z ogromną antyoksydacyjną i odżywczą mocą jagódek acai!
Znacie je? Być może już o nich słyszeliście, bo stają się bardzo modne. Niepozorne, podobne do naszej czarnej porzeczki, tylko przerośniętej. Albo do czarnych oliwek. Bywają nazywane „żyłą złota” i „superfoods”. Dają pracę mieszkańcom puszczy amazońskiej i jednocześnie przyczyniają się do zachowania jej zasobów. Rosną bowiem dziko w regionie Amazonii, w północnej Brazylii i stają się dobrem odnawialnym. A czemu są takie wspaniałe? Ze względu na ogromną ilość dobroczynnych składników – witamin, pierwiastków, polifenoli. Dodają energii witalnej, zapobiegają i leczą choroby, odżywiają organizm i odmładzają.
W kosmetyce wykorzystuje się olejek z jagód acai. Jest niestety jeszcze rzadki i drogi, ale wierzcie mi – warto go zakupić! Jest gęsty, nie specjalnie ładnie pachnie. Można mu to jednak wybaczyć, bo na skórę działa wspaniale! Olejek wysycony jest antyoksydantami, dzieki czemu zapobiega procesom starzenia się. Mocno nawilża, łatwo się wchłania, widocznie regeneruje i wygładza. Reguluje, działa przeciwzapalnie i przeciwbakteryjnie. Wzmacnia naczynia krwionośne, przywraca elastyczność. Samo dobro!
Olejek można oczywiście stosować tradycyjnie – bezpośrednio na skórę. Dodawać do kremów, mieszać z innymi olejami. Mnie jednak coś tknęło i spróbowałam czegoś nowego. I się uzależniłam!
Wodę termalną Vichy dostałam podczas konkursu Cosmopolitan. Śmiałam się kiedyś, że marka sprzedaje po prostu wodę w sprayu. Niby termalna, ale jednak… woda w sprayu. Zwracam honor, bo bardzo mi się spodobała!
Codziennie rano i wieczorem, zamiast sięgania po tonik, wybieram płatek kosmetyczny, spryskuję go porządnie moją termalną wodą, przykładam dwa razy do ujścia buteleczki z olejem acai (co daje mi jakieś 4-5 kropli) i na koniec dodaję kropelkę olejku lawendowego. Takim płatkiem przemywam twarz. Efekty cudowne! Schodzą wszystkie zanieczyszczenia, skóra w ogóle nie pozostaje tłusta, a jedynie widocznie nawilżona, niezwykle miła w dotyku i jakby ujędrniona. Lawenda idealnie współgra z olejem. Razem dają podwójną regenerującą i przeciwzapalną moc. Czekam chwilę, aż olejki się wchłoną i nakładam krem nawilżający. Bardzo, bardzo polecam!
Olejek acai z Blisko Natury

Od kuchni o sklepie z biżuterią czyli dlaczego biżuteria, a nie kosmetyki?

Odkąd otworzyliśmy Lili in the Garden, co chwilę ktoś zadaje mi pytanie – a co z kosmetykami? Czy odeszły w niepamięć? Miałam je robić, sprowadzać, sprzedawać, a tymczasem ruszyło coś zgoła innego. Dzisiaj opowiem Wam o prowadzeniu małej firmy od kuchni. O naszym sklepiku z biżuterią, o niej samej i o naszych planach.
Jak zapewne wiecie (a przynajmniej sporo z Was), dwa lata temu prowadziłam swój własny sklep z kosmetykami naturalnymi. Wiecie też, że postanowiłam go zamknąć, bo nie udało mi się rozkręcić go wystarczająco dobrze. Była to moja pierwsza firma, wiedziałam i umiałam znacznie mniej niż teraz. Cóż, człowiek uczy się na błędach. Od tamtego czasu dosyć intensywnie współpracuję z innymi podobnymi sklepami. Czy to tutaj, na blogu, czy wspierając je konsultingowo, czy w końcu na co dzień – pracując w jednym na pół etatu. Znam więc już dosyć dobrze tę branżę i jej realia. Potrafię ocenić funkcjonowanie i szanse sklepów. Wiem na co zwracać uwagę, co jest ważne. I cały czas uczę się tego na bieżąco.
Nie zdecydowałam się w końcu na kosmetyki, bo zdaję sobie sprawę, jak dużo trzeba tu zainwestować. Znam konkurencję i jej możliwości. Znam rynek na tyle, żeby wiedzieć jak bardzo jest trudny. Co jakiś czas otrzymuję telefony od właścicieli sklepów o treści „pani Adriano, nie mamy sprzedaży, nie wiemy co robić”. Nie robię sama kosmetyków, ponieważ zależy mi na tym, aby wszystko było zgodne z prawem. Kwestia ogromnych kosztów przeznaczonych na ich badania przeważyła szalę. Reasumując, oszacowaliśmy z  mężem realnie nasze możliwości i uznaliśmy, że na to jeszcze nie czas. Nie oznacza to, że w przyszłości do tych planów nie wrócimy!
Dużo czasu spędzam w internecie, śledząc zachodnie blogi, strony i sklepy. Gdzieś w między czasie zakochałam się w biżuterii, która nie była w zasadzie u nas dostępna (pomimo kilku pojedynczych drogich przypadków). Im częściej na nią „wpadałam”, tym bardziej zajmowała moją uwagę. Rozgościła się na dobre w głowie i nie chciała z niej wyjść. Była piękna, kolorowa, z najcudowniejszymi kamieniami. Wyszukiwałam sklepy (głownie amerykańskie), które ją oferują, obserwowałam ich sprzedaż (na hand-made’owych portalach takie dane są dostępne) i reakcje kupujących.
W tym czasie sama zabrałam się za tworzenie biżuterii. Pokazywałam ją Wam i na blogu i na Facebooku. Chciałam się tego nauczyć, wypróbować własne możliwości. Odkryłam wtedy jaka to jest cudowna zabawa! Jak bardzo wciąga! Wierzę, że jeśli chce się czymś zajmować, trzeba się na tym znać.
W końcu udało mi się odszukać manufaktury wytwarzające te wszystkie cuda, które możecie dzisiaj znaleźć w Lili. Tę najcenniejszą, tworzącą kolekcję Dream, w sercu Indii, w Radżastanie, który od wieków słynie ze swoich szlachetnych i półszlachetnych kamieni. Od tej kolekcji się zaczęło.
Założyliśmy firmę. Najtrudniejsze zadanie miał do spełnienia mój mąż. To on załatwiał wszystkie sprawy urzędowe, a wierzcie mi – jest tego cała masa i są całkowicie irracjonalne! Jak dla mnie przynajmniej. I dla niego 🙂 Powiem tylko, że jeżeli sprowadza się srebro i złoto, trzeba od początku być vatowcem, mieć kasę fiskalną, uzyskać najróżniejsze numery do handlu międzynarodowego oraz obłaskawić urząd, o którego istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia – probierczy. Tam uzyskuje się własny unikatowy znak – cechę, którą musi wygrawerować na ciężkim kawałku metalu jeden w mieście (jak mniemamy, bo obdzwoniliśmy wielu…) grawer. Tam też wędruje każda pojedyncza sztuka biżuterii do zbadania i nabicia owego znaku (AS :)).  No… ale mniejsza z tym. O tym, że w tym kraju za dużo mamy papierologii, wiedzą wszyscy.
W końcu zrobiliśmy pierwsze zamówienie. Całkiem spore. Wysłaliśmy pieniądze do Indii, a wszyscy znajomi podpytywali nas, jakim cudem się o nie nie boimy. Cóż… trochę się baliśmy, ale sprawdziłam naszą manufakturkę na ile mogłam w internecie i jej zaufałam. Potem nastało oczekiwanie. Musicie bowiem wiedzieć, że nasza biżuteria jest dla nas robiona według naszych wskazań, ręcznie, dopiero po złożeniu zamówienia. Jest więc cieplutka jak świeże bułeczki!
I przyszła paczka! Jeszcze tylko milion papierków, kurier, cło, vat, opłata za czynności celne… Kojarzycie to uczucie, kiedy otwiera się długo wyczekiwaną paczkę? Albo prezent? To było właśnie to uczucie! Połączone z okrzykami radości, kiedy każdy kolejny produkt wychylał się z czeluści folii bąbelkowej. Wszystko, dosłownie wszystko, było piękne! Urząd potwierdził, że prawdziwe. Kamień z serca.
Tak to się zaczęło. Od tego czasu testujemy nowe manufakturki. Raz jestem całkowicie zachwycona, innym razem dziękujemy za współpracę. Oswoiliśmy kwestie urzędowe. Oswoiliśmy import. Teraz trzeba to sprzedać!
Zdecydowałam się na biżuterię, a nie na kosmetyki, bo wiedziałam, że znalazłam coś unikalnego, wartościowego, czego jeszcze u nas nie ma. Bo wiem, że kobietę łatwiej przekonać do zakupu nowej bransoletki, niż zmiany kremu, który zna i ceni. Bo cały czas trwam w zachwycie! Ale głównie dlatego, że oceniliśmy nasze możliwości, szanse i zagrożenia, a ocena ta wyszła pozytywnie.
Jak to sprzedać? Zaczęliśmy od portali hand-made’owych. Przyjęcie było dobre, sprzedaż sukcesywnie wzrasta. Konieczny był fanpage na FB. Dzięki blogowi informacja o Lili trafiła do wielu z Was. Nie mogło jednak obejść się bez strony. Wiedziałam wcześniej, że się da. Postanowiłam więc sprostać wyzwaniu i… stronę zrobiliśmy sami! Wespół w zespół z moim kochanym mężem. I choć ma wiele niedoskonałości i muszę jeszcze nad nią nieco posiedzieć, jestem z nas dumna. 
Nie było to łatwe. Nie znaliśmy nomenklatury, programowania. No… czarna magia. Wykupiłam jednak domenę i serwer. Oswoiłam WordPressa. Znalazłam szablon strony, wykupiłam go, dowiedziałam się jak podpiąć go pod domenę. I zaczęłam dziubać… Problem polegał na tym, że nasz szablon jest bardzo uniwersalny i miał zainstalowane tak dużo możliwości, stron i gadżetów, że ciężko było cokolwiek zrozumieć. W tym czasie Staszek zrobił internetowy kurs programowania prostych stron w HTML-u. Nie jest to konieczne, ale rozjaśnia kilka spraw. Przejął naszą dłubaninę, ja coś dodawałam, coś zmieniałam. I tak oto www.LiliGarden.pl działa! I to za całe 50 dolarów! Plus co roczne opłaty za serwer i domenę, ale to standard.
Jako mała firma rodzinna, robimy na razie większość sami. Na balkonie ustawiłam mini studio fotograficzne. Na Allegro za 9 zł zakupiłam białe tło. Biżuterię ustawiam na białej desce z naszego regału. Uczę się fotografii produktowej i już widzę różnice pomiędzy pierwszymi zdjęciami, a tymi ostatnimi. Znaczna większość naszej biżuterii to pojedyncze sztuki, kamienie są nieregularne, różnią się. Zdjęć musi więc być dosyć sporo, a czas potrzebny na ich obrobienie trzeba wygospodarować. Nie poradziłabym sobie bez Photoshopa. Program pozwala mi też tworzyć grafiki, niezbędne w promocji sklepu i jego funkcjonowaniu (logotyp, naklejki, itp.). Poniżej wstawiłam zdjęcie kolczyków przed obróbką i po niej. Jest różnica 🙂
I tak… działamy. Mamy sporo planów. Wierzę, że nasza biżuteria skradnie niejedno serce. Już wiele skradła. Największą pochwałą są powracający klienci!
Mam też małą, ale ważną wiadomość dla wszystkich, którzy prowadzą swoje sklepiki z pięknymi rzeczami! Zaproście naszą biżuterię do siebie! 
Przygotowaliśmy ofertę hurtową i z całego serca zapraszamy do kontaktu na lili@liligarden.pl!
A co najważniejsze – zapraszamy na LiliGarden.pl!

Ogród w mydle zaklęty!

Mydlanej zabawy ciąg dalszy! Zrobimy dzisiaj coś równie magicznego, jak prostego! Ogród w mydle zaklęty! A i nie tylko ogród, bo nieco lasu się tu znajdzie. Paproć bowiem jest wdzięcznym tematem. Ma tak piękny kształt, że każdemu mydełku doda niesamowitej tajemniczej aury.
Dzisiejszy pomysł może mieć tak różne oblicza, że i standardowego przepisu nie będzie. Ot, zdajcie się na własne wyczucie i pomysłowość! Odwiedźcie własne zagajniki, łąki i pola. Sama szykuję się już na dzikie kwiaty. Jeszcze chabry widziałam. Do tego rumianki. Paproć oczywiście pozostanie.
Kwiaty i listki zbieramy i suszymy spłaszczone w ciężkiej książce przez tydzień. Im większa różnorodność tym zapewne piękniej wyjdzie nasze mydło!
A teraz? Sięgamy po glicerynową bazę przeźroczystą (moje z EcoFlores) i ulubiony olejek eteryczny lub zapachowy. Wybrałam angielską różę – olejek zapachowy kosmetyczny (z Zielony Klub). Uwielbiam go (choć przyznam, że nie wszystkim odpowiada)! Doskonale wpasuje się w angielski klimat mydeł.
Wybierzcie takie foremki, jakie Wam najbardziej pasują. Sama użyłam… formy do tarty! Dzięki temu powstało duże, ogrodowe mydło, niczym naturalny obraz. Sprawdzą się tu także opakowania po serkach czy mleku w kartonie (dobrze oczyszczone i wysuszone).
Ilość bazy dostosujcie do foremki. Ilość olejku zapachowego do własnych preferencji. Ja do mojej tarty o grubości ok. 1,5 cm, zużyłam pół buteleczki olejku.
bazę kroimy na mniejszą kostkę i roztapiamy w mikrofali lub w kąpieli wodnej, co chwilę mieszając i nie doprowadzając do wrzenia. Roztopioną szybko wyciągamy, dolewamy zapach, mieszamy i przelewamy do foremek. Ważne, aby działać naprawdę sprawnie, bo mydełko szybko zastyga. 
Teraz zaczynacie Waszą sztukę! W szybkim tempie układacie suszone kwiaty i liście na powierzchni mydła. Lekko się w nim zatopią. Jeśli będą wystawały, możecie zalać je kolejną partią roztopionego mydła (ponownie podgrzać odłożoną wcześniej porcję). Wydaje mi się jednak, że lepszy efekt uzyskuje się bez ponownego zalewania (taka nauczka na przyszłość). Ucząc się na swoich błędach wiem też, że dobrze jest mieć pod ręką spray z alkoholem, który zapobiega powstawaniu bąbelków na powierzchni mydełka. Wystarczy je po prostu lekko spryskać.
Mydło odstawiamy na pół godziny w chłodne miejsce. Po tym czasie wyjmujemy z foremki (jeżeli jest to szklana forma na tartę, trzeba je podważyć z kilku stron cienkim nożykiem) i kroimy na mniejsze części. 
Mydło w użyciu jest całkowicie przeźroczyste – zdjęcia robiłam w deszczowy dzień i zaszło lekka mgłą wilgoci. Magia!

W roli głównej: Clochee Wygładzający olejek do demakijażu

W roli głównej – Clochee Wygładzający olejek do demakijażu czyli historia mojej głupotki. Lepszego określenia znaleźć nie umiem 🙂

Olejek mam od dawna. Bardzo dawna. Dostałam go od młodej polskiej marki, bo ponoć i fajny i skuteczny. Ucieszyłam się nawet jak doszedł, bo zapach ma fantastyczny. Lekko cytrusowy, lekko korzenny – moje klimaty. Na koniec wzięłam się za testowanie. Pierwsza próba… średnio… Druga… też nic specjalnego. O co im z tym olejkiem chodzi? Ani jakoś nie zmywa specjalnie, ani nie wygładza. Skóra taka tłusta jakaś po nim. Ale może mam zły dzień? Za tydzień to samo. Stał więc sobie w łazience i przyznam, że nie wiedziałam co z nim zrobić. Może do ciała przeznaczyć? No nie wiem…
Po jakimś czasie po raz kolejny odezwała się do mnie miła pani Justyna z Clochee z nowościami marki. Napisałam jej wtedy, że nie wspomniałam do tej pory o olejku i już o nim nie napiszę, bo w moim przypadku zupełnie się nie sprawdził. Ludzie są różni, mają różne skóry. Cóż bywa. Pani Justyna zrozumiała.
Nazajutrz dostaję maila: „czy olejek zmywała Pani wodą? pytam z ciekawości,
ponieważ olejek jest do spłukiwania wodą i demakijaż jest wtedy szybki i
przyjemny”. Yhy…. Olśniło mnie! Widzicie, człowiek się czasem jakoś dziwnie zafiksuje, ubzdura sobie coś, myśli, że rozumy pozjadał… a tu głupotka wychodzi! 
Na czym polegał mój błąd? Używałam olejek jak mleczko do demakijażu, na waciku. Tymczasem służy on do mycia twarzy, jak żel. Należy przemywać nim buzię, a następnie spłukiwać. Niby na etykiecie jest to napisane, ale jak człowiek nie myśli, to i do wacików to odniesie. 
I wiecie co? Jest cudny!
Dobrze się rozprowadza, lekko pieni i wcale nie wydaje się tłusty. Po zmyciu wodą nie pozostawia uczucia tłustości, ale właśnie wygładzenia. Po mojej krakowskiej wodzie, nakładam jeszcze nieco kremu nawilżającego. Co ważne, skutecznie zmywa makijaż, nie podrażnia. Jest po prostu bardzo przyjemny! Olejek ze słodkich migdałów i sezamowy doskonale współgrają. A ten cudny zapach unosi się w powietrzu.
Muszę jeszcze dodać, że aluminiowa buteleczka jest nie tylko praktyczna, ale też bardzo pojemna! Mamy tutaj aż 250ml olejku! Wystarcza więc na bardzo długo.
Polecam!

Facebook