Po-Weekendowe Cuda no93 / edycja BABIE LATO

Dzisiaj nieco inaczej! Bo nie widziałam większego cudu w ten weekend niż… babie lato! Wrzesień stanowczo jest najpiękniejszy, ma najcudniejsze kolory i najcieplejsze światło.

Zacznę jednak od dwóch ważnych spraw!

Rok temu w październiku odwiedziliśmy Strumyki podczas winobrania! Ponownie zbliża się ten magiczny czas pełen dojrzałych winogron! Sami niestety nie wyrwiemy się tym razem pod Poznań, ale Wam bardzo polecam! Zajrzyjcie do naszej relacji TUTAJ i na stronę Strumyków!

Po drugie – mam dobrą wiadomość dla mieszkańców Częstochowy! Biżuterię Lili in the Garden możecie tam znaleźć w Atelier Mody Polskiej na ul. Waszyngtona 18! Zapraszam!
Zapraszam też do śledzenia nowości w sklepie internetowym Lili in the Garden! Cudowne ostatnio dotarły!

A teraz babie lato! I baby trzy! Trzy wariatki! (i dwie krowy jeszcze)

Trzy jesienne tapety do ściągnięcia

Drodzy moi, mam dzisiaj dla Was prezent! A właściwie trzy, bo przygotowałam Wam trzy właśnie tapety do ściągnięcia. Jesienne, nastrojowe, z dobrym słowem. Mam nadzieję, ze się Wam spodobają!
Aby ściągnąć wybrany rozmiar, należy w niego kliknąć!
1366×768   /   1024×768   /   1280×800

 1366×768   /   1024×768   /   1280×800
1366×768   /   1024×768   /   1280×800
Przydadzą się? 🙂

W roli głównej: Mio Skincare – Boob Tube i Lucky Legs

Mamma mia! Oto i Mio! I do tego jeszcze Mama Mio! Dzisiaj w roli głównej mamy dwa produkty marki jeszcze do niedawna mi nie znanej, ale, trzeba przyznać, stanowczo wartej poznania! Oto i  Boob Tube – krem na piękne i jędrne piersi oraz Lucky Legs – energetyzujący i chłodzący żel do nóg (ponoć dla przyszłych mam).

Słyszeliście o tej marce? Przyznam, że dopiero odkąd od niej w czerwcu usłyszałam, zaczynam wychwytywać gdzieniegdzie w mediach nieliczne o niej informacje. Marka jest u nas nowa. Towarzyszy produktom do rzęs Revitalash, więc towarzystwo dystrybucyjne ma całkiem dobre. Przybyła ze Stanów i mam nadzieję, że się u nas zadomowi! Pozycjonuje się jako czysta, przejrzysta oferta produktowa dla osób aktywnych, a także dla kobiet w ciąży, pragnących zachować zdrowe, jędrne ciało.
Przyjrzałam się odrobinę bliżej dwóm produktom. Pierwszy z nich to mój ulubieniec! Lucky Legs – energetyzujący i chłodzący żel do nóg z serii ciążowej. Z pewnością przyszłym mamom bardzo się przyda, polecam go jednak każdemu. Przyniósł mi całą masę ukojenia w trakcie upałów, które jeszcze tak niedawno panowały. Wystarczy niewielka ilość leciutkiego preparatu o konsystencji mleczka. Wmasowujemy je w nogi, w powietrzu zaczyna rozchodzić się orzeźwiający zapach mięty. Po chwili zaczynamy czuć wspaniałe uczucie chłodu, natychmiastową lekkość. Odpoczywają. Nabierają energii. Bardzo to przyjemne. 
Warto sięgnąć po ten żel (nie wiem czemu nazywa się żelem), także w chłodniejsze miesiące. Po pracy, w domowym zaciszu. Mentol w połączeniu z olejkiem miętowym, cytrynowym i lawendowym, ekstraktem z imbiru, mandarynki i arniki, z masłem murumuru, olejem kokosowym i rumiankiem cudownie zrelaksują. Wiem coś o tym!
Drugi kosmetyk to Boob Tube (fajna nazwa, prawda?) czyli krem na piękne i jędrne piersi. Nie uzyskamy tu tak ekspresowych efektów, jak w przypadku żelu do nóg. Niestety. Nawet na opakowaniu napisane jest, że „podziękujesz nam za 20 lat”. Nikt się w sumie po kremie nie powinien spodziewać cudów. Mogę tylko napisać, że jest to świetny produkt pielęgnujący i nawilżający. Zapewne równie dobrze nada się do całego ciała, nazwa jednak mobilizuje do szczególnej dbałości o dekolt i piersi. I faktycznie skóra w tych okolicach staje sie bardzo przyjemna, miękka i wygładzona. 
Krem jest leciutki i wydajny. Wchłania się szybko, nie pozostawia uczucia tłustości. Lekko pachnie, całkiem przyjemnie. Co jednak najważniejsze, krem daje podwaliny do długoterminowej walki. Konieczna jest więc tu rutyna i czas. W składzie znajdziemy silne nawilżacze i antyoksydanty. Mamy więc koenzym Q10, coś o dziwnie brzmiącej zastrzeżonej nazwie – Seppicalm Dg, co ma rozjaśniać przebarwienia, wyciągi z mniszka, ostropestu i dzięgla, kwas hialuronowy, wyciąg z liści gotu koli, kory białej malwy, kwiatu hibiskusa i nasion ogórka. Do tego dodano masło shea, olej z wiesiołka, awokado, słodkich migdałów i oliwę z oliwek. Tyle dobra na raz 🙂
Polecam Mio. Polecam Mama Mio. Podoba mi się filozofia firmy, składy, opakowania i zabawne nazwy poszczególnych kosmetyków. 

Więcej na Plazanet.

Warto być miłym – o współpracy i o tym, że karma powraca!

Warto być miłym. I nie chodzi mi tu o spokój Waszej duszy i atmosferę pełnej szczęśliwości. To się Wam może po prostu opłacić! Czysto biznesowo, całkowicie wymiernie. Czemu więc ludzie tak prostej zasady nie rozumieją?
Taka sytuacja… Jest firma (nazwijmy ją – firma), do której straciłam cierpliwość. Zaczęłam z nią współpracę, jako z dystrybutorem produktów naturalnych, na samym początku mojej biznesowej przygody, kiedy otwierałam sklep z kosmetykami. I było to moje pierwsze zetknięcie się z brutalną rzeczywistością. Na samym początku mojego zatowarowania otrzymałam pakę z produktami w zgniecionych pudełkach, bez polskich nalepek (a to jest nielegalne) i z kosmetykami (jak się później okazało) zjełczałymi. Kosztowało mnie to dużo stresu i było nauczką na przyszłość. Ale dobrze, było minęło. Firma po dwóch latach zaczęła pisać znowu, kajać się, obiecywać, że mają już wysokie standardy. Pomyślałam, że to dobrze o niej świadczy, ale akurat sklep już zamykałam. 
Został blog. Zapraszałam co jakiś czas do współpracy, i w ogóle do jego odwiedzenia, moich dawnych „partnerów biznesowych”. Znałam ich w końcu, a oni mnie. Odezwałam się więc i do firmy. W odpowiedzi otrzymałam jedno zdanie o treści mniej więcej: „nie rozumiem? to ma pani sklep dalej czy nie?”. Po moim grzecznym wyjaśnieniu odzewu brak. Noooo dobrze….
Co jakiś czas mam przyjemność napisać coś niecoś do magazynów kobiecych. Często polecam tam też naturalne kosmetyki. Raz się zdarzyło, że bardzo pasował mi produkt z oferty tej firmy (jak też kilkanaście innych). Potrzebowałam tylko dobrych zdjęć, więc powysyłałam o nie prośby. Dla producentów i dystrybutorów była to po prostu bezpłatna promocja, wszyscy więc odpisali chętnie i sympatycznie. Poza tą firma, która odesłała mi maila ze zdjęciem bez ani jednego słowa treści. Ani „proszę”, ani „dziękuję”. Wtedy straciłam do firmy cierpliwość.
Od tamtej pory kilka razy doradzałam różnym sklepom w temacie wyboru asortymentu. Firmę zawsze odradzałam. Szkoda po prostu nerwów. Bardzo jednak często polecam marki i firmy, które wywarły na mnie dobre wrażenie. 
Zazwyczaj też nie polecam produktów firmy w Lili (z nielicznymi wyjątkami, kiedy dostanę je od współpracujących sklepów), nie linkuję, nie kupuję, nie wgłębiam się w ogóle w ofertę. Po prostu – nie mam nawet na to ochoty.
Powiedzcie mi więc, czy nie byłoby znacznie lepiej, gdyby ktoś z tej całej firmy był po prostu miły? Gdyby współpraca opierała się na miłych profesjonalnych stosunkach? Jestem pewna, że nawet nie przyszło firmie do głowy, że ja (teraz uważana zapewne za zwykłą blogerkę) mogę mieć realny wpływ na ich przyszłe przychody.
Bo nawet odmówić można w miły sposób. Tak, aby ktoś Was zamknął w głowie w szufladce „cóż, nie wyszło, ale ta firma/osoba jest naprawdę profesjonalna i warto o niej pamiętać, jak już będę a/sławna b/bogata c/wpływowa d/zwyczajnie będziemy mieli okazję do wspólnego biznesu”.
Dziewczyny drogie, powyższy wywód dotyczy także blogerek. Przyznam się od razu, że sama nie zawsze bywam na tyle miła, żeby odpisać blogerkom piszącym do mnie z zapytaniem o współpracę, pomimo faktu, że mojego sklepu nie ma od ponad dwóch lat. Owszem strona jeszcze wisi, ale to na prawdę nie trudno zauważyć, że sklep nie działa. A jak już piszą to niegramatycznie, bez podpisu, itp. Odsyłam tutaj do TEGO posta!
Odpisuję jednak często. Nie tylko w swoim imieniu, ale także w imieniu firm, dla których pracuję. Czasami zapraszam do kontaktu za kilka miesięcy. I nawet tutaj zdarzają się takie kwiatki jak dziewczyna, która postanowiła mnie opieprzyć, że obiecałam jej współpracę kilka miesięcy temu, a ona nadal nie ma u siebie żadnej przesyłki… Żeby nie było – nic nie obiecywałam, a dziewczynie już raczej nie zaufam.
Mam też na koncie nieco przykładów współprac, które nie zostały zrealizowane z najróżniejszych powodów. Bardzo często firmy nie mają pojęcia na temat współpracy z blogerami. Ja też mam swoje własne zasady. Zdarzają się niegrzeczne sugestie na temat mojej osoby i tego co powinnam, a czego nie. Zawsze w takich przypadkach mam ochotę odpisać w bardzo ostrym tonie.
Ale powstrzymuję się. Pozostawiam takie maile na kilka godzin lub na noc. I dopiero nazajutrz, kiedy emocje opadną, a w głowie pojawi się odpowiednia odpowiedź, odpisuję. Grzecznie i miło. Życzę powodzenia. Przesyłam pozdrowienia. Nie chcę być zapamiętana źle. Pomimo wszystko!
Pamiętajcie, że nigdy nie wiadomo co się kiedyś wydarzy. Kto będzie na jakim stanowisku, w jakiej firmie. Jakie będzie miał możliwości i zadania. Jakie doświadczenia, czego się gdzieś po drodze nauczy. Karma powraca. Jeżeli zapamiętają Was w dobry sposób, powrócą do Was z być może nową propozycją. Może Was polecą. Może Wasza życiowa szansa, jedna na milion, będzie zależała od tego kogoś. Jeśli jednak zapamięta Was źle, wierzcie mi, już nie wróci i już nie poleci. Ba… odradzi…

DIY / Przepis na Olejek Morela-Cytryna

Pogoda nie rozpieszcza… Delikatnie mówiąc… Jesień w pełni; pokazuje nam swoje nieokiełznane oblicze. Mam więc dla Was kilka pomysłów jak ja okiełznać, które sama od kilku dni praktykuję!
  • Czy piekarnie Buczka są tylko w Krakowie? Przyznam się, że nie wiem! Ale kto ma Buczka gdzieś w zasięgu spaceru, jako żyw niech biegnie po kruche ciasto z truskawkami i masą budyniową! Pychota!
  • Zaczytałam się! Zaoglądałam! I rozmarzyłam! Wejdźcie na Family in Asia. A jak już wejdziecie, to przeczytajcie całość, jak ja, od razu! Rodzina z dziećmi, właściciele portalu Dziecisawazne.pl, rozpoczęła niedawno swój 2-letni pobyt w Azji. Na pół roku zatrzymali się w Indiach. Posty są krótkie, wciągają, rozśmieszają. Autorzy w prosty, zabawny sposób pokazują tamtejszą rzeczywistość. Zazdroszczę odwagi, ciepła i wspaniałej przygody!
  • Gdzieś w między czasie, zróbcie sobie koniecznie olejek morelowo-cytrynowy!
 Nazwa może mylić, więc wyjaśnię – nasz niezwykle prosty i całkowicie naturalny olejek powstał z oleju z pestek moreli i cytryn! Wybrałam akurat morelkę, ale oczywiście możecie dobrać tutaj inny ulubiony olej bazowy. Lubię ten, za to, że jest niezwykle lekki, uniwersalny, bezpieczny, bezzapachowy, łatwo się wchłania, przyjemnie koi i pielęgnuje, a do tego nie należy do drogich olejów! A cytryna? Cóż… mało co dodaje tyle pozytywnej energii co świeży, soczysty, słoneczny zapach olejku cytrynowego prosto z cytrynowej skórki!
Do wykonania olejku przygotujcie:
  • cytryny
  • olej z pestek moreli
Dowolną ilość cytryn wyszorujcie dokładnie gąbeczką w wodzie. To bardzo ważne, aby oczyścić je z tych wszystkich świństw, którymi są pryskane. Obierzcie je obieraczką do warzyw. Tak, aby uzyskać możliwie jedynie tą żółtą woskową część skórki. 
Skórki wrzućcie do naczynia i zalejcie je olejem tak, aby w całości je zakrywał. Naczynie ustawcie w kąpieli wodnej (w większym naczyniu, wypełnionym wodą, na ogniu/palniku). Ogień ustawcie na najmniejszy płomień i dajcie się wodzie zagotować. Wyłączcie palnik i odczekajcie pół godziny. Powtórzcie tę czynność dwa-trzy razy. Chodzi o to, aby olejek miał szanse macerować się w cieple, ale żeby przypadkiem nam się sam nie zagotował, bo straci swoje właściwości, kolor i zapach. Naczynie odstawcie w spokojne miejsce na minimum jedną noc, najlepiej na trzy dni, co jakiś czas nim wstrząsając. Po tym czasie przecedźcie olej do butelki.
Wygląda cudownie żółciutko, pachnie świeżo cytryną i idealnie nadaje się np. na prezent. Stosujcie go jako olejek nawilżający do ciała, wieczorem, na wilgotną skórę, jako dodatek do kąpieli lub innych kosmetyków.

Po-Weekendowe Cuda no92

Choć sama urządziłabym dom nieco bardziej klasycznie, uwielbiam podglądać wnętrza tworzone przez artystów. To podoba mi się bardzo! Te kolory, ta energia, bijąca zewsząd radość życia! I sukienka właścicielki! I huśtawka w domu! Jest to dom australijskiej artystki Kirry Jamison via Casa Atelier (1).

Genialny pomysł na mały domowy ogródek – słoiki! Na sukulenty idealne! Z Free Series (2).

Jakie to słodkie, urocze i zabawne! Biżuteria ze stworkami dla małych i dużych. MinPinShop (3).

Lubię motyw brzozy. Nie mogłam więc nie zwrócić uwagi na brzozowe kubeczki! Autorstwa koreańskiego artysty Heesoo Lee via Design Father (4).
Chcę takę lampę! Chce mieć całą drogę mleczną na suficie wieczorem! Genialny pomysł, a taki prosty w zasadzie! Kolekcja dla Anagraphic , autorstwa Anny Farkas i Miklósa Batisz (5).
Cudowne, genialne, boskie poduchy! Poproszę wszystkie! Z Plantillo (6).
Fajny pomysł na obrazki – zwierzęta z dziwnym wnętrzem 🙂  Biała Kura (7).
Cudowny i prosty pomysł na urocze zakładki do książek. Do zrobienia! Z Vanilla Craft Blog (8) / autorstwa A Little Birdy Blog.
Na właśnie takich talerzykach chciałabym trzymać pierścionki! Dekory Nati (9).
Na koniec kilka nowości z Lili in the Garden (lubicie już na Facebooku? Nie? To wpadajcie TUTAJ!). Już wkrótce kolejna masa nowości!

Facebook