Mały Biznes / Migawki 04 / feedback

Któryś z banków wypuścił ostatnio bardzo fajną serię reklam. W ostatniej pewna dojrzała pani chce spełnić marzenie o wyjeździe do Katmandu. Wszyscy jej to odradzają, ale ona i tak się decyduje, oszczędza i jedzie. W podsumowaniu pojawia się stwierdzenie: „wysłuchałam innych, ale posłuchałam siebie”.

Bo wiecie jak to jest – każdy wie swoje. I, co gorsza, każdy wie najlepiej. Na co dzień spotykam się z tym, że to inni chcą mi narzucić, jak powinien wyglądać mój blog, co powinnam sprzedawać, a czego nie, na czym się skupić, o czym pisać, co pokazywać, jak pokazywać, itp.

Z pewnością, w większości przypadków, tego typu informacje, które do mnie dochodzą, powodowane są bardzo dobrymi intencjami, chęcią pomocy czy doradzenia. Doceniam to. Naprawdę.

Ale… No właśnie – ale… ale gdybym naginała się do tych wszystkich dobrych rad, dawno zatraciłabym coś, co staram się w sobie tworzyć, mój własny, indywidualny styl, moją osobistą wizję tego, jak chcę być odbierana ja i to co robię. W gąszczu takich samych, powtarzalnych, nieciekawych kreacji, chciałabym, aby to co tworzę wyróżniało się, było nieco inne, trochę ciekawsze, godne zauważenia. Zależy mi na tym, aby treści, które pokazuję czy na blogu, czy w sklepie odróżniały się i zapadały w pamięć. Żeby całość była trochę zwariowana, trochę merytoryczna i praktyczna, mocno soczysta, kolorowa, kiedy indziej czysta, minimalistyczna, ale na pewno inspirująca. Dlatego bardzo chcę słuchać siebie i tego co mi radzi intuicja.

Ale…

No, ale w biznesie jest jeszcze druga strona tego indywidualnego medalu.

Nie jestem artystą, który tworzy, nie bacząc na innych, w szale swym twórczym i bezkompromisowo.

Ja mam bowiem Was, drodzy czytelnicy, mam też klientów – czy to w sklepie czy tych, dla których tworzę grafiki. Nie mogę być ślepa na feedback który od Was dostaję, pomimo tego, że może nawet wzrasta we mnie niepokojące poczucie buntu.

Co więcej, wszystkie te uwagi i opinie to tak naprawdę ogromna wartość. Po pierwsze dlatego, że mam na tyle zaangażowanych czytelników/klientów, że chcą przy mnie nieco dłużej potrwać. Po drugie, ja sama mogę nie dostrzegać tak wielu różnych szczegółów czy wręcz bardzo istotnych rzeczy, które dostrzegają inni. W swym zacietrzewieniu bowiem, umykają nam pewne kwestie i naprawdę dobrze, że ktoś chce je nam uświadomić.

Trzeba więc wysłuchać innych, wsłuchać się w siebie i wyciągnąć najlepsze wnioski. Tak, aby osiągnąć kompromis pomiędzy naszą wizją, a jasnością odbioru czy użytecznością. Aby zachować możliwą harmonię między własnym stylem i oczekiwaniami odbiorców. Jedno i drugie jest równie ważne.

Staram się więc zmieniać, dostosowywać, uczę się nowych rzeczy, ciągle poszukuję, słucham rad i poddaję się, kiedy uznam, że ktoś inny faktycznie może wiedzieć więcej czy znać się na czymś lepiej. Mam jednak czyste sumienie i poczucie, że to co robię, dokładnie mnie odzwierciedla.

A jak Wy sobie radzicie z feedbackiem, który otrzymujecie? Staracie się dopasowywać czy mocno trwacie przy wytyczonej ścieżce?

 

Wrześniowa szafa z lekkim twistem

Nie poddajemy się powakacyjnej depresji, prawda?

A wiecie co pomaga zachować dobry, radosny nastrój? Zakupy! Znalazłam więc kilka rzeczy, idealnych do wrześniowej szafy, które dodadzą jej lekkiego, pozytywnego twista! Żeby było kolorowo, ciekawie, niebanalnie i optymistycznie! I żeby taki właśnie był wrzesień!

Dodałam tam oczywiście trochę biżuterii Lili in the Garden, no ale nie mogłam się oprzeć – pasuje idealnie!

wrzesień

1. Krótka kurteczka z haftem i chwościkami / Zara

2. Spodnie z kolorowymi wstawkami / Desigual – Zalando

3. Cudna apaszka afrykańska / Promod

4. Marchewkowy brelok Happy Moments / Zara

5. Geometryczna koszula oversize / Topshop

6. Koszula z kokardą / Vero Moda – Zalando

7. Kurtka dwustronna – z jednej strony kwiecista, z drugiej – kropkowana / Springfield

8. Wiszące kolczyki z piwnymi kwarcami / Lili in the Garden

9. Bomberka w jesiennych kolorach / Topshop

10. Kolczyki Luna z mlecznymi chalcedonami / Lili in the Garden

11. Naszyjnik Fairy z karnelianem / Lili in the Garden

12. Bluzka z falbanami / Bershka

W roli głównej: Planeta Organica Organiczny żel – peeling enzymatyczny do twarzy

Najwyższa pora na kolejne zachwyty! Wracamy tym razem do kosmetyków. Muszę Wam bowiem, koniecznie muszę, polecić naprawdę fajny peeling!

W roli głównej wystąpi zatem Organiczny żel – peeling enzymatyczny do twarzy znanej nam już dobrze rosyjskiej marki Planeta Organica. Moje ochy i achy mogłabym streścić w trzech słowach – skuteczny, łagodny i taniutki, ale mogłoby to nie wystarczyć. Zacznijmy zatem od otoczki…

Peeling wędruje do nas w naprawdę ładnym, reprezentacyjnym kartoniku, większym od samej buteleczki jakieś trzy razy. Dzięki temu całkiem dobrze może posłużyć za prezent. Ot, choćby dla nas samych. Sam preparat zamknięto w eleganckiej, charakterystycznej dla manufaktur, buteleczce w ciemnego szła z praktyczną pompką. Etykietę ma śliczną, ale w całości w cyrylicy. Cóż, nie ma ideałów… Idealną ma za to cenę – za 50 ml, które starcza na naprawdę długo zapłacimy 13-15 zł.

peeling 2

Czy jednak warto nawet tyle wydać na rosyjski specyfik? Warto, warto! Peeling jest naturalny, oparty na naturalnych enzymach z papai i ananasa i kwasach AHA. Do nich dodano całe bogactwo roślinnych ekstraktów i olejów, które bardzo lubię, np. olej z nasion marchewki, makadamia, awokado, z pestek winogron czy oliwę. Z ciekawszych składników mamy olej z gwajakowca lekarskiego i ekstrakt z rośliny o nazwie eclipta, o których wcześniej nie słyszałam, olejek z limonki, z drzewa nim, ekstrakt z echinacei, trzciny cukrowej, lukrecji, cytryny, rozmarynu, itp. No, wiele tego, skład przeogromny, ale najwyraźniej twórcy peelingu wiedzieli, co robią.

Nakłada się go na czystą skórę i pozostawia na 10 minut. Peeling jest naprawdę łagodny, a przy tym bardzo skuteczny. Skóra po nim jest widocznie oczyszczona, mięciutka i niezwykle przyjemna w dotyku. Producent nie kłamie pisząc, że kosmetyk „udoskonala mikrocyrkulację, podnosi sprężystość skóry, odświeża i zrównuje koloryt twarzy.” Peeling nie podrażnia, nie powoduje zaczerwienienia, nie pozostawia efektu ściągniętej skóry. Po jego użyciu oczywiście przemywamy twarz tonikiem i nakładamy krem. Po takim zabiegu aż będziecie chciały dotykać buzi!

Peeling z BliskoNatury.pl

 

peeling 3

Te 3 rzeczy – na okrągło

Mam dzisiaj dla Was 3 okrągłe rzeczy, w których się zakochacie! Piękne, prawda?

1. Jeden z najładniejszych talerzyków na pierścionki, jakie widziałam! No i ponoć słonie przynoszą szczęście! Ten jest wyjątkowo uroczy. I jeszcze te złote zdobienia! Och i ach! / Anthropologie

2. Od dawna marzy mi się specjalna deska do serwowania serów i innych przystawek. Ta wygląda wyjątkowo wspaniale! / Leif

3. Moja dżinsowa kurtka aż prosi się o jakąś przypinkę. Ta jest wprost idealnie magiczna! Z tymi małymi gwiazdozbiorami… Cudo! / oh no rachio!

Na koniec małe ogłoszenie – żegnamy lato w Lili in the Garden z 15% zniżką (z kodem „konieclata”). Zapraszam Was ciepło do sklepu!

zegnamy latomale

 

Zauroczona: Beech Hall

Dawno nic nie zauroczyło mnie tak nagle, tak intensywnie i tak na zabój! Jestem zafascynowana kolorami, energią, radością, taką siłą bijącą ze wszystkich prac dostępnych w kolektywie artystycznym Beech Hall.

Natknęłam się na ten sklep dzięki jednemu z moich ulubionych blogów i od razu wsiąknęłam w tą niezwykłą atmosferę. Jestem pod ogromnym wrażeniem sposobu na ekspozycję dostępnych tam przedmiotów – biżuterii, sztuki, ceramiki. Jednak to, co podoba mi się najbardziej to wiszące donice z kolorowymi dodatkami. Przepiękne!

No i co? Można zaprezentować w sklepie internetowym coś tak inaczej, tak ciekawie, że już ta sama prezentacja zdaje się być sztuką. Oby więcej takich perełek!

Zobaczcie koniecznie na Beech Hall (via Miss Moss)

beech-hall-00 BeechHall_CollectionNo2_Lookbook_Page_09 BeechHall_CollectionNo2_Lookbook_Page_06 beech-hall-07 BeechHall_CollectionNo2_Lookbook_Page_03 BeechHall_CollectionNo2_Lookbook_Page_02 BeechHall_CollectionNo2_Lookbook_Page_07 beech-hall-09 BeechHall_CollectionNo2_Lookbook_Page_11 beech-hall-05 BeechHall_CollectionNo2_Lookbook_Page_08 BeechHall_CollectionNo2_Lookbook_Page_04

 

Przepis na myjące żelki

Chcecie zobaczyć prawdziwe szczęście na twarzy dziecka (wiem, widziałam!)? Wypróbujcie koniecznie dzisiejszy pomysł na myjące… żelki!

Są mięciutkie, lekko się ciągną i uginają pod naciskiem palców. Cóż, w końcu to żelki. Pod strumieniem ciepłej wody, zmieniają się jednak w mydełka i sprawiają, że każda kąpiel staje się fantastyczną zabawą. A takie to proste!

Polecam do zrobienia razem z dziećmi!

żelki 2 800

Myjące żelki

Składniki:

  • 50 ml wody
  • 4 łyżeczki żelatyny
  • 200 ml mydła w płynie (wykorzystałam zwykłe, kremowe, drogeryjne, o zapachu róży)
  • 1 łyżeczka różowej, błyszczącej miki (ewentualnie barwnik do mydeł lub brokat)

Na małym ogniu ustawiamy garnczek, wlewamy do niego wodę i wsypujemy żelatynę. Mieszamy, aż większość się rozpuści. Dolewamy mydło, dodajemy mikę i mieszamy przez chwilę całość, aby wszystko dobrze się połączyło. Gotowy płyn przelewamy do foremek silikonowych na pralinki (wystarczy na około 20 małych żelek). Odkładamy w chłodne miejsce do wystygnięcia, a następnie do lodówki na 1-2 godziny do stwardnienia. Przed wyciągnięciem żelek z foremek, wkładamy je na 15 minut do zamrażalnika – w ten sposób łatwo nam wyjdą.

Żelkami myjemy się jak mydełkiem. Pod strumieniem ciepłej wody należy je rozmasowywać w dłoniach. Po chwili zaczną się pienić.

żelki 5 żelki 4 żelki 3 800

Facebook