KategorieŻycie

Chata Miłośliwka

Wybraliśmy się do chaty prawdziwej. Takiej polecanej, że klimatyczna, że modna, że wyjątkowa atmosfera.

Słyszałam o Chacie Miłośliwka już dawno. Stronę nawet dodałam do zakładek, żeby mi nie umknęła. Kiedy więc znajomi zapytali czy jedziemy, bo organizują wyjazd – pojechaliśmy.

Pojechaliśmy pod koniec lutego. Zimy już nie było, wiosny jeszcze też. Pogoda wyjątkowo nie wyjazdowa. Sprzyjała jednak takiemu zwyczajnemu, spokojnemu, wesołemu spędzaniu czasu razem. Zwolniliśmy na chwilę. Były plany wycieczek, nart, dalszych wędrówek. Miało być znaczni bardziej intensywnie. Nie żałuję, zupełnie.

Bo ten spokój, te śmiechy, te zabawy dzieci, poranne przeciągające się, wspólne kawy, czytanie w wielkiej kanapie Sielskiego życia, wieczory trwające długo w noc były znacznie przyjemniejsze.

I chyba nie można inaczej w Miłośliwce. Tam trzeba zwolnić. Tam wszystko aż się prosi o w inny, spokojny tryb.

Sama chata i stojący obok niej gościnny spichlerz są naprawdę cudne. Przytulne, pełne domowego ciepła. Szczególnie podobały mi się wszystkie niesamowite, ceramiczne umywalki. Pełno tam też pięknych drobiazgów, połączeń rękodzieła z tą najładniejszą wersją dodatków z Ikei. Cóż, dokładnie to, co lubię i to, czego się w takiej chacie można spodziewać.

Ale…

Ale pojawiły się także nieprzyjemne zgrzyty i w zasadzie sama nie wiem czy chatę polecać czy nie.

Nie można się do niej dostać samochodem. Bywa to ogromnym plusem, zwłaszcza, jeśli chce się właśnie zwolnić, odpocząć. Spacer nie jest jakoś szczególnie uciążliwy, pół godziny, raczej mocno pod górę. Problem pojawia się jednak, jeśli zostaje nam obiecany wywóz bagaży, my dojeżdżamy w dwie rodziny z łącznie czwórką małych dzieci i masą rzeczy, już po ciemku, w zimny lutowy wieczór, a tu okazuje się, że właściciele jednak na nas nie poczekali i sobie pojechali. Przyznam, że był to bardzo niemiły początek…

Nastawiliśmy się też na pyszne wyżywienie, całościowe. Miały być lokalne produkty, koleżanka opowiadała, że w trakcie ostatniego pobytu, byli zachwyceni jedzeniem. Że były sery lokalne, wspaniałe, urozmaicone śniadania, no cuda wianki. Tymczasem my… cóż… głodni nie chodziliśmy, ale doprawdy nie ma do czego wracać, zwłaszcza za tę cenę. Jedynie masło wszyscy mocno chwalili. Pierwszego dnia rzuciliśmy się na nie ze świeżym chlebem. Super, tylko drugiego dnia już świeżego pieczywa nie było, a trzeciego jedliśmy już niemal suchary.

Bardzo też nie podobało mi się mocno zaniedbane i zagracone obejście. Pełno tam było ewidentnie niepotrzebnych rzeczy, jakichś koszy, plandek, śmieci… Uzbierało się więc trochę zgrzytów, przez które poczuliśmy się zwyczajnie zlekceważeni. Wpłynęły też mało przyjemnie na cały ogląd miejsca, a zaznaczam raz jeszcze – chata i spichlerz, w którym mieliśmy pokój, były naprawdę urocze.

Sami więc zdecydujcie, czy warto odwiedzić chatę Miłośliwkę. Odsyłam na jej stronę – tutaj.

Zapisz

Nie czekaj – zaproponuj

Byliśmy w górach na trzy dni. W osiem osób, tych samych, co zawsze. Z dziećmi, które szalały od rana do wieczora. One w dzień, my w nocy.

Byliśmy w górach przez trzy dni i nie miałam ani czasu, ani ochoty, żeby wrzucić coś na Facebooka czy Instagram.

Oczyszczają mnie te nasze wyjazdy, resetują. Są najlepszą odskocznią od codzienności. Wracam zmęczona fizycznie, połamana, padnięta, ale z uśmiechem ogromnym. Bo to właśnie te chwile, dla których się żyje. Między innymi oczywiście, ale doceniam je ogromnie i uważam za wielką wartość.

O przyjaźnie, tak samo, jak o miłość, dbać trzeba.

I dlatego tak bardzo mnie dziwi, jak ludzie opowiadają, że ciężko im się spotkać, że trudno coś zorganizować razem, że czasu nie ma, że obowiązki, dzieci, praca…

Mam różnych znajomych i przyjaciół, z różnych okresów życia. Z niektórymi widujemy się regularnie, często, z innymi raz na kilka miesięcy. Zawsze jest bardzo miło.

Co robię, kiedy mam ochotę się z kimś spotkać? Nie czekam, aż się ktoś zbierze, aż dostanę zaproszenie, aż sobie ktoś przypomni czy zatęskni. Zwyczajnie sama coś proponuję! I wiecie co? Zazwyczaj wychodzi.

Dlatego tak bardzo się dziwię, jak ktoś mi opowiada, że teraz tak trudno się spotkać. Bo wcale nie trudno. Czasem wystarczy zaproponować. Polecam 🙂

#zmiana / odważ się

Marzyła mi się od dawna. No bo jak to tak – tu blog, tu książka, tu co jakiś czas wywiad, a i portfolio trzeba by zrobić… A zdjęć ładnych i profesjonalnych nie mam. Marzyła mi się więc od dawna sesja wizerunkowa. Zawsze jednak ją odwlekałam. W końcu to wydatek. Może nie jest aż tak potrzebna (jest, jest!). Ale najistotniejsze, z jakichś dziwnych powodów sesja zdjęciowa, w której to ja jestem obiektem, w której to muszę jakoś wyjść, jakoś wyglądać, do której się mnie będzie malowało – wszystko to raczej mnie przerażało.

Bo tak naprawdę, choć staram się przełamywać, to ja bardzo nie lubię siebie na zdjęciach. Jestem bowiem niefotogeniczna i zawsze (prawie zawsze) zrobię jakąś dziwna minę, przez którą wyglądam jak pożal się boże… Wierzcie mi, że tutaj, w Lili wrzucam już mocno przesegregowane, wyselekcjonowane zdjęcia, które po długim namyśle uznam, że „jednak ok”.

Taka sesja jest więc dla mnie czymś zupełnie nowym. Niemniej jednak, w związku ze zmianami w Nowym Roku, zdecydowałam się. Zdecydowałam się otworzyć, zaufać i popłynąć z prądem. I zaufałam – Kasi, którą poznałam podczas jednego ze spotkań krakowskich latających kręgów (takie babskie spotkanka). Umówiłam się i już nie było odwrotu.

Wybrałam kilka zestawów ubrań – do osądu Kasi. Odprowadziłam dziecko do przedszkola i pojechałam. I całą drogę chciało mi się śmiać. I stres dopadł mnie spory…

I w jednej chwili minął, jak tylko zobaczyłam Kasię. A jeszcze potem Ewę, która zrobiła mi makijaż.  A robiła go tak, że znowu się śmiałam, ale teraz już spokojniej. Śmiałyśmy się wszystkie razem.

Odważyłam się na sesję wizerunkową i bardzo się z tego powodu cieszę.

I warto, oj warto się odważyć!

Efekty sesji za jakiś czas.

(Po sesji wracałam na tramwaj wzdłuż Wisły. Smog okrutny… Ale słońce w końcu wyszło!)

#zmiana / kolczyki

Zmian część dalszy, pora jednak na te mniejsze. Takie, które nie powodują wielkiej rewolucji w życiu, ale dzięki nim czujemy się lepiej, pracujemy sprawniej, dzień staje się zwyczajnie ładniejszy, noc mniej straszna, a osoba, która zerka na nas z lustra – taka jakaś przyjemniejsza i bardziej oswojona.

I tak… tylko mnie nie wyśmiejcie… przebiłam uszy!

W wieku 32 lat zebrałam się na odwagę, której przez tyle czasu mi brakowało i wybrałam się do kosmetyczki. Nie, żebym wcześniej odczuwała jakąś specjalną potrzebę noszenia kolczyków. Wydawało mi się wręcz, że takie to nienaturalne, jak z ucha coś zwisa. Nie wiem tylko, że podświadomie nie kierował mną jednak strach przed tym dziwacznym pistoletem dobierającym się do mojego ciała…

No ale, no… sami powiedzcie – gdyby Wam zostało tak dużo, tak pięknych kolczyków, czy nie odważylibyście się na ten milowy krok? Mnie przekonały, zwłaszcza te długie z różowym chalcedonem i kwarcem z inkluzjami. Nie mogłam sobie ich tak po prostu darować, choć przez 3 lata prowadzenia sklepu Lili in the Garden nie przemawiały do mnie tak mocno.

Poszłam więc… nie sama, o nie! Z Różą i siostrą, w ramach wsparcia, bo ze mnie ogromna panikara. Pani, która nas przyjmowała była pewna, że chodzi o Różę właśnie. Kiedy okazało się, że to ja będę się dziurawić, spojrzała tylko dziwnie, uśmiechnęła się i spytała, jakim cudem dziecko urodziłam, skoro się boję… Cóż, sama nie wiem…

No i mam! Teraz muszę odczekać tylko szmat czasu, aż się wszystko zagoi i zaczynam moją przygodę z kolczykami. I cieszę się bardzo. I czuję się bardziej dorosła. I inna trochę.

I dobrze mi z tym!

 

Warsztaty i targi

Trochę się ostatnio działo! O wakacjach zrobiłam Wam już obszerny wpis, muszę więc jeszcze napisać o dwóch innych wydarzeniach.

2 5 4 6

Otóż przed wyjazdem na Cypr zajrzałam nad nasze, polskie morze! Tuż przy nim bowiem prowadziłam warsztaty podczas wyjazdu integracyjnego warszawskiej firmy. Był to bardzo intensywny, wyczerpujący czas, ale równie mocno inspirujący i wciągający! Bo ja bardzo, ale to bardzo te moje warsztaty lubię!

Tym razem musiałam się wyjątkowo dobrze zorganizować – prowadziłam aż 4 warsztaty dla łącznie około 150 osób. Moim kierowcą i asystentką została moja siostra, bez której całość nie miałaby racji bytu. Dojechałyśmy z Krakowa nad morze całkiem sprawnie i szybko. Miałyśmy nocować w hotelu Mistral w Gniewinie razem z całą grupą. Jako, ze nie leży on tuż przy morzu, odbiłyśmy z trasy, aby zobaczyć Bałtyk w Sopocie. Powiem Wam, że wrażenie wyjątkowe! Październikowy, wieczorny, trochę mroczny krajobraz z molo i Grand Hotelem wywarł na mnie ogromne wrażenie (ostatnio byłam tam bardzo dawno, w dzieciństwie). Drugiego dnia, już po 2 turach warsztatów, mega zmęczone, wybrałyśmy się już po ciemku na plażę w Dębkach. Było magicznie – księżyc w pełni, łodzie rybackie na piasku i zupełnie pusto. No, magia!

Warsztaty, jak sądzę, sprawiły grupie sporo radości. Uwielbiam obserwować zwłaszcza panów, którzy dekorują kąpielowe serniczki czekoladowymi serduszkami i kolorowymi posypkami. Ileż serca wkładają w swe dzieła! Zrobiliśmy jeszcze aromaserum olejowe, mocno energetyzujący peelingi i mini olejki aromaterapeutyczne do zadań specjalnych. I tak, po dwóch noclegach, czterech warsztatach, dwóch króciutkich wypadach nad morze i okropnie długim sprzątaniu całości, wróciłyśmy do Krakowa, ażeby wylecieć na upragnione wakacje!

7 8 9 10 11 12 13

Po powrocie z wakacji czekała mnie ogromna przyjemność! Po raz pierwszy wzięłam bowiem do ręki moją książkę – Cukiernię Kosmetyczną. Uczucie nie do opisania – trzymasz oto w dłoniach spełnione marzenie i efekt długiej i ciężkiej pracy. Mam ogromną nadzieję, że się Wam spodoba!

Książkę zobaczyłam podczas Targów Książki w Krakowie, podczas których miałam swoje własne spotkane autorskie na stanowisku mojego wydawnictwa Publicat. Było to dla mnie prawdziwe wyróżnienie i choć może nazbyt dużo książek nie podpisałam, jestem z siebie bardzo dumna 🙂

(Swoją drogą byliście na tych targach? Jakie tam były dzikie tłumy!)

1 2 4-tile 3 8-tile

Na koniec chciałabym Wam polecić coś niecoś! Otóż równolegle z moją Cukiernią nakładem wydawnictwa Publicat wyszły jeszcze dwie książki autorstwa koleżanek – blogerek! Polecam więc Waszej uwadze Kolorową Kuchnię Roślinną Magdaleny Gembackiej z bloga Am mniam oraz Polski przewodnik Paleo – Iwony Wierzbickiej i Katarzyny Karus-Wysockiej czyli Ajwen – Dietetyka Kliniczna – Iwona Wierzbicka i Cook it Lean.

102

Cypryjski październik

Czy można mieć dość morza? Wierzę, że nawet gdybym przy nim mieszkała, nigdy nie miałabym go dość. Nasze jest piękne, ale to południowe, ciepłe, przejrzyste, w kolorze zapierającym dech w piersiach to moje odwieczne marzenie. Dlatego aż tak szczęśliwa byłam przez tych jedenaście październikowych dni.

Padło na Cypr. Pomysłów było wiele, jak zawsze. Los jednak chciał, że udało nam się zaplanować urlop dopiero w drugiej połowie października. Padło na Cypr, bo leży mocno na południu, a zależało nam na ciepełku i na morzu właśnie. Bo wydał nam się ciekawy, niedrogi, dosyć wygodny (to UE), a do tego lubimy i grecką i turecką kuchnię. I wiecie co? To był naprawdę dobry wybór.

Cypr nie należy do tych miejsc, w których zakochujesz się od pierwszego wejrzenia. Nie urzekł mnie tak jak Hiszpania czy portugalska Madera. Nie miałam ochoty rzucić wszystkiego i pozostać tam na zawsze. Cypr ma jednak wszystko, aby uczynić rodzinne wakacje udanymi. Mamy więc naprawdę bajeczne morze z pięknymi piaszczystymi plażami, intrygującą historię, mocno rozbudowaną infrastrukturę turystyczną i pyszne jedzenie. Z jednej strony są tu bardzo komercyjne, przeładowane tandetą deptaki, lunaparki i knajpy wszelakie, z drugiej znowuż odkrywamy to spokojne, nieco puste, nieco suche, czasem zaniedbane oblicze wyspy.

No a poza tym w październiku na Cyprze jest gorąco! A jeśli w październiku jest tu tak gorąco, to doprawdy aż boję się, jak tu jest latem! Mamy więc upalne dni i ciepłe wieczory, słońce jednak zachodzi znacznie wcześniej, bo około 18:00. Może to być minusem, nam jednak bardzo podobały się też te wieczorne spacery w świetle księżyca z widokiem na całą pobliską zatokę.

32-800

1 7-tile 6 14-800 2 4-cats 3 12-800

Pisałam Wam już, że lecieliśmy z nowym serwisem linii Wizz Air – Wizz Tours. Nadal twierdzę, że jest to dobra i niedroga sprawa, znam już jednak też minusy. Po pierwsze Wizz Air ma szalenie nieintuicyjną stronę, na której zrobienie odprawy online graniczyło z cudem. Co chwilę się zawieszała, nie dało się czegoś znaleźć, wpisać czy gdzieś wejść. Ostatecznie odprawił nas więc mój mąż, manewrując między ich starą a nową stroną. Poza tym mały bagaż podręczny Wizz Air to nie to samo, co mały bagaż podręczny Ryanair. Jest znacznie mniejszy, za większy trzeba dopłacić (choć to ponoć całkiem niedługo ma się zmienić). Wadą serwisu Wizz Tours, który jak już pisałam, uważam za świetny wynalazek, jest natomiast fakt, że niektóre pytania i niezbędne ustalenia załatwiamy w języku angielskim. Dla nas nie był to problem, ale jeśli ktoś nie ma łatwości w pisaniu i mówieniu po angielsku, będzie miał spore trudności. Dotyczy to głównie transferu z i na lotnisko – na miejscu trzeba po prostu zadzwonić do przewoźnika, aby poznać godzinę odjazdu.

Pobyt spędziliśmy w miejscowości Ayia Napa, w pobliżu Larnaki. Jest to jeden z mocno turystycznych kurortów, słynący ze swych skalnych jaskiń i intensywnego życia nocnego. Nasz hotel położony był jednak na jej końcu, w miejscu bardzo wygodnym – mogliśmy albo uciec od zgiełku i cieszyć się nadmorskim spokojem, albo spacerkiem dojść na główny deptak czy w okolice portu i nacieszyć oczy dobrem wszelakim. Tuż obok hotelu znajdowała się cudowna knajpka, ostatnia w mieście, w której zajadałam się m.in. pyszną musaką. Był tu też przystanek autobusów, które za 1,5 euro rozwoziły po całym regionie. Jednym słowem, było co robić, co zwiedzać, co odkrywać, ale też można było dobrze odpocząć.

10 9-800 11 15-800 16 17 18 20 19 21 22 23 26-cats 25-800 24 29 28 31

49-800

Muszę Wam koniecznie napisać o naszej wyjątkowej przygodzie! Prawie codziennie obserwowaliśmy piracki statek – dokładniej „prawie” oryginalną Czarną Perłę, która przepływała wzdłuż naszej zatoki. Róża zawsze szalała, kiedy tylko ją widziała. Przedostatniego dnia zdecydowaliśmy się więc na piracki rejs. Było fantastycznie! Statek naprawdę przypominał ten z Piratów z Karaibów, a załoga – występujących w filmie piratów. Całe 4,5 godziny odbywało się coś w rodzaju przedstawienia, zapoczątkowanego wypłynięciem z portu z pobrzmiewającym głośno motywem przewodnim z filmu (człowiek czuje się wtedy jakby naprawdę rozpoczynał przygodę). Dzieci miały zapewnione atrakcje – malowanie flag i twarzy, tańce pirackie, pasowanie na pirata i poszukiwanie skarbów. Rodzice mieli do dyspozycji bar 🙂 Były dwa przystanki na pływanie i skakanie d morza, lunch i kilka zabaw dla dorosłych, np. „strzelenie” do plażowiczów. Ktoś miał doprawdy genialny pomysł. Jeśli więc tylko będziecie w Ayia Napa – koniecznie popłyńcie Czarną Perłą w rejs!

48 56 58 60 57-tile 59 61-tile 64

Wakacje dobiegły końca. Listopad przywitał nas deszczem i chłodem. Nie jest mi już on jednak tak straszny. Czuję się wypoczęta i mocno nasłoneczniona. Nie wiem czy wrócę jeszcze na Cypr, ale nasz wyjazd uważam za bardzo udany. A teraz? Rozpoczynamy powoli przygotowania do Świąt!

No i w końcu mam już moją Cukiernię Kosmetyczną! A Wy? :D:D:D

53-800 52-tile 51 47-800 50-800 45 44 46 43 42-800 41 36 34-800 33 35-800 40 38 39 55-800

 

Facebook