KategorieUncategorized

Po-Weekendowe Cuda no27

Już widzę siebie, za kilka lat, na werandzie w małym domku, siedzącą z Różą na takiej oto huśtawce (1), opierającą się o takie ważkowe-robalowe poduchy (2) i wysłuchującą zwierzeń o nowym koledze lub teatrzyku w szkole. Ech…
Zauroczył mnie amerykański sklepik Urban Outfitters (3), który wysyła też do Polski – gdyby ktoś był zainteresowany. Szczególnie spodobały mi się szklane pojemniczki na biżuterię, pudełeczka-makaroniki oraz laboratoryjne wazony!
Cudny pomysł na biżuterię dla kobiet i dziewczynek ma nowa (chyba) polska marka PĄPĄ by KIUIK (4). Bardzo Wam polecam te pomponiaste naszyjniki i breloczki!
Piękna melamina ze sklepiku Z potrzeby piękna zawsze przykuwała moje oko. Tym razem urzekły mnie kubeczki i taca w kurki (5).
Pawiany wchodzą na ściany, żyrafy wchodzą do szafy (6)… Proste, zabawne… świetne! Plakaty projektu One Mug a Day.
Pnie brzozy w sypialni (7)? Wyglądają genialnie jako zagłówek łóżka! Odrobina lasu w domu!
Kto miał już zaręczyny ręka do góry? Kto planuje mieć? Polecam pod rozwagę taki oto cudny pomysł na zaręczynową sesję fotograficzną (8)! Ja przepadłam…

Krakowski Kazimierz

Korzystając z wolnego popołudnia i z prawdziwego kwietniowego lata, odwiedziliśmy krakowski Kazimierz. W zamyśle miała to być wycieczka tramwajami… Dla Róży, bo reaguje na nie wręcz euforycznie, a ostatnio miała przyjemność podróżowania komunikacją miejską jakoś rok temu. Skończyło się jednak na miłym spacerze i obiedzie. I wiecie co – czułam się całkowicie wakacyjnie! Przemierzałam wąskie uliczki, w sandałach i okularach przeciwsłonecznych na nosie i robiłam zdjęcia. Posiedzieliśmy wśród obcojęzycznego tłumu, delektując się pysznym obiadem. Wystawialiśmy twarze do słońca i cieszyliśmy się chwilą.
A Kazimierz… Jak zawsze niezwykły. Swoiste połączenie gorzkiej historii, obskurnych kamienic i ciemnych zaułków z kwitnącym centrum turystycznym z całą masą kawiarni i klubów, pięknymi odnowionymi muzeami i hotelami, uroczymi sklepikami i oczywiście – okrąglakiem z najlepszymi na świecie zapiekankami. Bardzo się rozwinął Kazimierz ostatnimi laty. Stanowi teraz obowiązkowy punkt podczas zwiedzania Krakowa. 

A dla mnie? Dla mnie to miejsce, gdzie wychodzi się wieczorem na piwo z przyjaciółmi. Gdzie zawsze znajdzie się jakaś nowa knajpka do odkrycia. Gdzie żydowskie dziedzictwo miesza się z krakowską atmosferą bohemy. Gdzie obskurność bywa zaletą. Gdzie klimat jest tak specyficzny, że nie wierzę, aby jeszcze gdziekolwiek na ziemi mógł się powtórzyć. Choć przyznajmy szczerze – przydałoby się wszystko w końcu porządnie odrestaurować!

 Ulica Szeroka – wizytówka Kazimierza, pełna żydowskich restauracji, napisów i oczywiście – z synagogą.

Obiadek w jednej z bardzo turystycznych knajpek. W ogródku. W cieple. Wśród, o dziwo, uśmiechów i sympatycznie zagadujących ludzi.

Plac Nowy. Największe skupisko klubów i kawiarni. Tutaj zawsze coś się dzieje. Tutaj zawsze gwarno i wesoło. A co najważniejsze – tutaj stoi okrąglak z najlepszymi zapiekankami! Cudownymi zwłaszcza, kiedy się je zjada w środku sobotniej nocy, wracając do domu!

Na Starowiślnej są najsłynniejsze w  Krakowie lody. Kolejka do nich miewa nieraz i ponad 100m! Wracając postanowiliśmy się na nie skusić, a i wydawało się, że czekania nie będzie dużo. Jakież było nasze rozczarowanie, gdy już prawie przy wejściu do lodziarni okazało się, że lody się skończyły… Ech…

W roli głównej: Phenomé Cukrowa maska i peeling 2w1 MULTI-ACTIVE

Stała sobie i czekała. Spokojnie, bo cierpliwa jest. Na szafeczce w łazience. Bo wiedziała, że jak już się pokaże to z pompą! I oto jest – w roli głównej – Cukrowa maska i peeling 2w1 MULTI-ACTIVE Phenomé!

Z czystym sumieniem, z całego serca i nawet z pełną świadomością, mogę powiedzieć, że uwielbiam to cudo. I że stosowanie maski-peelingu to czysta przyjemność. I jeszcze, że zawsze mam ochotę ją pod prysznicem zjeść. A czemu? Bo pachnie i wygląda jak smakowita masa ciasteczkowa! Ot, taka słodka pasta, która odżywia skórę od zewnątrz.
Stosuję ją dwa razy w tygodniu, pod prysznicem. Zaczynam od peelingu, delikatnie masuję całą buzię. Przy okazji staram się nie zlizywać jej z warg. Potem pozostawiam ją na twarzy na kilka minut, aby zadziałała niczym maska. Takie 2w1! I faktycznie multi-active. A cera po takiej uczcie jest wypoczęta, gładka, miękka w dotyku. I tylko czeka na delikatny krem, który wchłania chętnie i szybko.
Maska-peeling ma dosyć rozbudowany skład. Do ścierania służą tutaj drobinki cukru oraz zmielone pestki oliwek i truskawek. Resztę zacytuję ze strony Phenomé: oleje makadamia, z oliwek – odżywiają, zmiękczają i wygładzają naskórek, olej jojoba – tworzy na skórze cienki, lipidowy film, chroni i odżywia, olej buriti – nawilża, wygładza, koi, działa antyoksydacyjnie, masło babassu – nawilża, pozostawia gładki film ochronny, ekstrakt z lukrecji – działa przeciwzapalnie i antyseptycznie, wyciąg z korzenia prawoślazu lekarskiego – nawilża, łagodzi, działa przeciwutleniająco,  ekstrakt z ananasa – nawilża, zmiękcza, działa przeciwstarzeniowo, pobudza skórę do regeneracji, wyciąg z kwiatów rumianku – łagodzi, działa przeciwzapalnie, ekstrakt z grejpfruta – pobudza, odświeża, tonizuje. Dobrze brzmi, czyż nie?
Warto też wspomnieć tutaj o opakowaniu maski. Zamknięta jest w charakterystycznym dla Phenomé ciemnym słoiczku z nieco apteczną etykietą. Wszystko ma tu swój cel i choć brakuje ozdobników, to przyciąga oko. Dla mnie jednak najistotniejsza jest pojemność, bo peelingu jest naprawdę sporo. Dzięki temu jest naprawdę wydajny, przez co wart swojej ceny.

Same dzisiaj ochy i achy…

Inaczej: Latające domy

Niezwykły pomysł! I wspaniały projekt! Latające domu zauroczyły mnie i przeniosły w inną rzeczywistość. Już mnie ciekawi, kto w nich mieszka, jak żyje, o czym myśli… No i jak wychodzi do pracy? Albo na spacer z psem? 🙂 A tak na poważnie to podziwiam ich twórcę za realizm i ogromną wyobraźnię!.

Latające domy są autorstwa Laurenta Chehere.

Kto chciałby w takim zamieszać?

Zdjącia Laurent Chehere

Dzięcięce sprawunki, radości i smutki

Chciałabym się dzisiaj podzielić z Wami naszymi ostatnimi dziecięcymi sprawunkami, które warto polecić oraz małymi radościami i smuteczkami. Więcej, znacznie więcej, na szczęście, będzie radości. Smuteczek tylko jeden, ale nieco poważniejszy i nie na teraz. A z drugiej strony bardzo potrzebny w zrozumieniu świata. Ale od początku…

1. Lato na Ulicy Czereśniowej, Rotraut Susanne Berner, kupiła Róży ciocia – moja siostra. Miała w pamięci całe godziny, które poświęcałyśmy razem w dzieciństwie, oglądając książeczkę przysłaną nam przez ciocię z Ameryki, pełną postaci, wręcz chaotyczną. Chyba milion małych skrzatów, w tym przypadku, na każdej stronie robiło milion rzeczy. A my mogłyśmy tak siedzieć i siedzieć i wpatrywać się i cały czas odkrywać coś nowego. 
Lato na Ulicy Czereśniowej jest podobne, tylko znacznie większe i ma twarde strony. I opowiada o pięknym lecie w małej miejscowości. Tutaj też pojawia się cała masa bohaterów, którzy żyją swoim życiem i pozwalają i nam w nie zajrzeć. Zaznaczam, że treści tu jest sporo, choć brakuje tekstu! Róży książka tak się spodobała, że potrafi teraz sama sobie ją wziąć, rozkładać i przeglądać w spokoju. Sama, powtarzam! Na początku zaglądałyśmy w ten inny świat razem i muszę przyznać, że ja też przenosiłam się do tego miasteczka. I odkrywałam nowe postacie i poszukiwałam tych już znajomych. 
Muszę też wspomnieć, że po prostu uwielbiam Wydawnictwo Dwie Siostry! Mamy także ich książeczkę o porach roku i już wprost nie możemy doczekać się aż do naszych rąk trafią słynne MAPY! Coś czuję, że chwila ta nastąpi w okolicach urodzin:)
 2. Zamiłowanie Róży do zabawek, w których należy koralikami przejeżdżać po pokręconym druciku zauważyliśmy w różnorakich urzędach, w których znajdują się one w kącikach zabaw. Kiedy więc w Hiszpanii natrafiłam na takie oto małe cuda, musiałam jedno jej kupić. I bardzo się małej spodobało! Potrafi wieczorem sama w łóżeczku, przed zaśnięciem, bawić się zabawką, którą potem muszę wyciągać gdzieś spod rączki. Szczerze polecam wszystkim 2-latkom!
3. Nie byłabym sobą, gdybym Wam nie poleciła czegoś kosmetycznego! Od jakiegoś czasu Róża używa Żelu do Mycia i Szamponu z Aloe Vera, Rumiankiem i Lawendą Bentley Organic. I z czystym sumieniem muszę przyznać, że jest bardzo przyzwoity. Łagodny, ale skutecznie myje. Prawie nie pachnie i delikatnie się pieni. Łatwy w użyciu i bezpieczny. Czego więcej chcieć? 🙂
4. Na Asiunię Joanny Papuzińskiej natknęliśmy się w SzafieTosi. Autorka bloga pokazała kilka stron tej niesamowitej książeczki, a ja tak bardzo się wzruszyłam, że pokazałam je mężowi mojemu osobistemu. Co ciekawsze i on się ogromnie wzruszył, zwłaszcza przeglądając ostatnią stronę (poniżej), na której to tata po wojnie wraca do swojej córeczki. Może dlatego, że sam na wojnie był… Po kilku dniach przyszła Asiunia w małej paczuszce, bo, jak się okazało, została wtedy od razu na Allegro zamówiona.
Bo Asiunia jest o wojnie. O wojnie oczami małej dziewczynki (autorki), która jeszcze dużo nie rozumie. Której cały świat się z jakiegoś dziwnego powodu kończy. Nagle nie ma mamy, taty, domu. I trzeba jakoś przeczekać i jakoś żyć i jakoś dorastać. Ale w końcu wszystko się kończy i wraca tata. Sam…
Nawet pisząc to się wzruszam… Książeczka jest naprawdę przepiękna i wierzę, że kiedyś, za kilka lat, pozwoli w delikatny sposób przybliżyć dziecku tematykę wojny. Bo przecież i tak jej przed tym nie uchronię…

PS  Udało mi się w końcu spróbować kultowych francuskich makaroników! Pyyyyycha!

I kolejne PS
Poniżej same dziecięce radości, czyli wiosna na wsi!

Róża życzy miłego dnia!

Miód fiołkowy

Zaczynamy od małego pytania – czy wzięliście już udział w I Wiosennym Lili Plebiscycie na najlepsze kosmetyki naturalne – TUTAJ? Jeśli nie, to przypominam, że czekają poniższe wspaniałe nagrody!! I satysfakcja, że wybierzecie najlepszych z najlepszych! Zapraszam!

Znowu powracam do tematu kwiatów, a dokładniej do ich radosnego spożywania. Moimi ulubieńcami pozostaną fiołki! Ich aromat jest tak niezwykły i kuszący… Pierwszy raz miałam przyjemność skosztowania fiołkowych cukierków we Włoszech i przepadłam! W poście o kwiatowych serkach (TUTAJ) pytaliście jak smakują. Cóż… fiołkowo! Musicie sami spróbować. Polecam poszperanie w internecie w poszukiwaniu fiołkowych przepisów – np. TUTAJ

Dzisiaj przygotujemy cudownie aromatyczny miód fiołkowy! Nic prostszego! Zobaczycie! A taki miód nie tylko świetnie urozmaici Wasze śniadania i podwieczorki, ale także może stanowić wspaniały ręcznie robiony prezent. Wyobrażacie sobie herbatę słodzoną takim miodem. I ten aromat fiołkowy unoszący się w powietrzu? Bajka! Nie wspominając już oczywiście o kosmetycznym wykorzystaniu takiego miodu…

Do jego przygotowania przygotujcie tylko:
  • ulubiony płynny miód
  • fiołki w dowolnej ilości – najlepiej, aby nie przekraczały połowy objętości miodu
 W przepisach w internecie wyczytałam, że warto taki miód w słoiczku najpierw lekko podgrzać w kąpieli wodnej. Sama jednak tego nie zrobiłam. Z fiołków poodcinałam zielone  końcówki i po prostu zmieszałam je z miodem w małym słoiczku tak, aby żaden kwiat nie wystawał poza miód. Całość zamknęłam i odstawiłam na kilka dni w spokojne miejsce. Miód przeszedł aromatem fiołkowym i smakuje bosko! Fiołki możecie z miodem rozsmarować na kanapkach czy naleśnikach lub wyciągnąć ze słoiczka i w ten sposób przechowywać aromatyczny miód.

Facebook