KategorieNaturalna pielęgnacja

Para ziołowa – pomysł, przepis, inspiracje

Nazwa „parówka” bardzo mi się nie podoba. Za bardzo kojarzy się z jedzeniem 🙂 Pozostańmy więc przy ziołowej parze, choć parę musimy dopiero zrobić. Dzisiaj bowiem mam dla Was pomysł na mieszankę aromatycznych dobroczynnych ziół, które zalane wrzątkiem stworzą nam wspaniałą ziołową parę, wysyconą naturalnymi olejkami eterycznymi prosto z roślin!
Nasza ziołowa para ma spełniać trzy funkcje – pielęgnacyjną, rozgrzewająco-inhalującą oraz estetyczną – takie mieszanki wyglądają wspaniale, kolorowo, ziołowo. Polecam próbowanie różnych ziół i tworzenie własnych receptur, które nie tylko wykorzystacie sami w domu, ale także wyczarujecie wspaniałe prezenty dla bliskich!
Do stworzenia mojej mieszanki zainspirowały mnie te od Fig + Yarrow (TUTAJ). To mała amerykańska marka, o której już Wam kiedyś pisałam. Spójrzcie, jakie cuda znajdziecie w ich sklepie! Jak te zioła wspaniale wyglądają! Podzielone są na cztery pory roku i zawierają sezonowe dziko zbierane rośliny. Może warto podpatrzyć tę zimową kompozycję przy okazji zbliżających się świąt?
Przy tworzeniu mieszanek pamiętajcie, że warto do nich dodać zioła znane ze swego dobroczynnego wpływu na skórę, jak lawenda, nagietek, rumianek, arnika, itp. Zależy nam także na pięknym zapachu, który wpłynie na nas kojąco i relaksująco. Pomyślcie więc, zwłaszcza teraz, zimą, o skórkach cytrusów, lasce cynamonu, goździkach, jałowcu, ale też o aromatycznych kwiatach jak lawenda czy jaśmin. Przy problemach z górnymi drogami oddechowymi, wybierzcie się do lasu po igły sosny, świerku, jodły, po jałowca. Warto tu dodać rozmaryn, cedr czy eukaliptus. 
 
Para ziołowa oczyści nam i cerę i umysł! Otworzy pory, wzmocni krążenie krwi i usuwanie toksyn, pozwoli dokładnie pozbyć się zanieczyszczeń, resztek makijażu i nadmiaru sebum. Pozwoli odetchnąć! Wzmoże przenikanie naturalnych olejków, które uwolnią się wprost z roślin i pomogą nam skórę zregenerować, wzmocnić, wyregulować. Działają antyseptycznie i kojąco. Tak, trzeba sobie taką parę ziołową raz w tygodniu zrobić!
A jak? Wystarczy do miseczki wrzucić garść mieszanki i zalać całość wrzątkiem. Odczekać chwileczkę, aby para nie była za gorąca i nachylić się nad miseczką, zakrywając głowę ręcznikiem. Przez 5-15 minut wdychamy, odpływamy, relaksujemy się!

W mojej mieszance pary ziołowej znalazły się:

  • 1/3 szklanki nagietka
  • 1/3 szklanki lawendy
  • 1/3 szklanki chabra
  • 1/3 szklanki wrzosu
  • 1.3 szklanki kocanki
  • łyżka gożdzików
  • łyżka jałowca
  • łyżka czarnuszki

Mieszaj! 5 najlepszych miksów aromaterapeutycznych na chłody!

Mieszamy, kochani, mieszamy! Nie dajemy się jesieni, zimie, apatii, przygnębieniu i stresowi! Mieszamy i korzystamy z dobrodziejstw aromaterapii! Mam dzisiaj dla Was pięć moich ulubionych mieszanek aromaterapeutycznych, które doskonale sprawdzają się w chłodnych miesiącach!
Każda z nich ma inne zadanie, każda inaczej oddziałuje na organizm i każda oczywiście inaczej pachnie. Lubię je jednak wszystkie, są sprawdzone i stosowane u nas w domu. Wspomagają nas, dodają energii, tworzą przyjemną atmosferę. Wypróbujcie je i modyfikujcie po swojemu. Dostosowujcie do własnych preferencji zapachowych. Pamiętajcie, że najważniejsze, aby zapach Wam odpowiadał, a działanie było zgodne z potrzebami.
Od dłuższego czasu do aromatyzowania powietrza używam kamienia aromaterapeutycznego (już o nim wspominałam tutaj). Wolę go znacznie bardziej od tradycyjnych kominków – jest łatwy w użytkowaniu, nie wymaga ciągłej dostawy świeczek, nic się nie wylewa, a w zasadzie równie dobrze rozprowadza olejki. Jeśli jednak dysponujecie jedynie kominkiem, do jego miseczki nalejcie do 3/4 pojemności wody i to do niej dolejcie olejki eteryczne. Całość będzie powoli parować i się ulatniać.
Oto moja lista 5 ulubionych mieszanek na jesień i zimę!
Mieszanka klasyczna i chyba najbardziej magiczna! Połączenie pomarańczy, klementynki i cynamonu zawsze wprowadza świąteczną magię do domu!
Łączymy 10 kropelek olejku pomarańczowego + 10 kropelek olejku z klementynki + 5 kropelek olejku z kory cynamonu
Jesienią i zimą szczególnie brakuje nam energii. Każdy jej zastrzyk jest więc bardzo cenny, a nic nie daje takiego pozytywnego kopa jak mocne i radosne zapachy cytrusów!
Łączymy 10 kropelek olejku bergamotkowego + 10 kropelek olejku limetkowego + 5 kropelek olejku pomarańczowego (i tańczymy i śmiejemy się!)
Stres, przemęczenie, ciągły bieg między domem, przedszkolem, sklepem i pracą nie pozwala czasami spokojnie spedzić wieczoru, odpocząć i po prostu – zasnąć! Potrzeba nam ukojenia!
Łączymy 15 kropelek olejku lawendowego + 10 kropelek olejku neroli (z kwiatów gorzkiej pomarańczy)

Szaruga za oknem, trzy kawy wypite, a w perspektywie kilka godzin przed komputerem. Znam to bardzo dobrze. Niestety. W takich momentach potrzebuję rozjaśnienia umysłu i mobilizacji, ale łagodnie, z natury.
Łączymy 10 kropelek olejku rozmarynowego + 5 kropelek olejku bazyliowego + 10 kropelek olejku miętowego
W domu z dzieckiem przeziębienie, katar i kaszel w tym czasie to standard. Nosy zatkane i ogólne rozdrażnienie odbierają chęci do czegokolwiek. Potrzebujemy oddechu. Ale takie porządnego, pełną piersią, z głębi lasu. Potrzebujemy też oczyścić powietrze z całego tego chorobowego świństwa!
Łączymy 10 kropelek olejku sosnowego + 10 kropelek olejku świerkowego (albo jodłowego) + 5 kropelek olejku eukaliptusowego
Nic skomplikowanego, prawda? Lubicie? Mieszacie?

Z pasji: Ministerstwo Dobrego Mydła

Uwielbiam podglądać ludzi, którzy tworzą i żyją z pasją! Anię i Ulę podglądam od bardzo dawna, na Facebooku. Najpierw z ciekawości, bo ktoś udostępnił, zaglądałam i podziwiałam babeczki do kąpieli. Potem dziewczyny zaczęły ewoluować! I to jak! Kształciły się, działały, czarowały! Co jakiś czas zdawały relację z kolejnych etapów zamian. Byłam więc na bieżąco z Ministerstwem Dobrego Mydła. I za każdym razem, za każdą zmianą, przy każdych trudnościach, miałam wrażenie, że jestem z nimi w ich wędrówce i trzymam kciuki za realizację ogromnego marzenia o wspaniałej mydlarni! 
Dziewczyny są już na końcu długiej drogi przygotowań, a na początku jeszcze ciekawszej przygody z działającą mydlarnią. Sprzedaż ruszyła, strona będzie za chwilę. Nie mogłam o nich nie napisać! Zwłaszcza, że ogromnie podoba mi się ich szata graficzna, zdjęcia i pomysł na siebie!
Poznajcie Ministerstwo Dobrego Mydła oraz jego twórczynie – Anię i Ulę!
Skąd pasja?

Właściwie od zawsze interesowały nas klimaty eko. Dobrego jedzenia, dobrych kosmetyków. 10 lat temu kupowałyśmy ekologiczne kremy niemieckich marek za kosmiczne, uskładane miesiącami pieniądze.
Ja już wtedy mieszkałam w Warszawie, wynalazłam kilka sklepów z mydłami krojonymi na wagę. Wszystko było zawijane w papier, rafię, z dodatkiem naturalnych składników. Znów odkładane pieniądze, ale cieniutkie plasterki drogiego mydła cieszyły, że mamy coś dobrego w łazience. Do momentu w którym nie przeczytałyśmy składu ze zrozumieniem. Okazało się, że to najzwyklejsze mydła toaletowe, zrobione z prefabrykatu, obarczone wysoką marżą. Wściekłe zaczęłyśmy szukać w google jak zrobić mydło samemu. W Polsce panowała w tym temacie cisza absolutna, ale trafiłyśmy na jakieś pojedyncze przepisy rodem z USA. Później, po nitce do kłębka, objawił nam się cały mydlany świat. Kolory, zapachy, dodatki, glinki, zioła, oleje i masła, techniki i metody.

Robienie mydła jest genialne. Jest połączeniem miliona różnych czynności, a efekt finalny zależny jest od sumy czynników. Praca nad mydłem nigdy się nie nudzi. Jest recepturowanie – twarda wiedza o olejach i masłach, liczenie, kombinowanie, porównywanie i ustalanie proporcji. Gryzienie ołówków, przesuwanie przecinków. Każdy olej ma swoje właściwości, każdy inaczej się zmydla, trzeba lat pracy, zrobienia dziesiątek prób mydełek jednoolejowych i obserwowania ich przez miesiące, porównywania jak się pracuje z każdym z nich i jakie efekty daje; potrzeba lat żeby umieć przewidzieć jak będzie wyglądało mydło którego skład olejowy mamy tylko na papierze.

Jest projektowanie wyglądu mydła: koloru, formy, pieczęci, rodzaju zdobień. Można stosować rozmaite techniki, łączyć barwy, kontrastować, dodawać faktury, peelingi, kontrolować pojawianie się białego osadu który jest naturalną dla mydeł rzeczą, ale przy odrobinie wiedzy można manipulować jego ilością, gęstością. 
Aromaterapia – jeśli się tylko chce warto poznać całą tę gałąź wiedzy i potem wykorzystywać ją przy tworzeniu mydeł. Zielarstwo – które zioła najlepiej macerować, które dodawać w całości, co z czym łączyć, o czym w ogóle nie myśleć. Design opakowań, tworzenie marki, sprzedaż, dystrybucja, pozyskiwanie surowców – trzeba odnaleźć w roli mikroprzedsiębiorcy. Tymi zadaniami można by obdzielić co najmniej kilka osób.

Mydło ma milion stron! Żeby dobrze je wytwarzać, trzeba być na maksa elastycznym, mieć zapał zarówno do stania przy garach jak i klikania komputerową myszką. Mydło jest również zagadką! Ciągle uczymy się czegoś nowego, to potwornie wciągająca i pasjonująca rzecz. Strasznie miło robić coś fajnego i cieszyć się, kiedy klienci piszą z zadowoleniem, że niczym innym się już nie myją. Miło jest zasypiać myśląc nad tym jak będą wyglądały lawendy i budzić się kombinując skąd ściągnąć dobre masło kakaowe. Mydło to niekończąca się inspiracja.

Co takiego jest w mydłach

Nasze mydła od sklepowych różnią się właściwie wszystkim. Zresztą to, co często kupujemy w marketach nie jest właściwie mydłem a syndetem- syntetyczną kostką myjącą. A jeśli już jest mydłem to zazwyczaj składającym się głownie z oleju palmowego i kokosowego z dodatkiem tłuszczu zwierzęcego (Sodium Tallowate). Olej palmowy i kokosowy, a także łój zwierzęcy, dają mydło twarde i dobrze pieniące się, ale nadmiernie wysuszające skórę. W tradycyjnym rzemiośle mydlarskim nie stosuje się tych olejów więcej niż do 30% receptury. Nasze mydła nie zawierają tłuszczów zwierzęcych, zawierają za to mnóstwo oliwy z oliwek, oleju rycynowego, masła kakaowego i masła shea. Ich receptury są tak pomyślane, by w finalnej kostce pozostawało 3 do 6% niezmydlonych tłuszczów które chronią skórę podczas mycia i sprawiają, że się nie przesusza. Do tego zero emulgatorów, SLSów, Bisfenoli, Triclosanu, EDTA, sztucznych barwników i innych szkodliwych dodatków. Jedyną sztuczną substancją jaka w niektórych przypadkach trafia do naszych mydeł jest aromat. Trzymamy stronę ekologii, ale czasem pozwalamy sobie na zapach czekolady. Szukamy wtedy atestowanych, świetnych aromatów kosmetycznych.

Zawsze zaczynamy od zaplanowania funkcji mydła. Potem kombinujemy nad kolorem, zapachem, wyglądem. Bardzo wymagające są Ananasy – musimy je ręcznie wykrawać i stemplować – to wymaga mnóstwa czasu. Długo walczyłyśmy z brązowymi warstwami w orkiszach żeby ładnie się oddzielały, nie traciły koloru i oblekały się typowym dla mydła białym nalotem. Obecnie pracujemy nad mydłem dla osób aktywnych fizycznie. Ma ono być idealne do mydelniczki tych, którzy pływają, chodzą na fitness czy uprawiają sport zawodowo. Kombinujemy z oczyszczającą glinką ghassoul, z odżywczą cytryną i takim zestawem olejków eterycznych, by mydełko miało silne właściwości antybakteryjne i antygrzybiczne, a jednocześnie świeżo i energetycznie pachniało. Mieszamy, mieszamy i nie możemy dojść do porozumienia (śmiejemy się;)))

Zawsze śmiejemy się, że tego trzeba po prostu spróbować. Wiele osób opowiada nam, że odkąd umyły się naszym mydłem zrozumiały, czym dobre mydło w istocie jest. I że nie chcą się już myć niczym innym. To dla nas największy komplement. 

Na jakim etapie jest Ministerstwo

W chwili obecnej Ministerstwo znajduje się w punkcie do którym marzyłyśmy od lat. Niemal roczna walka o otwarcie pracowni została zakończona sukcesem. Rwałyśmy sufity, kaflowałyśmy ściany, kładłyśmy wykładziny – teraz wszystko jest idealnie. Odbiór sanitarny nasza pracownia przeszła (jak powiedziały panie z Sanepidu na 6 :)) . Wdrożyłyśmy standardy GMP – dobrej praktyki produkcji. To oznacza, że wytwarzamy w środowisku idealnie zgodnym z bardzo restrykcyjnymi normami UE, posiadamy też pełną dokumentację tych standardów. Nasze mydła pomyślnie przeszły również testy mikrobiologiczne w Koszalinie, każda receptura została też zatwierdzona przez tzw. Safety Assessora czyli osobę zajmującą się oceną bezpieczeństwa kosmetyku. To czasochłonne i bardzo kosztowne procedury konieczne jednak do legalizacji produktu i przede wszystkim pewności, że jest on bezpieczny dla konsumenta.

Przy pomocy genialnego Łukasza Hendzla z www.parishendzelstudio.com udało nam się, po roku prób, stworzyć spójną i czystą identyfikację – Łukasz opanował wszystkie nasze szaleństwa i umieścił je w etykietach, opaskach na mydło, pieczęciach i naklejkach, które mówią o nas więcej niż same umiałybyśmy powiedzieć. Możemy też pochwalić się znakiem – dwiema falami oraz kamieniem jako, że jesteśmy dwoma siostrami które urodziły się, dorastały i pracują w Kamieniu Pomorskim. Mydła przez nas sprzedawane widnieją również w europejskiej bazie kosmetyków CPNP.  Jesteśmy rzetelnie przygotowane do uczciwej sprzedaży.

Mamy swój fanpage na fejsbuku https://www.facebook.com/ministerstwodobregomydla, mamy swój instagram #ministerstwodobregomydla, mamy też własny sklep internetowy www.ministerstwodobregomydla.pl (rusza już we wtorek). Można nas również zakupić na pakamera.pl, decobaazar.pl i na allegro, a już niedługo zasilimy grono rzemieślników wystawiających swoje produkty na dawanda.com. W kolejce do realizacji czeka kilka nowych projektów. Po cichu możemy powiedzieć, że już niedługo nasz asortyment solidnie się poszerzy:))


Praca była i nadal jest kosmicznie wielopolowa. Od recepturowania, testowania nowych pomysłów, wymyślania designu produktów, prac nad opakowaniami, stroną legislacyjną, przez poszukiwanie nowych surowców, księgowość, prace nad social media i współpracę z mediami aż po codzienne wytwarzanie, pakowanie i wysyłanie produktów. Gdyby przydzielono nam dodatkową dobę na każdy dzień pracy na pewno rozdysponowałybyśmy ją w całości;)

To, co przyświeca nam od pierwszego wytworzonego 6 lat temu mydła, jednocześnie utrudniając i uprzyjemniając nam życie, to bezkompromisowy sposób realizacji założonych celów. Mydło ma zły kolor, nie tak pachnie, coś nie wyszło jak trzeba – nie sprzedajemy. Tracimy. Zatrudniłyśmy 8 grafików zanim udało nam się wypracować identyfikację, którą pokochałyśmy. Wydałyśmy na to pieniądze za które równie dobrze mogłybyśmy kupić fajne używane auto. Ale uparłyśmy się, że ma być tak, jak wymarzyłyśmy. Odkładamy każdą złotówkę żeby zamawiać świetne, certyfikowane surowce. Nasze receptury składają się z dużej ilości oliwy z oliwek, a obok tańszych olejów takich jak kokosowy czy palmowy (które fantastycznie utwardzają mydło dając mu obfitą pianę) zawierają też nierafinowane masło shea, nierafinowane masło kakaowe, olej rycynowy i olej ze słodkich migdałów. To oleje bardzo drogie, ale nie wyrzucimy ich z receptury, bo to one sprawiają, że nasze mydło różni się od innych.

Jest mnóstwo obszarów, w których strasznie sobie życie utrudniamy. Długofalowo zawsze jednak okazuje się, że było warto. Że stojąc za stoiskiem z naszymi mydłami nie musimy schylać głów pakując towar klientom. Możemy dużymi literami pisać składy, odpowiadać na pytania i cieszyć się, że ludzie do nas wracają.

Plany

Tak wielu mydeł jeszcze nie zrobiłyśmy! Nie skończyłyśmy prac nad recepturą mydła do golenia, nie zaczęłyśmy nawet prac nad mydłem dla psów, wciąż pracujemy nad mydełkiem różanym. Testujemy możliwości mydła miętowego z mentholem, chciałybyśmy mieć czas na dopracowanie mydeł solnych w których 70% kostki to sól morska – doskonały i delikatny peeling. Wprowadzanie wciąż nowych receptur, to nasze wyzwanie na najbliższe miesiące:)

Przepis na Flower Essence – krem kwiatowy

Uwielbiam kwiaty! Wyglądają wspaniale, pachną niesamowicie, a do tego posiadają niezastąpione właściwości pielęgnacyjne. Dzisiaj zrobimy prosty świeży krem kwiatowy Flower Essence. Skumulujemy dobroczynną moc róży, jaśminu i lawendy! Ukoimy i odżywimy cerę suchą, zmęczoną i dojrzałą. Uspokoimy podrażnienia i niedoskonałości, wygładzimy i wspomożemy w walce ze starzeniem. Do dzieła!
Dzisiaj działamy na łyżeczkach mierniczych. Ewentualnie pamiętajcie, że łyżeczka od herbaty ma pojemność 5 ml, a stołowa ok. 15 ml. 
Przygotujcie:
  • 10 ml oleju ryżowego
  • 5 ml wosku pszczelego bielonego
  •  15 ml wody różanej
  • 5 ml oleju z krokosza barwierskiego
  • 5 ml olejku jaśminowego – roztwór 3% w oleju jojoba
  •  6 kropli olejku lawendowego
  • 2 kropelki olejku rozmarynowego
  • 2 kropelki witaminy E

Słoiczek na krem ok. 30ml, wyparzamy i osuszamy. W kąpieli wodnej, w ceramicznej miseczce roztapiamy wosk pszczeli. Kiedy będzie już prawie płynny dolewamy olej ryżowy, mieszamy i po chwili ściągamy z kąpieli wodnej. Na miejsce miseczki z tłuszczami wkładamy miseczkę z wodą różaną. Temperatury w obu miseczkach muszą się wyrównać – oleje więc się chwilę ochładzają, a woda różana ogrzewa. Kiedy osiągną podobną temperaturę (sprawdźcie termometrem lub delikatnie palcem), ściągamy wodę różaną z kąpieli wodnej. Oba płyny mają być bardzo ciepłe. Do miseczki z wodą zaczynamy wlewać roztopione tłuszcze, bardzo powoli, delikatna stróżką, cały czas całość mieszając małym mikserem do mleka na najmniejszych obrotach lub intensywnie łyżeczką. 
Po chwili, kiedy temperatura całości nieco opadnie, możemy dodawać składniki, które są wrażliwe na ciepło i które zawsze dodajemy na końcu. Cały czas mieszając, zaczynamy od oleju z krokosza, następnie dodajemy olejek jaśminowy i lawendowy. Na koniec dodamy dwa naturalne konserwanty w postaci silnie antyseptycznego olejku rozmarynowego i witaminy E, która zapobiega jełczeniu tłuszczów. Całość mieszamy aż do uzyskania pożądanej konsystencji. Przekładamy do słoiczka i odstawiamy w spokojne miejsce na pół godziny. Krem przechowujemy w lodówce przez miesiąc.
Wyobraźcie sobie, jak on wspaniale pachnie!

W roli głównej: Night Balm Rose WISE

Niby ma swoją polską nazwę – Naturalny Balsam Ochronny dla Suchej i Dojrzałej Skóry, ale Night Balm Rose podoba mi się znacznie bardziej! Poznajcie naszą dzisiejszą gwiazdę marki WISE!
Kosmetyk idealny bo bardzo uniwersalny!  Jest to w zasadzie mieszanina maseł i olejów, ale trzeba przyznać, że zmieszana w bardzo dobrych proporcjach. Na te chłody i szarugę, która nastała, sprawdzi się świetnie. A do czego służy?
W gruncie rzeczy ma to być krem stosowany na noc. Ratuje skórę i regeneruje ja na przekór centralnemu ogrzewaniu i ogromnej suchości w powietrzu. Ale to nie wszystko, bo spokojnie można go stosować jako balsam do ust, krem ochronny na mrozy, krem do rąk, do skórek. Upodobała go sobie też Różyczka. Jest bezpieczny i delikatny dla skóry dziecka.
To typowy tłuścioszek, który pozostawia tłustą warstwę. Ale tego właśnie po nim oczekujemy. Tej tłustości, która wchłania się powoli, która chroni i dodaje odżywczego kopa! Gwarantują nam go takie cuda natury jak olej ze słodkich migdałów, masło shea, masło kakaowe, olej z wiesiołka, który sama bardzo lubię i oliwa z oliwek.
Balsam pięknie, choć delikatnie pachnie różami. Jest to sprawka różanego absolutu. Tego najcudowniejszego z możliwych olejku, który subtelnie pielęgnuje skórę, poprawia jej kondycję, działa lekko antyseeptycznie i regulująco. Poleca się go szczególnie do skór wrażliwych i dojrzałych. A zapach… uwodzi! Ale to już wiecie, bo kosmetyki z wodą lub olejkiem różanym opisuję dosyć często 🙂
Kosmetyk ma bardzo małą pojemność – zamknięto go w szklanym słoiczku 15 ml. Nie myślcie jednak, że szybko się kończy! Dzięki temu, ze jest tak tłusty, na jeden raz wystarcza go bardzo mało.. Jest więc wydajny i praktyczny. Konsystencja w sam raz, nie twardnieje, łatwo się aplikuje.
Bardzo polecam – szczególnie cerom przesuszonym!

Z WISE Polska

Masła znane i nieznane czyli przegląd 15 maseł kosmetycznych

Jakiś czas temu robiłam zdjęcia masełek dla Blisko Natury. Była piękna, słoneczna jesień. Kolory wręcz onieśmielały. Była wieś, i las, i dziecko spało. I wtedy już sobie pomyślałam, że to będzie idealny materiał, na zaprezentowanie Wam całego tego bogactwa maseł.

Używacie maseł? Które to Wasze ulubione? W ciemno strzelam, że shea. Najbardziej popularne i cenione. Poza nim zapewne kakaowe. Coś więcej? Bo wybór jest szeroki i stale się poszerza! 

Poniżej 15 masełek znanych i nieznanych. A na pewno wartych poznania!

Od lewej, zawsze!

Co za wspaniałość – kojąca moc aloesu zaklęta w maśle! Niech Was tylko nazwa – masło aloesowe – nie zmyli, bo to wcale nie jest tak, że ten aloes tak mocno zbito w masło. Cytuję: powstaje w wyniku ekstrakcji aloesu przy użyciu frakcji tłuszczowej oleju kokosowego. Mamy tu więc jeszcze całkiem sporo oleju, który znam i lubię i używam od dawna. Masło nie ma zapachu, jest bielutkie. Rozsmarowuje się bez problemów, bardzo szybko wchłania i jakże cudownie koi!
Odkąd je pierwszy raz powąchałam, przepadłam! Uwielbiam masło kawowe! Jest genialnym kosmetykiem samo w sobie. Pachnie niczym świeżo zmielone ziarna, ma kolor cappuccino, doskonale rozpieszcza skórę i zmysły! To także mieszanka z olejem roślinnym, ale warta wszystkich pieniędzy! Po co sięgać po sztuczne aromaty, jak sama kawa tak wspaniale dodaje energii?
Masło cupuassu – jedno z mniej znanych, a jednocześnie ciekawszych maseł. Spokrewnione jest z masłem kakaowym, a swoją sławę zyskało dzięki wyjątkowo dużej zdolności absorpcji wody. Staje się idealne do intensywnego nawilżenia i odżywienia skóry odwodnionej i dojrzałej. Jest dosyć twarde, ale szybko się roztapia, a zapachem przypomina mi nieco korzenną alkoholową nalewkę.
Kolejne egzotyczne – masło murumuru. Przywędrowało do nas z Amazonii, a słynie ze swoich właściwości antybakteryjnych i przeciwzapalnych. Staje się więc leczniczym, regenerującym balsamem, który zapobiega i koi jednocześnie. Jest dosyć twarde, ale ekspresowo się rozsmarowuje i wchłania.

Dwa oblicza masła kakaowego – łupane, w kawałeczkach i w formie pastylek. Pytacie czasami, które wybrać. Cóż, to pierwsze jest bardziej naturalne, ale pastylki są stanowczo praktyczniejsze w przechowywaniu i tworzeniu kosmetyków. Masło kakaowe jest bardzo twarde, ale właśnie tą jego specyfikę często wykorzystuję w moich recepturach. Mocno odżywia, świetnie natłuszcza. Co fajne – ma lekki czekoladowy zapach.

 Jak sami widzicie, masło illipe jest twarde i łatwo się kruszy. Jest dosyć trudne do stosowania jako ostateczny produkt, ale ponoć uważane jest za najbardziej odżywcze z maseł. Przywędrowało do nas ze słonecznego Borneo i coraz częściej można o nim przeczytać czy usłyszeć.
Próbowaliście kiedyś orzechów makadamia? Cudowne są! Uwielbiam je! Masełko, które się robi z oleju makadamia jest miękkie, kremowe, gęste. Idealne do codziennego stosowania. No… może dodałabym jedynie jakiś zapach. Poleca się go do skóry wrażliwej. Jak sam olej!

Masło migdałowe nieco przypomina to z orzechów makadamia. Ma podobną gęstość, również nie pachnie, nie ma koloru. Podobnie też oddziałuje na skórę, przyjemnie ją wygładzając i nawilżając. Jest to kolejna mieszanka z olejem roślinnym, którą bez problemu od razu zaadoptujecie do celów pielęgnacyjnych.
Masło kokum – najtwardsze ze wszystkich! Niczym sztabka złota. Warto jednak się nie zniechęcać. To dobroć, która dotarła do nas z Indii. Pod wpływem ciepła zmiękcza się i wspaniale pielęgnuje skórę. Idealne do połączenia z olejami, bogate w nienasycone kwasy tłuszczowe i witaminę E.
 Zielone! naprawdę! Delikatnie, ale ewidentnie zielone! Masełko oliwne słynie z tego, że genialnie regeneruje bardzo szorstką skórę i podrażnienia. I to ekspresowo! Powstało ze śródziemnomorskiej oliwy i oleju roślinnego, jest mięciutkie, gotowe do użytku. Zawiera w sobie wszystko to, co najlepszego daje nam sama oliwa.
Klasyk! Masło shea. Tutaj nierafinowane. Chyba nawet nie muszę pisać o tym cudzie rodem z Afryki, które chyba najdłużej towarzyszy nam w naszej naturalnej wędrówce. Bezpieczne, skuteczne, delikatne, ale mocno odżywcze i zmiękczające.

Kolejny typowy rozpieszczacz – masełko waniliowe! Zapach ma bardzo subtelny, ale z wyczuwalnym aromatem wanilii. Olej z wanilii zbito tu z olejem słonecznikowym, do konsystencji masła idealnego. Po raz kolejny – niechaj sztuczne zapachy schowają się w kąt, skoro takie cuda mamy z natury. Szczególnie polecam jako balsam do ust.
O maśle mango pierwszy raz usłyszałam w  kontekście zapobiegania rozstępom. Jest twarde, ale szybko mięknie. Jest tłuste i gęste. Doskonałe do zmiękczania bardzo suchej skóry lub np. skórek przy paznokciach. Bogaty skład zapewnia głębokie odżywienie, a delikatna tłusta warstwa na skórze ochroni ją przed zimą.

 

Na koniec największe dziwo – masło kombo! Wygląd niespecjalnie zachęca do używania, zapach tym tym bardziej. Warto jednak wiedzieć, że to cudo rodem z Ghany „ma silne działanie przeciwzapalne, przeciwalergiczne, przeciwgrzybiczne i antyseptyczne. Przynosi ulgę w bólach mięśni i stawów, powodowanych zarówno przez choroby układu ruchu jak i kontuzje sportowe i ból napiętych i zmęczonych mięśni. Przynosi ulgę skórze suchej, spękanej i łuszczącej się.”  Jeszcze nie mam pomysłu na jego wykorzystanie… Chyba tylko bezpośrednio na mężu 🙂

Facebook