NapisałaAdriana Sadkiewicz

Akacjowa miodulka do oczyszczania twarzy

Zapach akacji, ta niezwykła słodka woń, unosił się ostatnio wszędzie! Czasami zatrzymywałam się gdzieś w pobliżu drzew i po prostu – wąchałam. Zamęczałam dziecko moje dzielne ciągłymi zachwytami nad akacjami pokrytymi białym kwieciem. No ale przyznajcie sami – jak tu się nie zachwycać!?

I tak z tych zachwytów postanowiłam wykorzystać pyszny miód akacjowy, który niedawno dostałam. Akurat w sam raz na koniec akacjowego sezonu. Zrobiłam jeden z najfajniejszych oczyszczaczy do twarzy, jakie mogą być!

Nasza dzisiejsza akacjowa miodulka to nic innego jak bardzo delikatna, w pełni naturalna pasta do mycia twarzy. Do nawet najbardziej delikatnej cery. Jestem przekonana, że spodoba się Wam wszystkim! Zawarłam w niej bowiem to, czego potrzeba każdej skórze nie tylko do oczyszczenia, ale także odżywienia i regeneracji.

Mamy więc w głównej mierze sam miód! Dobro ogromne, które sprawia, ze miodulka ma działanie antybakteryjne i wygładzające, działa niczym plaster na zmęczoną, podrażnioną skórę. Delikatne oczyszczanie zawdzięczamy białej glince, która także absorbuje nadmiar sebum. Podobnie jak odrobina mączki owsianej, która nadaje paście dobrą konsystencję, zmiękcza skórę i ją koi. Całość uzupełniłam pełnym w nienasycone kwasy tłuszczowe i przeciwutleniacze olejem lnianym o właściwościach przeciwzapalnych i normalizujących.

I tak powstała gęsta pasta, którą nakładamy wieczorem na wilgotną skórę twarzy (około łyżeczki) i delikatnie masujemy przez dłuższą chwilę. Po tym czasie zmywamy całość wodą lub naturalnym żelem do mycia twarzy. I uśmiechamy się do siebie w lustrze. I dotykamy gładkiej, nawilżonej, odżywionej skóry.

No, cudo!

 

 

Akacjowa miodulka do oczyszczania twarzy

Składniki:

  • 100 g miodu akacjowego
  • 40 g białej glinki
  • 30 ml oleju lnianego
  • 10 g mączki owsianej koloidalnej

 

Całość dokładnie mieszamy do uzyskania konsystencji gęstej pasty. Przekładamy do czystego pojemniczka. Stosujemy jak opisałam powyżej.

Miodulkę można przechowywać bardzo długo, ważne tylko, aby nie dostawała się do niej wilgoć.

 

Wnętrzarskie zachwyty i aktualności 06

Końca nie widać… Czy tylko ja jestem taka niecierpliwa?

Wszystko się przedłuża… Co ponoć nie jest niespotykane, a raczej wręcz nagminne. Niemniej jednak, szkołę cierpliwości mam nie małą. Cierpliwości i ogarniania rzeczywistości. Bo zostałam z tym całym wykańczaniem sama – mąż mi wyjechał do pracy. I teraz jakoś to sobie muszę układać i organizować. A co najgorsze – synchronizować!

No dobra, może trochę przesadzam… Źle nie jest. Fachowiec, który nam ma zrobić większość rzeczy, działa. I to działa całkiem ładnie. Łazienka właśnie się kończy robić, choć wciąż czekam na wszystkie kafelki, aby stolarz mógł zrobić ostateczne pomiary pod meble łazienkowe. Montaż kuchni zaplanowany na koniec maja. Podłogi później. Dookoła budynku kończą układać kostkę brukową i wyrównywać ogródki. Mamy też już piec, który będzie nas ogrzewał i zapewniał ciepłą wodę, lampki przy domu i masę innych rzeczy, które powoli trafiają na swoje miejsce. Nie jest więc źle!

Łazienka na zdjęciach sprzed weekendu wygląda tak (a już zdjęcia są nieaktualna, bo ścianka przy wannie gotowa!).

 

Wciąż tak bardzo podoba mi się to połączenie płytek. Choć przyznam, że pomysły na łazienkę wciąż się zmieniały, nawet po zakupie kafelek. Kiedy jednak widzę je na ścianach i wiem, ze dojdą jeszcze meble, muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolona!

 

Reszta mieszkanka czeka na swoją kolej…

 

 

Z ciekawszych rzeczy, to jeszcze jakiś czas temu dojechały farby Dulux.

Najbardziej cieszą mnie kolory! Ta cudowna paleta, która tak fajnie ze sobą współgra i będzie przechodzić przez poszczególne pomieszczenia! Oj, ciekawa jestem efektu bardzo, bardzo!

 

Trwam więc na stanowisku dalej. Powoli wypełniam listę. I wciąż cieszę się jak dziecko!

Ostatnio najwięcej czasu poświęcam poszukiwaniom lamp. Przyznam, że nie spodziewałam się, ze będzie to takie trudne, aby pogodzić wygląd, jakość i cenę tak, aby mąż mi to zaaprobował, a co ważniejsze – aby dopasować je do wnętrz i aby były ze sobą w jakiś sposób spójne. Ślęczę więc godzinami przed ekranem, wyszukując, porównując i przy okazji – zachwycają się lampami, które niestety albo są zbyt drogie, albo nie pasują mi do naszego mieszkania. A jest ich tak dużo, że choć kilka chciałam Wam w dzisiejszych zachwytach pokazać!

Tym razem więc głównym motywem zachwytów będą lampy!

 

1. Jedna z najciekawszych i coraz modniejszych lamp – Lampa wisząca ASTRIFERO-15 bursztynowo czarna / Step into Design

2. Genialne lampy Papillon od Forestier w różnych wariantach kolorystycznych / Living Story

3. Lampa Craft XL beton/czarny/miedź / Kolorowe Kable

4. Lampa wisząca VICTORY GLOW miedziana, są też srebrne i złote / Step into Design

5. Chyba taką chcę do kuchni! Lampa wisząca Italux Emerald / ŚwiatłoiStyl.pl

6. Lampa wisząca Bee Top / Bajkowe Wnętrza

7. Bardzo optymistyczna Kolekcja K2 Paged Collection projektu Tomka Rygalika / Pufa Design

8. Ale fajne! Lampy Loft z kolorowymi koralikami / Kolorowe Kable

9. Lampa Maroko Grey / Bajkowe Wnętrza

10. Do kompletu – Zestaw 2 poszewek na poduszki szare maroko / Bajkowe Wnętrza

11. Lampa wisząca z kokardkami EMMA Milagro / mlamp

12. Jakie słodkie! Poszewka na poduszkę szare paseczki z falbaną / Bajkowe Wnętrza

13. Całkowicie przepiękne, choć przyznam, że nie jestem do końca pewna, czy wygodne – wiszące krzesło od Hang A Hammock Collective / DaWanda

14. Ale urocza gablotka Bollebugd / Ikea

15. Ogromnie podoba mi się nowa kolorystyka regałów Billy i wciąż zastanawiam się, czy będzie współgrać z naszym wnętrzem. Wciąż i wciąż! / Ikea

Trochę z bajki, trochę z cyrku, w każdym razie – urocze – lampy Petite Friture  CHERRY / Behome

Niezwykłe proste, a jakże oryginalne lampy Pills / Step into Design

Lampa stojąca Note House Doctor / LoftBar

 Niezwykła lampa Zrób to Sam House Doctor / LoftBar

Obiecałam sobie…

Obiecałam sobie być dla siebie dobrą.

Nic wielkiego, prawda? A jakże to trudne…

Dzisiaj są moje urodziny. Kolejne. Już trzydzieste czwarte. Wpadam więc tutaj do Was dzisiaj w sumie na chwilę, przekazać pewną bardzo istotną wiadomość – szczęście wypływa z nas samych!

Nie jest to mocno oczywiste. Bardzo często spotykam ludzi, którzy sami sobie, nieświadomie, nie pozwalają być szczęśliwymi. Za każdym razem mnie to dziwi.

A jeśli trochę sobie odpuścimy. Sobie lub innym. Rozwiążemy ten węzeł, który ściska nam żołądek. Dostrzeżemy to, co dzieje się naokoło. Nie będziemy tacy spięci i sztywni. Tacy poważni i prozaiczni. Nauczymy się dbać o siebie i bliskich. Odczuwać ich i swoje potrzeby i zaspokajać je. Spokojnie i serdecznie. Z wyczuciem i wyrozumiałością. Z uśmiechem i dobrym słowem.

Wtedy będzie nieco łatwiej, prawda?

Dlatego też, na te moje urodziny obiecałam sobie, że będę dla siebie dobra. Bo wcale dobra nie byłam. Obiecałam sobie, że zadbam o siebie. Lepiej.

Nic wielkiego. Drobnymi kroczkami. Będę sobie gotować, zdrowo i kolorowo. A zwłaszcza lekko. Będę częściej biegać, bo tak bardzo to lubię. Będę robiła sobie wieczorne, niespieszne rytuały w łazience. Będę się wcześniej kładła, żeby mieć czas i chęci poczytać książki, a nie zasypiać nad nimi od razu. Będę popołudniami wyłączać internet i spędzać czas po prostu z dzieckiem (I psem. Męża nie ma na długo. No… może jeszcze z jakimiś znajomymi :D). Nie chcę odrywać się od chwili, która tak szybko mija. Będę sobie planować pracę, bo z tym wciąż mam problem. Będę się uczyć, co jakiś czas, czegoś nowego. Będę pić więcej ziółek, herbat i wody. Odstawię większą część cukru. Poza lodami, na które tak bardzo lubimy z Różą chodzić i sobie przy nich gawędzić.

Będę spoglądać w lustro i się uśmiechać.

A jeśli akurat nastrój będzie gorszy, a widok w lustrze taki jakiś… mniej przyjazny, będę się po prostu przytulać. Najpewniej do psa, bo dziecko zazwyczaj nie chce, a mąż wróci w lipcu… Ale pies za to wdzięczny i chętny.

Tak właśnie… obiecałam sobie być dla siebie dobrą 🙂

Miłego dnia!

W roli głównej: Annabelle Minerals

Znacie już Annabelle Minerals?

Pewnie sporo z Was zna. Ja właśnie poznałam. No… liznęłam, że tak powiem, ledwie.

Czy warto było?

 

Ot, trzy małe, niepozorne pojemniczki. Jak to bywa w przypadku kosmetyków mineralnych. Niewielkie, a od razu powiem – bardzo wydajne. A w nich -Puder rozświetlający, Róż mineralny Sunrise i Cień glinkowy Smoothie. Wszystkie mają bardzo niepozorne odcienie. Wręcz podobne, uzupełniające się. Wszystkie idealnie nadają się na co dzień. Do lekkiego makijażu, który delikatnie podkreśla naszą własną urodę. A wręcz – lekko ją zaczarowuje. Bo za każdym razem, kiedy mam je na twarzy, czuję się tak jakoś… ładniejsza.

 

 

Moim zdecydowanym faworytem został puder rozświetlający.

Producent pisze: „Rozświetlający puder mineralny Pretty Glow od Annabelle Minerals pomoże Ci uzyskać perfekcyjne wykończenie makijażu. Nadaje skórze świetlistego blasku, przez co sprawia, że cera wygląda na świeżą, wypoczętą i zrelaksowaną. Dedykowany jest wszystkim kobietom, które pragną zabłysnąć, ze szczególnym uwzględnieniem posiadaczek cer matowych, zmęczonych i z delikatnymi zmarszczkami.”

Jest to niezwykle praktyczny kosmetyk. Po nałożeniu na skórę staje się niewidzialny, co jest o tyle dziwne, że zapewnia bardzo komfortowe uczucie lekkiego krycia i zmatowienia. Cenię go sobie bardzo ze względu na moją przetłuszczającą się cerę – połączenie miki, tlenku cynku, jedwabiu i glinki działa cuda. Skóra świeci się, ale nie tą denerwująca tłustą warstewką, a… takim jakimś… dobrym blaskiem.

Nakładam go zazwyczaj na lekko koloryzujący krem Cosnature z nagietkiem, który działa jak nawilżający krem BB. Takie połączenie – krem plus puder – genialnie sprawdza się na co dzień, długo trzyma i sprawia, że po prostu dobrze się czuję.

 

 

A jeszcze lepiej się czuję, po nałożeniu różu. I ponownie – ten od Annabelle Minerals bardzo lubię, choć ma doprawdy delikatny odcień. A może w tym tkwi jego siła. Przyznam wręcz, że czegoś takiego szukałam. Czegoś, co lekko muśnie policzki i zaraz na nich zniknie, pozostawiając jedynie wrażenie dotkniętych wschodzącym słońcem rumieńców.

Naturalnie i subtelnie. Jest przy tym, jak z resztą i pozostałe produkty, łagodny i bezpieczny, nawet dla trudniejszych cer.

 

 

I na koniec równie delikatny Cień glinkowy Smoothie. To jeden z tych jasnych, bardzo uniwersalnych cieni, które – ponownie – w jakiś magiczny, niewidoczny sposób rozjaśniają spojrzenie. Nakładam go na wewnętrzne krańce powieki, czasami też tuż pod brwi. On także, jak poprzednie kosmetyki, jakby znikał, ale nie pozostawia nas samym sobie. On tam jest, ale zwyczajnie wpasowuje się w skórę, w spojrzenie.

„Marka Annabelle Minerals czerpie z natury to, co najlepsze. Stworzyła kolekcję 10 cieni, których składy opierają się na delikatnych glinkach kosmetycznych. Cienie nie tylko nadają spojrzeniu wyrazu, ale też pielęgnują skórę powiek. Kolekcja Soft Cocktail to cienie do oczu w kolorach nude. Stworzone z myślą o dziennym makijażu oczu. Zapewniają matowe, eleganckie wykończenie. Odcień Smoothie to mleczno-brzoskwiniowy kolor, przywodzący na myśl owocowy koktajl. Smoothie to bardzo uniwersalny odcień, który pasuje do większości typów urody. Szczególnie polubią go osoby o niebieskich oczach, ponieważ odcienie delikatnie pomarańczowe uwydatniają kolor jasnej tęczówki.”

No czyż nie pasuje do moich niebieskich oczu? 🙂

Jedynie czego mogę się przyczepić, choć to zapewne kwestia ustawień monitora, to fakt, ze kosmetyki wydają się bardziej przygaszone w rzeczywistości, niż na zdjęciach producenta. Może to utrudniać wybór, ale cóż – tak to jest w przypadku kolorówki – najlepiej dobrać ją osobiście.

Wszystkie trzy kosmetyki bardzo polecam. Za ich trwałość, naturalność – zarówno w składzie, jak i w efekcie, który dzięki nim uzyskuję. Trzymają się długo, nie brylują się, dbają o skórę, pozwalają jej oddychać. A co najważniejsze – pozwalają mi się uśmiechać do swojego oblicza w lustrze.

Kosmetyki dostępne na Annabelle Minerals.

Zrobiłam sobie doniczkę!

Tak właśnie – zrobiłam sobie doniczkę!

Moją pierwszą, własną doniczkę. Na nóżkach, a co! Niechaj będzie modnie i boho, niechaj pasuje do mojej nowej sypialni! Chwilo zamieszkuje ją mały las, ale w zamierzeniu planowałam posadzić w niej sukulenty. I to i to pasuje tu idealnie.

A jak zrobić sobie taką doniczkę?

Otóż…

 

…najlepiej wybrać się do pracowni ceramiki Muskam i zdać się na fachowe oko Kingi!

Dzisiejszy wpis jest właśnie małą relacją z mojej wizyty w tak niezwykłym miejscu. Bo ceramikę uwielbiam od dawna, w każdej niemal postaci, najwyższa więc pora była zrobić coś samemu, prawda?

Okazja do tego przytrafiła się nie byle jaka. Kinga, dla której całkiem niedawno stworzyłam identyfikację wizualną (zobaczcie TUTAJ), ruszyła pełną parą z warsztatami ceramicznymi, a i pierwsze kroki stawia jej sklepik na DaWwandzie (TUTAJ). A że znamy się już trochę czasu, zaprosiła mnie na wspólne lepienie!

 

(poniżej sama twórczyni Muskam – Kinga Cyganik)

 

Wybrałam się więc pewnego chłodnego jeszcze dnia do pracowni. Wtedy warsztaty odbywały się jedynie w krakowskiej Nowej Hucie, teraz zawitały także do centrum miasta, na ulicę Makuszyńskiego 4. Dotarłam do pracowni bez większych problemów, choć Krakusy wiedzą, że Huta takim kierowcom jak ja nie sprzyja 🙂 I weszłam w inny świat!

W pomieszczeniu znajduje się bowiem i pracownia ceramiczna Kingi i malarska, koleżanki. Całość tchnie kreatywnym, artystycznym klimatem. Takim, w który można się zanurzyć wieczorami i tworzyć. Chyba właśnie o to chodziło 🙂

Zasiadłam do pracy, wspomożona merytorycznym wstępem, dobrymi radami i czujnym okiem twórczyni Muskam. I lepiłam, lepiłam i lepiłam. Dolepiałam i śmiałam się. Kinga w tym czasie robiła swoją, podobną doniczkę. Moja wyszła nieco bardziej koślawo… Ale w sumie co mi tam – jest dokładnie taka jak ja 🙂 W każdym razie mi się podoba!

 

 

W pracowni Muskam znajduje się wielki piec. Piec pełen małych dzieł sztuki. I spora kolejka następnych ceramicznych maleństw, które czekają do wypieku. To twórczość nie tylko samej Kingi, ale też wszystkich jej podopiecznych. I tych większych uczestniczek warsztatów i tych malutkich – przedszkolaków, które ceramiką bawią się od czasu do czasu. Totalny twórczy misz masz. Masa serca i talentu. Wierzcie mi – wygląda to doprawdy uroczo.

W tym właśnie piecu w końcu wylądowała i moja doniczka.

Trochę trwało, zanim trafiła w moje ręce. Musiała odpocząć, wyschnąć, wypalić się i poszkliwić. Ale na to co najbardziej wartościowe, warto czekać, prawda?

 

Polecam bardzo takie twórcze popołudnia. Polecam na spotkania przy winie z przyjaciółkami i wieczory panieńskie (wszystkie opcje tu są możliwe). Polecam wszystkim zapracowanym, którzy potrzebują wytchnienia. Glina uspokaja, jej dotyk koi. Sama tego doświadczyłam!

A może planujecie urządzanie domu i marzą Wam się Wasze osobiste mozaikowe kafle? Albo ceramiczna umywalka? Albo zastawa do sushi?  Zróbcie je!

No… albo poproście Kingę. Z pewnością chętnie Wam sama zrobi!

 

Zajrzyjcie koniecznie na profil ceramiki Muskam na Facebooku (znajdziecie tam wszystkie informacje o aktualnych kursach i warsztatach) i do sklepiku na DaWandzie.

Kinga prosiła jeszcze, aby dodać, że warsztaty dla dorosłych odbywają się  w poniedziałki (18:30 – 20:30) oraz piątki (20:00 – 22:00) na ul. Makuszyńskiego 4 (Kraków). Poznacie różne techniki modelowania gliny oraz szkliwienia. Zaprasza także rodziców z dziećmi o 10:00 i 12:00 w soboty (zajęcia trwają 1,5 godziny).

 

  

 

Zauroczona: Surrealistyczne domy Matthiasa Junga

Ja tu się nie zauroczyć?

Już kiedyś natknęłam się na te niesamowite surrealistyczne domy autorstwa Matthiasa Junga, ale kiedy ostatnio znowu na nie natrafiłam, nie mogłam oderwać wzroku. Każdy jeden kolaż jest niezwykłym dziełem. Jest osobnym światem, wyjętym jakby ze snu. Patrzysz na dom, a wyobraźnia pracuje – widzisz jego mieszkańców, widzisz siebie w środku, zupełnie odrealnione życie.

Magia!

Niemiecki artysta, Matthias Jung, swój projekt rozpoczął jeszcze w dzieciństwie, w pracowni fotograficznej ojca. Tradycyjnie, z nożyczkami i klejem w ręku. Ponoć te nowe kolaże nie różnią się bardzo od tamtych, choć tym razem wspomożone są przez możliwości Photoshopa. Obrazują fascynację architekturą ich twórcy.

 

Collages are like dreams, or maybe dreams are like collages.

– Mathias Jung, The Guardian

 

Projekt zaczął powstawać w styczniu 2015 roku. Kolaże dostępne są do zakupu na stronie artysty: shop Zabadu

Więcej domów na Zabadu.de

Facebook