NapisałaAdriana Sadkiewicz

Olejek 4 złodziei

Nie wiem czy wiecie, ale jedną z największych zalet moich warsztatów kosmetyków naturalnych jest to, że w dużej części przepisów uczestnicy sami mogą skomponować zapachy swoich kosmetyków. I cieszą się zawsze jak dzieci, bo całe stoły mam zastawione wszelkiej maści pachnącymi olejkami. Są wśród nich sztuczne kompozycje zapachowe przystosowane do produkcji kosmetyków, które pachną np. jak lody wiśniowe czy biała herbata (wspaniale!), ale to, co najcenniejsze, o czym zawsze mówię najwięcej – to naturalne olejki eteryczne.

Te czyste esencje roślinne, te wysoce skomplikowane i skoncentrowane substancje chemiczne, która mają ogromny wpływ na funkcjonowanie naszego organizmu. Tym wpływem zajmuje się nauka zwana aromaterapią. Liznęłam ją ledwo, bo choć interesuje mnie od dawna, dobrze wiem, że wciąż jeszcze wiem mało, oj mało. Wgłębiam się w nią od wielu lat, choć daleko mi do ekspertki. Umiem jednak zastosować podstawowe olejki w codziennym życiu. Ba, po prostu je stosuję. Ja i moja rodzina. I bardzo je sobie cenię.

Sięgnęłam więc po moje wielkie pudło ze wszystkimi warsztatowymi olejkami i wybrałam z nich te, których zapas może nam się przydać w najbliższym czasie. Czasie, jak wiadomo, złym i niepewnym. W czasie panującej epidemii koronawirusa.

Spośród całej armii olejków, które rozłożyłam sobie na stole, wybrałam kilka i stworzyłam z nich własną wersję olejku 4 złodziei.



Słyszeliście już może o tej mieszance olejkowej? Coraz więcej osób teraz do niej powraca, coraz częściej można o niej usłyszeć. Ja sama usłyszałam jej historię już dosyć dawno temu, teraz jednak postanowiłam zgłębić ją dokładniej.

A zaczęło się od legendy… Ciężko stwierdzić ile w niej prawdy, choć z pewnością jest ona prawdopodobna. Ma też bardzo wiele wersji. Gdzie bym nie czytała, zawsze coś je od siebie rożni. Nawet ilość samych złodziei bywa różna – raz jest ich czterech, raz pięciu, czasem siedmiu. Udało mi się jednak wyłuskać z nich pewien ogólny obraz.

Działo się to jakoś w połowie XIV wieku, kiedy do Europy, wraz z genuańskimi galerami powracającymi z Morza Czarnego trafiła dżuma, zwana także czarną śmiercią. Przebyła wcześniej, wraz z wędrującymi kupcami jedwabny szlak. Dotarła więc do nas z Azji i bardzo szybko przetoczyła się po całym kontynencie, zbierając ze sobą ogromne żniwo.

Tak jak i teraz stosuje się możliwe środki zaradcze, tak i wtedy wstrzymano wszelki handel morski. Pozostawiono tym samym wielu ludzi bez środków do życia. Wcześniejsi handlarze różnej maści ziołami i wonnościami, zmuszeni zostali zająć się znacznie mniej wartościowym zajęciem – stali się złodziejami i okradali chorych i umierających. Wśród nich szczególną sławą zasłynęli ci właśnie złodzieje, o których dzisiaj mówimy. Pomimo bardzo częstego kontaktu z zarażonymi dżumą, oni sami pozostali zdrowi.

Kiedy w końcu ich złapano, zaintrygowany sędzia dał im taki wybór – jeśli wyjawią swój sekret, jeśli powiedzą, jakim cudem nie zarazili się dżumą, oszczędzi im przewidzianej wtedy za takie zbrodnie kary, czyli spalenia żywcem. Złodzieje przystali na takie ultimatum i opowiedzieli o specjalnej miksturze, którą nacierali ręce, stopy, okolice ust, uszy czy skronie, a która to właśnie miała zapobiegać zarażeniu. Zadowolony sędzia ponoć dotrzymał słowa. Faktycznie nie spalił ich żywcem, a…. powiesił.

Do dzisiaj nie mamy pewności, co to dokładnie była za mikstura. Wiele źródeł podaje, że był to ocet, w którym moczono różne zioła, jak piołun, szałwię, rozmaryn czy rutę. Słyszałam też o rodzaju nalewki czy właśnie – olejku z wonnościami. Ponoć od tego czasu lekarze francuscy odwiedzający chorych na dżumę zaczęli ubierać specjalne, charakterystyczne maski z długim jakby dziobem. W nim bowiem umieszczali skrawki materiału nasączone olejkami i wyciągami z ziół, które raz, że pozwalały zminimalizować odór rozkładających się ciał, a dwa – pomagały zapobiegać zarażeniu. Choć czytałam także, że zdarzało się, że w tych właśnie maskach wynoszone przeróżne drogocenne niewielkie przedmioty z domów umierających.



W tamtych czasach kierowano się głównie instynktem i ludowymi podaniami. Kiedy jednak w XX wieku rozpoczęto przeprowadzanie badań esencji roślinnych, okazało się, że wiele z nich faktycznie ma silne właściwości bakterio- i wirusobójcze. Okazało się, że w legendzie może być sporo prawdy.

Przepisów na olejek 4 złodziei jest niemal tyle ile wersji samej legendy o tychże. Przejrzałam naprawdę sporo stron, w tym wiele angielskojęzycznych i prawie zawsze różniły się one nie tylko proporcjami, ale także składem. Zanim jednak przejdziemy do szczegółów, kilka ważnych słów tytułem wstępu.

Pamiętajcie – żaden olejek, czy mieszanka olejków, ani żaden ziołowy specyfik nie zapewnią Wam gwarancji ochrony przed koronawirusem. Możemy stosować je jedynie WSPOMAGAJĄCO. Zawsze, ale to zawsze stosujemy się do wytycznych lekarzy i odpowiednich służb. Siedzimy więc W DOMU, ograniczamy kontakty, unikamy zgromadzeń, MYJEMY RĘCE, nie dotykamy palcami powierzchni często dotykanych, nie przykładamy palców do twarzy, szczególnie dbamy o higienę i zgłaszamy się do służb w przypadku wystąpienia objawów choroby.

Pamiętajcie – pomimo faktu, że olejki eteryczne, które występują w takich jak ta nasza dzisiejsza mieszankach, mają udowodnione działanie przeciwwirusowe np. na wirusa grypy, nie zapewnią w pełni skutecznej bariery przed wirusami. Aby faktycznie mogły zadziałać w ten sposób, musiałyby mieć znacznie większe stężenie.

Mogą natomiast, jak już pisałam, zadziałać wspomagająco, tworzyć tak zwany filtr biologiczny zapachowy (np. kiedy stosujemy je tak, jak ja to zazwyczaj robię – dając kropelkę lub dwie na bluzkę, sweter, czy szalik, aby unosiły się wokół nas), ale, co tutaj równie istotne – takie mieszanki olejków, które razem działają lepiej niż każde z osobna, tj. działają synergicznie, znacząco wspomagają naszą odporność. Dzisiejszy olejek 4 złodziei ma też inna ogromną zaletę, którą szczególnie docenimy w tej sytuacji – działa kojąco na psychikę! Taka mieszanina dodaje energii, wprawia w dobry nastrój, stymuluje pracę mózgu, wzmaga koncentrację, rozjaśnia umysł, zwiększa też poczucie bezpieczeństwa. Przyznajcie, jest to nam teraz bardzo potrzebne.

Zaznaczę także, że musimy przestrzegać kilku zasad bezpiecznego stosowania olejków – mieszanki nie nakładamy bezpośrednio na skórę, jedynie zmieszaną z olejem bazowym (łyżeczka oleju bazowego + 3 kropelki olejków eterycznych) lub np. balsamem do ciała. Jeżeli macie obawy o możliwe uczulenia, zróbcie najpierw próbę uczuleniową. Olejkiem możemy wspierać także dzieci, ale od 3 roku życia, w bardzo niewielkich ilościach, kierując się zdrowym rozsądkiem i jeżeli nie ma przeciw temu żadnych przeciwwskazań zdrowotnych. Kobiety w ciąży i karmiące piersią kierują się tutaj jedynie wytycznymi swoich lekarzy. Mieszanki NIE stosujemy doustnie.



Wracając do meritum, różne strony podają doprawdy różne składniki olejków 4 złodziei. Te, które powtarzają się najczęściej to:

  • Olejek eukaliptusowy – silne działanie przeciwwirusowe, także antybakteryjne i przeciwgrzybicze, wspomagające układ odpornościowy, udrażniające górne drogi oddechowe
  • Olejek pomarańczowy – działanie przeciwzapalne i przeciwgrzybicze, znany jako aromaterapeutyczny antydepresant, dodaje energii
  • Olejek cytrynowy – podobne działanie do pomarańczowego, także odświeżające, dezodorujące. Uwaga – olejki cytrusowe na skórze wystawionej na działanie promieni słonecznych mogą spowodować przebarwienia
  • Olejek cynamonowy z liści – działanie przeciwwirusowe, antybakteryjne
  • Olejek cynamonowy z kory – znany z właściwości rozgrzewających, ściągających, przeciwbakteryjnych i przeciwzapalnych
  • Olejek goździkowy – o działaniu przeciwwirusowym i bakteriobójczym, ale także kojącym umysł i nerwy
  • Olejek rozmarynowy – jeden z silniejszych antyseptyków, stymuluje prace mózgu, wzmaga koncentrację

Dla ciekawych, zacytuję tu jeszcze fragment cyklu o olejkach przeciwwirusowych u Herbiness:

Obiektem badań laboratoryjnych jest bardzo często wirus grypy, czyli Influenza. Płynne preparaty zawierające następujące olejki eteryczne w stężeniu do 0,3% wykazały bardzo wysoką skuteczność w dezaktywowaniu wirusa grypy: kora cynamonu, bergamotka, trawa cytrynowa, tymianek ct. tymol. Podobny rezultat uzyskano stosując wyższe stężenia olejków takich jak: lawenda, geranium, eukaliptus gałkowy, goździk. Powyższe olejki zostały wymienione na podstawie publikacji Vimalanathan / Hudson 2014.
To zestawienie olejków o działaniu przeciwwirusowym warto uzupełnić o olejki skuteczne w przypadku wirusa grypy wg publikacji Price / Price 2012: liść cynamonu, cytryna, limonka, eukaliptus: smithii i promienisty, kocanki piaskowe, palmaroza, hyzop, melisa, korzennik, pieprz czarny, ravensara, szałwia, goździk oraz tymianek ct. tymol.
(więcej na FB Herbiness).



Olejek 4 złodziei

Receptura autorska – w oparciu o zgromadzoną wiedzę skomponowałam własny olejek, do którego celowo dodałam większą niż w innych ilość olejków cytrusowych (cytryny i pomarańczy), aby miał lżejszy, bardziej odświeżający zapach, który łatwiej zaakceptuje moja rodzina. Dodałam do niego także nieco olejku tymiankowego, który stosuję od lat.


Składniki:

  • 40 kropelek olejku goździkowego
  • 30 kropelek olejku cytrynowego
  • 30 kropelek olejku pomarańczowego
  • 20 kropelek olejku cynamonowego z kory
  • 15 kropelek olejku eukaliptusowego
  • 15 kropelek olejku rozmarynowego
  • 15 kropelek olejku tymiankowego

Wszystkie olejki przelewamy od osobnej buteleczki i lekko ją obracamy, aby się połączyły. Mój olejek ma cudowny, faktycznie kojący zapach. Córka mówi, że pachnie pierniczkami i trzeba przyznać, że jest to przyjemna dominująca nuta.

Przygotowałam sobie dwie wersje użytkowe olejku. Po pierwsze – czysta aromaterapeutyczna mieszanina, której/którą:

  • Nakładam dwie kropelki na ubranie przed wyjściem z domu, tworząc w ten sposób tzw. zapachowy filtr biologiczny (wg Herbiness). Taką ładną nazwę wyczytałam ostatnio, choć olejki stosuję właśnie w ten sposób od wielu lat. Z taką kropelką po domu chodzi także moja córka, wymiennie z czystą lawendą.
  • Dodaję kilka kropelek do środków czyszczących różne powierzchnie w domu – głównie kuchnię i łazienkę (używam Zielko), dzięki czemu nabierają siły dezynfekującej.
  • Dodaję odrobinę do maceratu z nagietka, który wmasowuję w skórę po kąpieli (o tym będzie niedługo osobny post).
  • Olejek można dodać także do preparatów antybakteryjnych do rąk, do mydeł w płynie, do balsamu do ciała, do soli lub olejku do kąpieli, do płynu do prania. Ważne, aby zachować umiar i przestrzegać zasad bezpieczeństwa.
  • Oczywiście możemy także stosować olejek w dyfuzorze lub kominku do aromaterapii.

Zrobiłam także bardzo praktyczny spray na bazie spirytusu, który rozpylam czasem w domu w niewielkich ilościach, a czasami robię nieco większe rozpylenie, odczekują chwilę, a następnie porządnie wietrzę cały dom.

Taki spray warto także trzymać w samochodzie i co jakiś czas i tam nim spryskać wnętrze.

Spray na bazie spirytusu salicylowego:

  • 4 części spirytusu
  • 1 część olejku 4 złodziei

Ze względu na specyfikę spirytusu salicylowego (takiego z apteki) olejek będzie się rozwarstwiał i należy całość za każdym razem wstrząsnąć. Jeśli macie do dyspozycji spirytus 95%, nie powinno być takiej potrzeby.



Jeżeli macie jakiekolwiek obawy względem stosowania tej lub podobnej mieszaniny, polecam Wam dzisiaj dwa miejsca, w których zasięgniecie rzetelnej porady. Jak już wspominałam, sama nie jestem ekspertem w dziedzinie aromaterapii, znam jednak dwie wspaniałe dziewczyny, które śledzę od dawna i jestem pewna, że możecie im zaufać.


Klaudyna Hebda

Klaudyna jest aromaterapeutką kliniczną i prawdziwą znawczynią świata aromaterapii i zielarstwa. Nawet niedawno prowadziła bardzo ciekawy webinar o olejku złodziei oraz stworzyła e-book o tym, jak ten olejek stosować. Wszystkie informacje z pewnością otrzymacie po zapisaniu się do Biblioteczki Alchemiczki – TUTAJ. Poza tym, jeżeli nie macie dostępu do olejków lub nie ufacie sobie, mnie lub innym internetowym źródłom, w sklepie Klaudyny znajdziecie 4 wersje jej autorskiej mieszanki złodziei, skomponowanej w oparciu o wysokiej klasy olejki (Klaudyna o to bardzo dba). Znajdzie je TUTAJ.

Herbiness

Inez jest dyplomowaną fitoterapeutką, specjalizującą się w ziołach aromatycznych i olejkach eterycznych. Podziwiam ogrom jej wiedzy i ofertę jej własnego sklepu z olejkami i surowcami kosmetycznymi – TUTAJ. Sklep niestety chwilowo nie działa, aby nie nieść niebezpieczeństwa zarażenia koronawirusem podczas dostarczania paczek. Polecam Wam jednak coś wspaniałego – cykl o olejkach przeciwwirusowych, który Herbiness prowadzi na swoim Facebooku. Każda zawarta tam informacja jest szalenie ciekawa i warta zapamiętania. Prześledźcie koniecznie! Znajdziecie go TUTAJ.


O dobrej myśli

Czy Wam też wydaje się, że jakoś połowa ludzi wokół Was wariuje?

Mnie też dopadły ciężkie czasy. Na szczęście, odpukać, nie w ten sposób, którego się wszyscy obawiamy. Niemniej jednak, mój organizm wybitnie udowodnił mi, jak bardzo cała ta sytuacja z koronawirusem, odbiła się na mojej psychice. Otóż, poległam. A dokładniej, moje plecy znowuż poległy i ten post piszę Wam w pozycji leżącej, a dokładniej – z kanapy.

Ja już te moje plecy bowiem dobrze przejrzałam. Znamy się nie od dziś, choć przyznam, że dużo czasu zajęło mi odkrycie pewnej korelacji pomiędzy moimi dolegliwościami, a stanem umysłu. Dopiero całkiem niedawno powiązałam fakty i uświadomiłam sobie, że dopadają mnie, te moje plecy, w sytuacjach mocno obniżonego nastroju. Po prostu wtedy, kiedy jest mi ciężko. Być może dlatego, że wtedy zaniedbuję pracę nad nimi i wykonuję nieprzemyślane ruchy, których wykonywać nie powinnam. Może mam obniżoną odporność. Może stres w jakiś inny sposób oddziaływuje na mięśnie przy kręgosłupie. W każdym razie – ponownie poległam…

Wiem więc, że pomimo pozornego spokoju, boję się bardzo. O moją rodzinę, o siebie, o świat cały. O to, że odwołano mi warsztaty i nie mam pracy. O niepewną przyszłość. Są to lęki całkowicie normalne, słuszne i oparte na oczywistych przesłankach.

Mam jednak wrażenie, o czym wspominałam na początku, że naprawdę sporo z nas, borykających się z tym nieznanym doświadczeniem, jakim jest pandemia koronawirusa i związany z nią kryzys gospodarczy, zwyczajnie wariuje.

I ja nawet te osoby rozumiem. Trochę. I nawet łączę się niekiedy w tym ich strachu. Coraz częściej jednak docierają do mnie obawy innych całkowicie… hmm… odjechane.

I to, doprawdy, staje się dopiero przerażające.

I dlatego, tak niesamowicie ważne jest, abyśmy trzymali się dobrych myśli. Abyśmy byli dobrej myśli. Uwierzyli, że damy radę. Że przetrwamy. Że to szaleństwo się w końcu skończy. Dzieci pójdą do szkoły, my do pracy, w sklepach w końcu znowu będzie papier toaletowy i drożdże. Nadzieja, wiara i ścisłe przestrzeganie zaleceń. Tego musimy się trzymać. I domu. W domu musimy siedzieć. Musimy. I tyle.



Trzymam się więc tych moich dobrych myśli. Nawet leżąc na kanapie w salonie, na środkach przeciwbólowych i z zaległościami do nadrobienia. I wiecie co? To pomaga! I na mój kręgosłup i na to całe szaleństwo!

Jak się tych dobrych myśli trzymać?

Oooo, mam na to kilka sposobów! Wiecie jakich?

Po pierwsze, chwytam się wiosny! Cóż doda nam tak dużo energii, jeśli nie ona? Jeśli nie ciepłe promienie wiosennego słońca na twarzy? Jeśli nie wizja rozkwitłych łąk i szumu wiatru w liściach drzew? Na spacerze z psem zerwałam kilka gałązek z pączkami. Z drzew owocowych i lipy. Chwila niemalże wystarczyła, aby mi to wszystko w domu wybujało. Aby wiosna przyszła szybciej. Leżałam dziś popołudniu na tej mojej kanapie, słońce powoli wędrowało przez pokój, wiatr rozwiewał firankę w drzwiach na taras, które już całe niemal dnie trzymamy otwarte. I wpatrywałam się w te moje gałązki pełne liści i kwiecia. I te dobre myśli same się pojawiały. Ot, chwila pełna spokoju. Tego nam czasem potrzeba. Tego nam brakuje. I to teraz, z przymusu wprawdzie, ale jednak mieć możemy.

Obejrzyj filmy, które lubisz, do których chętnie wracasz. Takie, które wypełniają dobrą energią i pozostawiają uśmiech. Ja tak chętnie wracam zawsze do angielskich komedii – Był sobie chłopiec, Notting Hill czy Cztery wesela i pogrzeb i do klasyki – zawsze, ale to zawsze do Dumy i uprzedzenia czy Perswazji. Z mężem znowuż oglądamy Przyjaciół. Po raz kolejny. Co wieczór. Codziennie wybuchamy śmiechem. Razem.

Zrób z dzieckiem spaghetti lub upiecz babeczki. Takie to proste, a jakież niesie wielkie pokłady radości! Posprzątaj sobie szafkę, na którą nigdy nie masz czasu. Och, ile to dopiero tej radości przyniesie! I ulgi! Usiądź na chwilę w ogródku (na balkonie, w oknie chociaż) i wystaw twarz do słońca. Zamknij oczy i odpłyń. Dzisiaj tak zrobiłam. Uśmiech sam się pojawił i zejść nie mógł. Przytul się do psa i poddaj się psiej czułości. Jakże mnie to zawsze uspokaja! Wyciągnij z szafy ozdoby wielkanocne i porozkładaj je po domu. Jest znowu na co czekać! Sięgnij po książkę, którą zaczęłaś rok temu i sama już nie pamiętasz, dlaczego ją odłożyłaś nieskończoną. Po czym obudź się po dwóch godzinach i przypomnij sobie, że faktycznie – zawsze po jednej stronie zasypiałaś. Ale kurcze, ale to była dobra drzemka! Wkręć się z córką w serial na Netflixie dla dzieciaków i tłumaczcie za każdym razem mężowi/tacie kto jest kim, co robi i dlaczego. I śmiejcie się wspólnie, że ten znowu nic nie rozumie.

A wieczorem, wyjdź na chwilę na zewnątrz. Sama. I wgap się w księżyc. Koniecznie. I poczekaj, aż on podeśle ci tę ważną, jedną dobrą myśl.

Że wszystko będzie dobrze.


Kosmiczne babeczki do kąpieli

A gdyby tak i do kąpieli dodać trochę kosmicznej magii? Hmmm? To by dopiero było! Połączenie mocy lawendy i kosmosu. Co powiecie?

Bo ja mówię TAK!

Zachęcam Was dzisiaj do kreatywnej, jakże odstresowującej (sprawdziłam dobrze na sobie) zabawy w malowanie błyszczącego kosmosu na kąpielowych babeczkach! A potem zamykamy się w łazience i chłoniemy tę energię dobrą i kojącą.

I doprawdy, jest to bardzo proste!



Kosmiczne babeczki do kąpieli


Składniki (na 6/7 babeczek)

  • 10 dużych łyżek sody oczyszczonej
  • 6 dużych łyżek kwasku cytrynowego
  • 5 dużych łyżek skrobi ziemniaczanej
  • ok. 40 kropelek olejku lawendowego
  • pół szklanki ulubionego oleju (użyłam ryżowego)
  • woda w spryskiwaczu
  • barwniki spożywcze – złoty, miedziany i rubinowy (Allegro)
  • odrobina spirytusu salicylowego
  • akcesoria: foremki do muffinek i pędzelki

W dużej misce mieszamy sodę, kwasek i skrobię. Dolewamy olej i olejek lawendowy i rozpoczynamy wyrabianie naszego babeczkowego „ciasta” ręką. Co jakiś czas spryskujemy je lekko wodą. Jeśli zacznie musować, gasimy to musowanie mieszając. Ciasto wyrabiamy do takiej konsystencji, że jak ściśniemy je w dłoni i ją otworzymy, pozostanie na niej zwarty kształt.

Ciasto przekładamy do foremek na muffinki, dokładnie je dociskając i wygładzając palcami. Odstawiamy je na noc do wyschnięcia. Nazajutrz wyciągamy z foremek nasze lawendowe babeczki i zabieramy się za dekorowanie

Każdy z barwników spożywczych, które mają postać proszku, musimy zamienić w farbkę. Aby to uczynić mieszamy w małej miseczce odrobinę proszku z równie niewielką ilością spirytusu. Ma powstać farbka, którą łatwo się będzie malowało. Najlepiej dodawać po kilka kropel spirytusu, mieszać całość pędzelkiem i w ten sposób kontrolować konsystencję. Spirytus będzie na bieżąco wysychał, trzeba więc trzymać go w pobliżu i co jakiś czas dodawać kilka kropel.

Gotowymi farbami malujemy po wierzchu babeczek według uznania.

Jak tylko farbki wyschną, są dosyć trwałe. Oczywiście przy mocniejszym dotyku będą schodzić, ale spokojnie można je zabezpieczyć i przechowywać.



Na koniec pokombinowałam z nieco inną formą – takiego kąpielowego krążka. Też fajnie wyszło, prawda?

Mały Biznes 10 – Kryzys w branży

Tak i dopadł nas kryzys.

A dokładniej całą branżę eventową. I wiele innych. I światową gospodarkę. I wszystkich nas w mniejszym lub większym stopniu dopadnie. Koronawirus już skutecznie przeobraził codzienność wielu osób i sparaliżował funkcjonowanie mnóstwa firm. Nie tylko w Chinach, czy we Włoszech. Coraz większe środki prewencyjne podejmowane są też u nas. I to dobrze oczywiście, najważniejsze to zapobiec rozprzestrzenianiu się wirusa. Niemniej jednak kryzys zajrzał wielu przedsiębiorcom głęboko w oczy.

W tym niestety i mi.

Jestem jedynie malutkim trybikiem w wielkiej machinie eventowej, a już odczuwam kryzys bardzo. Odwołano mi bowiem najbliższe zlecenia czyli moje warsztaty kosmetyków naturalnych i słodyczy kosmetycznych, które prowadzę dla firm i instytucji, podczas spotkań pracowniczych, wyjazdów integracyjnych czy wielkich pikników rodzinnych (>> LiliGarden.pl).

A jako, że jest to jedno z głównych źródeł mojego dochodu, zapowiadają się lata, a przynajmniej miesiące, mocno… chude. I dzisiaj właśnie to zrozumiałam. Dzisiaj to do mnie dotarło, a w zasadzie uderzyło w twarz jakby obuchem. Dzisiaj dostałam nie tylko maile z anulacjami, ale także okazało się, że i w zawieszeniu są płatności za wykonane już zlecenia. No jedna wielka… Wiadomo co…

Cały dzień zamartwiałam się okrutnie. Aż w końcu rzuciłam wszystko w kąt (czy tam w cholerę) i otworzyłam sezon kijkowy. Szłam sobie znowu uśmiechnięta, w promieniach zachodzącego słońca przez pobliskie wsie i w końcu zrozumiałam, że nie ma co się zamartwiać. W końcu kto jak kto, ale to ja właśnie od lat staram się robić na co dzień najróżniejsze rzeczy, żeby nie być uzależnioną jedynie od jednej z nich.

Nazywają to ładnie – dywersyfikacją przychodów.

I choć często zastanawiałam się czy to dobrze tak łapać kilka srok za ogon, jak zwykła mawiać moja wychowawczyni w podstawówce, to właśnie dzisiaj okazało się, że to naprawdę dobre rozwiązanie. Zwłaszcza w przypadku tak małych, jednoosobowych działalności, które po prostu muszą być elastyczne. Bo inaczej czy to przy pierwszym drobnym potknięciu czy przy światowej epidemii – zatonę.

Skupiam się zatem w najbliższych tygodniach między innymi na mojej LiliCreative.pl. Może to właśnie będzie ten czas, kiedy uda się nadrobić zaległości tutaj, na blogu? Przejść kursy i tutoriale, które wciąż i wciąż czekają w internetowych zakładkach. I tym samym – przeczekać światowy kryzys. Aż skończy się to szaleństwo. Aż zwalczymy wirusa i świat wróci do tego, co nazywamy normalnością.

A może wszystkie odwołane imprezy wydarzą się jesienią i będzie ich tyle, że z przepracowania wszyscy padniemy? Oj, nie zdziwiłabym się…

Ale damy radę! Byle kryzys przetrwać. Byle to wszystko szybko się skończyło. Byle wszyscy zarażeni wrócili szczęśliwie do swoich domów.


PS Przy okazji podsyłam dwa ostatnie projekty. Nie maja wprawdzie nic wspólnego z tematem, ale polubiłam się z nimi bardzo!

Te 5 rzeczy

Te 5 rzeczy, które wpadły mi ostatnio w oko i jakoś wyjść nie mogą!

No, same cuda!


Prawdziwa bajka do wpięcia we włosy! Czyli zestaw wsuwek Estella wykonanych ręcznie  z surowego mosiądzu i naturalnych pereł słodkowodnych. To ponoć biżuteria ślubna, ale osobiście myślę sobie, że można te cuda nosić zawsze i wszędzie, prawda? / Stone Story

W zasadzie podoba mi się cały ten zestaw, ze spodniami i butami, ale to plisowana orzechowa koszula ostatnio mnie zauroczyła. Zwłaszcza jej rękawy! / Massimo Dutti

A to bajka do założenia na palec! Delikatny pierścionek Lila z pojedynczym szafirem, udekorowany drobnymi, złoconymi kuleczkami, wykonany ręcznie ze srebra. / Byrska

Te piny z pszczółkami i kwiatami wywołały we mnie pragnienie, aby zrobić takie i do mojej Lili! Hmm? Nosilibyście? Te są piękne, prawda? / Laura Makes

Zestaw dla początkujących – Cleanse. Connect. Protect. czyli podstawowy zestaw do pogłębiania medytacji lub praktyki jogi oraz do pozbywania się złej energii z otoczenia, a w nim wiązka szałwii, palo santo i ceramiczny burner. Ponoć bilansuje energię, usuwając złą i równoważąc ją do neutralnie pozytywnej. Do wypróbowania! / Purnama Rituals

In the jungle – tapety na telefon do ściągnięcia

Mam dla Was mały prezent! Zabieram Was w ekspresową podróż do mojej wyimaginowanej dżungli. Dżungli o zachodzie słońca. Dżungli wybujałej roślinnością i pełnej dziwnych, ale uroczych istot. I tę dżunglę możecie już na zawsze zatrzymać przy sobie i uciekać do niej, kiedy tylko tego potrzebujecie. A dobrze wiem, że marcowa pogoda sprzyja takim potrzebom!

Zabierzcie więc, ba – przygarnijcie moją dżunglę do Waszych telefonów! Oby Wam dobrze służyła!



Mam bowiem dla Was trzy tapety na telefon, takie do ściągnięcia i używania według uznania – na ekran główny, do przewijania lub nie, na blokadę – jak macie ochotę.

Zastrzegam jedynie, że dzisiejsze grafiki są do użytku osobistego.



Aby ściągnąć sobie tapety, poklikajcie poniżej:




Facebook