NapisałaAdriana Sadkiewicz

W roli głównej: Naturalny Krem Odżywczy z Gardenią i Rabarbarem Hagi

Czy to kolejna gwiazdka na Lili niebie? Och, stanowczo! Coś, co aż chce się polecać! I to tak bardzo cieszy – ta radość dzielenia się zachwytami!

Bo dzisiaj w roli głównej Naturalny Krem Odżywczy z Gardenią i Rabarbarem Hagi!



Hagi znam, oczywiście, że znam od dawna. To jedna z tych marek, które się po prostu zna. Choć ja śledziłam ją chyba od jej samych początków. I z nieukrywanym podziwem śledzę dalej i obserwuję jej ciągły rozwój. Jakże profesjonalna, jakże światowa się staje! Jak trafnie podąża za trendami i potrzebami konsumentów. A już najbardziej zachwycam się grafikami jej nowym produktów – żeli do mycia ciała, całego zestawu Momenty czy serii dziecięcej opatrzonej w urocze holograficzno-pastelowe zwierzaczki. I jest to doprawdy jakieś niedopatrzenie, że Hagi nie miało jeszcze swojego specjalnego miejsca w Lili! Już zatem nadrabiam!

Przygodę z marką postanowiłam rozpocząć od kremu. Mam wrażenie, że to kremy są bowiem takim największym sprawdzianem dla marek. Świadczą dosyć mocno o jakości i działaniu produktów. Zamówiłam więc Naturalny Krem Odżywczy z Gardenią i Rabarbarem Hagi. Czemu? Przejrzałam sobie skład i opis wszystkich trzech kremów marki i ten wydał mi się dla mnie najlepszy. Poza tym, sami rozumiecie, mało co tak przemawia do wyobraźni, jak to soczyste połączenie rabarbaru i aromatycznej gardenii. Poszukiwałam też czegoś treściwego i kojącego na jesienno-zimowe noce. Wybór był oczywisty!



Marka tak opisuje swój krem: Przyszedł czas na ożywienie. Przyszedł czas na trening Twojej skóry. Naturalny krem do twarzy o działaniu odżywczo-nawilżającym powstał z potrzeby pielęgnacji suchej skóry, której brakuje blasku. Zawiera kompleks z korzenia rabarbaru, który działa jak trener aktywizujący własne mechanizmy ochronne. Codzienna pielęgnacja uruchomi procesy tworzenia odpowiedniego nawilżenia i natłuszczenia. Ponadto starannie dobrane składniki odżywcze: olej z awokado, z orzechów makadamia i słodkich migdałów, masło mango, olej monoi, skwalan utrwalają dobrą kondycję zarówno młodej, jak i dojrzałej skóry. Woda różana, sok z aloesu i ekstrakt z zielonej herbaty wzmacniają działanie nawilżająco-odżywcze. Kwiatowy zapach róży damasceńskiej i gardenii thaitańskiej daje poczucie komfortu naturalnej pielęgnacji.

Zacznę może od małego zawodu. Bardzo liczyłam na zapachowe kwiatowe uniesienia, bo po prostu kocham zapach gardenii thaitańskiej w oleju monoi. A tu jeszcze miała być połączona z aromatem róży. I bardzo, ale to bardzo mi szkoda, że tego połączenia właściwie nie czuć… Krem owszem, pachnie delikatnie i całkiem przyjemnie, ale tych kwiatów tam nie wyczuwam. Jestem jednak mu to skłonna wybaczyć. Czemu?



Po pierwsze – zawsze bardzo doceniam kremy, w których fazy wodnej nie stanowi sama woda, a hydrolat. Tutaj skład rozpoczyna woda różana, co już jest wielkim plusem. Potem mamy całą wyliczankę naturalnych olejków i maseł, które właśnie mają mi tę moją umęczoną jesienią skórę w nocy odżywiać i regenerować. Do tego dochodzi łagodzący aloes i ekstrakty roślinne z herbatki, rabarbaru i owej gardenii. Połączenie najwyraźniej bardzo trafne.

Wszystkie te składniki twórcy zamienili w bielutką, kremową, gęstą, ale przy tym wciąż lekką konsystencję. Powstał kosmetyk idealny na noc, ale spokojnie można go używać także na dzień. Wchłania się bowiem sprawnie i szybko, pozostawiając skórę mięciutką i gładką. W nocy działa natomiast jak kojący kompres!



Krem sprawdził się przy mojej mieszanej cerze, ze skłonnościami do przesuszeń. Zapewnił jej odpowiednie nawilżenie, dzięki czemu funkcjonuje ona po prostu lepiej. Mam też wrażenie, że dzięki takiej mocnej dawne olejków, jest ona chroniona przed zewnętrznymi bodźcami czy jesiennymi zanieczyszczeniami.

Tak więc wiosenny rabarbar będzie mi towarzyszył także w zimnych miesiącach. I całkiem mi z tym dobrze!

Krem Hagi i inne kosmetyki marki znajdziecie w perfumerii Douglas – przychodzą wtedy do Was do domu w tym uroczym niebieskim pudełku!

Ach, mydełka też cudne! Jedne z najlepszych, jakie miałam!



Wpis powstał w ramach bardzo miłej współpracy z perfumerią Douglas.

Jesienne zachwyty czasu niepokoju

Zaczęłam przygotowywać ten wpis, tę ilustrację, jeszcze wtedy kiedy mimo wszystko świat wydawał się lepszy. Chciałam podnieść nas wszystkich na duchu w trudnym czasie pandemii. Chciałam, aby te drobne, ciepłe obrazki sprawiły, że i Wasza jesień odzyska blask i uda się dostrzec jej piękno.

No i trach… zaczęło się….

Jak już pisałam Wam na Instagramie, jestem w ciąży. Kiedy Trybunał ogłosił swój wyrok, czekałam na wyniki badań prenatalnych. A potem nic, tylko ryczeć mi się chciało… I serce wyrywało się do protestujących, ale rozum nakazywał wspierać jedynie z domu.

Wyniki otrzymałam dzisiaj. Dobre. Na szczęście. Może się jeszcze dużo wydarzyć, ale, jak się zapewne domyślacie, kamień spadł mi z serca.

Przesyłam Wam więc jednak moje jesienne przesłanie, moje jesienne zachwyty na ten tym bardziej ciężki czas. Mam nadzieję, że przyniosą odrobinę ciepła i otuchy.

Może ozdobią Wasze telefony. Może Wasze małe galerie motywacyjnych obrazków. A może pokusicie się na wydruk i będzie cieszyć nimi oczy w ten jesienny czas gdzieś na biurku czy przypięte do lodówki. Są dla Was!

Zrobiłam też małą wersję strajkową. Bo i ta piękna jesień ma swoje zawieje i ciemne oblicze. Korzystajcie, jeśli macie ochotę :*

Dziewczyny, bądźmy dla siebie dobre, szanujmy się, wspierajmy. Całym sercem jestem z Wami!


Oto więc moje jesienne zachwyty!



Do ściągnięcia – kliknij:

Jesienne zachwyty

wersja mała

wersja większa

wersja do druku tiff

wersja do druku pdf



do ściągnięcia – kliknij:

wersja z samym oknem


Pliki do wykorzystania jedynie do celów personalnych, niekomercyjnych.


I jeszcze mała wersja strajkowa!


do ściągnięcia – kliknij:

wersja strajkowa mała

wersja strajkowa większa


Trzymajcie się dzielnie!

Słów kilka o Make Me Bio


Trudno jest mi się nie cieszyć, pisząc te słowa, bo oto udało mi się znaleźć kosmetyk idealny! A przynajmniej – idealny dla mnie. Poszukiwałam takiego, ba – sama tworzyłam podobne, ale jak widać – ideału nie pobiły. O co chodzi?

Zaraz Wam powiem, zacznę jednak od początku…



A początkiem jest sama marka – Make Me Bio. Znacie ją już? Być może tak, bo już długo funkcjonuje na naszym rynku. Sama kiedyś używałam kilku jej kosmetyków i zawsze ceniłam ich jakość i wspaniałe zapachy. Śledzę też od dawna jej postępy i nowości. Ostatnio Make Me Bio zaskoczyło chociażby trafionym rebrandingiem, który usystematyzował opakowania różnych linii produktów i zaopatrzył je w proste, ale charakterystyczne i całkiem ładne ilustracje. Muszę tutaj zwrócić Wam szczególną uwagę na kartoniki – ich jasny, klarowny design, wytłoczony zarys tubki, który zauważyłam na kartonie peelingu, czy lekki pobłysk połączony z elegancką czernią na kartonikach makijażowych – wszystko to wynosi markę na wyższy poziom i znacznie ułatwia decyzje zakupowe. Daję tutaj duży plus!

A co mamy w środku? Wybrałam trzy produkty, które od dawna chciałam wypróbować. Postawiłam więc na Orange Energy – Peeling do Twarzy z Kwasami Roślinnymi, Aqua Light – Lekki Krem dla Skóry Tłustej i Mieszanej oraz MAKE UP! Naturalną pomadkę i róż 04. Który z nich stał się moim ideałem? Stanowczo jest to ten mały słoiczek, skrywający delikatny kolor, z którym już się nie rozstaję!



MAKE UP! Naturalna pomadka i róż 04


Długo zastanawiałam się, który odcień pomadki wybrać. Mamy trzy do wyboru, a dobrze wiecie, jak to ciężko wybrać odpowiedni kolor jedynie na podstawie zdjęć w internecie. Przeszukiwałam więc Google, aby znaleźć zdjęcia, na których widać możliwie najlepiej różnicę w odcieniach. I w końcu zdecydowałam się ten środkowy, z numerem 04. I świetnie trafiłam!

To nie jest jedynie pomadka i róż – dla mnie to kosmetyk 3w1, bo spokojnie możemy nakładać go odrobinę na powieki. I naprawdę ładnie tam wygląda. W małym słoiczku zamknięto niewielką ilość kosmetyku w formie gęstego mazidła. Jest to jednak tak wydajny produkt, że pomimo tego, że stosuję go codziennie od dłuższego czasu, wciąż jest prawie pełny.



Kosmetyk jest mieszaniną genialnych, dobrze skomponowanych składników – mamy olejek rycynowy, masło shea, wosk pszczeli, oleje: arganowy, jojoba, makadamia i z pestek malin, mamy też ekstrakt z czarnej porzeczki, witaminę E i glicerynę. Dzięki takiemu składowi kosmetyk nie jest tylko kolorkiem – jest pełnowartościowym masełkiem, chroniącym nam usta i policzki przed tą pogodą, która aktualnie atakuje nas niemiłosiernie. Zapewnia odpowiednie odżywienie i nawilżenie skóry czy ust, nie będąc przy tym nazbyt tłustym ani ciężkim.

Pomadka jest w sam raz napigmentowana. Wystarczy naprawdę odrobina, aby usta, policzki i powieki nabrały lekko różowego, ale wciąż bardzo naturalnego odcienia. Ja osobiście czuję się z nim na twarzy wspaniale. Jest to produkt idealny dla osób, które na co dzień nie malują się jakoś bardzo. Sama pracuję w domu, wyskakuję z niego na zajęcia dziecka, zakupy czy do rodziny, zazwyczaj nakładam więc po prostu krem lekko koloryzujący typu BB oraz nieco tuszu i czarnej kreski na oczy. I to właśnie ta pomadka nadaje całości odpowiedni wygląd, letni rumieniec, dziewczęcy blask. I za to ją uwielbiam!


Orange Energy – Peeling do Twarzy z Kwasami Roślinnymi


Jak pisze producent: naturalne kwasy pochodzące z Ekstraktu z Kwiatów Hibiskusa delikatnie złuszczają naskórek, a olejek mandarynkowy zapewnia działanie zmiękczające i antyseptyczne. Dodatkowo olejek jojoba zapewnia działanie nawilżające.

Mi jednak najpierw, a jakże, spodobało się opakowanie. Lubię te aluminiowe tubeczki! Potem zauroczył mnie zapach! Cudownie, no cudownie pomarańczowy! Dosłownie Orange Energy! Coś, co poprawia nastrój w pierwszej sekundzie, a potem można się tylko uśmiechać.

A dopiero na końcu spodobało mi się samo działanie peelingu. Nakładamy go na wilgotną, oczyszczoną skórę i masujemy nim buzię przez dłuższą chwilę. Cieszymy się przy tym tymi pomarańczowymi aromatami, które sprawiają, że używanie peelingu jest zwyczajnie przyjemne. Sam kosmetyk ma konsystencję gęstego kremu z niewielką ilością peelingujących drobinek. Ja jeszcze zawsze pozostawiam go na chwilkę, aby kwasy mogły zdziałać swoje czary. Potem zmywam go wodą i… nie mogę przestać dotykać buzi. Jest faktycznie, widocznie gładsza, ale do tego dochodzi efekt maseczki – bogactwo olejków i ekstraktów również tutaj robi swoje, pozostawiając skórę miękką i odżywioną. I ten zapach… Ach!



Aqua Light – Lekki Krem dla Skóry Tłustej i Mieszanej


Zdecydowałam się na ten krem, bo poszukiwałam czegoś leciuteńkiego na dzień, pod makijaż lub jako wsparcie mojego kremu koloryzującego BB. A sami przyznajcie, że nazwa Aqua Light przemawia do wyobraźni, prawda?

I faktycznie, krem ma konsystencję niemal lejącej się emulsji. Nie jest jednak rzadkim mleczkiem, a raczej wręcz przeciwnie – pomimo swej konsystencji wyczuwamy mocną dawkę naturalnych olejów. Jest więc nieco tłustszy niż sądziłam, dzięki temu jednak, stosuję go z powodzeniem także na noc.

Twórcy marki postawili tutaj na dosyć mało znany olej z orzechów laskowych, który połączyli z olejkiem morelowym i jojoba. Całość przeobrażona w krem znowuż cudownie pachnie i znowuż – cytrusowo. I ponownie – za ten zapach go uwielbiam. Bo nic tak nie dodaje energii o poranku jak nieco cytrusowych olejków! Mam to już od dawna sprawdzone!

Krem, pomimo wysycenia olejami, całkiem przyjemnie się wchłania i po chwili można nakładać na niego makijaż lub po prostu naszą pomadkę 3w1. Jak już wspominałam, świetnie sprawdza się także jako kosmetyk nocny, gwarantując dobre nawilżenie w czasie snu. Jest więc kremem bardzo uniwersalnym i sama poleciłabym go do wszystkich rodzajów cer, nie tylko do tłustej i mieszanej. Z resztą, najlepiej sprawdźcie same!


Wszystkie produkty znajdziecie na stronie Make Me Bio!

Jeśli wejdziecie do sklepu klikając w TEN LINK – otrzymacie rabat 5% na cały asortyment!



Wpis powstał w wyniku bardzo miłej współpracy z Make Me Bio.

Szwedzkie mieszkanie pracowni Linie w przestrzeni

Mam Wam dzisiaj do pokazania przepiękne mieszkanie! A dokładniej projekt wnętrza, które zauroczyło mnie w pełni. Jest to mieszkanie w szwedzkiej Uppsali, które zaprojektowała pracownia Linie w przestrzeni.

Zwróćcie uwagę jak pięknie zagrały tutaj kolory. Wszystkie te powracające, ciepłe beże, kolory ziemi, brązy i zgaszone zielenie. Tworzą razem to specyficzne ciepło i przytulność.

Jak podaje Magazif, wnętrze utrzymane jest w stylu eklektycznym, w którym odnajdziemy inspiracje stylem japandi, mid century modern oraz retro i vintage. Mi samej pierwsze w oczy rzuciło mid century, które uwielbiam. Lubię tu te charakterystyczne łuki, które tak doskonale dzielą przestrzeń i sprytnie przechodzą i pojawiają się w całej przestrzeni. Nie zabrakło najmodniejszych akcentów w stylu lastriko, rattanu czy mocnych wizualnie lamp, traw pampasowych i doniczek z twarzą. Jest oryginalnie, ale elegancko. Jest spójnie, ciepło i po prostu pięknie.

Zwróćcie też uwagę na niezwykłe płytki na podłodze w kuchni i łazience, na cudną kabinę prysznicową, sprytnie zamontowane lustra i piękny okrągły stół. Ponownie za Magazif, zacytuję autorkę projektu: –Wnętrze miało być ponadczasowe, pobudzać wyobraźnię, dawać poczucie wolności i swobody. Jako, że w stylu eklektycznym nie ma ściśle ustalonych zasad mogłam pozwolić sobie na dużą swobodę i kreatywność w łączeniu różnych materiałów, faktur oraz detali. Zależało mi aby wnętrze było plastyczne, podkreślało artystyczne dusze inwestorów i wyrażało ich upodobania – mówi Dagmara Magnowska z pracowni Linie w przestrzeni, odpowiedzialnej za powstanie tego projektu.

Na koniec odsyłam Was na Instagram pracowni Linie w przestrzeni, a po więcej informacji na stronę Magazif.

Projekt i wizualizacje: Linie w przestrzeni, Dagmara Magnowska


Jesienne nowości Rosy

Pamiętacie, że niedawno przejęłam Instagram Rosy? A dokładniej świeżutkiej marki Rosa. Panna Poranna. Chodźcie TUTAJ, do wpisu, o którym o tym pisałam. I koniecznie zajrzyjcie i polubcie profil Rosy – TUTAJ!

Tak się składa, że ostatnio Rosa wypuściła swoje jesienne nowości, a że zrobiłam im już pierwsze zdjęcia, a także przygotowałam im i etykiety i kolaże produktowe, pomyślałam, że to świetna okazja, aby Wam je tutaj zaprezentować.

Zobaczcie więc, jakie cudownie nastrojowe, jesienne produkty tu mamy!

Najwspanialsze, naprawdę – najlepsze, z jakimi miałam do tej pory kontakt hydrolaty ze śliwki, z gruszki i z dyni! Brzmi bardzo intrygująco, czyż nie? Sama byłam ich bardzo ciekawa. I okazało się, że przerosły oczekiwania. Kiedy tylko spryskuje się tymi mgiełkami twarz, obejmują nas słodkie, owocowe aromaty. Do zakochania! I do tej pory nie wiem, który najlepszy! Bo nawet ta dynia taka świetna, słodka jakby!

Wśród nowości znajdziecie także bardzo jesienne olejki – z pestek śliwek, z orzechów laskowych i nerkowca oraz skwalan z oliwek. Można więc spokojnie podążać z pielęgnacją zgodnie z naturalnym rytmem pór roku. Więcej o nowościach znajdziecie na stronie Rosy. Zajrzyjcie koniecznie!

A oto i one!


Botanicznie

Dobrze wiecie, że uwielbiam wszelkie motywy botaniczne. Zwłaszcza te starodawna, botaniczne i zoologiczne. Często wykorzystuję je w swoich projektach, są też dla mnie ogromną inspiracją.

Natknęłam się ostatnio na kilka wspaniałości, które właśnie opierają się na na tychże botanicznych motywach. Jak więc mogłabym Wam ich nie pokazać?

Oto kilka roślinnych (i nieco zwierzęcych) inspiracji! Same cuda!



  1. Album Rośliny i zwierzęta. Atlasy historii naturalnej w epoce Linneusza wydany przez Międzynarodowe Centrum Kultury w Krakowie – przez pandemię nie udało mi się zebrać na wystawę, ale z pewnością ten album z rysunkami roślin i zwierząt do mnie kiedyś trafi! “Na ponad 240 stronach albumu zaprezentowano barwne ilustracje z atlasów historii naturalnej stworzone wprawną ręką dawanych rysowników i kolorystów w okresie, gdy rodziła się dopiero nowoczesna systematyka roślin i zwierząt. Znajdziemy tu reprodukcje w skali jeden do jeden oraz wielkoformatowe powiększenia mikroskopijnych szczegółów fauny i flory, które w czasach przed wynalezieniem fotografii karmiły ludzki głód piękna. Grafiki pochodzą ze zbiorów Gabinetu Rycin Biblioteki Naukowej PAU i PAN w Krakowie oraz Biblioteki Instytutu Systematyki i Ewolucji Zwierząt PAN.” / mck.krakow.pl
  2. Lekkie liściaste kimono / Parfois
  3. Duża Torba Miejska w Tropikalne Liście – Dzień dobry Kakao / Sunlovers
  4. Raspberries Earrings – piękne kolczyki ze szklanymi malinami z kolekcji “THE ART OF CHOICE” / 10Decoart
  5. Serwetki z botanicznym nadrukiem / Zara Home
  6. Ciemna sukienka z pięknym wzorem z flamingami / Medicine
  7. Raspberry Pendant – kolejny z kolekcji “THE ART OF CHOICE” – naszyjnik ze szklaną maliną / 10Decoart


  1. Czy nie cudna? Poszwa na kołdrę w motyle i kwiaty / Zara Home
  2. Kolczyki pozłacane Magical Forest – sami wybieramy kamienie i jesienne symbole/blaszki. I tak tworzy się magia! / Animal Kingdom
  3. Żywy obraz GLIXIA Plants On Wallminimalistyczny roślinny dekor, nie wymajający żadnej opieki / Pakamera
  4. Przepiękny notes w płótnie “Ziołowy ogród” Rifle Paper Co, / Rzeczownik
  5. Cała nowa kolekcja marki Looks by Luks – The Roots jest cudowna! Cała botaniczna! Ale to to zdjęcie ujęło mnie najbardziej! Maluszek i wzór Oli Morawiak o nazwie Smells Like Nature. Bajka! Botaniczna, pachnąca bajka! A sprawdźcie też turbany, opaski i kimona! / Looks by Luks
  6. Limitowana edycja szklanej butelki o pojemności 600 ml od projektantki Anny Rudak, której towarzyszą etui termiczne w dwóch wzorach/ Waterdrop

Facebook