NapisałaAdriana Sadkiewicz

Kalabria zimą na 3 dni – Tropea, Scilla, Pizzo

Wyrwaliśmy się w ferie, na chwilę, z całej tej zimy. W lutym, do wiosny. Do liści, do kwiatów, do słońca, do ciepłego wiatru we włosach. I choć udało się to tylko na 3 dni, to i tak był to tak bardzo, bardzo potrzebny zastrzyk słonecznej energii. Jeeej, ile on mi jej dał! Ile zachwytów, smaków, widoków!

Polecieliśmy do Kalabrii. Tak, znowu do Włoch. Bo cenowo jest naprawdę OK, a i lubimy bardzo. No i na mojej liście miejsc do zobaczenia w tym kraju jest jeszcze sporo do odhaczenia… A jako, że zima trzymała, to trzeba było wybrać miejsce położone jak najbardziej na południe. Ciepło miało być na Sycylii, wiosennie w Kalabrii. Padło na to drugie, bo od dawna marzyło mi się zobaczyć Tropeę.

Jeśli więc szukacie pomysłu na niedługi wypad, to podrzucam Wam znowuż mój. Bo po raz kolejny stwierdzam nieskromnie, że fajnie to wszystko wymyśliłam! A wszystko tam po prostu – zachwyca! (No, może nie wszystko, ale Włochy trzeba brać po prostu takie jakie są.)

Oto więc plan w skrócie – lecimy Ryanairem do Lamezia Terme. Podróżujemy we czwórkę (my i dwie nasze córki) pociągami. Bazę mamy w Tropei – bo jest to miasteczko turystyczne, więc i po sezonie coś tam się tu dzieje i jest co robić wieczorami. Do zwiedzenia planujemy bez napięcia dwa inne miasteczka – Scillę i Pizzo.

To teraz przejdźmy do szczegółów dla zainteresowanych!

Bilety na lot Kraków – Lamezia Terme Ryanairem kupowałam dosłownie tydzień wcześniej. Koszt pojedynczego biletu wyszedł nam bazowo około 250 zł. Ja jeszcze jednak zawsze dokupuję miejsca i ubezpieczenie. Za bagaż spokojnie wystarczyły plecaki umieszczane pod siedzeniem. Na miejscu wylądowaliśmy popołudniu, przywitał nas ciepły wiatr. Na lotnisku w kiosku kupiłam bilety na autobus na dworzec kolejowy (okazało się, że wystarczyły 3 bilety – młodsza córka 4-letnia mogła jechać bezpłatnie). Taniej wychodzi wcześniejszy zakup biletów niż bezpośrednio u kierowcy. Warto o tym pamiętać, także przy powrocie (przy dworcu także są kioski z biletami). Do dworca dojeżdża bezpośrednio autobus 90, jedzie 5 minut (kilka razy dziennie zahacza jeszcze o jeden przystanek i jedzie wtedy chwilkę dłużej). Aby dojść do autobusu, po wyjściu z lotniska wystarczy skręcić w prawo i zaraz tam go znajdziecie. Rozkłady jazy są TUTAJ – na dole listy jest autobus „Navetta aeroporto”, klikamy „apri”. Można też kupić bilet łączony na autobus i pociąg, ale nie byłam pewna, na który nam się uda pociąg zdążyć, więc wybrałam powyższą opcję.

Co do pociągów – są naprawdę prostą i fajną opcją podróżowania. Mam też wrażenie, że w przypadku rodzinnych wypadów tworzą dodatkową atrakcję i wrażenie przygody. Poza tym są czyste, wygodne, nowoczesne i punktualne. Trasa na południe ciągnie się wybrzeżem, więc jest też cudownie widokowo. Pociągi na południe, czyli m.in. do Tropei, na dworcu w Lamezii odjeżdżały z peronu 3. Bilety można kupić w kasie i automatach, ale osobiście polecam jednak wgrać sobie aplikację Trenitalia na telefon. Ja właśnie tak kupowałam bilety – szybko i bezproblemowo, co jest też ważne na malutkich dworcach, gdzie nie mamy kas, a z automatami jest różnie. Pamiętajcie, że dzieci mają zniżkę tylko do 12 roku życia. Poniżej 4 lat, przejazdy są bezpłatne. Wszelkie rozkłady i informacje znajdziecie na stronie Trenitalia.

I tak ruszyliśmy pociągiem do Tropei. Trasa trwała około godziny i pozwalała zachwycać się zachodem słońca i morzem. Jak już wspominałam, wybrałam Tropeę na bazę, bo jest to jedno z tych popularnych, turystycznych, no i naprawdę pięknych miasteczek. Jako, że byliśmy z sezonie stosunkowo martwym, nie groziły nam tłumy, ale też coś niecoś się w mieście działo i było można wieczorami spacerować i chłonąć energię miasta. Trzeba jednak faktycznie mieć na uwadze, że o tej porze roku sporo atrakcji, restauracji czy sklepików po prostu nie działa. Córka miała na przykład prawdziwy problem, żeby zakupić najzwyklejsze pamiątki. Ale i to ma swój urok, prawda?

Na nasz pobyt wybrałam spokojne B&B, poza granicami najstarszej części miasta. Zależało mi na tym, aby było ogrzewanie, wifi i śniadanie. Był to TEN obiekt i mogę stwierdzić, że jest po prostu przyzwoity 🙂 Ach, pamiętajcie, że jeżeli jeździcie pociągami, to potem wszędzie trzeba dojść, a te miasteczka w Kalabrii to wszystkie są na zboczach, więc sporo tu chodzenia będzie.

I tak pierwszego wieczoru połaziliśmy po miasteczku i zjedliśmy pyszne pizze. Następnego dnia natomiast zaplanowałam nam wycieczkę do miasteczka o nazwie Scilla (choć najpierw oczywiście obeszliśmy Tropeę dookoła). Wynalazłam go na kilku blogach i wiedziałam, że na pewno tam wylądujemy – to nieco ponad godzina widokowej jazdy pociągiem na południe. I to był największy zachwyt tej wycieczki!

Scilla jest piękna! Pięknie położona wśród wzgórz wpadających do morza. Myślę, że byłaby idealna na letnie wakacje. Jest to totalnie urocze miasteczko ze wszystkim, czego nam potrzeba. Z jednej strony ma rozległą plażę z deptakiem i knajpkami. Potem wyrasta nam zamczysko, a po jego drugiej stronie mamy rzędy domów rybaków z wąskimi uliczkami (tutaj zatrzymaliśmy się na lunch w restauracji pani z Polski, było pysznie – zapomniałam tylko sprawdzić jej nazwę…). Jeśli natomiast wdrapiemy się na górną część miasteczka, znajdziemy rozległy plac z cudownym widokiem i zwyczajne domy tamtejszych mieszkańców. Wszędzie mi się tam podobało bardzo. Zapierało dech!

Kolejny dzień był ciepły i słoneczny. Spędziliśmy go w całości w Tropei i jej okolicach. Poszliśmy do portu i na nieco dalszą plażę, która zapewne w sezonie jest oblegana. Teraz minusem były spore ilości śmieci. Mimo to dało się wygrzać na piasku i pobrodzić w wodzie. Poszwendaliśmy się po wąskich uliczkach, zjedliśmy dobre jedzonko (choć nowością była dla mnie cykoria radicchio, która okazała się gorzka…), odwiedziliśmy większy market (uwielbiam!), wybawiliśmy dziecko na placu zabaw. Ot, spokojny dzień w małym włoskim miasteczku.

Ostatniego dnia, po wymeldowaniu z B&B, wsiedliśmy znowuż w pociąg – tym razem na północ, do miasteczka Pizzo. Słynie ono z lodów tartuffo – mają formę kuli i zawsze coś ciekawego w środku. Dzień przywitał nas deszczem, ale i pomimo tego znowuż – było pięknie. Pizzo także jest małym, uroczym miasteczkiem, które ma osobną część przy morzu – plażę, deptak i kanajpki (otworzyły się dopiero jak już wracaliśmy) i osobną – powyżej, na wzgórzu, na które trzeba się wdrapać. Tam jest centralny plac z restauracjami i lodziarniami. My zjedliśmy nasze lody w tej najsłynniejszej Dante – na szczęście jest czynna także zimą). Potem wyszło słońce, więc i można było docenić spacer tamtejszymi uliczkami.

Na koniec, wróciliśmy na pociąg do Lamezii, a stamtąd udaliśmy się na lotnisko, czekać na wieczorny lot.

Dodam ponownie – było pięknie. Była wiosna. Młodsza córka zbierała kwiaty, starsza wyszukiwała carbonarę, a mąż nosił obie na barana. Ja natomiast cały czas chłonęłam. Ile sił!

Pieczarkowa zapiekanka pasterska

Zapiekanka pasterska czyli z angielska shepards pie może mieć doprawdy wiele odsłon. Ja dzisiaj polecam Wam moją! Wegańską! Bo jest pyszna, aromatyczna, bardzo zdrowa, pełna roślinnego białka i bardzo komfortowa. Oznacza to, że pozostawia w brzuszku takie przyjemne cieplutkie ciepełko. Tym bardziej polecam na tę naszą, jakże już się dłużącą, zimę!

Standardowo tego typu zapiekanki składają się z warstwy „mięska” z różnymi dodatkami, którą przykrywa kołderka z ziemniaków. Dzisiaj zamieniamy dół na miks pieczarek i strączków. Jakże pyszny miks! Umamiczny i kojący. Dobry dla brzuszka i kojący dla głowy. Mocno aromatyczny i przeciwzapalny. Jeśli połączymy go z zarumienionymi ziemniaczkami, nie będzie się dało takiej zapiekance oprzeć

Pieczarkowa zapiekanka pasterska

Składniki:

  • opakowanie 500 g pieczarek
  • puszka soczewicy
  • puszka zielonego groszku
  • opcjonalnie – mała puszka edamame
  • pół pora
  • 3 ząbki czosnku
  • 3 łyżki octu winnego
  • łyżka sosu sojowego
  • przyprawy – łyżeczka wędzonej papryki, łyżeczka kurkumy, łyżeczka gałki muszkatołowej, łyżka czarnuszki, łyżka ziół np. tymianku, majeranku, oregano, sól, pieprz
  • około pół kilograma ziemniaków
  • 4-5 łyżek mleka sojowego
  • łyżka płatków drożdżowych
  • 2 łyżki musztardy
  • oliwa

Ziemniaki obieramy, kroimy i gotujemy w osolonej wodzie do miękkości.

Pieczarki, pora i czosnek kroimy na drobne kawałeczki. Na patelni rozgrzewamy oliwę, wrzucamy na nią pora i czosnek, mieszamy, po chwili dodajemy pieczarki. Podsmażamy całość wraz z czarnuszką, papryką wędzoną, kurkumą, gałką i pieprzem. Kiedy pieczarki będą już ładnie podsmażone, dodajemy groszek, soczewicę, edamame. Mieszamy. Dodajemy ocet winny, sos sojowy, sól do smaku i dusimy całość przez chwilę, co jakiś czas mieszając. Na koniec dorzucamy ulubione zioła, mieszamy i ściągamy z ognia.

Ziemniaki ubijamy na puree wraz z mlekiem sojowym, dwoma łyżkami oliwy, musztardą i płatkami drożdżowymi.

Do naczynia do zapiekania przekładamy pieczarki z dodatkami. Na nich układamy warstwę ziemniaków, w miarę równo i płasko. Całość przekładamy do piekarnika lub air fryiera i zapiekamy około 20 minut w 180-200 stopniach, aż ziemniaki się z wierzchu ładnie zarumienią.

Ja podałam z surówką z młodej kapusty i marchewki z olejem lnianym.

Graficznie 01.26

Co tam ostatnio potworzyłam graficznie?

Sami zobaczcie! Oto mały misz masz mojej twórczości!

Przy tej okazji jak zawsze bardzo serdecznie zapraszam na moje graficzne strony:

portfolio – LiliCreative.pl

Instagram – LiliCreative.pl


Na początek ilustracja z piwonią i piwoniowa koncepcja marki.

Poniżej mała zajawka naszej współpracy z Anią z Folwarku Lawendowy Len. Planuję stworzyć o niej osobny post, ale to jeszcze chwilkę czasu na to potrzebujemy.

Nie mogłam się jednak doczekać, aby Wam tu zaprezentować choć część z identyfikacji wizualnej Folwarku. Och, to będzie wspaniałe miejsce!

Śledźcie zatem po więcej!

Poniżej mała realizacja etykiety na oliwy marki Symbol Smaku – zwanej tym razem Simbolo de Gusto.

Oliwę znajdziecie na stronie Symbol Smaku.

A tutaj kolejna koncepcja marki oparta na odrzuconym koncepcie.

Cóż, mi się bardzo podoba 🙂

Mała wspomnienie z wakacji spędzonych na Ischii i wspaniałe Castello Aragonese.

Kto był i też tęskni?

Planuję całą kolekcję wzorów opartych na tym motywie. Trzymajcie kciuki!

Na koniec raz jeszcze zapraszam na Instagram – LiliCreative.pl 🙂 Niechaj niesie się kolorowa energia 🙂

IN LOVE 01.26

Na poprawę zimowego szarego nastroju – garść pięknych rzeczy z internetów!

Czyli pierwsze w tym roku IN LOVE!

  1. All The Ways To Say Hardcover Notebook – Notes Daily Bakery – chyba najbardziej klimatyczny notes, jaki ostatnio widziałam! / Noteka
  2. Kaaskas apaszka jedwabna Classic Blue – czyż nie przepiękna? I ile w niej dobrej energii! / Kaaskas
  3. Paddywax Painted Ceramic House Connecticut Lighthouse – czyli ceramiczna latarnia na kadzidła. No, uwielbiam takie latarnie! / Notino
  4. Asymetryczne kolczyki z gwiazdkami i pręcikami – magia! / Parfois
  5. Kartka Wanderlust „dom” / Rzeczownik
  6. LUDA OTUCHA | Herbata kwiatowo-owocowa – mieszanka stworzona na chłodniejsze dni. Pierwszy łyk przypomina powrót do ciepłego domu po zimnym spacerze – napar otula i rozgrzewa niczym miękki koc. / LUDA
  7. Lily Lolo Cheek Duo, Naked Pink Uniwersalny duet pięknie podkreślający policzki – miałam, polecam, jak wszystko Lily Lolo / Ecco Verde
  8. Ręcznie wykonana misa dekoracyjna Como Jonathan Adler / Westwing

Najlepsza tofucznica – przepis

Ja to, nie chwaląc się, robię totalnie najpyszniejsze tofucznice. No, odkąd w ogóle odkryłam takie coś, przeszłam długą drogę prób i błędów i oto stałam się tofucznicową ekspertką.

Bo po prostu moja tofucznica jest PYCHA!

Oczywiście można ją robić na milion sposobów. To przecież jak z rosołem – każdy ma swój patent. Ja jednak najbardziej lubię tą tutaj – z porem, pomidorkami i szpinakiem. I czymś zielonym na wierzchu. I z tofu wędzonym, który doda tego lekkiego aromatu wędzonki.

Dobra wegańska tofucznica wymaga kilku patentów. Są to magiczne składniki, o których jeszcze całkiem niedawno nie miałam pojęcia, że istnieją, a teraz są po prostu częścią mojej kuchennej codzienności. Chodzi o czarną sól kala namak oraz płatki drożdżowe nieaktywne. Ta pierwsza ma charakterystyczny jajowy zapach, więc dodaje się ją do dań, które powinny przypominać te z jajkami. A płatki drożdżowe to taki wegański aromat serowy, a do tego są bogatym źródłem witamin z grupy B. Oba te składniki, w połączeniu z kurkumą (dla koloru, ale też jest mega zdrowa i ma znaczące działanie przeciwnowotworowe) sprawiają, że tofu zamienia się w tofucznicę!

Polecam więc mój przepis, zapewne bardzo podobny do tak wielu innych, ale i klasyki trzeba udostępniać, bo tak naprawdę mało jeszcze są popularne. A szkoda, bo tofucznica jest pysznym, bardzo zdrowym śniadaniem, pełnym dobrego białka!

Najlepsza tofucznica

Składniki:

  • pół kostki tofu – może być naturalne, może być wędzone – to drugie nadaje jeszcze aromatu wędzonki
  • kawałek pora – około 4 cm, pokrojone na drobniejsze kawałeczki
  • kilka pomidorków koktajlowych
  • garść liści szpinaku baby
  • sól kala namak – do smaku, około pół łyżeczki
  • kurkuma – około łyżeczki
  • płatki drożdżowe nieaktywne – około łyżki, też do smaku
  • świeżo mielony pieprz
  • oliwa o łagodnym smaku
  • mleko sojowe – około 3-4 łyżki
  • do podania garstka czegoś zielonego – szczypiorku, cebulki dymki, kiełków, rzeżuchy

Na patelni rozgrzewamy niewielką ilość oliwy. Dorzucamy pora, mieszamy. Dodajemy rozdrobnione nieregularnie w rękach tofu, mieszamy. Dodajemy sól kala namak, kurkumę, pieprz do smaku. Kiedy całość lekko się zarumieni, podlewamy odrobinę mlekiem sojowym. Dzięki niemu ustalamy odpowiednią dla nas konsystencję tofucznicy (niektórzy wolą bardziej płynną, inni mniej). Dodajemy łyżkę płatków drożdżowych i pomidorki przekrojone na pół. Mieszamy. Jeśli przywiera do dna, znowuż podlewamy odrobiną mleka sojowego. Na koniec dodajemy szpinak i mieszamy aż się zblanszuje i połączy z całością. Tofucznicę przekładamy na talerz, posypujemy zieleninką i zajadamy ze smakiem.

Ach, jeśli nie macie czarnej soli kala namak i płatków drożdżowych – zróbcie Waszą tofucznicę bez nich. Też będzie pyszna 🙂

Bardzo malinowy scrub do ust DIY

Kto ma zimą spierzchnięte usta – ręka do góry?

Komu przeszkadza suchość warg i skórki? A może po prostu chcielibyście na co dzień mieć mięciutkie, odżywione usteczka, które tylko proszą się o całusy?

Mam dzisiaj dla Was bardzo prosty, a GENIALNY pomysł na domowy bardzo malinowy scrub do ust.

Scrub nie tylko wygląda apetycznie (tutaj na zdjęciu, zaraz po zmieszaniu, wygląda jak konfitura malinowa), ale wspaniale pielęgnuje usta. Sięgamy po kiedy czujemy taką potrzebę, nakładamy trochę na palec, potem masujemy nim usta i ich okolice, a następnie zmywamy całość wodą. Wargi i skóra dookoła nich stają się naprawdę mięciutkie, gładkie i nawilżone. A najlepsze jest to, że resztki można spokojnie z tych ust zlizać – poczujemy po prostu maliny w cukrze!

Bo to właśnie cukier jest tutaj naszą peelingującą bazą. Dodałam do niego mega odżywcze masełko shea i odrobinę wosku pszczelego. Całość uzupełnił malinowy pył! Cudownie różowo-czerwony, kwaskowaty symbol letnich wieczorów. Skąd wzięłam taki pył? To maliny liofilizowane, które bez problemu dostaniecie w marketach. Zmiksowałam je w blenderze. Ot, i cała trudność. A efekt? Raz jeszcze – cudny!

Bardzo malinowy scrub do ust

Składniki na dwa słoiczki 15 ml:

  • łyżka/mała garstka malin liofilizowanych
  • łyżka masła shea rafinowanego
  • odrobina wosku pszczelego (użyłam 4-5 „ziarenek” wosku bielonego – jest on sprzedawany właśnie w takiej formie. Możecie jednak także wykorzystać ten żółty, świeży)
  • 4 łyżeczki białego cukru

Maliny przekładamy do blendera i miksujemy na malinowy pył.

W kąpieli wodnej, w szklanej lub ceramicznej miseczce / zlewce roztapiamy masło shea i wosk. Kiedy będą już płynne, ściągamy je z ognia, dosypujemy cukier i dwie łyżeczki malinowego pyłku. Całość dokładnie mieszamy. Nasz scrub zaraz po mieszaniu ma konsystencję i wygląd konfitury malinowej. Po odstawieniu nieco stwardnieje, ale będzie się pięknie roztapiał na ustach.

Scrubem masujemy usta i skórę wokół nich przez kilka chwil. Całość zmywamy wodą, osuszamy ręcznikiem lub resztki… zlizujemy! Usta stają się gładkie, miękkie i odżywione.

Przechowujemy w suchym miejscu i pamiętamy, aby dokładnie zamykać słoiczek po każdym użyciu.

Facebook