Kalabria zimą na 3 dni – Tropea, Scilla, Pizzo

Wyrwaliśmy się w ferie, na chwilę, z całej tej zimy. W lutym, do wiosny. Do liści, do kwiatów, do słońca, do ciepłego wiatru we włosach. I choć udało się to tylko na 3 dni, to i tak był to tak bardzo, bardzo potrzebny zastrzyk słonecznej energii. Jeeej, ile on mi jej dał! Ile zachwytów, smaków, widoków!

Polecieliśmy do Kalabrii. Tak, znowu do Włoch. Bo cenowo jest naprawdę OK, a i lubimy bardzo. No i na mojej liście miejsc do zobaczenia w tym kraju jest jeszcze sporo do odhaczenia… A jako, że zima trzymała, to trzeba było wybrać miejsce położone jak najbardziej na południe. Ciepło miało być na Sycylii, wiosennie w Kalabrii. Padło na to drugie, bo od dawna marzyło mi się zobaczyć Tropeę.

Jeśli więc szukacie pomysłu na niedługi wypad, to podrzucam Wam znowuż mój. Bo po raz kolejny stwierdzam nieskromnie, że fajnie to wszystko wymyśliłam! A wszystko tam po prostu – zachwyca! (No, może nie wszystko, ale Włochy trzeba brać po prostu takie jakie są.)

Oto więc plan w skrócie – lecimy Ryanairem do Lamezia Terme. Podróżujemy we czwórkę (my i dwie nasze córki) pociągami. Bazę mamy w Tropei – bo jest to miasteczko turystyczne, więc i po sezonie coś tam się tu dzieje i jest co robić wieczorami. Do zwiedzenia planujemy bez napięcia dwa inne miasteczka – Scillę i Pizzo.

To teraz przejdźmy do szczegółów dla zainteresowanych!

Bilety na lot Kraków – Lamezia Terme Ryanairem kupowałam dosłownie tydzień wcześniej. Koszt pojedynczego biletu wyszedł nam bazowo około 250 zł. Ja jeszcze jednak zawsze dokupuję miejsca i ubezpieczenie. Za bagaż spokojnie wystarczyły plecaki umieszczane pod siedzeniem. Na miejscu wylądowaliśmy popołudniu, przywitał nas ciepły wiatr. Na lotnisku w kiosku kupiłam bilety na autobus na dworzec kolejowy (okazało się, że wystarczyły 3 bilety – młodsza córka 4-letnia mogła jechać bezpłatnie). Taniej wychodzi wcześniejszy zakup biletów niż bezpośrednio u kierowcy. Warto o tym pamiętać, także przy powrocie (przy dworcu także są kioski z biletami). Do dworca dojeżdża bezpośrednio autobus 90, jedzie 5 minut (kilka razy dziennie zahacza jeszcze o jeden przystanek i jedzie wtedy chwilkę dłużej). Aby dojść do autobusu, po wyjściu z lotniska wystarczy skręcić w prawo i zaraz tam go znajdziecie. Rozkłady jazy są TUTAJ – na dole listy jest autobus „Navetta aeroporto”, klikamy „apri”. Można też kupić bilet łączony na autobus i pociąg, ale nie byłam pewna, na który nam się uda pociąg zdążyć, więc wybrałam powyższą opcję.

Co do pociągów – są naprawdę prostą i fajną opcją podróżowania. Mam też wrażenie, że w przypadku rodzinnych wypadów tworzą dodatkową atrakcję i wrażenie przygody. Poza tym są czyste, wygodne, nowoczesne i punktualne. Trasa na południe ciągnie się wybrzeżem, więc jest też cudownie widokowo. Pociągi na południe, czyli m.in. do Tropei, na dworcu w Lamezii odjeżdżały z peronu 3. Bilety można kupić w kasie i automatach, ale osobiście polecam jednak wgrać sobie aplikację Trenitalia na telefon. Ja właśnie tak kupowałam bilety – szybko i bezproblemowo, co jest też ważne na malutkich dworcach, gdzie nie mamy kas, a z automatami jest różnie. Pamiętajcie, że dzieci mają zniżkę tylko do 12 roku życia. Poniżej 4 lat, przejazdy są bezpłatne. Wszelkie rozkłady i informacje znajdziecie na stronie Trenitalia.

I tak ruszyliśmy pociągiem do Tropei. Trasa trwała około godziny i pozwalała zachwycać się zachodem słońca i morzem. Jak już wspominałam, wybrałam Tropeę na bazę, bo jest to jedno z tych popularnych, turystycznych, no i naprawdę pięknych miasteczek. Jako, że byliśmy z sezonie stosunkowo martwym, nie groziły nam tłumy, ale też coś niecoś się w mieście działo i było można wieczorami spacerować i chłonąć energię miasta. Trzeba jednak faktycznie mieć na uwadze, że o tej porze roku sporo atrakcji, restauracji czy sklepików po prostu nie działa. Córka miała na przykład prawdziwy problem, żeby zakupić najzwyklejsze pamiątki. Ale i to ma swój urok, prawda?

Na nasz pobyt wybrałam spokojne B&B, poza granicami najstarszej części miasta. Zależało mi na tym, aby było ogrzewanie, wifi i śniadanie. Był to TEN obiekt i mogę stwierdzić, że jest po prostu przyzwoity 🙂 Ach, pamiętajcie, że jeżeli jeździcie pociągami, to potem wszędzie trzeba dojść, a te miasteczka w Kalabrii to wszystkie są na zboczach, więc sporo tu chodzenia będzie.

I tak pierwszego wieczoru połaziliśmy po miasteczku i zjedliśmy pyszne pizze. Następnego dnia natomiast zaplanowałam nam wycieczkę do miasteczka o nazwie Scilla (choć najpierw oczywiście obeszliśmy Tropeę dookoła). Wynalazłam go na kilku blogach i wiedziałam, że na pewno tam wylądujemy – to nieco ponad godzina widokowej jazdy pociągiem na południe. I to był największy zachwyt tej wycieczki!

Scilla jest piękna! Pięknie położona wśród wzgórz wpadających do morza. Myślę, że byłaby idealna na letnie wakacje. Jest to totalnie urocze miasteczko ze wszystkim, czego nam potrzeba. Z jednej strony ma rozległą plażę z deptakiem i knajpkami. Potem wyrasta nam zamczysko, a po jego drugiej stronie mamy rzędy domów rybaków z wąskimi uliczkami (tutaj zatrzymaliśmy się na lunch w restauracji pani z Polski, było pysznie – zapomniałam tylko sprawdzić jej nazwę…). Jeśli natomiast wdrapiemy się na górną część miasteczka, znajdziemy rozległy plac z cudownym widokiem i zwyczajne domy tamtejszych mieszkańców. Wszędzie mi się tam podobało bardzo. Zapierało dech!

Kolejny dzień był ciepły i słoneczny. Spędziliśmy go w całości w Tropei i jej okolicach. Poszliśmy do portu i na nieco dalszą plażę, która zapewne w sezonie jest oblegana. Teraz minusem były spore ilości śmieci. Mimo to dało się wygrzać na piasku i pobrodzić w wodzie. Poszwendaliśmy się po wąskich uliczkach, zjedliśmy dobre jedzonko (choć nowością była dla mnie cykoria radicchio, która okazała się gorzka…), odwiedziliśmy większy market (uwielbiam!), wybawiliśmy dziecko na placu zabaw. Ot, spokojny dzień w małym włoskim miasteczku.

Ostatniego dnia, po wymeldowaniu z B&B, wsiedliśmy znowuż w pociąg – tym razem na północ, do miasteczka Pizzo. Słynie ono z lodów tartuffo – mają formę kuli i zawsze coś ciekawego w środku. Dzień przywitał nas deszczem, ale i pomimo tego znowuż – było pięknie. Pizzo także jest małym, uroczym miasteczkiem, które ma osobną część przy morzu – plażę, deptak i kanajpki (otworzyły się dopiero jak już wracaliśmy) i osobną – powyżej, na wzgórzu, na które trzeba się wdrapać. Tam jest centralny plac z restauracjami i lodziarniami. My zjedliśmy nasze lody w tej najsłynniejszej Dante – na szczęście jest czynna także zimą). Potem wyszło słońce, więc i można było docenić spacer tamtejszymi uliczkami.

Na koniec, wróciliśmy na pociąg do Lamezii, a stamtąd udaliśmy się na lotnisko, czekać na wieczorny lot.

Dodam ponownie – było pięknie. Była wiosna. Młodsza córka zbierała kwiaty, starsza wyszukiwała carbonarę, a mąż nosił obie na barana. Ja natomiast cały czas chłonęłam. Ile sił!

Facebook