NapisałaAdriana Sadkiewicz

Świąteczny stół i gwiazdkowa tarta wiśniwo-makowa

Zapraszam Was dzisiaj do stołu!

Wigilię, jak zawsze, będziemy spędzać u rodziców i teściów. Przyznam, że jeszcze nie wyobrażam sobie, aby było inaczej. Jednak rok temu rozpoczęliśmy pewną małą tradycję – pierwszego dnia Świąt zapraszamy rodzinę z obu stron do nas, na obiad. Szykuję się więc już na to wydarzenie, menu ustalone, zakupy robi dzisiaj mąż, coś tam nawet zamierzam posprzątać 🙂 Myśli moje krążą także od dłuższego czasu wokół samego stołu i tego, jak będzie wyglądał.

Spieszę dzisiaj więc do Was z moim pomysłem na stół świąteczny. Pomysłem takim jak ja – czyli nie będzie idealnie, nie ma za dużo kompletów, jest za to kolorowo, eklektycznie i jest też nieco natury.

Bo czemu nie mielibyśmy się pobawić konwencją? Czemu nie ustawić różnych talerzy, czemu sztućców nie włożyć po prostu na luzie do kubka, czemu nie dodać czegoś całkowicie swojego?



Moje kolorowe talerze zbieram od dawna. To taki rodzaj kolekcji, ale użytkowej – jemy na nich na co dzień i od święta. Większość, razem z tymi uroczymi filiżankami, wyszperałam na ciuchach. Naprawdę!

Ustawiłam więc te moje talerze, tę moją ukochaną angielską porcelanę. Na każdym położyłam proste lniane serwetki, które przewiązałam zwykłym sznurkiem i dzwoneczkiem. Na środku wylądowała drewniana tacka z leśnymi znaleziskami – mchem, szyszkami i korą, dorzuciłam nieco żurawiny i dwie grube świece, które zapalę w Święta. W wazony o różnych kształtach włożyłam iglaste gałązki, które stworzyły świąteczną atmosferę. Wszystko dopełniły moje ukochane kolorowe kieliszki.

Wyszło wesoło, gwiazdkowo i na luzie. I tak można sobie siedzieć godzinami i tylko co jakiś czas donosić jakieś pyszności!



A propos pyszności… Na moim stole znalazły się genialne boczniaki po kaszubsku, z przepisu Everyday Flavours, który niedawno pojawił się w Lili (TUTAJ). Nie byłabym sobą gdybym nie dodała coś niecoś. W moich boczniakach znalazła się więc jeszcze czarnuszka, miód i nieco więcej ostrej papryki. Wyszły przepyszne! Smak jest niezwykły, wielowymiarowy, bardzo aromatyczny. I wspaniale świąteczny! Bardzo polecam!



Mam też coś fajnego, dla wszystkich, którym tak jak mi – nie po drodze z pieczeniem! Jeśli więc nie jesteście miłośnikami i mistrzami w słodkich wypiekach, a chcielibyście w prosty i szybki sposób zaskoczyć rodzinę – zróbcie moją dwusmakową tartę!

Jest to idealny wypiek, dla wszystkich, którzy chcą zrobić coś samemu, ale nie poświęcić na to zbyt dużo czasu. Choćby dlatego, że skorzystałam tutaj z gotowej masy makowej. Sama stanowczo nie jestem gotowa na tworzenie własnej! Trzeba się jedynie odrobinkę natrudzić z oddzieleniem warstw, ale i to nie jest wielkim problemem. A i wygląda ładnie i smakuje pysznie!



Gwiazdkowa tarta z wiśniami i makiem


Ciasto kruche:

  • 1,5 szklanki mąki pszennej
  • 4 płaskie łyżki cukru drobnego
  • odrobina soli
  • 140 g zimnego masła
  • 1 jajko

Na wierzchu:

  • opakowanie mrożonych wiśni 450 g
  • cukier do smaku
  • masa makowa (około pół dużej puszki)
  • cukier puder
  • kawałek tekturki


Ciasto kruche wyrabiam zawsze w dużej misce. Przesypuję do niej mąkę, cukier, sól, dodaję masło pokrojona na drobniejsze kawałki i jajko. Całość wyrabiam możliwie szybko i energicznie, aż powstanie zwarta kulka. Zawijam ją w woreczek lub ściereczkę i wkładam do lodówki na około godzinę.

W między czasie nastawiamy wiśnie na szybką wiśniową konfiturę. Przekładamy je wciąż zmrożone na patelnię, dodajemy cukru według uznania, dosyć dużo i smażymy, aż puszczą i odparuję sporo soku i przybiorą konsystencję konfitury. Wiśnie odstawiamy do ochłodzenia.

Ciasto wyciągamy z lodówki, rozwałkowujemy i przekładamy na formę na tartę. Wyrównujemy do poziomu formy, odcinając nadmiar ciasta. Nacinamy widelcem w kilku miejscach dno formy i wstawiamy do piekarnika na 200 stopni z termoobiegiem, aż się odrobinę przyrumieni. Gotowy spód wyciągamy. Z pozostałych fragmentów ciasta wycinamy gwiazdki – według uznania.

Na gotowym spodzie linijką lub nożem lekko odrysowujemy linie podziału na 8 małych trójkątów – jak przy podziale pizzy. Te osiem trójkątów będziemy musieli oddzielić tekturką, aby stworzyć odrębne warstwy. Granice pierwszego trójkąta zaznaczamy prostokątnymi kawałkami tektury, dociskając je lekko do brzegów, aby się utrzymały. Wewnątrz nakładamy pierwszą warstwę, np. makową, pilnując, aby nie wyszła poza granice wyznaczone tekturkami. Nakładamy kolejne warstwy, na przemian wiśnie i mak, odgradzając je każdorazowo tekturkami. Kiedy wszystkie będą już ułożone, delikatnie wyciągamy tekturki. Na wierzchu układamy gwiazdki z ciasta i wkładamy tartę ponownie do piekarnika, aż gwiazdki się zarumienią. Gotową tartę oprószamy cukrem pudrem.


Jeden z prezentów, które dzisiaj pakowałam 🙂 Miodki z malinami i kakao z Pasieki Rodziny Sadowskich.

Pachnące woski Gienki

Miały się inaczej nazywać. Miało być coś z pszczelim designem, z woskiem we współczesnym wydaniu, z geometrią. Sama nie wiedziałam do końca, choć pomysł pojawił się jeszcze w listopadzie. Wtedy to wymyśliłam, że Święta cudownie łączą się z przytulnością pszczelego wosku i pięknego zapachu. I że zrobię coś, co będzie oryginalne w swojej formie. Aż tu nagle wczoraj pojawiła się Gienka…



Być może śledziliście losy Gienki na Facebooku lub Instagramie i już wszystko wiecie. Jeśli jednak nie, to już wszystko wyjaśniam!

Gienka to pszczoła, którą znalazłam wczoraj rano przyczepioną do elewacji naszego domu, sztywną, zamarzniętą, bez większych szans na przeżycie, bo i dzień był wyjątkowo, jak na tę zimę – chłodny. Musiała się przebudzić dzień wcześniej i nie udało jej się na czas dolecieć do ula. Tak sądzę…

Zabraliśmy się Gienkę do domu. Położyliśmy na blacie w kuchni, obok niej wylałam odrobinę miodu i wody, a pod nią – wosk pszczeli, który akurat miał być rekwizytem do sesji pachnących wosków. Pomyślałam, że zapachnie jej domem.



Przez dłuższy czas Gienka nie dawała znaku życia, aż w końcu, bardzo powolutku zaczęła ruszać nóżkami. Odtajała, odżywała! Kiedy miała już na tyle siły, żeby się podnieść, zaczęła jeść i pić. I jadła i piła, i jadła i piła! Potem rozpoczęła rekonesans po blacie. Spacerowała sobie, zataczając się przy tym i upadając. Kiedy zaczęło mi się wydawać, że ma więcej siły, wystawiłam ją do ogrodu, z myślą, że może odleci. Nic z tego. Znowu się skuliła i przestała ruszać. Wróciła więc do kuchni, na blat, na swoje miejsce. Do wieczora obeszła sobie większą jego część. Aż w końcu znalazła spokojny kącik i zasnęła (sprawdzaliśmy dwa razy czy żyje, ewidentnie zakłócając jej sen…).

Dzisiaj rano Gienka przywitała nas z sałaty. Wspięła się nią, wędrowała sobie po niej i patrzyła na nas kątem oka. Bałam się, że skoro nadal tylko się wspina, to może mieć problem ze skrzydełkami. Może za późno ją znaleźliśmy… Może nadal za słaba. Już planowałam zatrzymać bidulę na zimę u nas…

A kiedy po godzince weszłam do kuchni, usłyszałam małą bzyczącą pszczołę, która lata wzdłuż okna, szukając drogi na zewnątrz! No, aż krzyknęłam z radości! Wzięłam więc Gienkę w szklankę i wyniosłam do ogrodu. Kiedy ją wypuściłam, zrobiła nade mną kilka kółek. Albo próbowała się rozeznać w terenie, albo, w co chcę wierzyć, żegnała się ze mną, dziękując. I poleciała!

Dzisiaj jest całkiem ładnie, ma być 14 stopni. Kilka uli mamy całkiem niedaleko, być może jeden z nich jest domem Gienki. Jestem więc dobrej myśli. Wiem, że wróci do swoich!

A swoją droga to Gienka z bliska wygląda jak taki misiek do przytulania. Już mi jej brakuje…



Wracając do tematu wosków… Kiedy Gienka wczoraj sobie tajała, ja robiłam zdjęcia i woskom i jej. Może czuła zapach olejku sosnowego i myślami błądziła po lesie? Oby!

To właśnie na cześć Gienki, mój dzisiejszy pomysł nazwałam “pachnącymi woskami Gienki”!

Są to woski zapachowe, które wykonałam z wosku sojowego i pszczelego i ozdobiłam węzą pszczelą – jest to używany w pszczelarstwie szablon z wytłoczonymi kształtami komórek plastra pszczelego. Z takiej węzy tworzy się popularne świece, ja postanowiłam wykorzystać ją nieco inaczej, bardziej współcześnie, mocno geometrycznie. I choć na początku próbowałam te moje woski zrobić tak, aby biała część w żaden sposób nie nachodziła na żółtą, to potem znacznie bardziej zaczęły mi się podobać te, gdzie mamy niewielkie, nieregularne wylania. Sami zdecydujcie, które Wam bardziej przypadają do gustu, postanowiłam bowiem pokazać oba warianty.

Woski umieszczamy na choince lub chowamy do szuflad i szafek, wieszamy na wieszakach lub kładziemy tam, gdzie ma po prostu pachnieć!

Moje woski zrobiłam w dwóch zapachach – sosnowym i pomieszaną pomarańczą z lodami wiśniowymi. Oba cudne!



Pachnące woski Gienki


Składniki / na 2 woski:

  • 50 g wosku sojowego (ewentualnie pszczelego bielonego)
  • 70 kropelek olejków eterycznych lub zapachowych (do niektórych użyłam sosnowego, do innych pomieszałam olejek pomarańczowy z olejkiem o zapachu lodów wiśniowych)
  • kawałek węzy pszczelej do ozdabiania (kupiłam TAKI zestaw na Allegro)
  • foremki silikonowe do żywicy (z Allegro – prostokątna i w kształcie plastra miodu)
  • sznureczki lub fragmenty knotów z zestawu z węzą pszczelą

Wosk sojowy roztapiamy w kąpieli wodnej. Foremki przykładamy do brzegu plastra wosku i nożem odkrawamy kawałek, który wielkością pasuje do naszej formy. Dokrajamy go według uznania i umieszczamy na dnie foremki, lekko dociskając.

Roztopiony wosk ściągamy z ognia i odstawiamy do wystygnięcia. W między czasie dolewamy olejki zapachowe i mieszamy. Aby ciepły wosk sojowy nie roztopił nam wosku pszczelego, musi naprawdę ostygnąć. Zacznie mętnieć, bielić się, a na brzegach zlewki pojawi się woskowy osad.

I tutaj mamy różnice w wykonaniu wosków idealnie geometrycznych i tych z lekkim nieregularnym wylaniem. Aby nic białego nie przelało się nasz wosk pszczeli, musimy odczekać, aż wosk sojowy porządnie ostygnie i stanie się gęsty. Aby spowodować wylanie, przelewamy wosk nieco wcześniej, kiedy już ostygnie, ale nie za bardzo – kiedy pojawi się już osad na ściankach zlewki, ale sam wosk nie będzie jeszcze gęstniał.

Woski odstawiamy na godzinę do wystygnięcia. Gotowe nawlekamy na sznurek i wieszamy lub kładziemy w wybrane miejsce. No, ewentualnie pakujemy je na prezent dla bliskich!


Lili Katalog Prezentów – Last Minute

Tak to bywa, że po opublikowaniu inspiracji prezentowych na początku grudnia, w kolejnych dniach napotykam kolejne perełki! Perełki, które wprost idealnie nadają się na podarowanie najbliższym! Albo sobie! Wcześniej czy później.

W każdym razie mam jeszcze dla Was małą garść pomysłów na piękne prezenty. Na szczęście sklepy internetowe coraz częściej udostępniają informację o tym, do kiedy należy złożyć zamówienie, aby przesyłka dotarła przed Świętami. Możecie więc w większości przypadków jeszcze działać!

Oto, co znalazłam!



  1. Czapka zimowa Nieład Ładnie – cudna! / Pan tu nie stał
  2. KOLCZYKI SUN AND WHITE STAR / 10 Decoart
  3. ORGANIC PEARL EARRINGS / 10 Decoart
  4. Fine Chain Earrings z lapis lazuli – MILANOVA STUDIO / Cloudmine
  5. Świąteczny zestaw z dwoma miodami do wyboru – sprawiliśmy taki zestaw teściowi, z miodem malinowym i z kakao, wygląda super! / Pasieki Rodziny Sadowskich
  6. Brelok Borsuk Marcelina Jarnuszkiewicz / NAP
  7. Z tego, co mi wiadomo, wszystkie cuda Trzask Ceramics schodzą na pniu, tym bardziej więc zachęcam do śledzenia nowości ten cudownej pracowni! / Trzask Ceramics
  8. Garden Roses – Chłodzące Serum pod Oczy (roller) – poprawia wygląd zmęczonych oczu, regeneruje oraz wygładza zmarszczki / Make Me Bio
  9. Merry KISSmas! – wszystkie odcienie myLIPstick w limitowanym pudełku z kolażem Agnieszki Stopyry / MIYA


  1. Ślicznie złocony notatnik „sosna” Les Éditions du Paon / Rzeczownik
  2. Ivy Ring No.2 – to już pomysł dla baaaaardzo kochających Mikołajów i Aniołków! Jakże piękny! / ROSA
  3. Opaska Florence Red – C BY COSIMA BORAWSKA / Cloudmine
  4. Palma – stojak na biżuterię / H&M
  5. Glamoursy Proud Of You – przepiękne, ręcznie robione buty! / Glamoursy
  6. Piękny pamiętnik „One Line a Day” pomarańcze fińskiej firmy Polka Paper / Rzeczownik
  7. Cloudmine Herbata Piękność dnia – Mieszanka ziół dobranych w trosce o zdrową i piękną cerę / Cloudmine
  8. Zestaw najpiękniejszych świątecznych skarpet – nosiłabym! / Many Mornings
  9. Cisza – świeca sojowa w porcelanie – była jeszcze świeca Spokój, ale najwyraźniej już się sprzedała. Taką ciszę i spokój to można polubić, co? / Kalva

Pełne słońca marchewkowo-rokitnikowe puszyste masełko do ciała

Czy Waszej skórze też tak bardzo, bardzo brakuje tej odrobiny słońca? Czy Wy też potrzebujecie znowu poczuć lekkość lata, energię bijącą z ciepłych, słonecznych promieni?

Mam dzisiaj dla Was pomysł na to, jak zamknąć letnie słońce w puszystym masełku do ciała!

To coś, czego skóra się domaga! Czego pragnie! Czego i Wasze zmysły potrzebują, bo masło ma intensywnie, totalnie, całkowicie pomarańczowy kolor i pomarańczowy zapach. Ma też delikatne, mieniące się złote drobinki, aby nadać skórze dodatkowy słoneczny blask.



Masełko poprawia koloryt skóry, działa mocno odżywczo i silnie regenerująco. Jest prawdziwym kojącym plastrem na naszą polską, zimową, podrażnioną i bladziutką skórę. Ma właściwości przeciwzapalnie i odmładzające. Stanowi bogactwo karotenoidów – witamin z grupy A, które to właśnie nadają kolor olejom, ale także innych cennych witamin. Pomaga z walce z bliznami i rozstępami. Polecam zwłaszcza do skóry problematycznej, przesuszonej, dojrzałej.

Jest też jedno ale… Jak się zapewne domyślacie, masełko, które wprawdzie sprawia tyle radości w użytkowaniu, niestety barwi ubrania. Wystarczy jednak nakładać je regularnie, ale z umiarem i odczekać chwilę do wchłonięcia albo stosować na noc, pod piżamkę, którą trzeba będzie po prostu wyprać. Obiecuję – warto!

Jestem pewna, że dzisiejsze masełko będzie cudownym świątecznym prezentem!



Pełne słońca marchewkowo-rokitnikowe puszyste masełko do ciała


Składniki:

  • 100 g masła shea rafinowanego
  • 25 ml oleju rokitnikowego (ZielonyKlub.pl)
  • 25 ml maceratu marchewkowego w oleju słonecznikowym (ZielonyKlub.pl)
  • 50 kropelek olejku pomarańczowego
  • 1/3 – 1/2 łyżeczki złotej miki (dodałam )


W kąpieli wodnej roztapiamy masło shea. Kiedy będzie już płynne, ściągamy je z ognia i przelewamy do wysokiego naczynia (dzięki temu łatwiej będzie nam je miksować). Dolewamy oleje, olejek pomarańczowy i dosypujemy mikę (jej ilość dopasujcie do własnych preferencji – jeśli lubicie błyszczeć, dosypcie jej nieco więcej). Mieszamy i odstawiamy do lekkiego stwardnienia. Obserwujemy masło – kiedy tylko zacznie gęstnieć, rozpoczynamy miksowanie ręcznym blenderem, co pozwoli uzyskać puszystą jak chmurka konsystencję. Jeśli masło wciąż będzie płynne, ponownie odczekujemy, aż stwardnieje i ponownie miksujemy. Gotowe przekładamy do słoiczka.

Masło stosujemy do ciała po kąpieli, na wilgotną jeszcze skórę. Jest bardzo wydajne, ekspresowo zamienia się w lekki olejek. Wmasowujemy w skórę jego niewielką ilość, dzięki czemu szybko się wchłania i zmniejszymy prawdopodobieństwo zabarwienia ubrań.


Zauroczona świątecznie: MoiMili

Markę MoiMili obserwuję sobie na Facebooku od dawna. Podziwiam i zachwycam się regularnie ich pięknymi pomysłami łapacze snów, baldachimy czy girlandy do dziecięcych pokoików. Musicie sobie koniecznie wszystkie pooglądać na stronie marki!

Ostatnio jednak w pełni zakochałam się w zimowych dekoracjach MoiMili! Nie jest ich dużo, nie są bardzo skomplikowane czy nachalne, są za to zwyczajnie – cudowne! To poduchy, zawieszki i girlandy stworzone z naturalnych tkanin, tutaj u nas w Polsce. Do dekorowania pokoi dziecięcych, ale także wszystkich innych pomieszczeń w domu. I jeszcze te piękne zdjęcia!

Ja się zauroczyłam, a Wy?


Po więcej zajrzyjcie na stronę

>> MOIMILI <<


Na zdjęciach, oprócz pięknych dekoracji zimowych, kilka innych produktów, które doskonale wkomponują się w klimat.

Zdjęcia – materiały marketingowe marki, autorstwa @thebirthoflove


Najlepsze i najpiękniejsze świąteczne pierniczki

Jest taki czas w roku, kiedy musi pachnieć piernikiem. Kiedy unosząca się w powietrzu mieszanina korzennych aromatów i wciąż i wciąż obieranych mandarynek, tworzy atmosferę spokoju i dobra. A jeśli te pierniczki mogą być przy okazji przepiękne?

Kasia Wrona, która stworzyła Moje Piernikowo, potrafi czarować. Inaczej nie umiem tego wytłumaczyć! Zamyka w piernikach uczucia, które potem są z nich wyzwalane. Te najlepsze uczucia. Kasia czaruje swoje pierniki cały rok. Dla mam, ojców, dziadków, dla bliskich i tych dalszych – dla nauczycieli, jako podziękowania dla gości weselnych, na dzień kobiet, ale też i z okazji dnia chłopaka. Okazji jest multum, a zapotrzebowanie coraz większe. Bo czyż nie jest przyjemnie otrzymać takie piernikowe dzieło sztuki?



Magia jednak zaczyna się w grudniu. No, w sumie sporo wcześniej, bo Kasia rozpoczyna pieczenie świątecznych pierników jeszcze w listopadzie. Wtedy też przyjmuje zamówienia, które napływają zewsząd. A potem zamienia się elfa, wciąż umorusanego cukrem, mąką i lukrem (widziałam!) i piecze! I maluje! I zamyka te aromaty, te uczucia, tę atmosferę w pachnących cudach.

Poprosiłam Kasię o kilka słów o niej i jej piernikach. Ale też o jej przepis. Najlepszy, bo sprawdzony. I pyszny! Oj, jak pyszny! I jak się okazuje, całkiem prosty. Na szczęście. Mam więc dzisiaj dla Was piękną piernikowa historię, zdjęcia najpiękniejszych pierniczków (i ojej, jak dobrych!) i przepis na nie! Fajnie, prawda?


Zanim jednak przejdziemy do meritum, zajrzyjcie koniecznie na:

>> Facebooka Moje Piernikowo <<

>> Instagram Moje Piernikowo <<

Tam właśnie możecie się z Kasią skontaktować i zamawiać pierniki na wszystkie okazje!




Przygoda piernikowa rozpoczęła się w 2016 r. Zbliżał się dzień Mamy. Uwielbiam piec i tworzyć różne słodkości, więc chciałam zrobić coś wyjątkowego dla moje Mamy.
Przez przypadek na YouTube zauważyłam piękny piernik, a na nim wyhaftowaną lukrem różę. Coś pięknego! Jestem samoukiem więc postanowiłam, że spróbuję ogarnąć temat i zrobić coś podobnego…
Kilka nocy i dni trwało zanim doszłam to tego jaka ma być konsystencja lukru, jakie upiec pierniczki, jak zrobić taki haft…jak to potem wysuszyć… oj… to były noce…

W końcu się udało. Upiekłam duże serce, zrobiłam z lukru kratkę i potem według wzoru, jak przy wyszywaniu na kanwie, dziergałam moją róże. Wyszło – bomba! Wtedy tak myślałam… bo dzisiaj, kiedy patrzę na zdjęcie pierwszego mojego piernika, to widzę tyle niedoskonałości, że głowa boli i wstyd mi!

Spakowałam to moje serce wtedy do pudełeczka, przewiązałam wstążką i miałam prezent gotowy. Mama była w siódmym niebie!

Ten pierwszy piernika widziała moja bratowa, która pokazała znajomym w pracy… Także moja przyjaciółka pokazała go  rodzinie i znajomym… I tak to się wszystko zaczęło.
Metodą prób i błędów uczyłam się różnych technik. Często wychodziło nie tak jak miało wyjść… Oj, działo się!



Internet to kopalnia inspiracji, więc zaczęłam szukać, czytać, pytać. Potem odkrywałam, że nad morzem organizowane są szkolenia z lukrowania. Zabrałam więc całą rodzinę i pojechaliśmy do Gdańska. Ja zaprzyjaźnić się z lukrem, reszta na plażę. I tak powoli, powoli zaczęłam robić postępy. Coraz częściej pojawiały się różne okazje, na które zaczęłam robić pierniczki. Ślub, chrzciny, urodziny, rocznice… Coś dla nauczyciela, na dzień kobiet, a nawet na dzień chłopaka!

I nagle okazało się, że piernik można podarować każdemu! Wystarczy znaleźć dobrą okazję!


Aż w końcu nadeszły święta Bożego Narodzenia i wtedy moje pierniki trafiły do wielu znajomych, przyjaciół, ich znajomych, ich rodzin.
Pojawił się więc pomysł założenia fanpage na Facebooku. Zaczęłam wrzucać zdjęcia, zdobyłam pierwszych fanów. I tak przygoda trwa do dziś.

Kiedyś ktoś widzi pierniczka, to skupia się na dekoracji, bo to przyciąga uwagę i zainteresowanie. Natomiast najważniejsze pozostaje samo ciastko! Przepis dopasowałam do własnych potrzeb, dobrałam idealną ilość przypraw i znacznie obniżyłam ilość cukru.



Pierniczki Kasi


Składniki:

  • 600 gr mąki
  • 300 gr miodu
  • 100 gr masła
  • 1 jajko
  • pół łyżeczki sody
  • dwie kopiate łyżeczki kakao
  • 15 gr przyprawy do piernika ( w sumie to daje na oko…dwie łyżeczki)
  • 50 gr cukru pudru

Masło rozpuszczam z miodem. Potem na stolnicę wysypuję mąkę, cukier puder i resztę sypkich składników. Dodaję ciepłe masło z miodem i na koniec jajko. Zagniatam ciasto. Wycinam kształty i wkładam do piekarnika na 8 minut na 140 stopni (góra i dół). Najlepsze są te jeszcze ciepłe!

A przepis na lukier…na oko!
Jedno białko i ok 1,5 szklanki cukru pudru. Można dodać kroplę cytryny.
Ucieram mikserem do odpowiedniej konsystencji.

Pierniczki gotowe, lukier też, więc zaczynamy zabawę! Najpierw rysujemy lukrem kontury, potem dodajemy wypełnienie. Suszymy i wtedy malujemy kwiatki i wzory. Na końcu robimy napisy. I tak powstają te moje pierniczki!

 
Niektórzy mówią, że to małe arcydzieła… Nieeee, daleko im do ideału i mi daleko do perfekcji. Ale jedno jest pewne, z wielka przyjemnością tworzę te pierniczkowe wyroby. Mimo, że nieidealne, to prosto od serca.
I mam nadzieję, że naprawdę się Wam podobają!


Dzięki, Kasiu, za tę historię i przepis!


Facebook