NapisałaAdriana Sadkiewicz

Sztuka mydlanego… pomysłu

Nie wystarczy robić dobre mydła. Nie teraz, kiedy rynek pełen jest dobrych mydeł. Kiedy coraz większą wartość ma staranne, ręczne wytwarzanie z dobrych, naturalnych produktów. Lubimy to, doceniamy produkty, cieszymy się my i nasza skóra na ich widok w łazience. Mimo to, nie wystarczy robić dobre mydła.

Aby te mydła sprzedać, muszą mieć bowiem pewną wartość dodaną. Coś, co je wyróżni z tej całej, mydlanej masy, a na co tak mało producentów zwraca uwagę. Co to może być?

Podstawą jest oczywiście dobry produkt. Bez tego ani rusz. Bo jeśli już skłonimy klienta do wyboru naszego mydła, a ono mu się nie spodoba, to doprawdy staranie o jego powrót do naszej marki będzie niezwykle pracochłonne. Jeśli już jednak dysponujemy wspaniałym, sprawdzonym, pieczołowicie opracowanym produktem, musimy dodać do niego pomysł, tę wspomnianą powyżej wartość dodaną, czyli coś, co na tyle zaintryguje klienta, że to właśnie po nasz produkt sięgnie.

I może to być historia stojąca za marką, wyjątkowa jej komunikacja, misja czy wizerunek. Może to być oryginalny pomysł na samo mydło – na jego kształt, kolor, wielkość, szczególne dodatki. Może to być sposób jego prezentacji, piękne zdjęcia, niezwykłe grafiki. Może to być w końcu opakowanie, które nie zawsze jest doceniane, ale to ono właśnie w dużej mierze wpływa na nasze zachowania i decyzje konsumenckie.

Mam dla Was kilka przykładów mydeł, na które zwróciłam szczególną uwagę w ostatnim czasie. Nie znam ich niestety w większości osobiście, nie używałam ich, nie przyglądałam się składom. Po każde jednak chętnie sięgnęłabym w sklepie. Każde z nich ma właśnie to wyjątkowe „coś”.

Ministerstwo Dobrego Mydła

Zaczniemy od niewątpliwej gwiazdy naszego krajowego rynku mydlarskiego – Ministerstwa Dobrego Mydła. Dziewczyny stworzyły swoja markę w tak idealnie wyszukany, choć na pierwszy rzut oka niezwykle prosty sposób. Ta prostota i spójność urzekają. Mamy tu w dodatku genialną komunikację z klientami w social media i niezwykłą historię stojąca za marką, która opowiadana jest często i konsekwentnie. Do całości dodamy modny, zachodni sposób prezentacji mydeł, który dokładnie wpasowuje się w wizerunek samej marki i aż chce się je zamawiać! / Ministerstwo Dobrego Mydła

(Hibiskus z pierwszego zdjęcia jest zachwycający!)

Hagi Cosmetics

Kolejna polska manufaktura, o której warto wspomnieć. Z przyjemnością obserwuję jej rozwój, ekspansję do coraz większej ilości sklepów i kolejne świetne produkty. Opakowania mydeł są całkowicie w moim stylu, nie mogło ich więc tu zabraknąć. / Hagi

 

Monsillage

Jako wielbicielka ciekawych wzorów, a już najbardziej roślinnych i zwierzęcych motywów ze starych rycin, sięgnęłabym po mydła tak zapakowane bez najmniejszych oporów. Poza tym świetny pomysł na samą prezentację mydeł! / Monsillage

Herbivore

Kolejny przykład na to, że w prostocie tkwi piękno! Doceniam ją równie mocno, jak zachwycające, barkowe nieraz wzory. Ważne, aby w tej prostocie tkwiła pewna spójna myśl i aby w pełni odzwierciedlała ona równie czysty przekaz marki. / Herbivore

Artist Atelier

A może nadać mydłom nieco artystycznego twista? Czemu bowiem sztuka nie miałaby wkraczać do naszej łazienki? W dodatku zaklęta w tak modne, malarskie wzory z dodatkiem złota i pasteli! / Anthropologie

Cleanse By Hepzabeth

Mydełka czy czekoladki? W słodkim opakowaniu niczym bombonierka. I do tego ciekawie zabarwione – także przypominają dzieło artysty. Jestem zachwycona! Mogłabym je i podarować i równie chętnie – dostać. / Etsy

Mydła jak kamienie

Już je Wam pokazywałam, wiem. Ale przyznajcie, ze są naprawdę wyjątkowe! Tutaj w wersji Anthropologie, a poniżej…

A tu w wersji ze sklepu Leif. No, cuda!

Savon Stories

Kolejna marka, która idealnie trafiła w mój gust – opakowania zachwycają motywami roślinnymi, kolorami i etykietami w stylu starych mydlarni. Polecam zajrzeć także na stronę i się pozachwycać! / Savon Stories

 

Zador

Kolejny niezwykły pomysł. Węgierskie mydełka zapakowane trochę jakby w tapetowy papier z mocnymi złotymi wstawkami. Niczym niezwykle cenne drobiazgi albo czekoladki najwyższej jakości. Na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie wyjątkowości i produktu z wyższej, luksusowej półki. / Zador

 

Float

Niezwykły pomysł, który chyba niestety nie funkcjonuje w realnym życiu – pozostał na poziomie projektu (poprawcie mnie, jeśli się mylę). A ja zachwycona jestem kolejnym połączeniem sztuki z rzemiosłem, a jeszcze bardziej – koncepcją jakby przełożenia samych mydeł na opakowania. W ten sposób powstają produkty zabawne, intrygujące, ciekawe, ot – mydlarskie perełki. / koncept na The Dieline autorstwa Wang Min

Trevarno

Marka już dawno zwróciła na mnie swoją uwagę niesamowitymi opakowaniami, a dokładniej kolorowym szkłem, którego nie da się przeoczyć. Jest świetne! Bardzo też podoba mi się pawi motyw na mydłach! / Trevarno

 

Madara

No, czyż nie cuda? Czy nie sięgnęlibyście po te mydła od razu? I to i te w płynie i w kostce. Opakowania skradły moje serce, wszystko mi się tu podoba, wszystko jest niezwykle oryginalne, bardzo na czasie, pełne kolorów, a jednocześnie eleganckie i zachęcające do zakupu. / Matique

Vice & Velvet

Na koniec mydełka – chmurki, które już w Lili gościły. Czy trzeba dużo? Nie – trzeba znaleźć dobrą foremkę! Bo chmurki są niezwykle urocze i jestem pewna, że połowa czytających to kobiet i na pewno wszystkie dzieci z pewnością taką chmurkę chciałyby zobaczyć w łazience. / Etsy

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Co porabiam w marcu i trochę dobrej próżności

Wiosna zaczyna się bardzo przyjemnie. Jeszcze chwila i wybujają mi przed oknami wszystkie drzewa. Zamierzam podziwiać je z balkonu z kubkiem gorącej kawy i twarzą skąpaną w promieniach ciepłego słonka. Za to właśnie uwielbiam moje życie freelancera.

Nie to, żeby nie miało sporo wad, ale skupmy się na zaletach. I na tym, nad czym ostatnio pracuję! A dzieje się sporo, co mnie bardzo cieszy. Co rusz otwierają się jakieś małe, nowe drzwiczki. Niektóre ledwie się uchylają, inne otwarte są wręcz na oścież. A ja łapię tę drogi nowe i możliwości i staram się wykorzystać wszystkie jak najlepiej!

Co tam więc ciekawego porabiam? Otóż…

  • Bardzo mocno skupiam się ostatnio nad obłaskawianiem Illustratora. Powiem Wam, że jestem całkowicie, ogromnie, no… przeogromnie nim zachwycona! Uczę się online, ze słuchawkami w uszach, opatulona w ciepły kocyk, przeskakując co rusz z kolejnego filmiku do programu i odkrywając wciąż nowe możliwości. I tylko z ust, co jakiś czas, wydobywam dziwne dźwięki, które mają w pokraczny sposób wyartykułować mój zachwyt. I już nie mogę się doczekać, aż zacznę używać go na poważnie!
  • Równie ogromnie, jeśli nawet nie mocniej cieszę się z faktu, ze odkąd ruszyłam z moją nową warsztatową stroną, zauważam znaczny wzrost zapytań o organizację warsztatów kosmetyki naturalnej. Kalendarz więc powoli wypełniam, odpisuję na masę maili, tworzę nowe, ciekawe programy (ostatnio tworzyłam wyjątkowe doprawdy piwne warsztaty!) i uśmiecham się w duchu. Jeśli więc planujecie w swojej firmie spotkanie integracyjne, zajrzyjcie koniecznie na LiliGarden.pl!
  • Love my job! Bo jakże inaczej mogłabym określić moje marcowe zlecenie? Jestem bowiem w trakcie opracowywania menu zabiegowego dla małego gabinetu o profilu naturalnym. A musicie wiedzieć, że lubię to bardzo. Komponowanie wyjątkowych rytuałów, tworzenie atmosfery, kreowanie wizerunku, wymyślanie dedykowanych przepisów to stanowczo mój żywioł!
  • Cały też czas jestem z Wami na BliskoNatury.pl, gdzie mogę w pełni wyszaleć się graficznie przygotowując kolejne promocje, banerki, konkursy, newslettery, etc.
  • Regularnie porywa mnie Facebook. Ale przynajmniej mogę powiedzieć, że trafiam tam na tak długo… służbowo. Tak to jest, jak się prowadzi na raz 3 fanpage!
  • Jestem w trakcie przenoszenia pewnego bloga na WordPress – tworzymy jego całkiem nowy wizerunek! Jak już będzie gotowy, jak wszystko będzie dopracowane według pomysłu mojego i autorki, z pewnością się pochwalę!
  • Jestem też tu oczywiście, z Wami, z głową pełną pomysłów, kolorów i wiosny. Zapowiada się kilka ciekawych współprac, kilka miłych spotkań, pojawią się nowe przepisy i masa inspiracji. Nie może Was w Lili zabraknąć! Poważnie też zastanawiam się nad wznowieniem Wiosennego Plebiscytu na Najlepsze Kosmetyki Naturalne! Jak myślicie?
  • Na koniec, choć w sumie to najważniejsze – staram się czerpać ile można z takiej naszej rodzinnej codzienności. W marcu mój mąż jest w domu, jakoś pod jego koniec lub na początku kwietnia będzie wyjeżdżał do pracy. Musimy więc korzystać na całego i w całym tym zamieszaniu znaleźć jak najwięcej czasu na siebie, na wspólne kawki/herbatki/śniadania/obiadki/spacery/tulania/wypady do przyjaciół/przyjmowanie przyjaciół i nasz wyjątkowy rytuał – wieczorne oglądanie Przyjaciół. 🙂
  • Ach! Zapisałam się jeszcze na kurs fotografii! Czas poznać w końcu jej tajniki i przestać używać wyłącznie automatu, prawda? 🙂

A przy tym wszystkim trzeba znaleźć choć minutkę, żeby przystanąć przy pobliskim krzaku i zapatrzeć się w jego pąki!

No dobra… czas na próżność… Ale nie mogę się powstrzymać! I nie jest to nic wielkiego, ot drobna refleksja, ale sprawiła wczoraj, że poczułam się bardzo dumna, że uśmiech zakwitł mi na twarzy od ucha do ucha, a pewność siebie wzrosła do znacznie wyższego poziomu niż na co dzień. Czemu? Tak po prostu zajrzałam na tę moją nową stronę- na LiliGarden.pl. Przyjrzałam się raz jeszcze dokładnie, zajrzałam do poszczególnych zakładek. Uświadomiłam sobie, że zrobiłam ją sama, samiutka, że są tam wyłącznie moje zdjęcia (poza tymi, na których jestem ja) i że są super, że logo zrobiłam i resztę grafiki, że jest tam moja własna książka, że wszystko wygląda dokładnie tak, jak chciałam.

I pomyślałam, że zdolna jestem. I to było dobre uczucie! Bo taka mała próżność jest w życiu potrzebna, czyż nie?

Spring essentials w szafie

Rano budzi mnie śpiew ptaków, wieczorne bieganie w cienkiej bluzie sprawia przyjemność, a kiedy odprowadzam Różę do przedszkola, wyszukujemy nowych pąków na gałązkach. Wiosna idzie moi mili. Jak nic! Pora najwyższa zepchnąć zimowe ubrania w ciemne i bezkresne czeluście szafy, a na samym jej początku rozbłysnąć kolorami. I to i tymi zeszłorocznymi i, jakże by inaczej, nowymi zdobyczami!

Zapraszam więc dzisiaj na mój wybór wiosennych trendów. Czyli coś nieco z mojej szafy i mały wiosenny wish list!

 

1. Śliczna kwiatowa torebeczka / Parfois

2. Duże, kamienno-geometryczne kolczyki / Mango

3. Espadryle Jolene Champagne ze sportowym twistem / DeeZee

4. Trochę bardziej szalona bomberka z kwiatowymi aplikacjami / Vero Moda

5. Koronkowa, wiktoriańska bluzka ze stójką / H&M

6. Najpiękniejsza koszula nocna w magnolie / Oysho

7. Cudna torba Classic Skin Braid Dark Brown / BagMe by Smola

8. Piękne dżinsy z kwiatowymi haftami / Zara

9. Koszulowa bluzka w paski z haftowanymi kwiatami / Zara

10. Cudowna ażurowa torebka na ramię ze skóry / Uterque

11. Kimonowa koszula z ptakami / Zara

12. Prosta bluza z haftowanymi, cekinowymi ptakami / Promod

13. Świetny, długi niczym sukienka t-shirt z ćmą vintage i geometrycznym totemem (uwielbiam) / H&M

14. Duże, piękne, geometryczne kolczyki / Topshop

15. Lekko poprzecierane, wąziutkie dżinsy / C&A

16. Ten plecak kupiłam niedawno na Aliexpress, szedł miesiąc, ale jak już doszedł okazał się być idealnym plecakiem na wszystkie weekendowe wypady! / Aliexpress

Kobieco

(Zdjęcie / Photo Christine Clark)

Wczorajszy Dzień Kobiet wybuchł nam niemal masą pięknych, kobiecych wpisów, motywów, apeli i… kwiatów. Postanowiłam więc dodać i swoje trzy grosze. Przyznam, że bardzo długo myślę o temacie kobiecości w kontekście wpisu blogowego. Do teraz nie wiem jak go ugryźć. Zwłaszcza jako ktoś, kto całkiem niedawno przestał myśleć o sobie „dziewczyna”, a zaczął „kobieta”. Myślę, że do teraz nie czuję się pewnie z moją kobiecością, ale może wrócimy do tego innym razem.

Tymczasem, jak to kobieta, zajmę się podglądaniem. Ach, uwielbiam podglądać te wszystkie wyjątkowe, magiczne, kobiece światy. Inspirują mnie, uspokajają, wprawiają w dobry nastrój. Jak to dobrze, że mamy dzisiaj tak rozwinięte social media, które umożliwiają nam tak przyjemne i nikogo nie raniące podglądanie.

Mam więc i dla Was takie instagramowo-blogowe polecenia.

Do śledzenia, zachwycania się i wchodzenia w inny świat!

 

Mammamija

Blog mammamija.pl Instagram @mammamijablog

Podróże jak z marzeń, najpiękniejsze w świecie zdjęcia i rodzina w wielkim świecie. Uwielbiam podglądać te fotografie. I z całego serca podziwiam autorkę bloga. Jej prosty, minimalistyczny, tak piękny, subtelny i kobiecy styl.

 

 

Christine Clark

Strona christineclarkphoto.com / Instagram @christineclarkphoto

Jest taki niezwykły świat amerykańskiej fotografii ślubnej, kobiecej, jasnej, eterycznej wręcz. Jeśli dodamy do tego Hawaje, ocean, naturę… można się zapatrzeć! Bardzo polecam Instagram Christiny Clark – każde jedno zdjęcie jest niesamowite!

 

Marina Weishaupt

Profil na 500px / Instagram @marinaweishaupt

Mała zmiana klimatów. Jest tajemniczo, dziko, magicznie. Zakochałam się w atmosferze, jaką w swoich zdjęciach tworzy Marina. Chcę być tą kobietą, biegnącą przez las, oddychającą głęboko, spokojną, wędrującą.

 

Kelly Mindell

Blog Studio DIY / Instagram @studiodiy

Szalona, zwariowana, kalifornijska, kolorowa kobiecość! Każde zdjęcie na Instagramie, Facebooku czy blogu wywołuje mój uśmiech. Kelly jest niesamowita, barwna i cudownie pomysłowa. Nic, tylko się zakochać!

 

Na koniec nieco… cytryn!

Czyli zapraszam Was do konkursu organizowanego ze sklepem Purelemons.com. Do wygrania fantastyczne, naturalne kosmetyki! Wpadajcie na Facebook!

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Lily Lolo

Miałam już w życiu do czynienia kosmetykami mineralnymi, nie powiem. Do tej pory jednak nie wciągnęły mnie w swój świat. Nie odkryły przede mną swoich możliwości i wszystkich swoich zalet. Przerażała mnie wręcz sypkość podkładów, specjalny sposób ich nakładania i niestety cena. Nie miałam też do tej pory takiego super ekstra mięciutkiego puszystego pędzla Kabuki. Teraz mam i całkowicie szczerze – kocham go! I wiecie co? Z takim to pędzlem wszystko wydaje się prostsze. A podkład sam się rozprowadza na buzi. Ale o tym za chwilę…

Bo może jeszcze najzwyczajniej w świecie nie wiecie, co to są kosmetyki mineralne? Albo już sporo słyszeliście, ale też nie wiecie, jak ten tajemniczy temat ugryźć? Otóż te tak zwane „minerały” to zdrowsza, łagodniejsza, naturalna wersja produktów do makijażu, oparta na minerałach właśnie. Słyną z tego, że nie zapychają, nie podrażniają, nie ingerują w skórę, ale za to zapewniają dokładne jej krycie, dobrze się noszą i sprawdzają na co dzień. Kosmetyki mineralne nie zawierają talku, którego bardzo nie lubimy, sztucznych barwników i niepotrzebnych wypełniaczy. Poleca się je zwłaszcza osobom o cerze problematycznej, którym tradycyjny makijaż często tylko pogarsza stan skóry. Co tu istotne, w kosmetykach Lily Lolo znajdziemy tlenek cynku, który ma właściwości lecznicze i często polecany jest na wszelkiego typu niedoskonałości (w popularnych maściach cynkowych).

Brytyjską markę Lily Lolo znam od dawna. Zawsze zachwycałam się jej wizerunkiem, jasnym przekazem i pomysłem dla siebie. Bardzo, bardzo podoba mi się jej estetyka, proste połączenie bieli i czerni z charakterystycznym wzorem z logotypu. Opakowań nie da się przeoczyć, właśnie ze względu na ich prostotę i czystość. Wszystko tu jest spójne, jakby oczywiste, ale nie nudne. Bo feerię barw gwarantują marce same minerały.

Ale do rzeczy! Od jakiegoś czasy używam kilku produktów Lily Lolo. Część z nich skradła moje serce, część bardzo lubię. Zacznijmy jednak od sztandarowego produktu marki, tego, od czego zazwyczaj zaczyna się przygodę z kosmetykami mineralnymi – od podkładu SPF 15. Jego odcień wybrałam na podstawie zdjęć na stronie dystrybutora – Costasy. Jak się okazało – odcień idealny. Tylko, ze dopiero teraz zaczynają się schody. Bo nie jest to produkt łatwy, taki, który od razu po otrzymaniu możemy użyć. Nie wyobrażam sobie też jego aplikacji bez wspomnianego wcześniej pędzla Kabuki, co z resztą podkreśla producent – cały sekret dobrze nałożonego podkładu leży w dobrym pędzlu. Kabuki jest niezwykle gesty, bardzo mięciutki, aż chce się go dotykać. Istnieje też swoisty rytuał nakładania podkładu – najpierw pierwsza warstwa, sypiemy go nieco na nakrętkę, zbieramy całość pędzlem, potem otrzepujemy nadmiar proszku, następnie trzeba lekko stuknąć spodem pędzla o twardą powierzchnię, aby podkład rozszedł się we włosiu nieco głębiej. I dopiero tak przygotowanym nakładamy podkład na buzię, szybkimi kolistymi ruchami, od środka. Tak, aby pokrył całość w możliwie naturalny, delikatny sposób. Czynność powtarzamy 2-4 razy.

Tylko, że… Aby nałożony podkład faktycznie wyglądał ładnie, buzia musi być idealnie nawilżona i gładka (peelingi niezbędne). Jest to spory problem, zwłaszcza dla osób, które zwracają się ku minerałom, że względu na problemy z cerą. Niestety po chwili widać na skórze każdą malutką odchodząca skórkę, każdą niedoskonałość. Problem ten szczególnie istotny wydaje się być teraz, kiedy to po zimie mamy wyjątkowo przesuszoną skórę, łaknąca powietrza, wilgoci i wiosny. Sama mam dwa małe sposoby na zaradzenie takim problemom, abstrahując oczywiście od konieczności silnego nawilżania i złuszczania. Po pierwsze – zaczynamy od nieco tłustszego korektora i na niego nakładamy podkład. Po drugie, w wersji na co dzień czy po domu, polecam zamieniać go w krem BB – mieszamy nieco podkładu z ulubionym nawilżającym kremem i taką mieszankę nakładamy na twarz. Sprawdza się świetnie.

Trochę może tu teraz przeskoczę do pudru, ale nie mogę inaczej. Bo kiedy już nałożymy podkład i mamy już tez pięknie zrobione oko i całą resztę, zabieramy się za coś wspaniałego! Jestem totalnie zauroczona Jedwabnym sypkim pudrem Flawless Silk! „Jasny, brzoskwiniowo-różowy mineralny puder o jedwabistej konsystencji, który dzięki zawartości rozpraszającej światło miki, optycznie redukuje widoczność drobnych zmarszczek oraz niedoskonałości.” Jest genialny i naprawdę, faktycznie, wydaje się, że skóra muśnięta jest jedwabiem. Leciutkim, lekko połyskującym, sprawiającym, że buzia jest rozjaśniona i promienna. No, cudo! (koniecznie pędzlem Kabuki!)

Szczególnie do gustu przypadł mi także duet do brwi – genialny podwójny pędzelek Angled Brow – Spoolie Brush oraz Ciemny zestaw do brwi Eyebrow Duo Dark. W zestawie znajduje się cień, który bardzo dobrze wpasował się w moje brwi oraz wosk, który nadaje im odpowiedni kształt. Niesamowite jak bardzo może się zmienić cała twarz, kiedy popracujemy jedynie nad brwiami. Ileż wyrazu dodają nam odpowiednio przyciemnione i lekko pomierzwione. Jako posiadaczka dużych, gęstych brwi, uważam ten duet za totalny must have.

Kiedy ostatnio malowała mnie makijażystka, stwierdziła, że mam „cukierkową twarz”. Wyglądam bowiem dobrze w cukierkowych odcieniach na ustach, świetnie też się czuję z różami. Bardzo więc do gustu przypadł mi kolejny zestaw – prasowany podwójny róż Naked Pink. Ciemniejszy nakładam pod kości policzkowe, jaśniejszy powyżej, dla rozjaśnienia twarzy. Bardzo też lubię nakładać je jako cienie na powieki – w kącikach przy nosie ten jasny, na całość ciemniejszy. Są bardzo delikatne, nie narzucają się, ale buzia wygląda od razu bardziej dziewczęco, radośniej i cieplej.

Jeśli natomiast chciałybyście przeobrazić się w prawdziwe gwiazdy, które zachwycają pięknie konturowaną twarzą, sięgnijcie koniecznie Naturalny Zestaw Do Modelowania Twarzy Sculpt & Glow Contour Duo. Doprawdy, cudo kolejne! Bronzer z rozświetlaczem współgrają idealnie. Ten pierwszy nakładam palcami, rozsmarowując lekko tuż pod kośćmi policzkowymi, odrobinę poniżej, na linię żuchwy, leciutko skronie. Wykańczam rozświetlaczem – nad kości policzkowe, tuż pod brwi, odrobinkę na grzbiet nosa, nieco pod, jeszcze mniej na brodę pod ustami. No magia! Nie jestem specjalistką od makijażu, ale odrobina konturowania jeszcze nikomu nie zaszkodziła, a takimi cieniami jest to i łatwe i przyjemne.

Wybrałam sobie też błyszczyk w odcieniu Scandalips. To tak do tej mojej cukierkowej twarzy. Przyznam, że spodziewałam się mocniejszego koloru na ustach, ale poza tym nie mam mu nic do zarzucenia. Jest praktyczny, pojemny, pachnie tak, że chciałoby się go zlizać z warg. Nawilża je i odżywia – jego głównym składnikiem jest olej rycynowy, mamy w nim tez olej jojoba. Usta delikatnie i dziewczęco się błyszczą. Trochę mi to nie współgra z nazwą, ale co tam – błyszczyk tak lubię, że mam już na co dzień w torebce.

Zastrzeżenia mam natomiast do tuszu do rzęs i lakieru do paznokci. Ten drugi ma przepiękny kolor. Pokazywałam go Wam już. Idealny dla mnie – taka kawka z mlekiem, ale z dodatkiem jakby fioletu – odcień „9 to 5”. Jest to naturalny lakier, z formułą „8-free” nie zawiera toluenu, DBP, formaldehydu, żywic fenolowo-formaldehydowych, kamfory, parabenów, ftalanów, ksylenów oraz ethyl tosylamide resin. Na paznokciach wygląda pięknie. No ale niestety trzyma się wyjątkowo krótko. Czy nałożę jedną grubszą, czy dwie warstwy, końcówki paznokci zaraz odpryskują. Trzeba więc będzie zainwestować w jakiś utwardzacz…

Co do tuszu… bardzo podoba mi się, że oparto go na bardzo ciekawych woskach roślinnych, że zawiera olejek z owoców dzikiej róży i arganowy. I faktycznie potrafi niesamowicie wydłużyć i pogrubić rzęsy, kiedy to nałożymy 2-3 jego warstwy. Mam jednak problem z małymi grudkami i sklejaniem rzęs. Producent sugeruje, że aby uniknąć sklejania, należy dosyć szybko nałożyć drugą warstwę. Być może muszę sobie jeszcze wypracować swój sposób na tę mascarę. Niemniej jednak oczu nie podrażnia, rzęs nie wysusza, nie rozmazuje się, utrzymuje się bardzo długo, łatwo zmywa, a to istotne zalety.

Pozostanę więc wierna kosmetykom mineralnym. Pewnie wręcz z czasem udoskonalę techniki ich nakładania, znajdę na nie nowe sposoby, wypróbuję kolejne produkty. Na pewno warte są nieco większej inwestycji.

Wszystkie znajdziecie na stronie Costasy.

 

 

Zapisz

O wyższości randkowania z własnym mężem

Randkujecie, dziewczyny, z mężami? Bo ja muszę Wam powiedzieć, że takie randkowanie ogromnie lubię. Może nie wychodzi nam to jakoś często, ale od czasu do czasu pojawia się okazja, dziecię zostawiamy u dziadków i wybieramy się na miasto.

I tak, po ostatniej naszej piątkowej randce romantycznej, pełnej perliczek w auszpiku z jajami przepiórczymi i policzków (te policzki to opanowały teraz restauracje!) wołowych, uświadomiłam sobie, że takie randkowanie z własnym mężem ma całą masę zalet!

I to jakich!

Oto więc te, które uważam, za najistotniejsze:

  • Możesz się odstrzelić, ubrać rzadko ubieraną sukienkę i wymalować usta na wyjątkowo mocny kolor, ale nie musisz obmyślać tego stroju przez cały poprzedzający tydzień! (mąż i tak pochwali!)
  • Przygotowujesz się do randki na totalnym luzie, nie zawracasz sobie głowy wymyślaniem możliwych scenariuszy, nie stresujesz się czyjąś opinią, cieszysz się chwilą i…
  • …i spokojnie możesz się spóźnić. On poczeka 🙂
  • Nie musisz udawać, że nie jesteś głodna, nie musisz zamawiać lekkiej sałaty. Spokojnie możesz pokusić się na te policzki wołowe, nawet z czystej ciekawości.
  • Równie spokojnie, bez obciachu, możesz spróbować wszystkich dań męża. I odwrotnie. A potem śmiać się, kto lepiej wybrał.
  • Z góry wiadomo kto płaci rachunek!
  • Możesz ponarzekać, pośmiać z kelnerów, roztkliwić się nad dzieckiem (ale to tylko chwilkę krótką). Własny mąż i tak ma już swoje zdanie na twój temat.
  • A jeśli spóźnicie się po kolacji do kina lub uznacie, że jednak nie macie na nie ochoty, z uśmiechem wracacie do domu, otwieracie winko/piwko, zaszywacie się pod kołderką i oglądacie szósty sezon Przyjaciół.

Nie pozostaje więc nic innego, jak się na taką kolejną randkę umówić, prawda?

Też lubicie?

Facebook