Ogromnie się ucieszyłam, kiedy Aleksandra Morawiak zgodziła się, abym pokazała w Lili jej prace. Autorka studia Liquid Memory tworzy bowiem całkowicie fantastyczne kolaże, które mnie ogromnie zauroczyły. Każdy z nich to odrębny, niesamowity świat, w który chciałoby się wskoczyć i pozostać na chwilę. Ot, na herbatkę choćby!
Fascynuje mnie, co tam jeszcze siedzi w głowie Oli! Ta młoda, bardzo utalentowana artystka, współpracuje między innymi z KUKBUKIEM (tak ją odkryłam), tworzy także projekty dla innych, ciekawych marek. Bardzo polecam więc śledzenie jej Facebooka i Instagrama, jestem bowiem pewna, że nie raz nas jeszcze zadziwi i w niejednym medium ją spotkamy!
1. Całkowicie zauroczyły mnie kolaże z bloga Thistledown Spirits, pełne tajemniczej, kobiecej aury i kwiatów. Autorstwa Katy Smail i Ariel Dearie. / Thistledown Spirits
2. Skusiłyśmy się z Różą na dwa balsamiki Crazy Rumors – ja czereśniowy, Róża malinowy. No i się zakochałyśmy! Mogłabym cały czas masować nimi usta. Cudne zapachy, wspaniały smak, całkiem fajne opakowania i cena, która nie odstrasza. Polecam! / BliskoNatury.pl
3. Miałam ostatnio ogromną przyjemność prowadzić moje warsztaty w niezwykłym miejscu! Pośród totalnie niczego, na zachód od Łodzi, ukryła się wśród pół i stawów prawdziwa perełka – Pałac Piorunów. Niemal magiczny, bardzo klimatyczny, z atmosferą rodem z Downton Abbey (pomijając super basen) i przepysznym śniadaniem. Bardzo polecam na kameralne spotkania firmowe! / Pałac Piorunów
4. Kolejne ilustracje, które wywołały mocniejsze bicie serca. W serii znajdziemy trochę moich ukochanych zwierząt, piękne łabędzie, cudne ptaki. Zobaczcie koniecznie – autorstwa Elli Bailey
5. Powiem Wam, że taki oto drobiazg, może sprawić masę radości! Cudowna, naturalna świeca wielkanocna przybyła jako niespodzianka od Hani z Green Dragonfly. Uwielbiam ją (świecę, ale Hanie też!), bo pełna jest nie tylko dobrego wosku, ale także ciepła, uśmiechu i dobrej energii! / Green Dragonfly
6. No i ten łabędź… Prosto z bajki! Wspaniała, inspirująca ilustracja! Z August Avenue
7. Na koniec, już teraz, choć planuję jeszcze coś napisać przed Świętami, życzę Wam cudownego, wiosennego, spokojnego czasu i wesołego jaja! Buuuuuuuziaki!
Kończy się w końcu ten dziwaczny tydzień przestawiania się z „jest mąż” na „mąż wyjechał na długo”. Cała ta skomplikowana operacja układania sobie codzienności na nowo zakończyła się, muszę stwierdzić, chyba z powodzeniem. A wiecie o mi najbardziej pomogło? Nasz wczorajszy dzień domowy.
Jakoś tak mi ta moja Róża rano kaszlała, że postanowiłam zatrzymać ją na dzień w domu. Zbliża się dosyć intensywny czas, bardzo mi więc zależało, żeby się nie rozchorowała. Pogoda akurat całkowicie się załamała, w Tatrach spadł śnieg, co pół godziny nad Krakowem przechodziła ulewa i panowały egipskie ciemności, a na dodatek panowie robotnicy, którzy ocieplają nam blok, postanowili od rana wiercić tuż przy naszych oknach, co skutecznie uniemożliwia skupienie się nad jakąkolwiek pracą. Dzień domowy stanowczo wydał się tu najlepszym rozwiązaniem.
I był to doprawdy wspaniały dzień. Robiłyśmy to, na co miałyśmy ochotę. Obejrzałyśmy razem Barbie z Jeziora Łabędziego, poczytałyśmy coś niecoś, połaskotałyśmy się, pomalowałyśmy razem farbami (efekty powyżej!), polepiłyśmy bomby kąpielowe (wkrótce Wam pokażę – cudne), nasmażyłyśmy naleśników z serem i konfiturą malinową na ciepło. Takie całkowite – nic specjalnego, a jednak coś wielkiego. Taki wspólny czas, który docenia się najbardziej, a nawet w weekendy rzadko się przytrafia, bo zazwyczaj mamy coś zaplanowane. Niespiesznie, spokojnie, na luzie.
I od razu zrobiło się lepiej. Mi w głowie, a Róży tak ogólnie – na chorobę się już nie zapowiada. I od razu mamy nową energię na intensywny weekend z przyjaciółmi na wsi, na jeszcze bardziej intensywny początek tygodnia z warsztatami i na świętowanie Wielkanocy.
Też lubicie takie dni domowe?
Przy okazji mam dla Was też dwie ważne informacje!
Po pierwsze, na Facebooku ponownie czekają na przygarnięcie pozostałości z Lili in the Garden – tym razem dwie piękne druzy agatu.
Po drugie, poproszono mnie, aby poinformować Was o Targach Kosmetyków Naturalnych EKOCUDA. A że ja takie inicjatywy bardzo lubię i bardzo popieram – niniejszym to czynię! Wpadajcie na targi do Warszawy 22 i 23 kwietnia!
Czy marzycie o tym, aby Wasza skóra w kilka chwil stała się niezwykle miękka, miła w dotyku, cudownie ukojona i odżywiona? A do tego wspaniale, całkowicie naturalnie pachniała jednym z moich ulubionych zapachów – olejem monoi czyli maceratem gardenii tahitańskiej w oleju kokosowym? Potrzebujecie silnego złagodzenia podrażnionej skóry i zapewnienia jej odpowiedniego poziomu nawilżenia?
Polecam dzisiejszy, baaaardzo prosty balsam, który pokochałam całkowicie! Tylko cztery składniki, tylko zmieszane, a efekt? Oszałamiający!
Zróbcie koniecznie!
Kojący balsam monoi-aloes
Składniki:
20 g oleju monoi
10 g żelu aloesowego (użyłam żelu 98 % Equilibra, dostępnego w aptekach, nie jest to produkt w pełni naturalny, ma te 2% dodatków, ale jest jednak jednym z najlepszych i najlepiej dostępnych na rynku)
10 g gliceryny roślinnej
1 g mączki owsianej koloidalnej (mam z zielonyklub.pl) dla uzyskania odpowiedniej konsystensji
Całość ucieramy intensywnymi ruchami mieszadełkiem do uzyskania jednolitej masy. Powstaje szybko się wchłaniający, bardzo przyjemny w zapachu balsam o silnych właściwościach kojących i regenerujących.
W takim dziwacznym jestem nastroju, że zupełnie nie potrafię go ani nazwać, ani określić. Wiem natomiast, że musi mi minąć, bo pracy sporo, a tu ciężko się skupić. Widzicie bowiem, w sobotę rano mąż mój wyleciał na kolejne 2-3 miesiące i zostałyśmy ponownie same. Ja natomiast należę do osób mocno stadnych, choć nie powiem – cenię sobie również samotność. Jest ważna, potrzebna, pozwala się uspokoić i nabrać dystansu. Ale raz – o samotność i tak nie jest łatwo, jesteśmy w końcu we trzy, ja, Róża i psina nasza. A dwa – tydzień rozłąki w zupełności by wystarczył.
Razem jakoś łatwiej. Razem jakoś weselej. I pośmiać się można, i obowiązki podzielić, i opowiedzieć wszystko, i iść pobiegać (drugie zostaje wtedy z dzieckiem, a teraz muszę się nakombinować…). Róża też już coraz gorzej te wyjazdy znosi…
Sami więc rozumiecie – rozbił mnie ten weekend i muszę się posklejać. Muszę wrócić do trybu „jestem sama”, a przestawienie się nie jest łatwe. Do tego dochodzą typowo kobiece rozchwiania emocjonalne i powstaje w końcu w głowie ten dziwaczny nastrój, którego określić się nie da, a który skutecznie zaburza codzienność.
Oto więc mały, malutki misz masz w moim nastroju.
Oysho
Ogromnie spodobała mi się nowa kampania Oysho. Bardzo prosta, minimalistyczna, biało-czarna w otoczeniu magicznych widoków. / Oysho
Imaginary Authors
Nie znam zapachu Violet Disguise… żałuję… Ale gdy tylko odkryłam tę buteleczkę i opis (cytat poniżej) – przepadłam. I wiem na pewno, że wybiorę się niedługo wąchać… Nuty zapachowe: śliwka, fiołek, suszone owoce, balsamowiec, ambra, wieczorne powietrze i miesiąc maj! / Lulua
Ożywiona przez lekkomyślnie kwitnącą wiosnę, wyszła na ulicę niczym kwiat na wietrze.
Beth Hoeckel / Thirsty
Jest w tym kolażu coś takiego, że nie można oderwać od niego wzroku! / Society6
Dalsza seria zachwytów nad Lily Lolo! Do mojej kosmetyczki dołączył bowiem krem BB i mgiełka utrwalająca. Oba kosmetyki super! I tak ładnie prezentują się na moim plecaku! / Costasy
Kiesza Hideaway
Mogłabym słuchać tej piosenki w kółko! Dodaje mi energii! I teledysk też!
Doszła do mnie książka z ostatniego posta w wish listą! Jest to w końcu jakieś pocieszenie na samotne wieczory.
Wiosna sprzyja odkrywaniu nowości i odświeżaniu wizerunku. Mam więc dziś dla Was moją małą wiosenną wish listę!
1. Marzy mi się okrutnie takie ogromne zdjęcie wiszące w przyszłej mojej jadalni, nad stołem. Albo w salonie. Byle było duże i tak wspaniale hipnotyzowało. To tutaj albo jedno z pozostałych autorstwa Maxa Wagnera / Max Wagner Print Shop
2. Już widzę siebie i Różę jako te dwie małe małpki pluskające się bąbelkowej kąpieli! / Pure Beginning – Płyn do kąpieli z bąbelkami i organicznym aloesem / OrganicAll
3. Bardzo mi się ostatnio podobają wszelkiej maści piny. Te tutaj – proste, minimalistyczne, ale mocno zwracające uwagę – wyjątkowo przypadły mi do gustu! / KOPI
4. Kupiłabym dla samej okładki 🙂 A tak poważnie, to słyszałam różne opinie o tej książce, ciekawa więc jestem bardzo! / Skin Coach. Twoja droga do pięknej i zdrowej skóry, Bożena Społowicz, Wyd. Otwarte / Empik
5. Wiszące oczka! Uwielbiam od dawna! / 10 DecoArt
6. Jakiś czas temu zobaczyłam pierwszą zapowiedź nowej marki twórców MomMe Cosmetics, o magicznej nazwie Alkemie. Mocno mnie zaintrygowała i od razu bardzo się spodobała. Wizerunek jest połączeniem dawnej mądrości (z moimi ulubionymi starymi rycinami botanicznymi na czele) ze współczesnym, bardzo modnym, prostym, jasnym i przejrzystym designem. Same produkty też zapowiadają się bardzo dobrze. Będę obserwować z przyjemnością! / Dream of beauty CALMING SLEEPING MASK Alkemie
7. No cudna ta torebka! Nosiłabym chętnie! TIMI Crossbody Bag Croco Black / Molehill
8. Z przyjemnością odkryłam nową markę intrygujących, naturalnych balsamów do ust. Wypróbuję na pewno! Crazy Rumors – Balsam koloryzujący do ust – Coral / BliskoNatury.pl
9. Jako wielbicielka Downton Abbey nie mogę przejść obojętnie obok tej pozycji. Już ją nawet zamówiłam! / Belgravia, Julian Fellowes, Wyd. Marginesy / Empik