NapisałaAdriana Sadkiewicz

O JEJU!

Miejsce nowe nam w Krakowie otworzyli. Na Kazimierzu, w kamienicy, na rogu Miodowej i Bożego Ciała, trzeba przyznać – dogodne położenie. Miejsce takie, że o jeju. Bo to JEJU właśnie jest. I jeśli do tej pory nie czułam potrzeby pisania o sklepach z kosmetykami, to dlatego, że żaden z nich wystarczająco się nie wyróżniał. Ten natomiast jest całkowicie inny.

JEJU w zasadzie nie jest standardowym sklepem. Bardziej pasuje tu nazwa butik lub wręcz galeria. Wyjątkowa galeria, bo eksponatami są kosmetyki. Stoisz bowiem przed pięknymi półkami i stojakami i przychodzi do głowy refleksja – czy aby nie stoją na nich małe dzieła sztuki?

Jest to miejsce dokładnie przemyślane, wszystko tu do siebie pasuje. I wszystko jest takie, jakie sama bardzo lubię. Jest niezwykle kobieco, jasno i przestrzennie. Jest różowo, pastelowo, ale ani grama w tym kiczu. Mamy ciemniejsze zielone akcenty, mamy rośliny, duże liście palmy i świeże kwiaty. Mamy zapaloną dla klimatu sojową świecę. I bardzo miłe panie, które chętnie doradzają.

Jestem też pewna, że żaden z kosmetyków nie znalazł się na półkach JEJU bez przyczyny. Cała oferta, spora choć nie przytłaczająca, jest spójna. Skupiona wokół naturalnej pielęgnacji z całym szeregiem naszych polskich, niszowych i manufakturowych kosmetyków oraz hitu ostatnich czasów – pielęgnacji koreańskiej z ich sztandarowymi i najbardziej znanymi markami. Wspaniale wyglądają długie ławy zapełnione tak cenionymi w Korei maskami w płachtach, w bajecznie kolorowych opakowaniach i o niestety bardzo nienaturalnych składach. Wiem dobrze jednak, że po sukcesie książki „Sekrety urody Koreanek” Charlotte Cho są mocno poszukiwane i nadal słabo dostępne.

Polecam wpaść do JEJU. Po zakupy, jak najbardziej. Po tak wiele znanych mi, świetnych, naturalnych marek. Ale nie tylko. Także dla atmosfery. Bo zakupy w tym miejscu to przeżycie samo w sobie, to doświadczenie z wciąż dalekiej nam, zachodniej kultury, gdzie tak cenne są takie cechy jak jakość, niszowość i wyjątkowa filozofia marki. Zawsze też można wejść tam jak do faktycznej galerii i podziwiać tę feerię koreańskich barw i pomysłowość naszych rodzimych manufaktur.

JEJU ma pomysł na siebie i mocno trzymam kciuki, aby był on na tyle wyjątkowy, że nie zniknie nam za jakiś czas z mapy Kazimierza, jak tak wiele innych. Byłoby bowiem bardzo dobrze, gdyby okazało się, że już jesteśmy gotowi na takie miejsca.

Zapisz

Małe domowe marzenia

Znalazłam ostatnio trochę ładnych rzeczy i niniejszym spieszę je i Wam pokazać!

Bardzo mi się podobają takie naturalne połączenia. Mamy tu i nieco boho i naczynia marokańskie i nutkę Skandynawii. Są kolory, jakby pędzlem maźnięte. Jest geometria, wiklina i spokój. Taki kącik mi się marzy!

 

 

1. Świeca Skandinavisk Hygge, zapach: herbata, tarta truskawkowa, płatki róży i dzika mięta / House Shop

2. Pastelowy piękny kilim / Kilim All – Pakamera

3. Lustro w oprawie z wikliny / HK Living

4.Niebiesko-brązowy ceramiczny wazon / HK Living

5. Miedziana taca / Be Pure

6. Miska w stylu marokańskim – HK Living

7. Drzewko bananowe Musa Basjoo / Rośliny egzotyczne

8. Krzesło Margarita / Noonu Shop

9. Stolik kawowy BOSS / Dutchbone

10. Kolorowy dywan Broad Brushstroke Rug / Anthropologie

Chata Miłośliwka

Wybraliśmy się do chaty prawdziwej. Takiej polecanej, że klimatyczna, że modna, że wyjątkowa atmosfera.

Słyszałam o Chacie Miłośliwka już dawno. Stronę nawet dodałam do zakładek, żeby mi nie umknęła. Kiedy więc znajomi zapytali czy jedziemy, bo organizują wyjazd – pojechaliśmy.

Pojechaliśmy pod koniec lutego. Zimy już nie było, wiosny jeszcze też. Pogoda wyjątkowo nie wyjazdowa. Sprzyjała jednak takiemu zwyczajnemu, spokojnemu, wesołemu spędzaniu czasu razem. Zwolniliśmy na chwilę. Były plany wycieczek, nart, dalszych wędrówek. Miało być znaczni bardziej intensywnie. Nie żałuję, zupełnie.

Bo ten spokój, te śmiechy, te zabawy dzieci, poranne przeciągające się, wspólne kawy, czytanie w wielkiej kanapie Sielskiego życia, wieczory trwające długo w noc były znacznie przyjemniejsze.

I chyba nie można inaczej w Miłośliwce. Tam trzeba zwolnić. Tam wszystko aż się prosi o w inny, spokojny tryb.

Sama chata i stojący obok niej gościnny spichlerz są naprawdę cudne. Przytulne, pełne domowego ciepła. Szczególnie podobały mi się wszystkie niesamowite, ceramiczne umywalki. Pełno tam też pięknych drobiazgów, połączeń rękodzieła z tą najładniejszą wersją dodatków z Ikei. Cóż, dokładnie to, co lubię i to, czego się w takiej chacie można spodziewać.

Ale…

Ale pojawiły się także nieprzyjemne zgrzyty i w zasadzie sama nie wiem czy chatę polecać czy nie.

Nie można się do niej dostać samochodem. Bywa to ogromnym plusem, zwłaszcza, jeśli chce się właśnie zwolnić, odpocząć. Spacer nie jest jakoś szczególnie uciążliwy, pół godziny, raczej mocno pod górę. Problem pojawia się jednak, jeśli zostaje nam obiecany wywóz bagaży, my dojeżdżamy w dwie rodziny z łącznie czwórką małych dzieci i masą rzeczy, już po ciemku, w zimny lutowy wieczór, a tu okazuje się, że właściciele jednak na nas nie poczekali i sobie pojechali. Przyznam, że był to bardzo niemiły początek…

Nastawiliśmy się też na pyszne wyżywienie, całościowe. Miały być lokalne produkty, koleżanka opowiadała, że w trakcie ostatniego pobytu, byli zachwyceni jedzeniem. Że były sery lokalne, wspaniałe, urozmaicone śniadania, no cuda wianki. Tymczasem my… cóż… głodni nie chodziliśmy, ale doprawdy nie ma do czego wracać, zwłaszcza za tę cenę. Jedynie masło wszyscy mocno chwalili. Pierwszego dnia rzuciliśmy się na nie ze świeżym chlebem. Super, tylko drugiego dnia już świeżego pieczywa nie było, a trzeciego jedliśmy już niemal suchary.

Bardzo też nie podobało mi się mocno zaniedbane i zagracone obejście. Pełno tam było ewidentnie niepotrzebnych rzeczy, jakichś koszy, plandek, śmieci… Uzbierało się więc trochę zgrzytów, przez które poczuliśmy się zwyczajnie zlekceważeni. Wpłynęły też mało przyjemnie na cały ogląd miejsca, a zaznaczam raz jeszcze – chata i spichlerz, w którym mieliśmy pokój, były naprawdę urocze.

Sami więc zdecydujcie, czy warto odwiedzić chatę Miłośliwkę. Odsyłam na jej stronę – tutaj.

Zapisz

Nowa odsłona Lili Garden!

Tadam! Z ogromną przyjemnością przedstawiam Wam moją nową stronę! Jest to w zasadzie nowe oblicze dawnej strony sklepowej Lili in the Garden. Postanowiłam wykorzystać fakt posiadania domeny, serwera i całkiem fajnego szablonu na WordPressie i stworzyć porządną stronę moich warsztatów kosmetyki naturalnej!

Trochę zajęło mi rozgryzanie niuansów szablonu i samego WordPressa, nawet pomimo faktu, że poprzednią stronę – sklepu z biżuterią także zrobiliśmy sami. Sama też przeniosłam już dwa blogi na WP i przystosowałam dwa inne szablony. Za każdym razem jednak napotykam na nowe problemy, które trzeba rozgryźć. Ale jak się już je rozgryzie, satysfakcja jest jest przeogromna.

Stworzyłam więc stronę taką, jaką chciałam. Pełną moich zdjęć, soczystą i kolorową. Stronę, która ma wprowadzać w temat i zachęcać do składania zapytań o warsztaty. Brakuje mi niestety porządnych zdjęć z warsztatów i to będę musiała nadrobić. Na razie posiłkowałam się zdjęciami samych kosmetyków. Mam nadzieję, że są na tyle ciekawe, aby wzbudzić zainteresowanie i pragnienie wykonania tych cudów samemu.

Zapraszam Was więc gorąco na LiliGarden.pl! Zapraszam do organizowania warsztatów w Waszych firmach i instytucjach. Będzie mi ogromnie miło, jeśli wieść o stronie podacie dalej, jeśli pójdzie w świat!

—–> www.LiliGarden.pl

xoxo

Zauroczona: Les Néréides Paris

Pracuję nad czymś ostatnimi czasy bardzo intensywnie. W zasadzie już kończę. I nie mogę się doczekać, aż pokażę Wam rezultaty! Spodziewajcie się więc na początku tygodnia premiery mojej nowej strony! Nie bloga, żeby nie było. Jeszcze nie. Ale i tak – będzie się działo! To już wkrótce…

A tymczasem, zobaczcie koniecznie moje nowe zauroczenie – Les Néréides Paris! Z całkowicie niesamowitą biżuterią. Adres tego magicznego miejsca podsunęła mi niedawno w komentarzu Magda – bardzo dziękuję, przejrzałaś mnie! Zakochałam się bowiem od pierwszego wejrzenia!

Ciekawa jestem, ile z Was powie, że to ogromna przesada i tandeta? Hmm? Jak myślicie?

Bo ja w tej przesadzie widzę pełne poczucia humoru, radości i pozytywnej energii piękno. Bo właśnie taka kolorowa chciałabym być i czemu nie wyrazić tego biżuterią? I jeśli tylko zachować nieco umiaru – można zachwycać! I maszerować przez lato w kwiatach, kamieniach i zwierzakach!

Ach, no cuda wianki!

Jeszcze więcej znajdziecie na Les Néréides Paris!

Absolut różany

W Lili nadal kwiatowo! Dzisiaj rządzić będzie prawdziwa kwiatowa królowa – róża. A dokładniej, uzyskiwany z jej płatków absolut. Substancja niemal magiczna, niezwykle cenna, bardzo wyjątkowa. Z pewnością warto się z nią zapoznać. No i jak pachnie!

Czym jest absolut? To olejek otrzymywany z roślin metodą wyciągów tłuszczowych albo ekstrakcji rozpuszczalnikowej. Zazwyczaj stosowana do otrzymywania olejków eterycznych destylacja parą wodną jest metodą zbyt silną dla tak delikatnych płatków kwiatów. Najpopularniejsze w aromaterapii absoluty to różany, jaśminowy i neroli. One to mają najwięcej właściwości terapeutycznych. Inne, także o pięknych zapachach, jak absolut z gardenii, hiacyntu czy mimozy, wykorzystywane są do tworzenia perfum.

Co ważne, absoluty są znacznie bardziej skoncentrowane niż inne olejki, przez co są znacznie silniejsze i stosuje się je w mniejszych stężeniach. Ich charakterystyczną cechą jest intensywne zabarwienie oraz konsystencja taka bardziej… galaretowana. Oleje różany potrafi na przykład zastygać w temperaturze pokojowej, ale pod wpływem ciepła dłoni powraca do płynnej formy.

Olejek różany nazywany jest także atarem lub otto różanym. Uważa się, że to właśnie róża była kwiatem, z której wydestylowano olejek po raz pierwszy. Miało to ponoć miejsce około dziesiątego wieku w Persji. Tradycja przypisuje to dzieło arabskiemu lekarzowi Awicennie, który znany był z różnego typu alchemicznych eksperymentów. Właśnie podczas jednego z nich, zapewne całkiem przypadkowo, powstało nasze różane cudo.

Różany absolut, jak zapewne wiecie, należy do najdroższych olejków świata. Potrzeba kilku ton płatków kwiatów, aby powstał kilogram olejku. Te najbardziej znane i cenione pochodzą upraw bułgarskich oraz tych otaczających francuskie Grasse. Nieco mniej cenne, już nie tak czyste, ale także wspaniałe są olejki z Afryki Północnej, które poznał zapewne każdy odwiedzający choćby Maroko. Absoluty produkuje się z trzech gatunków róży – róży stulistnej, damasceńskiej i francuskiej. Sami musicie ocenić, która pachnie najpiękniej.

Jak już wspominałam, absolut różany jest wysoce skoncentrowanym olejkiem o brązowoczerwonym zabarwieniu. Mówi się, że różą rządzi bogini Wenus, nie bez powodu, bowiem…

  • Olejek różany stosowany jest w zakłóceniach w funkcjonowaniu naszego układu rozrodczego. Reguluje cykl miesięczny i zmniejsza krwawienie.
  • Najczęściej jednak poleca się go ze względu na jego wpływ na nasze zmysły. Koi je, stanowi łagodny środek antydepresyjny, pomaga się zrelaksować, przywraca spokój w momentach silnego wzburzenia i w trakcie intensywnych wstrząsów emocjonalnych.
  • Wzmacnia i dodaje pewności kobietom niepewnym swojego ciała i seksualizmu. Jest także afrodyzjakiem, polecanym na kobiecą oziębłość i męską impotencję.
  • Polecany jest do pielęgnacji każdego typu skóry, zwłaszcza suchej, wrażliwej i dojrzałej. Ma działanie tonizujące i ściągające włosowate naczynka tuż pod skórą. Jest delikatnym antyseptykiem, reguluje funkcjonowanie skóry.
  • A przy tym nadaje kosmetykom wyjątkowy różany zapach!

Olejek można dostać na naszym rynku, najprościej przez internet. Musimy się przygotować na wysoką jego cenę. Ze względu jednak na jego skoncentrowanie, potrzeba nam go tak naprawdę bardzo niewiele. Polecam więc:

  • Dodać kropelkę absolutu do codziennego kremu, zmieszać go z nim .
  • Dodać kropelkę do maseczki stosowanej 2 razy w tygodniu.
  • Stworzyć olejek perfumowany – do łyżeczki oleju bazowego, np. ze słodkich migdałów czy jojoba dolewamy 3 kropelki absolutu. Olejkiem smarujemy się w ulubionych miejscach i pachniemy! Zwłaszcza przed randką!
  • Tak przygotowanym olejkiem możemy także zmywać wieczorny makijaż, delikatnie masując zwilżoną skórę lub…
  • lub wykonać nim mocno relaksujący, aromaterapeutyczny masaż!
  • Rozcieńczony w oleju bazowym olejek dodajemy także do wieczornej kąpieli. Ewentualnie zamieniamy go na płatki świeżych róż!

No i, kochane moje, pachniemy! Pachniemy różami!

Facebook