NapisałaAdriana Sadkiewicz

Lili Moodboard

Kochani, przygotowuję się ostatnio i dosyć mocno pracuję nad nową odsłoną Lili. Za czas jakiś, mam nadzieję, nie za długi, możecie więc spodziewać się zmian. Może nie dramatycznych, bo szablon zapewne pozostanie, ale jednak – będzie inaczej!

Mam zatem dzisiaj dla Was małą jaskółkę przyszłych zmian – lili moodboard. Czyli to, od czego zaczyna się pracę na koncepcją marki. To rodzaj inspiracyjnej tablicy, która ma obrazować atmosferę i główne wytyczne nowej identyfikacji wizualnej. Skupiamy się więc na klimacie, na barwach, na skojarzeniach, na tym, jak chcielibyśmy, aby marka była postrzegana.

Dla mnie jest to bardzo kobieca i subtelna kompilacja szarości i różu, ze złotymi akcentami i sporą ilością motywów botanicznych. Widać, prawda?

Pozostawiam Was więc z moim moodboardem i lecę tworzyć dalej!

 

Zdjęcia

1 / 2 / 3 / 4 / 5 / 6 / 7 / 8 / 9 / 10 / 11 / 12

 

Kolaże x5

Coraz częściej moją uwagę zwracają niezwykłe kolaże. Zachwyca mnie magiczna wyobraźnia ich autorów. Bo zaiste, wyobraźnię trzeba mieć mocno rozwiniętą, ażeby wyczarować coś tak pięknego, tak innego, tak oryginalnego i zapierającego dech w piersiach. Nieraz są to bardzo skomplikowane konstrukcja, ba – światy całe, odległe, wyciągnięte gdzieś z zakamarków serca. Kiedy indziej znowuż proste połączenie dwóch jeno obrazów czy zdjęć, ale przy tym tak zaskakujące, tak nieoczywiste i tak głębokie!

Uwielbiam kolaże! Oto moje ostatnie odkrycia!

 

 

Rocio Montoya

Wspaniała artystka! Jej kolaże mają niezwykle fascynujący, trochę ciemny i nieodgadniony klimat. Otaczają nas aurą tajemniczości, pozostawiają niepokój w duszy, odciskają swoje piętno w sercu. Obejrzyjcie je sobie koniecznie wszystkie, na spokojnie, zachwyćcie się idealnie pasującymi do siebie barwami, wzorami, strukturami, tą eteryczną stroną kobiecości. Polecam też filmik na końcu tego postu, o tym, jak te kolaże powstają! / Rocio Montoya

Anthony Neil Dart

Zauroczył mnie ten kolaż. Tak jak i inne w serii. Skupione wokół piękna kobiecego ciała, ale nie tak wprost. Nie, nie, nie! Piękne! / Anthony Neil Dart

Label Magazine

Moje nowe odkrycie. Pewnie nie zwróciłabym uwagi na ten dwumiesięcznik, gdyby nie jego mocno roślinne wydanie, pod przyjemnie brzmiącym dla mych uszu tytułem Kwitnący design. W środku – wszystko to, co w Lili lubimy najbardziej. Ciekawi? Zajrzyjcie do Empików, ja niedawno kupiłam ostatni egzemplarz w moim pobliskim. Ach, a na okładce wspaniały kobieco-roślinny kolaż! No przyznajcie, nie mogłam nie kupić! / Label Magazine

Rebecca Clouâtre

Coś do śledzenia na Instagramie. Koniecznie! Kanadyjska artystka postawiła sobie wyzwanie – 150 ręcznie tworzonych kolaży w 150 dni. Mamy więc codziennie coś nowego, coś fantastycznego, przepełnionego naturą, pomysłem i poczuciem humoru. Dla mnie bomba! / Rebecca Clouâtre

Merve Özaslan

Całkowicie urzekające połączenie zdjęć vintage ze współczesnymi fotografiami, głównie natury. To jeden z tych pomysłów, który jest tak prosty, a tak nieoczywisty. Uwielbiam te kolaże, uwielbiam się w nie wpatrywać (kilka z nich znam już od dłuższego czasu, nawet Wam pewnie pokazywałam). Uwielbiam tę szczególną głębię, tę przestrzeń, jaka powstaje po dodaniu nowego zdjęcia. Można w nią wpaść. I przepaść na zawsze! / Merve Özaslan

 

Na koniec zobaczcie koniecznie, jak wygląda proces tworzenia kolaży!

Zauroczona: Anna Kara

Od zawsze mieszkam w Krakowie. Od lat przechodziłam obok salonu sukien ślubnych Anny Kary, zawsze podziwiałam, zawsze też zastanawiałam się, czemu salon nie przeniesie się w nasze krakowskie ślubne zagłębie – w okolice ulicy Piłsudskiego. A tu proszę – Facebook jakimś swoim dziwnym algorytmem postanowił mnie poinformować o przenosinach i otwarciu nowego miejsca – autorskiej galerii na Piłsudskiego właśnie. I może nie zwróciłabym na to większej uwagi, gdyby do postu nie były dołączone piękne zdjęcia wnętrza salonu. Zachwyciłam się, jak to ja, totalnie!

Jest tam bowiem zwyczajnie pięknie. Jest jasno, jest przytulnie, jest pomysł. Mamy tak modne skandynawskie elementy, mamy i południową oliwkę, mamy także równie modny motyw egzotyczny w postaci świetnie wkomponowanej tapety. No i oczywiście mamy ogromne lustro w wielką drewnianą ramą i miejscem do podziwiania. A wszystko pasuje do siebie idealnie.

Gdybym miała wybierać się z kimś na poszukiwanie sukien ślubnych, tam poszłabym od razu, w ciemno. I to nie tylko dla samej przyjemności podziwiania wnętrz. Suknie bowiem są doprawdy prześliczne!

Mam więc dziś dla Was trochę tych wnętrz i nieco sukien. Nacieszcie oczy teraz i koniecznie zajrzyjcie zobaczyć nową kolekcję – zapiera dech. Polecam Facebook i stronę Anna Kara.

(Zdjęcia – materiały prasowe marki)

Mamma Mia

Jeden z najpiękniejszych dni w roku – Dzień Matki, lada moment! Nie mogło więc i w Lili zabraknąć kilku inspiracji prezentowych z tej okazji.

Wyszukałam dla Was 12 drobiazgów, które z pewnością ucieszą niejedną Mamę! Oto one!

 

 

Od góry:

KOI Rich Cosmetics Serum dwufazowe – maksymalne nawilżenie przez cały dzień lub całą noc. Główne składniki: Witamina C i witamina A, kwas hialuronowy, olejek z rokitnika. / Showroom

Naszyjnik z akwamarynami i kuleczkami / Mokobelle

Doniczka ze wzorem liści Madam Stoltz / Live Beautifully

Kubeczek poprawiający nastrój / Kalva

Receptura 172 – WZMOCNIENIE – Nowość marki Make Me BIO, przeznaczona do cery naczynkowej, wrażliwej, suchej oraz dojrzałej / Make Me BIO

Skórzane etui na karty / Molehill

Tkana dekoracja ścienna Kilim All / Pakamera

Metropolitan Skin Guard LOTION – Miejski osłonowy lotion – intensywnie nawilżający krem do twarzy w lekkiej formule, uszlachetniony składnikami filtrującymi zanieczyszczenia i wzmacniającymi barierę ochronną skóry / Alba 1913

Uroczy, unikatowy talerzyk JAD / Cloudmine

Szal Jedwabny Desert Flower Petite Folie / Pakamera

Kosmetyczka Braid / Parfois

Hagi – Świeca sojowa (butla) – Orient Express / BliskoNatury.pl

Biofficina Toscana – najlepszy rytuał dla włosów

Należę do osób mocno sceptycznych w temacie pielęgnacji włosów. Nie mam bowiem z nimi lekko – jest ich bardzo dużo, są grube i problematyczne. Wiele naturalnych produktów dostępnych na rynku po prostu sobie z nimi nie poradziło lub, najzwyczajniej w świecie, zabrakło mi cierpliwości do ich stosowania. Jakaż więc była moja radość po odkryciu kosmetyków, które dzisiaj goszczą w Lili jako nasze gwiazdy!

Wierzcie mi lub nie, ale dla mnie to prawdziwa rewolucja w pielęgnacji włosów!

A wszystko dzięki marce Biofficina Toscana. Znam ją już od dłuższego czasu, choć przyznam, że nie poznałam jej na tyle dobrze, na ile faktycznie zasługuje. Jest to włoska marka, powstała 2010 roku, jak to zwykle bywa – z pasji dwóch kobiet. Ogromnie podoba mi się zasada „0 km”, którą obie panie przyjęły na początku swojej działalności, a która zakłada wykorzystanie wyłącznie lokalnych produktów. Umożliwia nam to korzystanie z tego co najlepsze w magicznej Toskanii! Co ciekawe, marka zaczynała swoje funkcjonowanie od 10-metrowego warsztatu, ale tak prężnie i szybko się rozwinęła, że wymusiło to powstanie głównego centrum logistycznego do obsługi zamówień na rynki włoski i zagraniczne, a także dwóch lokalnych biur operacyjnych. Serdecznie gratuluję sukcesu, zwłaszcza, że kosmetyki są doprawdy genialne.

Ale przejdźmy do meritum. Chciałabym Wam dzisiaj zaprezentować zestaw, który idealnie sprawdził się w codziennej pielęgnacji moich włosów. Mowa o Oczyszczającym szamponie, Hydrolacie rozmarynowym i Odbudowującej masce Biofficina Toscana. Zaczniemy od dwóch pierwszych.

Niezwykle zdziwiło mnie, że szampon, który oferuje nam marka to tak naprawdę… koncentrat szamponu. Oznacza to, że we względnie małej buteleczce znajduje się gęsty płyn, który należy rozrobić z wodą lub, uwaga, hydrolatem i dopiero wtedy ma optymalne właściwości myjące. Co równie istotne – całość jest po prostu ekonomiczna! Nie dopłacamy za dodatek wody w kosmetyku i w rzeczywistości mamy dwa razy więcej szamponu niż wynika to z pierwszego spojrzenia. Marka oferuje także specjalne butelki, w których takie koncentraty można sobie zmieszać z płynami, co jest bardzo wygodne – narysowane są na niej pojemności poszczególnych składników. I tak, wlewamy najpierw połowę koncentratu, potem połowę wybranego hydrolatu (o którym za chwilę) i całość wypełniamy wodą. Mieszamy i myjemy włosy.

Od razu powiem, że tak skomponowany szampon wystarcza na dosyć długo, świetnie, naprawdę świetnie się pieni i oczyszcza nawet moje trudne, gęste włosy. A byłam sceptykiem! Zajrzyjmy więc może do środka naszego specyfiku. Szampon ma przywracać równowagę włosom przetłuszczającym się i z tendencją do łupieżu. Czyli moich. Faktycznie, potwierdzam – wydają się bardziej… stabilne i dłużej świeże. Produkt „Reguluje procesy natłuszczania, łagodzi i oczyszcza skórę głowy. Zawiera organiczne ekstrakty z łopianu, bluszczu, jałowca, brzozy oraz Alpaflor® Alp-sebum®- innowacyjne aktywne składniki regulujące przetłuszczanie i stany zapalne skóry głowy.” Skład ma bardzo przyjemny z delikatnym detergentem na czele oraz licznymi ekstraktami ziołowymi. Zapach  – naturalny i mocno orzeźwiający – mamy tu bowiem olejki z eukaliptusa i mięty, które od bardzo dawna sobie cenię za ich pielęgnacyjną moc.

Zdecydowałam się dobrać do mojego szamponu wodę rozmarynową. Czemu? Jest to hydrolat polecany szczególnie w pielęgnacji włosów, zwłaszcza tych problematycznych. Można go oczywiście stosować po prostu do skóry, najlepiej jako tonik do twarzy. Ma działanie antyseptyczne, ściągające, zapobiega stanom zapalnym, wzmaga regenerację. Rozmaryn pięknie pachnie, rozjaśnia umysł, pomaga się skoncentrować i realizować wyznaczone cele. Ot, taki bonus dla zmysłów. Muszę tu tylko zaznaczyć, że hydrolat nie jest w pełni czystym produktem, dodano do niego odrobinę konserwantów. W żaden jednak sposób mi to nie przeszkadza. W każdym razie włosy go bardzo polubiły!

Po użyciu naszego oczyszczająco-orzeźwiającego duetu sięgam po Odbudowującą maskę Biofficina Toscana. Nakładam niemało, na mokre, umyte włosy i pozostawiam na kilka minut. Choć w zasadzie efekt niezwykle miękkich włosów czuć już po chwili. I jest to doprawdy wspaniały efekt. Uwielbiam go! Uwielbiam, kiedy moje włosy z pomierzwionych w trakcie mycia odmieniają się nagle w ułożone, lejące, zwarte i gładkie.

„Maska o działaniu układającym i naprawczym, które zawdzięcza połączeniu toskańskiej oliwy extra virgin IGP z ekstraktami bluszczu, pokrzywy, kasztanowca, szałwii i tymianku.” Mamy więc zioła, toskańskie oczywiście, które faktycznie pielęgnują włosy, odżywczą oliwę oraz inne łagodne składniki, których zadaniem jest przywrócenie blasku włosom, ułatwianie rozczesywania i zapobieganie ich elektryzowaniu. Co najważniejsze – maska działa! I to działa świetnie.

Niniejszym więc polecam Wam moje odkrycie, moją włosową rewolucję, mój nowy pielęgnacyjny rytuał! Polecam Wam gorąco zwrócenie uwagi na całą ofertę marki. Jestem przekonana, że zaskoczy nas jeszcze nie raz.

To jak, wyruszacie ze mną w kosmetyczna podróż po Toskanii? Ja jadę!

Post powstał we współpracy ze sklepem Biofemina.pl Tam też znajdziecie wszystkie produkty marki!

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Podróż sentymentalna

Jest takie miejsce, do którego wracam, kiedy mi źle. Zamykam oczy i przenoszę się w czasie i przestrzeni. Jest takie miejsce, całkowicie wyjątkowe, które mnie ukształtowało. Które mnie otworzyło na świat i na ludzi. W którym przeżyłam jedne z najpiękniejszych chwil w życiu. W którym mogłam być całkowicie sobą, akceptowaną, szaloną sobą.

Nie byłam w tym miejscu z 14 lat. Szmat czasu. Szmat życia.

Miejsce to ukryte jest przed światem. Teraz już prawie całkowicie. W sercu najpiękniejszej z krain – Mazur.

Postanowiłam je odnaleźć!

Korzystając z jednego, krótkiego przedpołudnia, które spędziłam wczoraj na Mazurach, przy okazji moich warsztatów, wybrałam się na poszukiwania….

Czemu jest tam wyjątkowo? Pewnie nawet nie zwrócilibyście na nie specjalnej uwagi. Ja tam natomiast ukryłam wspomnienia pięciu pięknych przełomów czerwca i lipca, kiedy to jeździliśmy tam na obozy. Długie, harcerskie, żeglarskie obozy, pełne całkowicie zwariowanych, pięknych momentów. Pełne uniesień, wzruszeń, śpiewów i ognisk. Pełne komarów, zimnych nocy i zatęchłych koców. Pełne śmiechu i przygody. Pełne pierwszej młodości i beztroski.

Nie od razu znalazłam ten właściwy skręt. Zarósł, zmienił się. Trochę chyba, jak ja. Przejechałyśmy więc samochodem sporo dalej, zawróciłyśmy już spacerem. Najwspanialszą z dróg, taką wiecie – ubitą, wiejską, prowadzącą najpierw pośród morenowych pagórków, z widokiem na jezioro, krowy i bociany, na wrzosowisko nasze ukochane, a potem przechodzącą w las, stary, wysoki, tętniący świeżą zielenią las.

W końcu się udało. Przecież na przeciwko zawsze była taka charakterystyczna przecinka! Biec mi się chciało, śmiać, płakać. Niesamowite emocje powstają w takich momentach. Ciężko je opanować.

No i stał tam ten nasz obóz. Bez namiotów, bez nas, bez pieca, bez łódek. Wszystko całkowicie zarośnięte, zamazane. Ale była za to stara ławeczka, były resztki mostku nad dróżką do kuchni, był jeszcze krąg kamienny na ogniska. Sporo takich pozostałości znalazłam. Niczym odkrycia archeologiczne. I nawet był jeszcze pomost, przy którym cumowaliśmy łódki. Rozwalony, zatopiony, ale był.

I była masa komarów. I okrutny krzyk rybitw znad pobliskiej wyspy, na której siedziało ich zawsze z milion. Że też to nigdy nie przeszkadzało?

I oczywiście była relacja na żywo na fejsbukowej konwersacji z tymi samymi ludźmi, z którymi tam właśnie spędziłam tyle czasu.

No powiem Wam kochani, że to była właśnie prawdziwa magia!

 

Facebook