Małe Manufaktury: Green Anna

Jako, że trafiło w moje ręce ostatnimi czasy całkiem sporo ciekawych produktów tworzonych przez naprawdę malutkie manufaktury, postanowiłam nieco bardziej je w Lili zaakcentować. Powstanie więc seria wpisów, które będą miały za zadanie zaprezentować właśnie takich mikro producentów, ludzi, którzy żyją swoją pasją, zarażają ją i podarowują ją nam w postaci nieraz prawdziwych kosmetycznych cudeniek.

Takie małe manufaktury pojawiały się tu już nie raz, chciałabym jednak, aby miały swoje szczególne miejsce. Bo ja zawsze bardzo wspieram wszelkie tego typu inicjatywy, odwagę ich twórców, zaangażowanie i ogromną dawkę dobrej energii, którą czuć w produktach.

Zaczynamy więc pewną zieloną Anią i jej małym debiutem na rynku kosmetyków naturalnych.

Poznajcie manufakturę Green Anna oraz jej Krem odżywczo regenerujący na noc i Mus oczyszczający!

Zacznijmy jednak od tej trudniejszej strony, która niestety bardzo często jest piętą achillesową takich małych manufaktur.

Zacznijmy od strony graficznej produktów, która tak bardzo wgryza się w moje poczucie graficznej estetyki i tak bardzo wbrew jest jakimkolwiek graficznym zasadom, że nie można zacząć inaczej…

Zielona Aniu, apeluję o zmianę. Nie dlatego, że mi się to naprawdę nie podoba. Ludzie kupują oczami. Cokolwiek by nie mówili, jak bardzo by się nie zapierali, jak wspaniały nie byłby sam produkt – to opakowania sprzedają. Świadczą o producencie, o charakterze manufaktury, o jakości i dbałości o klientów.

Tymczasem, na tej limonkowej etykiecie tekst jest tak mały, pisany jedynie dużymi literami, co już utrudnia odczyt, ale jest także limonkowy, a jest to kolor, który wielu przypadkach wygląda bajecznie, ale jest kolorem ostrym, drażniącym wzrok, kolorem, który stosowany powinien być raczej to wskazania czegoś, przed czym należałoby się wystrzegać, niebezpieczeństwa, zagrożenia. Tymczasem ja, na początku stosowania kremu, wieczorem, po dniu pełnym smogu, kiedy lekko bolały mnie oczy, próbowałam odczytać ten limonkowy napis i zwyczajnie mi się to nie udało. A wzrok mam naprawdę dobry. Zazwyczaj.

Etykiety są więc nieczytelne, niejasne, chaotyczne. Logo, które jest całkiem ok, jest na nich tak ukryte, że, przyznam się bez bicia, dopiero pisząc ten tekst zauważyłam, że ono na nich jest.

Wracając jednak do samego sedna…

Jakiś czas temu napisała do mnie właścicielka manufaktury – Anna i tym mailem ujęła mnie w pełni. Tym, o czym wspominałam na początku tego wpisu – zaangażowaniem, pasją i wiarą w swoje produkty.

Zacytuję: “Nasza historia jest bardzo banalna. Kosmetyki naturalne zaczęłam tworzyć dla mojego syna, który miał ogromne problemy skórne. Nie pomagały żadne maści, kremy ani nawet sterydy. Pomogła zmiana diety, która bardzo złagodziła jego objawy. Do tego syn zaczął smarować dłonie [mój przypis: kremem manufaktury] (tam był problem największy)  i wszystko dosłownie do zera zeszło bez śladu:) “

Tak właśnie często zaczyna się historia naturalnych producentów. I dobrze, potrzeba nam sprawdzonych produktów, świadectw działania natury i rozsądnego podejścia do zdrowia.

Krem, który tak pomógł synkowi Anny to właśnie ten limonkowy Krem odżywczo-regeneracyjny. I to właśnie tym kosmetykiem Green Anna skradła moje serce, choć być może trochę przewrotnie. Mamy tu bowiem jedną z prostszych mieszanin maseł i olejów i przyznam, że niestety na mojej buzi, nawet na noc, takie tłuściochy się nie sprawdzają. Nie stosuję go więc zgodnie z etykietą. Ale go uwielbiam! Bo jak on pachnie! Ten zapach jest jednym z najprzyjemniejszych zapachów jakie znam, a który, nie wiem w sumie czemu, tak rzadko jest stosowany. Jest to w pełni naturalny zapach pomarańczowej czekolady! I właśnie ten zapach świadczy o wysokiej jakości organicznego masła kakaowego, które tak intensywnie pachnie czekoladą. W połączeniu z olejkiem pomarańczowym tworzy zapachowa petardę, która mogę wąchać w kółko!

Krem więc mam po prostu zawsze pod ręką. Stosuję, tak jak synek właścicielki, często do rąk, namiętnie smaruję nim usta, krem ląduje na buzi mojej córki przed wyjściem na tą zimową, mroźną, zanieczyszczoną szarugę. Ląduje też czasem na mojej skórze, po kąpieli i wtedy cała pachnę tak cudnie! Jak to z masłami bywa, jest bardzo wydajny. Ma też idealną konsystencję, lekkość taką maślaną, puszystość. Och no, jeść by się go chciało 🙂

Zupełnie inaczej pachnie Mus oczyszczający, co akurat osobiście uważam za zaletę, choć wiem, że nie wszyscy taki zapach lubią. Jest to połączenie olejku z drzewa herbacianego o silnych właściwościach antybakteryjnych z czymś, czego nie umiem sprecyzować, więc być może jest to zapach któregoś z naturalnych tłuszczy?

Mus także jest mieszaniną olejów z masłem – tutaj shea. Wiem, że sporo jest tu zwolenników podobnych kosmetyków do usuwania makijażu i zanieczyszczeń skóry. Przyznam, że sama do nich nie należę, niemniej jednak jest coś naprawdę przyjemnego w dotyku skóry po takim właśnie oczyszczeniu.

Najlepszym sposobem na wykorzystanie musu jest nabranie niewielkiej jego ilości na dłonie, delikatne rozgrzanie go tak, aby zmienił się w gęsty olejek i masowanie przez chwilę wilgotnej buzi. Na koniec, co chyba tu najważniejsze, najlepiej całość ściągnąć ze skóry papierowym ręcznikiem. Tak, wtedy jest najprzyjemniej. Wtedy zanieczyszczenia schodzą, nadmiar tłuszczu schodzi, a pozostaje to przyjemne uczucie miękkości i odżywienia.

Polecam więc oba kosmetyki. I nie ważne, jak je będziecie stosować. Czy zgodnie z etykietą czy po swojemu, nie da się ukryć, że i jakość i wydajność mają wysoką.

Więcej znajdziecie na stronie Green Anna.

PS Ptaszki dodałam do zdjęć, bo bardzo je ostatnio lubię! Co zapewne widać i w Lili 😀


Facebook