Nowe życie

Pytacie, jak się mieszka.

Dla mnie to nie jest po prostu “mieszkanie”.

To raczej jakby… przeniesienie w zupełnie inne życie.

Przeprowadziliśmy się w lipcu. Do naszego nowego mieszkania, o którym piszę i które pokazuję Wam od tak dawna. Nie była to szybka przeprowadzka, a raczej przeprowadzkowy proces. Wciąż na pełne pokazanie na blogu czeka jeszcze kuchnia, salon i przedpokój (poprzednie wpisy z serii “Nasze Miejsce” znajdziecie TUTAJ). Tak, tak, wiem i planuję! Wciąż nie mamy kilku istotnych rzeczy, jak choćby stół czy fotel. Wszystko z czasem.

Wiem już jednak na pewno, że jest to to miejsce, na które tak bardzo czekałam. Że jest takie, jakie miało być.

Otulam się nim. Nie wiem, a wierzcie mi, że szukałam, czy jest bardziej odpowiednie określenie na to, co czuję. Ja się po prostu nim otulam. Chodzę po tych kilku pomieszczeniach z całkowitym spokojem. Bo wszystko jest na swoim miejscu, bo tak mi tu dobrze. To wnętrze otula mnie i koi.

Wciąż w mojej głowie krąży to dziwne uczucie przeniesienia w inne życie. W relatywnie krótkim czasie zmieniło się tak wiele. Zmieniła się codzienność, zmieniło się otoczenie. Pojawiło się sporo nowych ludzi. Takich… codziennych ludzi, których już bardzo doceniam. Takich, których mogę poprosić o pierwszej w nocy, aby podeszli podać mi kołdrę i proszki, bo tak bardzo bolą mnie plecy 🙂 A na dodatek, Róża rozpoczęła szkołę i wciąż wdrażam się w ten całkowicie inny rytm (dwa dni ma na 8 rano, dwa na 13… A jak ma na 8, to ja jeszcze muszę zdążyć zrobić jej śniadanie, które ona musi zjeść! Takie rzeczy! :)).

I choć co chwilę wyskakują rzeczy, które mogłyby zaburzyć to poczucie spokoju… Choć drzwi niewyregulowane, choć na płycie indukcyjnej tylko dwa stanowiska działają, chociaż właśnie się okazało, ze dwa grzejniki jakimś cudem nie grzeją – nic to. Dzwonię, załatwiam, naprawiają. Nic to. Bo w gruncie rzeczy mieliśmy sporo szczęścia. I bardzo to doceniam. Dziecko ma tu grupę dzieciaków, z którymi się już w pełni zżyło. Ba, z dwoma kolegami – sąsiadami chodzi do klasy. Pies ma swój własny wybieg, gdzie w pełni szczęśliwy może poszczekać na przechodniów. Ja mam mój idealny kącik do pracy (mąż też!). Dookoła jest wieś, podmiejska, ale jednak wieś.

Tylko aktualnie męża mi brakuje, który znowu wyjechał na długie miesiące. Ale to już inna historia…

Pytacie, jak się mieszka. A ja mówię, że lubię to nasze nowe życie. Lubię ten spokój w sobie. Lubię obserwować wędrujące po wnętrzu światło słoneczne. Lubię zapatrzeć się w widok za oknem. Lubię zawisnąć w hamako-fotelu i wisieć tak godzinami. Lubię czekać na ciasto ze śliwkami. Lubię, oj, jak ja ją lubię, naszą zmywarkę, bo nigdy jej nie miałam i nawet nie wiedziałam, jakie to fajne. Lubię chodzić po Różę do szkoły i widzieć jej radość na mój widok. Lubię podlewać trawnik, który jakoś nie specjalnie chce nam rosnąć. No, lubię, no!

Też tak mieliście po przeprowadzce?

A może dopiero Was to czeka?

  • Agnieszka

    Aj, mnie to dopiero czeka. Traktuję to jednak jak przygodę bo inaczej bym oszalała. Jestem gdzieś tak na środku drogi od decyzji o kupnie mieszkania do zamieszkania 🙂 W przyszłym roku o tej porze mam nadzieję poczuć to “dziwne uczucie przeniesienia w inne życie” 🙂 Wiesz po raz pierwszy przekuwam moje marzenie w rzeczywistość. Odłożyłam na bok myśli typu: “Nie stać mnie”, “Inni to mają a ja nie”, “O rany fajnie by było mieć swój kącik, ale nie dam rady”. Moja sytuacja okazała się nie być tak tragiczna jak myślałam, a spełnienie pragnień realne. Mimo strachu działam 🙂

  • Kasia Matwiejczuk

    Pięknie piszesz o tym Waszym Miejscu… A dla mnie dowodem na jego dobrą energię, którą się czuje od razu, jest to,jak bardzo mi się nie chciało od Was wychodzić! To oczywiście mieszkańcy dają domowi duszę. Ale ciało Waszego Miejsca też jest cudowne, ciepłe, pełne światła :*

Facebook