Posts Tagged‘w roli głównej’

W roli głównej: Night Balm Rose WISE

Niby ma swoją polską nazwę – Naturalny Balsam Ochronny dla Suchej i Dojrzałej Skóry, ale Night Balm Rose podoba mi się znacznie bardziej! Poznajcie naszą dzisiejszą gwiazdę marki WISE!
Kosmetyk idealny bo bardzo uniwersalny!  Jest to w zasadzie mieszanina maseł i olejów, ale trzeba przyznać, że zmieszana w bardzo dobrych proporcjach. Na te chłody i szarugę, która nastała, sprawdzi się świetnie. A do czego służy?
W gruncie rzeczy ma to być krem stosowany na noc. Ratuje skórę i regeneruje ja na przekór centralnemu ogrzewaniu i ogromnej suchości w powietrzu. Ale to nie wszystko, bo spokojnie można go stosować jako balsam do ust, krem ochronny na mrozy, krem do rąk, do skórek. Upodobała go sobie też Różyczka. Jest bezpieczny i delikatny dla skóry dziecka.
To typowy tłuścioszek, który pozostawia tłustą warstwę. Ale tego właśnie po nim oczekujemy. Tej tłustości, która wchłania się powoli, która chroni i dodaje odżywczego kopa! Gwarantują nam go takie cuda natury jak olej ze słodkich migdałów, masło shea, masło kakaowe, olej z wiesiołka, który sama bardzo lubię i oliwa z oliwek.
Balsam pięknie, choć delikatnie pachnie różami. Jest to sprawka różanego absolutu. Tego najcudowniejszego z możliwych olejku, który subtelnie pielęgnuje skórę, poprawia jej kondycję, działa lekko antyseeptycznie i regulująco. Poleca się go szczególnie do skór wrażliwych i dojrzałych. A zapach… uwodzi! Ale to już wiecie, bo kosmetyki z wodą lub olejkiem różanym opisuję dosyć często 🙂
Kosmetyk ma bardzo małą pojemność – zamknięto go w szklanym słoiczku 15 ml. Nie myślcie jednak, że szybko się kończy! Dzięki temu, ze jest tak tłusty, na jeden raz wystarcza go bardzo mało.. Jest więc wydajny i praktyczny. Konsystencja w sam raz, nie twardnieje, łatwo się aplikuje.
Bardzo polecam – szczególnie cerom przesuszonym!

Z WISE Polska

W roli głównej: Woda micelarna Phenomé

Do zakochania jeden krok! Choć… może już się zakochałam w naszej dzisiejszej gwieździe – Wodzie micelarnej Phenomé!

Lubię wody micelarne. Takie to cudo, pomiędzy mleczkiem a tonikiem. Tym razem z przyjemnością polecam Wam cudo najnowsze, marki, którą już zapewne świetnie znacie, bo i piszę o niej od czasu do czasu. Phenomé jeszcze mnie nie zawiodło. Są to kosmetyki warte swojej wysokiej ceny. Biorąc również pod uwagę fakt, że zazwyczaj mają naprawdę duże opakowania.
Tak mamy i tutaj – 200 ml płynu wystarcza na bardzo dużo. Praktyczna buteleczka z ciemnego plastiku, wyposażona jest w atomizer, który pozwala nam rozpryskiwacz przyjemną mgiełkę wprost na twarz. Uwielbiam to! Orzeźwienie idealne, zapach – boski, różany. Mam wrażenie, że woda osiada na skórze i w tej samej chwili ją koi. Ech…
Tak wspaniale wyczuć można tu zapach róż, bo nasz kosmetyk oparty jest właśnie na wodzie różanej. Ale nie tylko. Zacytuję ze strony (tak ładnie tam to opisano) – mamy tu wody roślinne: różaną, aloesową (dostarczają skórze niezbędnych witamin i minerałów), sok aloesowy (nawilża i chroni skórę), ekstrakt z zielonej herbaty (chroni przed wolnymi rodnikami, działa przeciwstarzeniowo, nawilża i odżywia, poprawia elastyczność skóry), ekstrakty: z papai, ananasa (wykazują właściwości nawilżające i kondycjonujące, pobudzają do regeneracji), a poza tym mamy też: wyciąg z nagietka i z kwiatów rumianku, ekstrakt z liści oczaru wirginijskiego, ekstrakt z grejpfruta i wyciąg z mięty pieprzowej.
Sami przyznajcie, że mieszanka cudowna. Tworzy naprawdę skuteczny, uniwersalny kosmetyk, który zmywa zanieczyszczenia, radzi sobie ładnie z makijażem, tonizuje, odświeża, wygładza, regeneruje i stymuluje. Czasami używam jej jak toniku, czasami do zmywania makijażu, kiedy indziej po prostu spryskuję twarz. Sięgam po nią, kiedy czuję, że zbyt długo siedziałam przed komputerem i skóra to czuje. Ot, taki zastrzyk energii dla cery.

I ten różany zapach… Kosmetyk stworzony dla mnie 🙂

Z Phenomé

W roli głównej: Mleczko samoopalające Green People

Macie może jeszcze ten piękny słoneczny powakacyjny odcień skóry? Jeśli tak, to zazdroszczę! Ja w tym roku lato skończyłam prawie równie blada jak rozpoczęłam. W zasadzie nie lubię opalania, chyba, że podczas wyjazdu nad jakąś miłą wodę, a w tym roku niestety nie było nam to dane. Co robić? Albo zaakceptować swoją bladość, albo sięgnąć po naszą dzisiejszą gwiazdę Mleczko samoopalające Green People.

Nie da się ukryć, że jest to jakieś wyjście dla wszystkich zbyt bladych. Cóż… pomimo tego, że nie lubię opalania, lubię mieć opaloną skórę. Jeśli więc już sięgam po coś, co zastąpi mi ciepłe promienie (choć bardzo zwodnicze) słońca, musi to być bezpieczne, ekologiczne i łagodne. Tutaj mamy 89% organicznych składników i uznaną w świecie ekokosmetyków markę. Producent informuje, że mleczko „jest bezpieczne także dla osób ze skłonnościami do egzemy i łuszczycy”. Przekonałam się!
Jak to działa? Cytuję: „mleczko zawiera DHA otrzymywany z cukru, reaguje z aminokwasami
znajdującymi się w zewnętrznej warstwie skóry, tworząc brązowe pigmenty. Pomaga uzyskać zdrową, naturalnie wyglądającą opaleniznę bez szkodliwej ekspozycji na słońce.” Warto też dodać, że uzupełniono go w liczne pielęgnujące oleje, ekstrakty i w mój ulubiony – aloes!
Ale co z ta opalenizną? Rzeczywiście widać ją już następnego dnia po wieczornej aplikacji. Mleczko wystarczy rozsmarować na skórze, jak tradycyjny lotion. Nazajutrz – cuda! Zmieniliśmy kolor. Uprzedzam od razu i niestety, że nie jest to taki kolor, jaki daje prawdziwe słońce. Mam wrażenie, że bardziej wpada w pomarańczowy. Pomimo tego warto, bo różnica jest znaczna i to na plus. Mleczko jest więc bardzo łatwe w użytkowaniu, nie pozostawia smug ani plam.
Ma jednak swoje minusy. I to dosyć znaczne. Zacznę od informacji na opakowaniu „great aroma”. Cóż, wspaniały zapach to to nie jest. Jest wręcz nieprzyjemny, choć wiem, że to kwestia gustu. Tworzą go trzy olejki eteryczne – z drzewa sandałowego, wetiweru i geranium. Znam te zapachy i sama nigdy bym ich nie połączyła. Co najgorsze – aromat jest dosyć intensywny i widocznie przeszkadza mi w używaniu kosmetyku.
Za kolejny minus uważam lekko pomarańczowy osad na skórze. Nie jestem pewna czy to pozostałości niewchłoniętego balsamu czy naskórek, który zmienił kolor. Ewidentnie, kiedy zadrapię skórę na nodze, mam go widocznego pod paznokciami. I bardzo mi się to nie podoba. Barwi też nieco piżamy… Rozwiązaniem są częste peelingi, które dodatkowo wzmocnią działanie mleczka i pozwolą substancjom w nich zawartym na lepszą penetrację.
Ogromną zaletą jest opakowanie mleczka. Odpowiednio duże (200ml), jest proste, estetyczne, a co najistotniejsze, bardzo praktyczne. W prosty sposób i bez wielkiego wysiłku naciska się pompkę nawet wtedy, gdy jesteśmy w trakcie smarowania i obie ręce są tłustawe. 
Jest to produkt bardzo wydajny – wystarczy niewielka ilość na całe ciało! A samą „kurację”należy powtarzać co kilka dni. Wystarcza więc na bardzo długo. W takim kontekście, wydatek wcale nie jest aż taki duży (92zł).
Polecam mleczko! Bo choć ma swoje wady, najważniejsze dla mnie jest to, że działa – sprawia, że skóra w końcu wygląda na opaloną!
Mleczko z i-apteka.pl

W roli głównej: Clochee Krem odmładzająco-regenerujący na noc + WYNIKI RevitaLash

Weekend zaczynamy od dobrych wiadomości – od wyników konkursu z RevitaLash! Miłą niespodziankę w postaci odżywki do rzęs sprawiam niniejszym:
Ignam
Małgorzacie Surmacz
i Natalii Koper

Gratuluje i proszę o adresy na lilinatura@lilinatura.pl!

A tymczasem spoglądamy na nieboskłon, bo tam miga nam najnowsza nasza gwiazda – Clochee Krem odmładzająco-regenerujący na noc!

Trzeba mu przyznać – jest piękny! Widzieliście kiedyś podobne opakowania? Są rzadkością, bo i zapewne do tanich nie należą. Buteleczka jest smukła, ciężka, z cudownego kobaltowego szkła, zakończona srebrną pompką. Do tego zgrabna etykieta i pełna elegancja gwarantowana. Tylko, że…
Tylko, że to opakowanie, które z jednej strony jest zaletą kremu, jest także jego ogromną wadą! Podoba mi się bardzo, ale z praktycznego punktu widzenia jest do niczego. Przewyższający wszystko inne krem, góruje mi nad  pozostałymi produktami na szafce w łazience, tuż pod ręcznikami. Trwam przez to w ciągłej obawie, że zaraz mi z tej szafki spadnie i, jak to szkło, się rozbije… (już straciłam tak ze dwie rzeczy). To raz. Dwa – pompka naciśnięta jeden raz nie daje nam wystarczającej ilości kremu. Niestety nie da się jej sprawnie nacisnąć ponownie, jak to bywa przy plastikach. Trzeba odczekać chwilkę, aż ona sama powróci do poprzedniego kształtu i dopiero wtedy nacisnąć. Cóż… Wybieramy piękno czy użyteczność?
Przejdźmy jednak do sedna – do samego kremu, który jest naprawdę fajny! Ekologiczny, bezpieczny, ze składnikami certyfikowanymi przez Ecocert, krem przeznaczony jest do stosowania na noc. Tak więc go używam, wieczorem. Jak to krem nocny, jest nieco gęstszy, tłustszy. Ma w końcu nam skórę przez noc porządnie odżywić i zregenerować. Wchłania się dosyć szybko, ale jego obecność czuć. Nie jest to uczucie tłustości, ale raczej świadomość delikatnej ochronnej warstwy. A także miękkość i gładkość, co jest bardzo przyjemne.
Krem nie posiada skomplikowanego składu. To miks maseł i olejów, takich jak olej arganowy, sezamowy, kokosowy, oliwa i masło shea. Do tego dodano aktywną moc alg, glicerynę oraz przeciwutleniacze w ekstraktach z mirtu i liści oliwek. Całość ma przyjemną konsystencję i łagodny zapach. W pełni spełnia swoje zadanie. Jest idealny szczególnie w chłodnych miesiącach, kiedy skóra w pełni chłonie olejowe ukojenie.
Polecam!

Krem z Clochee

W roli głównej: RevitaLash + wygraj odżywkę do rzęs!

Słyszeliście o RevitaLash? Przyznam, że do niedawna sama nazwa gdzieś mi tam po głowie krążyła i nic bliższego nie znaczyła. Ot, zapewne z reklam w magazynach. Aż tu nagle mamy temat na kolejny post z serii „w roli głównej”. Mam dzisiaj też dla Was też niespodziankę! Czeka na końcu! Tymczasem, pora na tusz i primer RevitaLash.

Wszystko zaczęło się jakiś czas temu, podczas konkursu Cosmopolitanu. Poznałam wtedy polską dystrybutorkę marki, która przekazała uczestniczkom podarunki. Uśmiechnęłam się wtedy do siebie. Pomyślałam, że czasy się zmieniają, bo zamiast standardowej mascary teraz muszę mieć trzy osobne kosmetyki. Otrzymałam bowiem odżywkę do rzęs, primer i tusz.
I wiecie co? Naprawdę można się przyzwyczaić do tych trzech rzeczy na raz! Dzisiaj polecam Wam głównie primer i tusz, ale i z odżywki byłam bardzo zadowolona. Najgorszy z nią problem był taki, że notorycznie zapominałam jej użyć. Moja wina… I zapewne efekt byłby lepszy. Ale i tak zauważalnie polepszyła mi się jakość i gęstość rzęs. Mam nadzieję, że i Wy to zaobserwujecie, bo mam dla Was 4 takie odżywki!
Bardzo zadowolona cały czas jestem z dwóch pozostałych kosmetyków, mam już kolejne opakowania. Czemu? Naprawdę lubię efekt, jaki dają razem!

Najpierw na rzęsy nakłada się primer. Ma cudowny, głęboki, niebieski kolor. Jego zadaniem jest pogrubienie rzęs, nadanie im obfitości. Podoba mi się, że kolor ten współgra z kolorem moich oczu. Bo chociaż zakrywamy go potem mascarą, lekki niebieski odcień pozostaje.
Tusz świetnie się rozprowadza, nie klei rzęs, nie kruszy się. Wydawałoby się, że wspólnie stworzą poważna masę obciążającą dla tak delikatnych włosków, ale nic z tego. Zachowują lekkość i świetnie wtapiają się w siebie. Co ważne – utrzymują się na długo, a zmywają bez problemu. Czego chcieć więcej? Chyba tylko kociego spojrzenia 🙂 No… robi się kocie i kuszące. To na pewno 🙂

Kochani, teraz Wy możecie wypróbować odżywki RevitaLash. Dokładnie te ze zdjęcia! Mam je cztery, więc powędrują do czterech osób. Ufundowała je firma Plazanet, która zaprasza także do polubienia RevitaLash na Facebook’u – TUTAJ!

Aby wygrać jedną z odżywek, należy w komentarzu pod tym postem przesłać mi nieco uśmiechu!

Spośród wszystkich zgłoszeń wylosuję 3 osoby, do których powędrują odżywki. Pamiętajcie – nie bądźcie anonimami!

Czwartą odżywkę możecie wygrać na Facebooku, udostępniając post konkursowy (TO zdjęcie)! Szczegóły na FB.

Na Wasze zgłoszenia czekam do środy 15 października 2014, do północy. Wyniki zostaną ogłoszone w przeciągu kilku następnych dni na blogu. Na zgłoszenie zwycięzców z adresami będę czekała 10 dni. Wysyłka na terenie Polski!

Zapraszam!

W roli głównej: Naturalny Krem do Suchej, Pękającej Skóry Rąk WISE

Dbacie o dłonie? Tuż przed okresem rękawiczkowym mam dla Was bardzo fajny pomysł na ich pielęgnację! Dzisiaj w roli głównej Naturalny Krem do Suchej, Pękającej Skóry Rąk znanej nam już marki WISE.

Świetny na nadchodzący weekend. Świetny na nadchodzącą zimę. Cóż… po prostu bardzo przyzwoity krem do rąk!
Z marką mieliśmy okazję nieco bliżej się ostatnio poznać. Mam nadzieję, że się Wam spodobała, bo chętnie ją polecam. Z prostych powodów – kosmetyki są dobrej jakości, ekologiczne, bezpieczne i skuteczne. Tak też jest w przypadku tego kremu do rąk.
Niezwykle praktyczny, stoi mi na co dzień na ławie w pokoju. Jest zawsze pod ręką. Kiedy tylko poczuję taką potrzebę, sięgam po niego i wmasowuję nieco w dłonie. Ale nie tylko – i stopom się dostanie, i nogom i nawet ustom. Nie widzę ku temu żadnych  przeciwwskazań.
Jest to bowiem mieszanina naturalnych olejów, dosyć gęstych, wysyconych, jak awokado, sezamowy czy oliwa z oliwek. Mają one zabezpieczać nam skórę na co dzień, zapewniać jej barierę ochronną. Dodają naprawdę mocnej dawki nawilżenia i natłuszczenia, ale, co ważne,  nie pozostawiają uczucia tłustości! Krem szybko się wchłania. Mam wrażenie, że te oleje wypełniają mi skórę, wygładzają ją, a prze to i zmiękczają.
Dosyć charakterystyczny mamy tu zapach. Jest to specyficzna woń różnych całkowicie naturalnych zapachów – z olejków eterycznych. Wyczujemy tu więc lawendę, geranium i rozmaryn. Cóż… takie zapachy trzeba lubić. Kojarzą się mocno ziołowo, ale ja właśnie takie lubię (między innymi oczywiście).
Krem polecam! Zwłaszcza, że jesienią i zimą dobry krem do rak to absolutne must have!

Krem z WISE Polska / Sklep Svea

Facebook