Och, czerwcowe pomidory… W ogóle – letnie pomidory! Już zaczęły kusić swą jędrną czerwienią i żółcią. Tak soczyste, tak pełne smaku! Mogłabym je zjadać same, w całości. Ale stanowczo wolę zrobić z nimi naszą dzisiejszą tartę twarogową.
Bo jest pyszna!
Ma nieco inne, niż tradycyjne kruche ciasto, bo wypełnia je także spora porcja twarogu. Dzięki temu jest wyrazistsza i treściwsza. A jeśli dodamy do tego te cudne kolorowe pomidory, nieco dobrego sera i świeży tymianek, to sami rozumiecie – trzeba zrobić!
Tarty twarogowe nauczyłam się robić dzięki niezastąpionej Kwestii Smaku. Grzecznie więc uprzedzam, że przepis na samo ciasto będzie w pełni nawiązywał do tamtejszych.
To co? Robimy? Robimy!
Twarogowa tarta z czerwcowymi pomidorami
Składniki:
Ciasto:
250 g twarogu
150 g miękkiego masła
250 g mąki
1 jajko
łyżeczka soli
Wierzch:
kolorowe pomidory – według uznania
1-2 łyżki oliwy lub dobrego oleju
kilka gałązek tymianku
1 cebulka dymka
ser feta lub kozi
sól, pieprz
łyżeczka miodu
opcjonalnie – kilka listków świeżego szpinaku dla ozdoby
Zaczynamy od ciasta. Wszystkie składniki łączymy i ugniatamy zwarte ciasto. Formujemy kulę i wkładamy ją na około godzinę do lodówki. Po tym czasie rozwałkowujemy ciasto i przekładamy do formy lub wykładamy formę papierem do pieczenia i palcami lepimy spód i brzegi tarty. Ciasto wstawiamy do piekarnika nagrzanego na 180 stopni i zapiekamy do 30 minut, aż się nieco zarumieni.
W między czasie kroimy pomidory i cebulkę na plasterki. Ciasto wyciągamy z piekarnika. Spód polewamy lekko oliwą. Następnie układamy warstwami na przemian pomidory. Przy brzegach można dodać dla ozdoby kilka listków świeżego szpinaku. Pomidory doprawiamy do smaku, polewamy odrobiną miodu. Gdzieniegdzie dodajemy ser i cebulkę według uznania i oprószamy całość gałązkami tymianku.
Tartę wstawiamy do piekarnika nagrzanego na 220 stopni na około 10 minut. Podajemy jako dodatek np. do świeżej sałaty lub samodzielnie.
Ach… już prawie lato! Witam Was więc tym tukanowym początkiem! Stworzyłam bowiem ostatnio tego tukana i strasznie się z nim polubiłam!
Ale wracając do tematu – nie mogłoby się obyć bez letnich inspiracji! Zaczynam więc wypełnianie bloga turkusami i koralami, słoneczną energią i radością!
I zapraszam na pierwsze z letnich poleceń!
Atlas wysp odległych. Pięćdziesiąt wysp, na których nigdy nie byłam i nigdy nie będę, tekst i ilustracje: Judith Schalansky – Portretując pięćdziesiąt odległych wysp rozsianych na pięciu oceanach, Judith Schalansky udowadnia, że atlas geograficzny to najbardziej poetycka z książek. Z pracowicie zebranych relacji historycznych i danych naukowych wysnuwa intrygujące literackie miniatury. Zestawiając je z subtelnymi, całostronicowymi mapami, tworzy całość o wielkiej mocy oddziaływania na wyobraźnię. Jedyną w swoim rodzaju, romantyczną książkę-marzenie, która zachwyci wszystkich miłośników wyimaginowanych podróży / Wydawnictwo Dwie Siostry
PLANTEA SUN SHIELD SPF 50 – Mineralny i wodoodporny krem przeciwsłoneczny SPF 50 / Plantea
Czy nie genialne? Espadryle Toms Classic Glow Swimmers Women”s Alpargata Blue / Pan Pablo
Ladelle Naczynie do serwowania „Graze Teal 2 Part” / Westwing
Cudnie kolorowe Sandały Damskie Teva Original Universal 90s Multi / Pan Pablo
OLEJ MONOI TIKI kwiaty Tiare czyli olej o właściwościach jak czysty olej MONOI, wzbogacony ciepłym, słonecznym zapachem kwiatów Tiare (jest to naturalna mieszanka zapachowa-w Polinezji Francuskiej nie ma plantacji przemysłowych) / U Franciszka
Zaczynamy czerwiec zdjęciem pełnym szczęścia! Zaczynamy czereśniami truskawkami! Tak na dobry nastrój. I na uśmiech!
A jak już ten uśmiech zagościł na Waszych twarzach, zapraszam do czytania! Mam bowiem dla Was kilka naprawdę fajnych kosmetycznych poleceń!
Coś w sam raz na majowo-czerwcowe zachwyty! Na piękną buzię, rozkosznie pachnącą skórę i aż proszące się o całusy usta!
To od czego zaczynamy?
O zapachów majowych! Od bzu i rabarbaru!
YOPE
bez i rabarbar
Zaczynamy od najlepszego! Od cudownego, po prostu cudownego zapachu bzu! A dokładniej bzu w połączeniu z odrobiną wanilii, choć, zabijcie mnie, ja tam wanilii nie czuję.
Przepadłam! Czyli tak bardzo podoba mi się nowa wiosenna seria YOPE, a w niej balsamy do ciała, kremy do rąk, mydła i żele pod prysznic. Przyznajcie, że pomysł na taką majową energetyzująca serię jest przedni. Któż z nas nie lubi tych klimatów, przywodzących na myśl najlepsze chwile dzieciństwa? Skusiłam się więc i dobrze zrobiłam!
Bo zakochałam się w tym balsamie bzowym! I tylko kciuki trzymam, żeby mi tej serii nie wycofali. Bo ja naprawdę chciałabym pachnieć majem cały rok. Sam balsam w użyciu bardzo przyjemny. Świetnie nawilża, odżywia i koi. Łatwo się nakłada, jest lekki, ale treściwy. Co ważne i ciekawe, ma w sobie odrobinę bzowego hydrolatu i ekstraktu z wanilii. I olej monoi, który też uwielbiam!
Nieco mniej entuzjazmu wykazuję do połączenia zapachowego rabarbaru z różą, ale może to po prostu kwestia porównania do niezrównanego bzu? W każdym razie ten aromat nie zawładnął mną tak bardzo, ale wciąż jest fajny i nieco bardziej energetyzujący. Niemniej jednak sam żel pod prysznic zacny. Wypełniony łagodnymi detergentami, choć wiem dobrze, że coraz więcej osób ma zastrzeżenia do betainy kokamidopropylowej. Ja w każdym razie ją lubię, więc polubiłam się z żelem. I on, co ważne, jak w swym tytule, zawiera ekstrakty z rabarbaru i róży.
Wspomnę też, choć to chyba formalność, że oba kosmetyki stanowią prawdziwą ozdobę łazienki. Etykietki mają urocze, pojemności w sam raz, a dzięki pompce, bardzo łatwo się je dozuje i używa.
Całą serię znajdziecie w wielu drogeriach i na stronie YOPE.
MIYA
Serum z prebiotykami do skóry problematycznej
Wiedziałam, że go kupię, jak tylko je zobaczyłam! Raz, że lubię i ufam marce MIYA, dwa – miał bardzo kuszący opis. Tak i używam od dłuższego czasu i wiecie co? Jest super!
Jest kosmetykiem, który po prostu utrzymuje problematyczną skórę w ryzach. A to jest to, czego mi potrzeba. A co takiego ma w sobie?
• Kompleks 5% [kwas azelainowy + glicyna]: normalizuje produkcję i wydzielanie sebum, rozjaśnia przebarwienia, matuje, poprawia elastyczność. • Prebiotyki [2%]: równoważą mikroflorę bakteryjną, dbają o mikrobiom skóry, koją. • PostbiotykLactobacillus Ferment [2%]: ma działanie przeciwbakteryjne, doskonale nawilża skórę. • Niacynamid/witamina B3 [2%]: poprawia kondycję skóry, zmniejsza widoczność porów, rozjaśnia przebarwienia. • Ekstrakt z czerwonej akacji: regeneruje, koi, nawilża.
Serum stosuję codziennie wieczorem, pod krem (razem z kremami Orientana działa cuda). Jest leciutkie, leciuteńkie. Szybko się wchłania i spokojnie można nakładać gęstszy kosmetyk na niego. Co ciekawe – jak dla mnie pachnie bardzo męsko. To znaczy, coś w tym zapachu jest z męskich perfum. I w zasadzie – jest to całkiem fajne.
Ale najważniejsze jest to, że serum działa! Po prostu – działa!
I znowu idziemy w zapachy! Cóż, nie ukrywam – dzisiejszy post zapachami stoi. Ale ja naprawdę, oj naprawdę, lubię, jak coś dobrze pachnie. I nawet nie muszą to być naturalne zapachy. Bo sami rozumiecie – Śmietankę do ciała Śliwki w czekoladzie musiałam wypróbować!
I cóż no… pachnie tak, jak pachnieć miała. Do schrupania! Słodko, przyjemnie, nie za mocno. Zwyczajnie – chce się jej używać! Bo przyjemność z używania kosmetyku jest równie ważna jak jego efekty na skórze. A tutaj jedno idzie w parze z drugim. Śmietanka jest bowiem lekkim lotionem, do którego nie mogę się przyczepić. Pozostawia skórę miękką i pachnąca. A tego oczekuję po balsamie do ciała.
Ach, bo jeszcze nie wspomniałam, że marka Fluff to nowość na rynku. I jak się okazało – młodsza siostra znanych jak sądzę nam wszystkim – kosmetyków Nacomi. Widać to choćby po znajomej stylistyce opakowań. Doceniam jednak sam pomysł na markę – kolorowy, pastelowy, energetyczny, pełen skojarzeń z deserami (wiecie, że to lubię) i słodkich zapachów. Chętnie spróbuję więcej!
Ale zanim to zrobię, to jeszcze kilka słów o Sorbecie do rąk Pomarańcza i wanilia. W małej uroczej tubce zamknięto jeden z najbardziej istotnych w obecnym czasie kosmetyków – krem do rąk. Kupiłam czym prędzej, bo połączenie aromatów pomarańczy i wanilii to jedno z moich licznych ulubionych. I przyznaję – coś z tego mojego zapachu ma, ale jednak nie do końca. To znaczy, pachnie przyjemnie, ale nie tak, żeby się w pełni rozpłynąć. I wydaje mi się też nieco zbyt lejący jak na krem do rąk, niemniej jednak bardzo dobrze spełnia swoją funkcje i chętnie sięgnę po pozostałe zapachy!
I znowu zapachy! Ale słuchajcie – ja od dzieciństwa mam jeden taki specjalnie ulubiony zapach. Poznałam go wraz z jedną z paczek od cioci z Ameryki, w trudniejszych czasach. Pachniała tak jakaś lalka, której już nie umiem sobie przypomnieć. Za to ten zapach chodzi za mną do tej pory.
Zapach wiśni! Taki słodki jakby wręcz bardziej był zapachem lodów wiśniowych. Zapach, którym można marzyć!
I tak właśnie pachnie ta kuleczka do ust Eos! Och, jak cudnie!
To moja pierwsza kuleczka-balsam balsamów do ust, o których już dawno mówiono – kultowe. Zastanawiałam się zawsze czy to jest aby poręczna forma. I już wiem! Jest! I to jak! Nawet bardziej niż tradycyjny sztyft.
Sami więc chyba rozumiecie, że polubiłam balsam Eos o zapachu dokładnie wiśni z wanilią. Ale dodam też na wszelki wypadek – nie o sam zapach i kulkę chodzi. Balsam naprawdę dobrze działa. Usta są miękkie, nawilżone i dobrze wyglądają.
A jeśli wolicie zapachy tropikalne, soczystą pina coladę, intensywne egzotyczne doznania – to koniecznie spróbujcie sztyftu Pineapple Passionfruit! Genialne połączenie aromatów ananasa i marakui! I choć wolę wiśnię, to wierzcie mi – też jest super!
Krążą nade mną ostatnio jakimś cudem klimaty meksykańskie. Nie wiem czemu, nie pytajcie. Niemniej jednak uwielbiam podglądać te charakterystyczne meksykańskie widoki, architekturę, podziwiać rękodzieło, delektować się intensywnymi kolorami, kontrastami i kaktusami.
A już najbardziej to lubię takie perełki jak Casa Hoyos w San Miguel de Allende!
Natknęłam się na ten butikowy meksykański hotel w Eclectic Trends i od razu wiedziałam, że muszę nieco dogłębniej przyjrzeć się tematowi.
Hotel jest przykładem idealnego wkomponowania architektury wnętrz w lokalizację. Już na pierwszy rzut oka nasuwają skojarzenia z Meksykiem. Mieści się w historycznej części miasteczka, musiał się więc sprytnie wtopić w otoczenie. Architekt Andrés Gutiérrez w ten właśnie spektakularny sposób połączył tradycje z designem i przemienił XVII-wieczną posiadłość w niewielki, bo 16-pokojowy butikowy hotel.
Ogromnie podoba mi się tu każdy detal. Kolorystyka oscylująca wokół pustynnej palety, łuki, wielkie lustrzane donice z kaktusami, mocny akcent w postaci sklepienia, niezwykłe fotele, proste, ale przykuwające uwagę wnętrza pokoi. Wszystko tu gra. Wszystko jest tak bardzo współczesne, będąc jednocześnie tak bardzo tradycyjnym. I to jest właśnie sztuka!
Siedzę przed komputerem, zdjęcia już obrobiłam, popijam kawę, słyszę jak dziecko uzupełnia ćwiczenia (na głos…) i zastanawiam się, jakim zdaniem rozpocząć ten wpis. A kiedy tak się zastanawiam, gładzę się bezwiednie po policzku. I nagle łapię się na tym gładzeniu i dociera do mnie, jakie to przyjemne uczucie. Jak miękka i gładka jest tam moja skóra. Jak jej i mi z tym dobrze.
Czy można lepiej zacząć wpis o nowych kremach jednej z moich ulubionych polskich marek – Orientana?
Marki, która wprost magicznie zastępuje nam teraz dalekie podróże i pozwala marzyć o zamorskich, tajemnych krainach. Bo właśnie do takich marzeń skłania mnie choćby sama świadomość faktu, że w kremach Reishi główną rolę odgrywa pewien azjatycki grzyb…
Reishi to orientalny grzybek stosowany w azjatyckiej medycynie naturalnej.Według legendy reishi był on darem bogów cenniejszym niż złoto, a buddyjska księżniczka wędrowała ze swoją świtą setki kilometrów dzień i noc by go znaleźć. Zapewniał on wieczną młodość i urodę, a nadworny alchemik tworzył z niego maści o cudownych właściwościach. Dzięki grzybkowi reishi Księżniczka na zawsze zachowała młode rysy twarzy. Legenda powstała pięć tysięcy lat temu natomiast dziś wiemy, że reishi to nie magiczny grzybek ale adaptogen, którego lecznicze działanie zostało naukowo udowodnione. Ekstrakt z grzybka reishi zwiększa odporność, zwalcza bezsenność oraz chroni organizm przed starzeniem komórek. Jego przeciwstarzeniowe właściwości w kosmetykach zostały potwierdzone w badaniach. Reishi działa jako przeciwutleniacz, opóźnia procesy starzenia komórek, nawilża i rozjaśnia skórę. Ma też zdolność regulowania zawartości wody w skórze, dzięki czemu utrzymuje jej dobre nawilżenie i gładkość. Grzybki reishi są bogate w cenne minerały (mangan, magnez, miedź, cynk, german), witaminy (głównie witaminy z grupy B), a także siedemnaście różnych rodzajów aminokwasów.
Chyba więc warto zaufać grzybkowi, co? A jeśli nie ufacie grzybowi, zaufajcie mi. Kremy są po prostu świetne!
Przeznaczone są do cery dojrzałej, z oznakami starzenia się, wiotczejącej i poszarzałej. Czyli spokojnie od 30-stki w górę. Producent zapewnia, że składniki skomponowano w ten sposób, aby przywrócić odpowiedni owal twarzy i zredukować zmarszczki. Ja rzekłabym, że są to po prostu efekty głębokiego nawilżenia i odżywienia skóry, która z czasem potrzebuje tego po prostu coraz bardziej.
A te kremy faktycznie genialnie nawilżają i odżywiają skórę. Dzięki temu tak przyjemnie się ją dotyka. Jest elastyczna i miękka. Kremy koją i łagodzą. Widocznie poprawiają kondycję skóry. A do tego – jak przyjemnie pachną!
Zarówno krem na noc, jak i na dzień, mają lekką, niemal lejąca się konsystencję. Ten na noc nawet bardziej przypomina emulsję. Pomimo tego, czuć, że niosą poważną dawkę odżywienia, bo w tej lekkości kryje się… jakby… gęstość. Składy maja porządne, oparte na równie porządnych masłach i olejach, uzupełnionych ekstraktami – choćby z grzybów reishi, wąkroty azjatyckiej (znanej jako Centella Asiatica) czy znowuż grzybów – fu ling (Poria Cocos). Cóż, wynajdywanie dziwnych, orientalnych składników to specjalność Orientany. A i ja chętnie przy okazji je odkrywam.
Spróbujcie. Koniecznie. Nałóżcie sobie krem na noc i obudźcie się rano, dotykając bezwiednie buzi. Taka będzie przyjemna. Ten na dzień także zrobi robotę i spokojnie, po chwili, można nałożyć na niego makijaż. Na dobrze nawilżonej skórze będzie się trzymał o wiele lepiej.
A właściwie każdej nocy i każdego dnia przeżywamy nieokreśloną ilość dni i nocy.
Tych dni, jasnych, najjaśniejszych. Kiedy możemy wszystko. Kiedy nie straszne nam są trudności i przeszkody. Kiedy wspinamy się wysoko i lśnimy słonecznymi promieniami.
I nocy, czarnych, najczarniejszych. Które przychodzą nagle i okrywają nasz dnień mrocznym całunem, gęstą mgłą smutku i zwątpienia.
I chyba, jak sądzę, jak mi się wydaje – dopiero kiedy sobie to uświadomimy, możemy zachować równowagę. Bo dniu potrzebna jest noc, a nocy dzień. Bo nie można funkcjonować tylko za dnia, a już na pewno nie jedynie nocą.
Bo dzień jest jaśniejszy, kiedy zwycięży noc. Prawda?
A przy okazji… Spieszę z zaproszeniem Was na Instagram! A dokładniej na moje dwa profile – jeden blogowy, drugi – graficzny.