Zimowa sesja Sylveco

Jeszcze zanim uda nam się zachwycić wiosennym porankiem, zanim ciepłe słońce ogrzeje nam twarz, zanim świat nam wybuja obfitością kolorów, chciałabym, abyśmy się odrobinkę cofnęli.

Nie tak daleko – do zimy. Ale tej o piękniejszym obliczu. Do zimy w lesie. Do zimy o wschodzie słońca.

Miałam niedawno bowiem zadanie – wykonać zdjęcia zimowe dla marki Sylveco. Wstawałam więc przed świtem i ruszałam w trasę. Tam, gdzie zima wciąż była zimowa. Tam gdzie światło tworzyło niezapomniane obrazy.

Podsyłam Wam więc nieco tej zimowej jeszcze magii i nieustannie zapraszam do portfolio – www.LiliCreative.pl!

A kosmetyki Sylveco znajdziecie na Sylveco.pl!

Sycylia na 3 dni w lutym czyli pociągiem wokół Katanii

Wyrwaliśmy się na małą włóczęgę. We dwoje tylko, bez dzieci. Na chwilę jeno, na trzy noce raptem. A jakie to było dobre dla głowy! Mam teraz mocno stresujący czas i trzeba przyznać, że ten mały wypad na Sycylię naprawdę dobrze mi zrobił. Już samo jego planowanie było niezwykle relaksujące. I wciągało, i pomagało oderwać myśli. A prawie do ostatniej chwili nie byliśmy pewni czy pojedziemy…

Ale pojechaliśmy! I było tak super, że może i Was zainspiruję do podobnej wyprawy. Bo to niby tylko trzy noce… a ja nazwałam je turnusem rehabilitacyjnym dla skołatanych nerwów. Wakacjami dla głowy, nie dla ciała (bo nachodziliśmy się za wsze czasy). I nawet to pisanie teraz, to obrabianie i wybieranie zdjęć przynosi sporą dawkę ukojenia. Zwłaszcza, że za oknami nadal zima…

Ale do rzeczy!

Kiedy planowałam ten nasz mały turnus, posiłkowałam się oczywiście internetem i blogami wszelakimi, opisującymi południową Sycylię. Pomogły mi bardzo! Wiem też, że i Wam pomagały moje relacje z podobnych wypadów do Wenecji czy Barcelony. Tak i teraz zaproponuję Wam program takiego 3-dniowego wyjazdu, który obmyśliłam na podstawie wyczytanych informacji i porad osób, które już tam były. Powiem nieskromnie, że stworzyłam program naprawdę fajny na taki czas – można sporo zobaczyć, ale też spokojnie się powłóczyć i pokosztować sycylijskich smaków.

Dojazd i transport – pociągi na Sycylii

Bilety na lot Ryanair do Katanii kupiłam jakieś dwa miesiące temu. Kosztowały nas po 340 zł na osobę w dwie strony. Oczywiście można taniej – trzeba polować na promocje!

Mieliśmy dwie opcje podróżowania po Sycylii – wynajętym samochodem lub pociągiem. Zdecydowaliśmy się na tę drugą. I powiem Wam, że bardzo się cieszę z tego wyboru. Patrząc na to, jak jeżdżą tamtejsi kierowcy, jak wąskie i strome potrafią być uliczki, jak mało miejsc do parkowania i jak ciasne one są, to mam wrażenie, że darowaliśmy sobie masę stresu. Praktycznie każdy mijany samochód był nieźle porysowany, parkingi potrafią też sporo kosztować. Być może zjechalibyśmy samochodem inne ciekawe miejsca, ale naprawdę się cieszę, że wybraliśmy pociągi. Tym bardziej, że działają świetnie, są prawie puste (przynajmniej o tej porze roku – przełom lutego i marca), pokonują trasy w takim samym czasie, jak samochód. No i koszt wyszedł mniejszy niż gdybyśmy pożyczali auto.

Jeszcze przed wyjazdem, wieczór wcześniej, kupiłam bilety online na stronie Trenitalia – były to bilety w jednej z promocji – 3-dniowe za 29 euro na osobę (jest też taka na 5 dni po 49 euro). Jest to naprawdę dobra cena i wychodzi sporo mniej, niż przy kupowaniu każdego biletu z osobna. Cena dotyczy dorosłej osoby, dla dzieci są tańsze. Więcej o tej promocji TUTAJ (wcale nie łatwo ją znaleźć, jak się o niej nie wie). Aby kupić bilet ITALIA IN TOUR ADULTO 3 GIORNI – na stronie głównej Trenitalia możecie sobie zmienić język na angielski, następnie zamiast wpisywać skąd dokąd jedziecie, kliknijcie poniżej w „Other/Best Price” i w „Advanced search”. Następnie wybierzcie zakładkę „Offers and regional services” i tam gdzie jest „Type” z listy wybierzcie ten właśnie bilet. Zaznaczacie ile osób jedzie i od kiedy mają być ważne. Bilety działają od konkretnego dnia na trzy dni. Musimy wpisać dane osób podróżujących, bo teoretycznie należy pokazywać konduktorowi i bilet i dokument tożsamości. Bilet obowiązuje na pociągi regionalne – dokładne info w powyższym linku (jest po włosku, jeśli nie czytacie w tym języku, wrzućcie sobie w translator, bo nie widziałam tu angielskiej strony). Opisuję to tak dokładnie, bo sama nie znalazłam wcześniej takich konkretnych informacji i się troszkę nakombinowałam.

Na stronie Trenitalia możecie też sprawdzić sobie godziny odjazdów pociągów.

Pogoda, co zabrać i ceny

Odwiedziliśmy Sycylię na przełomie lutego i marca. Tuz przed naszym przylotem, odnotowano tam aż 25 stopni. Niestety akurat nadciągnął front chyba na większą część Europy. U nas spadł śnieg, na Sycylii temperatury spadły do kilkunastu stopni. Prognozy straszyły, że będzie tak cały wyjazd, że będzie pochmurnie i deszczowo… I nie było! Tam chyba nie ma co ufać prognozom, bo one potrafią się zmienić w przeciągu kilku godzin o 180 stopni. Pierwszy dzień, owszem, coś pokropiło i niebo było usłane chmurami. W nocy jednak przyszła wielka burza, nad ranem jeszcze coś tam pokropiło i faktycznie było chłodniej, ale potem już wiosna wybujała, słońce wyszło i zrobiło się bardzo przyjemnie. Większość czasu chodziliśmy w krótkich rękawkach lub w bluzach.

Zdecydowaliśmy się kupić bilety tylko z bagażem podręcznym. Spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy i znowuż – uważam, że był to świetny wybór. Daje to bowiem ogromną swobodę podróżowania. Nic za sobą nie wleczemy, nic nie targamy, nic nas nie spowalnia. Można spokojnie wchodzić te 530 metrów pod górę!


Przy okazji muszę tu pochwalić moich dwóch całkiem nowych przyjaciół podróżnych! Zobaczcie na zdjęciu powyżej. Pierwszy to soft shell Femi Stories – i szalenie praktyczny i śliczny. Sprawdził się idealnie. Wieczorami i o poranku osłaniał od wiatru i tego pierwszego deszczu, a kiedy się robiło cieplej, po prostu wiązałam go w pasie. Drugi mój nowy przyjaciel to torbo-plecak Dzieńdobry. Jestem typem preferującym torby, kiedy się jednak dużo chodzi, to praktyczniejszy jest plecak. A tu mamy jedno i drugie! I jeszcze rozmiar dobry do samolotu, wszystko wchodzi i deszcz się tego nie ima. Cudo! I to nie jest wpis sponsorowany, żeby nie było.

Co do cen – to ile wydacie zależy oczywiście tylko od Was. Mogę jednak powiedzieć, że ceny są umiarkowane jak na wakacyjną destynację. Sporo zależy od lokalizacji. I choćby – za dwie kawy w samym centrum Taorminy, w kawiarni z ładnym widokiem, zapłaciliśmy 10 euro, a w małej, lokalnej knajpce, którą okupowali lokalsi w miasteczku Giardini Naxos, za dwie identyczne kawy, dwa wielkie rogale z kremem, ciastko pistacjowe i jeszcze 2-litrową wodę, daliśmy 9 euro. Pyszne makarony kosztują średnio 10-17 euro. Za noclegi płaciliśmy od 230 do 300 zł – rezerwowałam na Booking.com.

Program na 3 dni

Tak więc wymyśliłam to w skrócie tak: dzień pierwszy – Taormina, nocleg w Castelmola, dzień drugi – Syrakuzy, dzień trzeci – Katania.

NOCLEGI

  1. Castelmola – małe B&B w uroczej, zawieszonej wysoko na skałach miejscowości – przytulny pokoik z zapierającym dech w piersiach widokiem na morze, dachy Taorminy, góry i Etnę (nam się akurat chowała za chmurami), pyszne śniadanie z tym samym widokiem w restauracji właścicieli – LINK
  2. Syrakuzy – B&B w samym centrum zabytkowej wysepki Ortigia, wszędzie blisko, pokoje śliczne, my mieliśmy tarasik na wewnętrzny dziedziniec, ciekawostką był osobny prysznic i osobna reszta część łazienki, śniadanie w formie vouchera do położonej na dole knajpki, a tam pyszny croissant z szynką i rukolą, świeżo wyciskany sok z pomarańczy i kawa – jedzone na placyku – super – LINK
  3. Katania – nastrojowy pokój z łazienką i widokiem na Etnę – był częścią pięknie odnowionego mieszkania w starej kamienicy, bardzo klimatyczne miejsce, ale uwaga – tylko ten jeden pokój ma prywatną łazienkę. Tu nie mieliśmy śniadania – jechaliśmy rano na samolot, ale jest możliwość zrobienia sobie kawy i herbaty – LINK

A tak wyglądało to dokładniej!

Lądujemy o 9 rano w Katanii. Udajemy się na lotniskowy dworzec Catania Fontannarosa (trzeba podjechać autobusem za 1 euro, autobusy stoję po lewej stronie od wyjścia z terminala – pytajcie u kierowców, które dokładnie tam jadą, my zapytaliśmy pierwszego i już jechał). O 10:04 mieliśmy pociąg do Taorminy-Giardini. Giardini Naxos to miejscowość wypoczynkowa położona nad morzem tuż jakby pod Taorminą. Sama Taormina leży na klifie – na skałach powyżej. Najpierw poszliśmy sobie na spacer nacieszyć się morzem i wypić kawę. Pogoda była sztormowa, ale było po prostu – pięknie!


Do Taorminy można podjechać autobusem spod dworca za, zdaje się, 2 euro. My jednak zdecydowaliśmy się wyjść na górę na piechotę. I to nie tylko do Taorminy, a jeszcze wyżej – do naszego miejsca noclegu, do Castelmola. Nie jest to opcja dla wszystkich, bo trzeba pokonać pod górę, dosyć stromo, 530 metrów. Ale warto! O jej, jakże warto! Do Taorminy prowadzi ścieżka, znajdziecie ją w googlach. Już tam jest pięknie. Potem przerwa na samą Taorminę, na pobłądzenie w uliczkach, na dobry obiad i dalej pod górę. I tam to dopiero jest bajka! Ta ścieżka nazywa się drogą Saracenów – Via dei Saraceni. Wyczytałam o niej na TYM blogu i od razu wiedziałam, że to właśnie tam trzeba pójść. Na tym podlinkowanym blogu dowiedziałam się też o miejscowości Castelmola i też od razu wiedziałam, że tam chcę spędzić noc. Jest to bowiem iście magiczna mieścina. Maleńka, zawieszona na skałach, z widokiem na morze, góry (na Etnę też, ale była za chmurami) i na dachy Taorminy. Ma niezwykły bajkowy klimat. Zwłaszcza teraz, po sezonie, kiedy jest mało turystów, trochę miejscowych, kiedy wieczorem pijesz piwko i zajadasz tosty w ostatniej czynnej knajpce na głównym placyku i wyglądasz przez okno na zapierający dech w piersiach widok. Nocą widać nawet światła Kalabrii! Takie to nierzeczywiste. A potem widzisz ten sam widok z balkonu swojego pokoju i z nim się również budzisz. I nie możesz się nadziwić, jakie to wszystko piękne i nierealne. I to śniadanie przygotowywane tylko dla nas, bo byliśmy tu jedynymi gośćmi. Sok wyciśnięty z czerwonych pomarańczy, omlet, tiramisu, pyszna kawa. Znowu z tym widokiem. Byłam zachwycona!


Po nocnej burzy, z rana trochę pokropiło, ale kiedy schodziliśmy ta samą ścieżką, wyszło słońce i sprawiło, że było jeszcze piękniej. Stoki pokrywały opuncje i wiosenne kwiaty, drzewa migdałowe były także pełne kwiecia, po wzgórzach wędrowały cienie, słychać było odległe stado owiec. I ten lazur morza!

Oczywiście do Castelmola można także wyjechać autobusem z Taorminy, nie trzeba wchodzić. Sama, kiedy zobaczyłam gdzie to mamy wyjść, poszłam sprawdzić te autobusy… Ale na szczęście zmieniłam zdanie i poszłam. I pomimo późniejszych zakwasów w nogach po wchodzeniu i schodzeniu, byłam naprawdę przeszczęśliwa.


Sama Taormina także zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Troszkę się jej bałam, bo czytałam, że tam mocno komercyjnie i są tacy, co się zawiedli. Może w letnim upale, wśród tłumów turystów to gorzej wygląda. Teraz było uroczo, klimatycznie i spokojnie. I naprawdę pięknie. Najbardziej do serca przypadł mi park. Chyba nie dużo osób tu trafia, bo było prawie pusto. A to błąd! Bo wygląda on jak śródziemnomorski ogród jakiegoś pałacu. Są tu niezwykłe budowle, eksponaty wszelakie, jak w muzeum, jest plac zabaw dla dzieci i siłownia dla dorosłych. I jest alejka z widokiem na morze, przy której spędziłam cudowną godzinkę.


Z Taorminy zeszliśmy na dół, na pociąg do Syrakuz (rozkłady znajdziecie na stronie Trenitalia). I to już zupełnie inna bajka. I nieco prawdziwsze oblicze wyspy – zaczynają się śmieci! W Syrakuzach najpiękniejsza jest wysepka Ortigia ze starym miastem i to tam się zatrzymaliśmy. Ma swój niewątpliwy urok. Można błądzić po wąskich uliczkach z knajpkami i sklepikami i co chwilę lądować nad morzem. Można pójść na zachód słońca i napić się migdałowego winka. Można zajadać się pistacjami pod wszelkimi postaciami – w makaronie jako pesto, lodami pistacjowymi, canolli z pistacjami i ricottą, arancini tj. smażonymi kulkami ryżowymi z pistacjami i boczkiem (pycha!), pizzą z pistacjami. Tutaj, w Syrakuzach, ale w tej nowszej ich części, udało mi się też w końcu spróbować makaron cacio e pepe – z serem i pieprzem. Tak prosty, a tak pyszny! No i nie mogę nie napisać słowa o pomarańczach! Sprzedają je tu na straganach i są to najsłodsze pomarańcze świata!


Nazajutrz popołudniu pojechaliśmy znowuż pociągiem do Katanii. Czytałam, że jest pełna śmieci. I faktycznie tak jest. Nie wywołała jednak negatywnych odczuć. To miasto niewątpliwie ma coś w sobie. Te monumentalne budynki, kościoły i teatry – wszystkie one wyglądają jakby ktoś lub coś obdarł je z ich świetności i pozostawił w tych odcieniach brązu i szarości. Pomimo tego dumnie czuwają nad tętniącym życiem miastem. A na środku głównego placu stoi… słoń 🙂 Zjadłam tutaj przepyszny makaron alla norma – znowuż nic skomplikowanego, ot pomidory, bakłażan i ser… a jakie to dobre! A rano obudził nas widok na skrzącą się w blasku wschodzącego słońca Etnę! I już trzeba było udać się na lotnisko i wrócić do codzienności.

Sycylia ma różne oblicza. Nam udało się je jeno liznąć. Ale ten smak jest niezapomniany, tak intensywny i ciepły. No a poza tym, uwielbiam to uczucie, kiedy padasz po całym dniu, wysmagana wiatrem od morza, słońcem i emocjami, kiedy doświadczasz tak dużo w tak krótkim czasie, kiedy chłoniesz każdą sekundę, każdy widok, nawet ten, którego nie chcesz fotografować, każdy smak, zapach… Chyba wiecie, o co mi chodzi 🙂

Ku wiośnie

To jak kochani, przyjdzie w końcu czy nie? Bo coś się nam ta wiosna opiera…

My z małżonkiem uciekliśmy na chwilę, aby zaznać trochę tej wiosny właśnie, zieleni i słońca. O tym w kolejnym poście! Zanim jednak przejdziemy do naszej małej wyprawy mam dla Was garść wiosennych inspiracji, na które ostatnio natrafiłam w internecie.

A wiecie jak to jest – jak już zobaczę coś ładnego to i Wam muszę pokazać!



  1. Zestaw naklejek Appree “hortensja” – czy nie urocze? – Nadrukowane są na przezroczystym tworzywie. Bardzo dobrze kleją się do podłoża, podczas odklejania nie niszczą powierzchni. – Rzeczownik
  2. Kolczyki kwiatowe / Parfois
  3. Notatnik – Clairiere Journal ze studia Season Paper / Papaierniczeni
  4. Przeurocze porcelanowe podkładki pod szklanki / H&M Home
  5. Bardzo wiosenna dekoracja na ścianę – nie tylko do pokoju dziecka / Reserved
  6. Kosmetyczka „Flower Power” – jedna z nowości marki Moi Mili – wszystkie nowe kosmetyczki są piękne i wyglądają na bardzo praktyczne / Moi Mili
  7. Kwiatowe kółeczka na serwetki – są też warzywne! / H&M Home
  8. Kartka pop-up “psy Staffordshire” / Rzeczownik
  9. Żaba do zakochania 🙂 Podoba mi się cała nowa kolekcja szaliczków i apaszek jedwabnych Ora Studio – jest pięknie, z charakterem i bardzo klimatycznie / Ora Studio

Sesja nowej odsłony kosmetyków Biolaven


Czy zdążyliście już zauważyć, moi drodzy, że marka Biolaven zmieniła całkowicie swoje oblicze?

Całkiem niedawno przeszła rebranding a ja miałam tę przyjemność, aby dostarczyć troszkę fotografii nowych opakowań.

Musicie wiedzieć, że mam duży sentyment do Biolaven – to jedna z moich ulubionych marek z rodziny Sylveco. Mocno uderza w moje czułe struny, bo jej myślą przewodnią jest połączenie mocy lawendy z aromatami winogronowymi. A ja takie południowe klimaty bardzo lubię!

Wśród kosmetyków Biolaven znajdują się także dwa z moich największych kosmetycznych hitów. Jednym z nich jest maseczka całonocna! Jest jakby winogronowym koktajlem nakładanym na noc. Totalnie smakowitym! A cera rano taka milutka, jakby wróciła właśnie z podróży gdzieś na śródziemnomorskie wybrzeże. „Zawiera wyjątkowy ekstrakt z sycylijskich białych winogron, zawierający mieszaninę kwasów organicznych (AHA). W połączeniu z resweratrolem, kompleksem ceramidów, kwasem hialuronowym działa dwufunkcyjnie: rozjaśnia i rozświetla dzięki złuszczającym właściwościom kwasów oraz spłyca istniejące zmarszczki, silnie nawilża i znacznie uelastycznia skórę twarzy, szyi i dekoltu.”

Drugi mój hit to peeling enzymatyczny. Nie wiem czemu, ale naprawdę kojarz mi się z nakładanym na skórę ciasteczkiem! Czyli znowu jest po prostu smakowicie! A i skutecznie, bo zostawia buzie mięciutką! „Bezwodny preparat działa złuszczająco dzięki zawartości enzymów papainy i bromelainy, które aktywują się w momencie połączenia z wodą. Delikatna formuła, łatwa w aplikacji sprawia, że peeling może być stosowany nawet przy najbardziej wymagających i wrażliwych cerach.”


Wszystkie kosmetyki Biolaven znajdziecie w drogeriach i na Sylveco.pl


Ja oczywiście zapraszam do mojego portfolio >> LILICREATIVE i na graficzno-fotograficzny profil na Instagramie – Lili Creative

A tutaj zostawiam Was z fragmentem sesji!

Anty-zima

Jak bym nie próbowała, tak o tej porze roku nie potrafię wykrzesać w sobie ani odrobiny entuzjazmu dla zimy. Wyglądam więc wiosny i cieplejszych, jaśniejszych, lepszych dni. Potrzeba mi teraz tego bardzo. Słońca na twarzy, ciepłego wiatru we włosach, zapachu kwiatów – wszystkiego tego, co niesie ze sobą energię, optymizm i tę radosną lekkość.

Zaklinam więc rzeczywistość i podrzucam Wam kilka inspiracji anty-zimowych!

Ot, pozytywny misz masz!


  1. Farm Rio RAINBOW HEARTS CARDIGAN – chyba najbardziej optymistyczna marka ubrań / Zalando
  2. Fire & Glory EMMA EARRING – kolczyki bardzo malinowe / Zalando
  3. Clay Republic Dekoracja ścienna – Boobs – jakże oryginalna, a jak przy tym piękna / Pakamera
  4. Poducha oh!cott – dekoracyjna poduszka (pokrowiec) wykonana techniką punch needle / Pakamera
  5. Surdic Bawełniana dekoracja ścienna Surdic Flowers / Bonami
  6. Wooden Love – tradycyjny, ale współczesny pająk dekoracja do zawieszenia czy to w pokoju dziecka czy w salonie / Pakamera
  7. Planer tygodniowy – Dahlia– od Aleksandry Morawiak – jedne z najpiękniejszych planerów na rynku autorstwa mojej ulubionej kolażystki / Aleksandra Morawiak
  8. Kolekcja Bloom HouseW kwitnącym domu miło jest mieszkać! Wspaniale jest, nie tylko wiosną, budzić się i bawić wśród kwiatów. Kwiaty kochają łąki, ogrody, domy i przytulne mieszkania – Moi Mili
  9. Koszulka FLOW „Picnic with flowers” Naturalnie, luźno i wielobarwnie jak w latach sześćdziesiątych XX wieku. / Moi Mili
  10. Bawełniana poduszka „Picnic with flowers” – Niepowtarzalny klimat Ameryki z dawnych lat spod znaku vintage zainspirował nas do stworzenia szalenie kolorowej kolekcji./ Moi Mili
  11. Świetne drewniane dekoracje do zawieszenia na ścianie od na_ha_ku / Pakamera

Warsztaty w Lublinie i kwiatowe serniczki do kąpieli

Kiedy kilka dni temu zabrałam się za pisanie tego posta, dopadła mnie niemoc. Taka okrutna. Musiałam się położyć, niedługo potem ogarnęło mnie zimno ogromne i gorączka. Organizm stwierdził, że ma dość i musi przystopować. Ok, rozumiem. Stwierdziłam, że napiszę to sobie na spokojnie w weekend. Wtedy znowuż przyszła klęska zimowa, cywilizacja ugięła się pod naporem śniegu i na długo, długo odcięło nas od prądu.

Tak to bywa, ale nic straconego! Rozpoczynamy nowy tydzień z nowa energia pomimo tego, że powietrze za oknami jakby przytłaczało swą wilgotną ciężkością. Śnieg leży na ziemi, ale drugie tyle przesiąknęło przestrzeń, nie ma widoczności, trudno oddychać, świat stał się biały i ciasny.


Dobra, nie dajemy się!

Wracam więc, żeby opowiedzieć Wam co mniej więcej działo się tak intensywnego, że zdecydowanie trzeba było po tym odpocząć. Chodzi głównie o warsztaty! Bo jak mam ich sporo w krótkim czasie, to naprawdę potrafi to zmęczyć.

Na początek jednak coś, co ostatnio zrobiło mi dzień! Posłuchajcie i koniecznie obejrzyjcie teledysk!

Cały tydzień stanie się jakby lepszy!


Wracając do warsztatów… Zacytuję Wam tu kilka słów, które niedawno wrzucałam w social media:

Wydaje się, że jedne warsztaty to 2-3 godziny pracy – nic bardziej mylnego. Cały proces koncepcyjny, dopracowania oferty do potrzeb, ustalania szczegółów z klientem, fakturowania i czekania na płatności, organizacji noclegu i asysty to już sporo czasu. Potem siadam i cały program rozkładam na składniki, akcesoria itp. Następnie szukam w internetach tego, co muszę kupić. Mam oczywiście sprawdzone miejsca, ale ten proces zakupowy to jeden z bardziej czasochłonnych etapów. Zwłaszcza, że wiąże się zawsze z małym remanentem – sprawdzam co już mam, co muszę dokupić, a co zakupić w całości od początku.

Kolejnych kilka dni to odbieranie przesyłek, segregowanie i zakupy stacjonarne, a dzień przed warsztatami to prawie w całości pakowanie i organizowanie. I wtedy w domu panuje jeden wielki chaos!

I ruszamy w trasę! Raz bliższą, raz dalszą. Czasem zajmuje cały dzień, czasami tylko pół godziny. Jedziemy tam, gdzie trzeba. Ważne, aby dotrzeć na czas.

Wtedy się zaczyna – targanie tych wszystkich, tak pieczołowicie zapakowanych utensyliów, wypakowywanie ich, układanie na stole.

Same warsztaty to już doprawdy czysta przyjemność ☺️

Zwłaszcza, że po nich to trzeba jeszcze posprzątać, zapakować samochód i ruszyć w trasę powrotną.

Wtedy następuje totalne energetyczne wypompowanie, jest jednak przepełnione satysfakcją i taką jakby… dumą z dobrze wykonanej pracy ☺️


Więcej o moich warsztatach znajdziecie na stronie LiliGarden.pl – zapraszam!



Ostatnio miałam przyjemność spędzić cały weekend w Lublinie, gdzie poprowadziłam aż 4 warsztaty na Uniwersytecie Przyrodniczym w ramach projektu ”Żywność, żywienie i zdrowie – tradycja wsparta nauką”. Były to doprawdy wyjątkowe wydarzenia, bo pełne ciepła i uśmiechów. Uczestniczkami były panie z kół gospodyń wiejskich, co zawsze gwarantuje dobre nastroje. Każda z pań wykonała aż sześć swoich kosmetyków, wyobraźcie więc sobie ile musiałam dowieść najróżniejszych rzeczy na miejsce. Wszystko na szczęście poszło zgodnie z planem, panie wychodziły ogromnie zadowolone, odwiedziła nas także telewizja i można mnie było zobaczyć i Panoramie lubelskiej i w Teleekspresie.

Po powrocie do domu, miałam zaledwie jeden dzień na przepakowanie i ogarnięcie spraw bieżących, bo we wtorek bladym świtem ruszyłam w trasę na Jurę. Tym razem z moją straszą córcią, która bardzo lubi mi pomagać, a ja się cieszę, że się angażuje i naprawdę dużo uczy przy takich okazjach. A tym bardziej, że czekały nas warsztaty dla dzieci w jej wieku. Odbywały się urzędzie gminy, w świetlicy środowiskowej. Do teraz jestem pod jej wrażeniem – pięknie urządzona z masą atrakcji dla dzieciaków i ciekawym programem na ferie.

Dzieci czarowały i pracowały bardzo ładnie, odkrywały zupełnie nowy dla nich świat. Na koniec jedna z dziewczynek powiedziała, że spełniłam jej marzenia! Piękne to, prawda?

Wracając przez jurajskie lasy, przesycone wciąż zielonością, iglakami, mchem i krzewami borówek, kiedy to mocne słoneczne światło przebijało się przez gałęzie, miałam wrażenie, że przejeżdżamy przez jakąś mityczną krainę lata. Było cieplutko i jasno. I to był ostatni taki dzień.

Z kolejnym przyszło załamanie pogody i mojego zdrowia. A może po prostu coś złapałam w tych wojażach? Ważne, że już po wszystkim!



To powyżej to są małe dzieła jednej z uczestniczek warsztatów w Lublinie. Chciałabym tu jednak zwrócić Waszą uwagę na to małe pudełeczko, bo to w takich lądowały serniczki-babeczki do kąpieli mojego pomysłu. Pojawiały się tu na blogu już kilkukrotnie, ale jeszcze nie w tak cudownej kwiatowej oprawie!

Zobaczcie bowiem tutaj, jakie cuda wyczarowała inna uczestniczka:


Zostawię Wam tu więc ponownie przepis na te urocze cudeńka do kąpieli wypełnione pielęgnującym mlekiem, odżywczymi masełkami i pięknym zapachem!

Kolorowe serniczki-babeczki do kąpieli

Składniki:

  • 6 łyżek mleka w proszku
  • 2-3 łyżki roztopionego masła shea rafinowanego
  • 2-3 łyżki roztopionego masła kakaowego
  • opcjonalnie ok. 2 łyżki ulubionego oleju
  • 20 kropelek olejku zapachowego
  • zioła, kwiaty, posypki cukrowe – serniczki nz zdjęciu zostały udekorowane płatkami róż, kocanką, ślazem i lawendą

W kąpieli wodnej roztapiamy masła. Do miseczki przesypujemy mleko w proszku, dolewamy masła i olejek zapachowy. Mieszamy intensywnie, aż do powstania jednolitej masy, bez grudek. Jeśli będzie za sucha, można dodać odrobinę ulubionego oleju. Masę przelewamy po równo do papilotek, dekorujemy ziołami i posypkami i odstawiamy do stwardnienia. Serniczek wrzucamy do kąpieli, pod wpływem ciepła wody roztopi się i uwolni piękny zapach.

Facebook