KategorieNaturalna pielęgnacja

Nowe w portfolio: o!figa

Najwyższa pora pokazać Wam coś niecoś z tego, nad czym ostatnimi czasy pracowałam. Zaczynamy od szalonej i kolorowej identyfikacji dla małej, ale jakże prężnie się rozwijającej i szturmem podbijającej serca marki – o!figa!

Znacie już o!figę, prawda? Sama pokazywałam Wam już serum Dzika Figa (TUTAJ), od jakiegoś też czasu zamierzam stworzyć specjalny wpis o esencji Taka Tonka. I tak planuję i planuję, że w między czasie oto i nowa odsłona marki nam nastała. I sesję trzeba będzie powtórzyć…

Cóż, powtórzę, bo kosmetyk to zaiste wart tego.

Ale o tym kiedy indziej…

Zdecydowałyśmy się z Patrycją, twórczynią marki, na pełne szaleństwo! I cieszy mnie to bardzo, bo miałam sama sporo zabawy tworząc te wszystkie kolorowe wzory i kształty. Efekty mieliście okazje zobaczyć całkiem niedawno, na premierowym wystąpieniu marki na targach Ekocuda w Warszawie. W między czasie Patrycja pracowała także nad nową odsłoną sklepu online. Zmiany więc są bardzo duże i mam nadzieję, że przypadną Wam do gustu.

Mam nadzieję, że zawsze, jak tylko sięgnięcie po którąś z tych małych buteleczek, na twarzy pojawi się uśmiech!

A sięgajcie często, bo wszystkie 4 produkty warte są grzechu!

Więcej znajdziecie na stronie o!figa!

Zajrzyjcie też do mojego portfolio:

>>> MOJE PORFTOLIO – LILI CREATIVE <<<

 

Sztyft z kurkumą na niedoskonałości

Gdzieś kiedyś natknęłam się na krótki materiał filmowy, o tym, jak to gwiazdy hollywoodu zachwycają się sztyftami z kurkumą. Wtedy to postanowiłam, że zrobię sobie sama własną wersję tego cuda. I wiecie co? Wyszło wspaniale! I naprawdę działa!

Co to ten sztyft? To prosty w wykonaniu kosmetyk w formie pomadki, który stosujemy w walce z niedoskonałościami. Tymi, które, jak czujemy, zaraz nam wyskoczą i tymi, z którymi już się borykamy. Jego najważniejszym składnikiem jest właśnie kurkuma o bardzo silnych właściwościach przeciwzapalnych, antybakteryjnych, rozjaśniających i kojących. Kurkuma przyspiesza gojenie się ran i działa przy tym przeciwbólowo. To taka nasza broń na problemy skórne, która jest przy okazji tania i łatwo dostępna. Jej minusem jest fakt, że zabarwia skórę na żółto i wcale nie tak łatwo to zmyć, mimo jednak wszystko – warto się troszkę pomęczyć.

 

Sztyft opatrzyłam także w inne składniki, które świetnie sprawdzają się w walce z niedoskonałościami. Mamy więc sporo oleju z krokosza barwierskiego, który bardzo polecany jest do pielęgnacji skóry trądzikowej. Mamy też silny antyseptyk w postaci olejku z tymianku i mamy przyspieszający gojenie ran, osuszający je wręcz – tlenek cynku. Mamy w końcu regenerującą dawkę wosku pszczelego, który to pozwala zachować naszemu sztyftowi formę sztyftu.

Takie połączenie składników sprawia, że problematyczne miejsca nie tylko będą odkażone i wysuszone, ale przy okazji goją się i regenerują, aby w końcu łagodnie zniknąć.

Jak stosujemy taki sztyft? Najlepiej wieczorem, na oczyszczoną, wilgotną jeszcze skórę. Sztyftem delikatnie maziamy po newralgicznych miejscach, aż pokryje je leciutka warstwa kosmetyku i staną się żółte. Pozostawiamy, jak maseczkę, na około 20 minut, a następnie zmywamy – najlepiej płynem micelarnym na waciku.  Zabieg powtarzamy tak często, jak mamy potrzebę.

Jest to bardzo wydajny kosmetyk, starczy Wam na baaardzo długo. Spokojnie też może długo postać, jeśli tylko zachowacie podstawowe zasady higieny przy jego tworzeniu i przechowywaniu.

Do dzieła!

 

Sztyft z kurkumą na niedoskonałości

Składniki / na 2 sztyfty:

  • 2 łyżeczki wosku pszczelego – bielonego lub żółtego
  • 5 łyżeczek oleju z krokosza barwierskiego (np. ze Zrób Sobie Krem)
  • 1 łyżeczka kurkumy (mielonej, takiej z torebek z marketu)
  • 1/2 łyżeczki tlenku cynku (mój z Zielony Klub)
  • 4 kropelki olejku tymiankowego

Przygotowujemy dwa opakowania na pomadki (ze sklepów z półproduktami kosmetycznymi). W zlewce szklanej z dzióbkiem (z takiej będzie najwygodniej przelewać do pojemniczków, ale może to być i zwykła ceramiczna miseczka) w kąpieli wodnej roztapiamy wosk. Dopiero kiedy będzie już rozpuszczony, zmniejszamy ogień do minimum i dolewamy olej z krokosza, który nie lubi wysokich temperatur. Mieszamy szybko, aż całość się połączy i powstanie nam olejek i ściągamy zlewkę z kąpieli wodnej. Dosypujemy po kolei kurkumę i tlenek cynku, intensywnie mieszając za każdym razem, aż do uzyskania jednolitej konsystencji. Na końcu dolewamy olejek tymiankowy, ponownie mieszamy. Całość powinna już delikatnie chcieć zastygać, przelewamy więc mieszaninę do pojemniczków i odkładamy je w chłodne miejsce na ok. godzinę, do pełnego stwardnienia.

 

 

W roli głównej: Intensywny krem na noc La Fare 1789

Poszukujecie czegoś naprawdę dobrego na cały zimny okres? Czegoś, co ochroni i wzmocni Waszą skórę zimą?

Mam coś dla Was!

Dzisiaj w roli głównej wystąpi Intensywny krem na noc znanej nam już marki La Fare 1789!

 

Całkiem niedawno pisałam Wam o Mgiełce intensywnie rozświetlającej La Fare 1789 – dokładnie w TYM poście. Zajrzyjcie tam koniecznie, zawarłam tam bowiem wstęp na temat marki. Dodam tylko, że wciąż bardzo podoba mi się ta całkowicie francuska identyfikacja wizualna. Ile się tu dzieje! Zobaczcie chociażby na powyższe zdjęcie z opakowaniem samego kremu. Chaos i totalne przeciwieństwo minimalizmu. A jednak… w całym tym chaosie tkwi metoda. Przekornie wręcz mogę stwierdzić, że chaos jest uporządkowany, że ma swoje uzasadnienie, że to on wytwarza tę szczególną francuską atmosferę. Pasuje idealnie do charakteru marki i jej tradycji.

Sam koncept tak oryginalnego opakowania dla kremu bardzo przypadł mi do gustu. Kartonik – spięty na górze, z wyciętym otworem na wieczko kremu, różni się całkowicie od znanych nam opakowań i wyróżnia markę. Jestem pewna, że to właśnie na nią pierwszą zwróciłabym uwagę w drogerii. Prowansalski klimat i od razu rzucające się w oczy certyfikaty ekologiczne zachęcają do pochwycenia produktu i przejrzenia mu się z bliska.

Sam słoiczek także po prostu – uroczy. Niby wszystko standardowe – mamy szkło, aluminiową nakrętkę, w sumie prostą naklejkę na wieczku zamiast standardowej bocznej etykiety. Ale jakże to wszystko przy tym inne! I znowuż, tak samo jak w przypadku mgiełki, muszę napisać, że kosmetyki marki najzwyczajniej w świecie ozdabiają łazienkę! Jeśli więc do czegoś tutaj miałabym się przyczepić to do pojemności kremu – te 30 ml zawsze za szybko się kończą…

A sam krem…

 

Po pierwsze – przepięknie pachnie! Bardzo delikatnie, ale wyczuwalnie. Nienachalnie, ale dzięki niemu nakładanie kremu staje się przyjemne. Skład wskazuje nam, że oprócz tajemnej substancji zapachowej mamy tu też naturalne olejki z cedru, cytryny i palmarosa, które sama bardzo lubię także, za ich działanie na skórę.

Do samej nazwy „intensywny” dodałabym jeszcze określenie „ochronny”. Mamy tu bowiem krem z rodzaju tych nieco cięższych, ale zarazem nie za ciężki. Krem, który osobiście bardzo polecam, jak już wspominałam, na te chłodniejsze okresy, kiedy to skóra narażona jest przesuszenie, podrażnienie, kiedy jest poszarzała i brakuje jej energii. Mamy więc krem, który zadba o odpowiednie jej nawilżenie nocą, a jednocześnie ją zregeneruje i ukoi. Zabezpieczy ją przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi i stworzy barierę dla zanieczyszczeń zawieszonych w powietrzu.

 

 

Krem jest więc dosyć tłusty, ale nie jest to typowy, gęsty, masłowy tłuścioch. Przy całej swej tłustości wchłania się całkiem szybko i pozostawia skórę od razu i widocznie miękką i przyjemną w dotyku. Producent zapewnia, że zawarto w nim 99,3 %  składników pochodzenia naturalnego i 32,6 % z upraw organicznych. Faktycznie – skład jest bogaty w naturalne oleje i ekstrakty roślinne. Muszę jednak zaznaczyć osobom, zwracającym na to uwagę, że są i składniki uważane za komedogenne, których przeznaczeniem jest pozostawienie ochronnego filmu na skórze i zabezpieczenie jej w ten sposób, odpowiednie nawilżenie czy zapewnienie konsystencji. Niemniej jednak w moim przypadku krem nie wywołał żadnych niechcianych sytuacji, a wręcz przeciwnie – sprawia, że buzia rano jest promienna i wypoczęta.

W kremie znajdziemy tak lubiany przeze mnie olejek jojoba, ale jest też makadamia, oliwa z oliwek, olej ze słodkich migdałów i sezamowy. Zacytuję tu opis kosmetyku: ” Krem zawiera ponadto szereg innych starannie dobranych składników pochodzenia organicznego takich jak: hibiskus, szarotka alpejska, aloes, zielona herbata czy liść oliwny, które odżywiają skórę nocą i wspierają proces odbudowy komórek, zapewniając głębokie nawilżenie i regenerację. Krem działa na skórę jak koktajl witaminowy (naturalna mezoterapia) i stosowany codziennie zapewnia widoczne rezultaty takie jak poprawa ogólnego wyglądu estetycznego skóry, wzrost nawilżenia czy też wzmocnienie bariery ochronnej.”

Polecam ten nocny krem – jako kojący plaster, jako zimową ochronę, jako intensywną regenerację podrażnionej skóry. Polecam właścicielom cery suchej, normalnej, dojrzałej lub z pierwszymi oznakami starzenia. Polecam jako kosmetyk ochronny i przeciwstarzeniowy. Jako wzmocnienie skóry i sposób na jej dobre nawilżenie.

Po więcej szczegółów zajrzyjcie na Facebooka La Fare 1789 – TUTAJ.

Kosmetyki marki dostępne są od niedawna w aptekach ZIKO oraz w drogeriach internetowych (choćby Skarbiec Natury).

 

 

 

 

Austriacka przygoda z CULUMNATURA

Czy wiecie, że są takie kosmetyki, które przed opuszczeniem magazynu, słuchają nocami śpiewu ptaków?

Czy wiecie, że istnieje taki pensjonat, w którym nie ma wi-fi (tak, trudno sobie to wyobrazić, wiem…:), aby zminimalizować otaczający nas elektrosmog i po prostu – dobrze się wyspać?

Czy wiecie, że istnieją tacy fryzjerzy, którzy czeszą od dołu do góry?

Ale od początku!

 

 

Zaproszono mnie do Austrii, abym mogła poznać markę CULUMNATURA. Zdecydowałam się na wyjazd z ambitnym planem zwiedzenia przy okazji… no… przynajmniej liźnięcia – Wiednia. Jakaż była moja radość, kiedy zgadałyśmy się z Olą – Arsenic, że i ona wybiera się tam z narzeczonym! Pojechaliśmy więc razem! Ahoj, przygodo!

Pierwszą atrakcją okazał się sam pociąg na trasie Kraków – Wiedeń. Zdecydowaliśmy się bowiem pojechać w przedziałach z kuszetkami. Uznałam, że to już najwyższa pora, aby choć razu w życiu  przejechać się polskimi kuszetkami, a że realia PKP są nam wszystkim dobrze znane – zabrałam maleńki śpiworek. Ale nic z tych rzeczy! Okazało się, że pociąg do Wiednia jest jednak cywilizowany i bardzo go Wam polecam – jest i pościel, świeża, jest jedzonko, kawa, herbata, takie rzeczy. Mniejsza z tym, że jedzie się niczym ta sardynka w puszce…

W końcu jednak dojechaliśmy i od razu wybraliśmy się na penetrowanie miasta (z drobnym postojem na pozostawienie bagaży). I wiecie co? Przeszliśmy na piechotę ponad 17 km! Krążąc tymi uroczymi, niezwykłymi uliczkami, placami i ogrodami! Nie mogliśmy oprzeć się wrażeniu, że wszystko tu takie… krakowskie. Choć oczywiście znacznie większe i stanowczo bardziej zadbane. Poddaliśmy się urokowi miasta, daliśmy się ponieść tłumom. I było to naprawdę dobre. Na spokojnie, ale z otwartym umysłem. Bez spiny, ale chcąc zobaczyć ile się da. Popijając kawę przy okazji, zajadając torcik Sachera i prażone kasztany  i wylegując się na ławkach w jakimś uroczym zakątku. Kupiliśmy pamiątki dla bliskich (w tym tęczową, pastelową, puchata lamę dla Róży… uwielbia ją teraz!) i ruszyliśmy na miejsce wcześniej zarządzonej zbiórki.

Wrzucam Wam tu kilka wiedeńskich migawek i niebawem ruszamy do pewnego niezwykłego miasteczka!

 

 

Tym niezwykłym miasteczkiem, położonym około godzinę drogi od Wiednia, jest Ernstbrunn. To właśnie tu, pośród pól i czystej natury, niedaleko parku, w którym hoduje się wilki, znajduje się siedziba CULUMNATURA. I nie tylko sama siedziba, bo także przynależący do niej pensjonat – Ökologisches GÄSTEHAUS LUGER, który zrobił na nas niemałe wrażenie. Okazało się, że jest to miejsce, w którym ogromną wagę przywiązuje się do ekologii. Jak już wspomniałam powyżej – zadbano o to, aby zminimalizować elektrosmog, lnianą pościel pierze się jedynie w orzechach piorących i nawet ściany, pozbawione kątów prostych, wykonano z ekologicznego tworzywa. Każdy pokój jest inny, każdy ma inne znaczenie. Zachwyceni byliśmy kamienną i drewnianą umywalką w kamiennym i drewnianym pokoju. Ścianą zrobioną ze szklanych butelek i wyjątkową łazienką, do której schodzi się jakby do piwniczki, wprost pod ziemię! Zachwyciły nas ręczniki z frotte lnu i bardzo kolorowa, aromatyczna roślinna kuchnia, która codziennie zaskakiwała czymś oryginalnym.

Zobaczcie choćby, jakie ładne były tam śniadania!

 

 

Przy pensjonacie, czyli także przy siedzibie CULUMNATURA, znajduje się niewielki, ale piękny ogród, wypełniony roślinami, które wykorzystywane są w kosmetykach marki. Tylko symbolicznie, ale muszę przyznać, że jest to świetny sposób ich prezentacji. Przy okazji powstało miejsce ukojenia i chwili oddechu – i dla gości i dla pracowników. W ogrodzie znajduje się także ścieżka Kneippa, czyli niedługi szlak wyłożony przeróżną nawierzchnią, po którym powinno się chadzać na bosaka i pobudzać siły witalne organizmu. Niestety, jako że był to wyjątkowo chłodny weekend, odważyliśmy się tylko przejść po trawie, choć ponoć specjalna niecka z wodą kusiła kilku panów…

Powyżej – Astrid Luger – współwłaścicielka CULUMNATURA – żona założyciela Williego Lugera, którego niestety nie udało nam się poznać.

 

Był to bardzo intensywny weekend, w trakcie którego ja i inni zaproszeni blogerzy, mogliśmy poznać funkcjonowanie austriackiej manufaktury kosmetycznej. Muszę przyznać, że ujęła mnie organizacja firmy i filozofia, która przyświeca jej działalności. I nawet te odgłosy ptaków, które puszczane są kosmetykom w magazynie, idealnie tu pasują i autentycznie – wychodzi się z takiego magazynu z przeświadczeniem, że wszystko tam tchnie dobrą energią (dźwięki oraz działania energetyczki mają właśnie energetyzować produkty). Marce bardzo zależy na tym, aby być firmą społecznie odpowiedzialną i możliwie ekologiczną, Od ponad dwudziestu lat funkcjonuje na rynku austriackim, niemieckim, szwajcarskim etc., dbając przy tym o lokalną społeczność, organizując wiele inicjatyw i przedsięwzięć aktywizujących.

Nasze polskie przewodniczki, dwie szalenie miłe Anie, opowiadały z zaangażowaniem o dążeniu do maksymalnej ekologiczności m.in. poprzez odpowiednią gospodarkę odpadami. Dowiedzieliśmy się, że długie poszukiwania najlepszych opakowań zaowocowały wyborem tych właśnie, które widzicie na zdjęciach. Że składniki kosmetyków są staranie selekcjonowane i pozyskiwane z całego świata. Że jakość ma tu ogromne znaczenie. Że „mniej znaczy więcej”. Jedyną wątpliwość budził alkohol w składach – marka tłumaczy jego obecność faktem, że jest to jedyny stosowany konserwant, że jest to bio alkohol, a jego negatywne działanie neutralizowane jest przez inne składniki.

 

 

Niestety kosmetyki CULUMNATURA nie są łatwo dostępne. Sprzedawane są jedynie przez wyszkolonych fryzjerów i kosmetyczki naturalne we współpracujących salonach. Ma to swoje wady i zalety. Wadą jest fakt, że takich salonów w Polsce jest jeszcze bardzo mało (sprawdzicie je TUTAJ). Za niepodważalną zaletę uważam to, że kosmetyki dobierze nam osoba, która coś o nich faktycznie wie. Która będzie umiała doradzić, wytłumaczyć, a przy okazji od razu je zastosuje.

CULUMNATURA szczyci się swoimi naturalnymi farbami do włosów, które to właśnie stosowane są przez współpracujących fryzjerów. Niejako osobną gałęzią, którą jednak doskonale można w salonach połączyć z fryzjerstwem, jest linia pielęgnacyjna. Aby móc oferować zarówno farbowanie produktami marki, jak i zabiegi pielęgnacyjne, a także sprzedaż detaliczną produktów, należy ukończyć specjalne szkolenia, organizowane przez CULUMNATURA. Przyznam, że ciekawa jestem bardzo, jak rozwinie się obecność marki w Polsce. Wszyscy bowiem mieliśmy duże wątpliwości co do prostego przyjęcia podobnego systemu sprzedaży w naszym kraju. Cóż, będę śledzić z zaciekawieniem, trzymając przy tym wciąż kciuki.

 

 

Pod koniec spotkania nadeszła pora na najprzyjemniejszą jego część – testowaliśmy zabiegi z pobliskim salonie CULUMNATURA. Niezwykle przyjemnym doznaniem okazał się masaż twarzy markowymi szczoteczkami, po którym nakładaliśmy sobie wzajemnie maski i balsamy. To, co mi spodobało się najbardziej, to czesanie szczotką CULUMNATURA (świetna sprawa – te szczotki mają piękną drewnianą rączkę i mocne włosie dzika) przez fryzjerkę – szkoleniowca marki. I to jakie czesanie – do dołu do góry! Miało pobudzić skórę głowy i rozprowadzić naturalny tłuszcz z włosów na całej ich długości, a przez to zadziałać niczym naturalna odżywka. Potem nastąpiło specjalne mycie włosów, które również okazało się dla mnie nowością. Było to mycie, które rozpoczęło się po prostu w fotelu fryzjerskim, rozprowadzeniem specjalną butelką rozcieńczonego szamponu CULUMNATURA po moich włosach, blisko skóry. Dopiero po chwili przeszłam do standardowego mycia. Całość bardzo ciekawa i inspirująca.

Jaka będzie przyszłość CULUMNATURA w Polsce?

Oj, jestem bardzo ciekawa i, jak już wspominałam, trzymam mocno kciuki. Jeśli więc kiedyś będziecie mijać salon fryzjerski lub kosmetyczny oznaczony logo marki – zajrzyjcie koniecznie. Z ciekawości, z sympatii. Podotykajcie produktów, powąchajcie, popytajcie fryzjerów i kosmetyczki. Wypróbujcie zabiegi i farbowanie.

Zajrzyjcie też na stronę CULUMNATURA!

 

A to my wszyscy, gotowi i zwarci do drogi, do powrotu do domów!

Książka: Modern Cosmetics, Ingredients of natural origin

Jakiś czas temu dostałam mail ze Słowenii… Już sam ten fakt zaciekawił mnie i zaintrygował. Wgłębiłam się zatem w treść i okazało się, że była to propozycja zapoznania się z książką. Ale jak to, jak to? Książką ze Słowenii?

Okazało się, że chodzi o nie lada pozycję, która po prostu całkiem niedawno zyskała swoje angielskie tłumaczenie. Chodzi o Modern Cosmetics, Ingredients of natural origin, a scientific view, pod opieką edytorską Dr. Niny Kočevar Glavač i Dr. Damjana Janeš.

Z chęcią skorzystałam z propozycji i niniejszym dzisiaj i Wam bardzo polecam to dzieło, sporych zaiste rozmiarów.

Ale od początku!

 

 

Książka stanowi rodzaj encyklopedycznego zbioru składników o naturalnym pochodzeniu, które wykorzystuje się współcześnie w produkcji kosmetyków. Jest to dzieło bardzo szerokie, jeśli można to tak określić. Wyczerpujące i dotykające różnych aspektów i problemów obejmujących współczesną kosmetologię. Jest to kompilacja tradycyjnego i nowoczesnego podejścia do pielęgnacji, opatrzona w przejrzyste opisy, tabele, dobrze wyróżnioną i podzieloną treść oraz duże, ładne ilustracje. To tak w skrócie!

 

ZEWNĘTRZNIE

Cała książka, zarówno zewnętrznie jak i w środku, bardzo dobrze wpisuje się w estetykę i przekaz małego słoweńskiego stowarzyszenia kosmetycznego – Modern CosmEthics, którego celem jest promocja produktów naturalnych i etycznych w zakresie kosmetologii. Wizję stowarzyszenia określa bardzo ciekawy kontrast słowny – back-to-the-natural future. Celem stowarzyszenia jest rozpowszechnianie wiedzy i wartości tzw. cosmEthically active cosmetics, które odpowiadają na naturalne potrzeby skóry, a także bazują na ekologicznych składnikach, przy jednoczesnym udziale współczesnej wiedzy i podejścia kosmetologicznego. Przyznam, że bardzo chętnie zapoznałabym się dokładniej z działalnością stowarzyszenia i poznała jego twórców. Szkoda, że dzieli nas tak duży dystans. Cieszę się zatem, że tak ciekawa część działalności tej organizacji trafiła w moje ręce.

Zarówno strona internetowa stowarzyszenia, jak i opracowanie graficzne książki bardzo dobrze ze sobą korelują. Ich przekaz jest czysty, jasny, dopasowany do współczesnych trendów i odpowiadający treści. Muszę zwrócić uwagę na bardzo przemyślaną i dopracowaną wizualnie zawartość. W tak wielkim gąszczu informacji nie trudno o stworzenie wrażenia chaosu. Tutaj jednak zupełnie się tego nie odczuwa. Każdy ze składników, każda z opisywanych substancji jest przedstawiona konkretnie i czytelnie. Duże, ładne fotografie, jasne podziały, tabele, rożne wielkości i nasycenia czcionek odciążają nieco treść, sprawiając wrażenie lekkości – zarówno graficznej, jak i po prostu – dla naszego mózgu. O wiele łatwiej przyjmuje się wiedzę odpowiednio posegregowaną i rozmieszczoną na papierze. Dodam też, że dzięki ilustracjom, książkę przegląda się przyjemnie i z radością. No… chyba, że to jednak takie moje zawodowe wariactwo… bo ja zwyczajnie lubię sobie takie książki czytać!

 

 

TREŚĆ

Jak już wspomniałam, jest to bardzo obszerna, wyczerpująca i dobrze przemyślana pozycja, obejmująca 482 strony, 26 rozdziałów i ponad 500 samych składników kosmetycznych. Bardzo spodobał mi się spory wstęp dotyczący kosmetyki naturalnej ogólnie, regulacji prawnych, rozróżnienia na naturalne i organiczne kosmetyki, czy chociażby symboli i certyfikatów obecnych w świecie ekokosmetyków. Nie brakuje tutaj także rozważań na temat bezpieczeństwa, czy też zasadności stosowania i używania niektórych ze składników – wspomniano na przykład kontrowersje wokół stosowania tlenku cynku i dwutlenku tytanu w produktach przeciwsłonecznych.

Następnie przechodzimy do rozdziału dotyczącego skóry – jej funkcjonowania i budowy. Rozlegle opisano poszczególny typy skóry, co pozwala lepiej zrozumieć jej potrzeby i pielęgnację. Nie mogło też zabraknąć specjalnego rozdziału o typach samych kosmetyków i sposobach „transportu” substancji czynnych wgłąb skóry. Przyznaję, że sporo tu wiedzy, tej bardziej chemicznej, nieco trudniejszej, ale wciąż – mocno ciekawej.

 

 

W końcu jednak przechodzimy do tej encyklopedycznej części, którą otwiera to, z czym naturalna kosmetyka kojarzy się najczęściej – masła i oleje roślinne. A dokładniej – całe bogactwo maseł i olejów! To najdłuższy rodział w książce i cóż – trudno się dziwić. Jest to rodzaj praktycznego poradnika dla każdego. Nie wiesz, po jaki sięgnąć olej? Nie wiesz, czym charakteryzuje się ten, który już kupiłaś? Zaglądasz do książki! Każdy z wyszczególnionych tutaj roślinnych tłuszczów ma konkretnie przygotowany opis, na który składa się nazwa łacińska, rodzina, część, z której się go pozyskuje, nazwa z INCI, opis, skład i charakterystyka, porcja ciekawostek oraz polecenie do codziennej pielęgnacji. W moim odczuciu jest to bardzo, bardzo praktyczne i czytelne.

Potem następują kolejne rozdziały, kolejne składniki. Oj, sporo rozdziałów i sporo składników. Spójrzcie na powyższe zdjęcie – myślę, że będzie to najlepszy wgląd w treść książki. Jest tu ogrom wiedzy, bo każdy z rozdziałów poprzedzony jest wstępem, który ma wyjaśniać poszczególne zagadnienia i który bardzo ułatwia poznawanie nowych substancji. Część ze składników znałam, o części słyszałam, inne z kolei były dla mnie całkowitą nowością. O części doczytywałam z dużym zaciekawieniem. Część, przyznaję, jedynie omiotłam wzrokiem – nie jest to bowiem wiedza, którą można przyswoić szybko i łatwo. Jest to jednak ogromne ułatwienie w penetrowaniu gąszczu kosmetycznych składników, o których nie mamy wiedzy, a które chcielibyśmy poznać lub choćby dowiedzieć się, czy nie są dla nas szkodliwe. Albo odwrotnie – jeśli poszukujemy składników, które miałyby nam pomóc zwalczyć konkretne przypadłości dermatologiczne.

Podoba mi się to, że o części z opisywanych składników, które mają pochodzenie naturalne, pisze się tu po prostu, że nie są używane we współczesnej naturalnej kosmetyce, choć przyznam, że byłabym bardziej usatysfakcjonowana, gdyby dobrze wyjaśniono – dlaczego. Jak już wspominałam, nie pomija się także kontrowersyjnych składników, pisząc wprost o tychże kontrowersjach.

Jeśli miałabym mieć zastrzeżenia, to do faktu, że dane składniki figurują pod ich konkretnym jednym zastosowaniem, podczas gdy w rzeczywistości mają bardzo rozlegle oddziaływanie na skórę. Niemniej jednak zapewne ciężko byłoby inaczej całość uszeregować i przekazać w sposób możliwie przejrzysty. Składniki jednak, przyznaję, mają każdorazowo opisane swoje inne działanie od tego głównego, zgodnego z tytułem rozdziału.

Ach, brakuje mi także całego bogactwa substancji zapachowych, całej magii olejków eterycznych, mocy aromaterapii. Domyślam się jednak, że tak rozległa dziedzina znajdzie się w kolejnym tomie autorstwa stowarzyszenia.

Dodam jeszcze, że każdy z rozdziałów zakończony jest szeroką bibliografią, co może być bardzo przydatne dla osób, które są w trakcie pisania prac dyplomowych lub po prostu – chciałyby dokładniej zgłębić temat.

Przyznam, że ciężko mi oceniać książkę pod kątem naukowym – nie mam odpowiedniego wykształcenia i aż tak rozległego doświadczenia. Z chęcią jednak zaufam całej rzeszy specjalistów, którzy są autorami i recenzentami tej pozycji. Więcej o nich przeczytacie TUTAJ.

 

 

DLA KOGO

Dla każdego! Jest to książka, którą po prostu warto mieć w domu. Książka dla wszystkich tych, którzy wierzą w świadomą pielęgnację, którzy dążą ku naturze, ale chcą mieć także porządne naukowe podstawy. Dla tych, którzy uczą się czytać składy kosmetyków. Którzy odkrywają ogromne bogactwo i moc roślinnych składników. Którzy eksperymentują i doświadczają. Którzy chcą wiedzieć, co stoi na półkach ich łazienki. Po co sięgać? Kiedy sięgać? Co warte jest swojej ceny?

Z drugiej jednak strony jest to także świetny pomocnik naukowy dla osób mocniej zaangażowanych w temat naturalnej kosmetyki. Dla studentów i profesjonalistów. Jest to bowiem rozbudowane kompendium wiedzy, przejrzysty podręcznik ułatwiający poruszanie się w świecie ekokosmetologii.

Myślę, że każdy może wyciągnąć z niego to, czego potrzebuje. Mniej lub więcej wiedzy. Może zgłębiać te praktyczne, codzienne porady lub wchodzić w te bardziej naukowe aspekty.

Sama, myślę, sięgnę do tej książki nie raz. Ba… sięgnę na pewno bardzo, bardzo wiele razy. Nie tylko dlatego, że akurat będę potrzebowała dowiedzieć się czegoś konkretnego o którymś z wyszczególnionych składników. Sięgnę po nią po prosu, aby po raz kolejny, na spokojnie ją przejrzeć. Powoli wczytać się w kolejną porcje wiedzy. Rozważyć ją sobie, przetrawić. Nie jest to bowiem coś, co służy jedynie szybkiemu przeglądnięciu.

Tym bardziej, że nie jest po polsku…

 

 

JĘZYK

No właśnie… nie jest po polsku. Jak już zapewne zauważyliście – całość jest w języku angielskim. Mam jednak dobrą wiadomość – jest to naprawdę bardzo dostępna wersja tego języka. Nie jest to bowiem język naukowy, no… stricte naukowy. Całość napisano w taki sposób, że sama odczytuję ją dosyć swobodnie. Czytanie nie sprawia mi zwyczajnie trudności, słowa są znane (w większości), a ich znaczenie jasne. Nie bójcie się więc tego angielskiego! Naprawdę nie ma czego!

A wręcz przeciwnie – myślę, że w przypadku uczniów i studentów może to być dodatkowy ciekawy aspekt studiowania książki – nauka branżowego języka w pakiecie!

 

 

DOSTĘPNOŚĆ

Zbliżają się Święta. Powoli, ale się zbliżają. Osobiście bardzo polecam tę książkę jako wartościowy prezent pod choinkę. Niestety nie należy do tanich, nie jest też bezpośrednio dostępna w Polsce. Niemniej jednak, z pełną stanowczością stwierdzam, że warta jest swojej ceny, a inwestycja może okazać się jedną z lepszych, na jakie się zdecydowaliśmy.

Przy tej okazji, poproszono mnie o przekazanie Wam, że do 15 listopada możecie zakupić książkę w przedsprzedaży, w specjalnej promocji – taniej o 20 euro (z bezpłatną wysyłką, wszędzie!). Czyli o całkiem sporo. Może więc to już najwyższa pora pomyśleć o świątecznych prezentach?

 

Książka Modern Cosmetics, Ingredients of natural origin dostępna jest TUTAJ.

 

Wpis powstał w wyniku bardzo miłej współpracy ze stowarzyszeniem Modern CosmEthics ze Słowenii.

S.O.S. dla Skóry

Mam oto dobrą wiadomość dla wszystkich alergików! Znana mi od dłuższego czasu koleżanka po fachu, autorka bloga Wielki Kufer, dziewczyna pełna pasji, zaangażowania i dobrej energii, zawsze oferująca dobre słowo i uśmiech, ona to, Monika Laskowska, moi drodzy, otworzyła niedawno sklep! Ale jaki! Jest to sklep „dedykowany wymagającej skórze” – S.O.S. DLA SKÓRY!

Jeśli więc borykacie się z problemami skórnymi, z alergią, atopią, egzemą, koniecznie poznajcie bardzo ciekawą ofertę kosmetyków pielęgnacyjnych dostępnych w sklepie Moniki.

Ja tymczasem poprosiłam samą Monikę o  kilka zdań na temat jej nowej działalności. Oto, czego się dowiedziałam!

 

Otworzyłaś wyjątkowy sklep. Opowiesz nam o nim? Co oferujesz, dla kogo.

W czerwcu otworzyłam sklep internetowy S.O.S DLA SKÓRY dedykowany osobom z wrażliwą i wymagającą skórą, która narażona jest na egzemę, AZS, alergie na składy kosmetyków i detergentów.  Takich osób jest coraz więcej, a wiem, że mają duży problem ze znalezieniem delikatnych kosmetyków i środków czystości. Błądzą, testując różne produkty, często narażając po drodze skórę na wysuszenie, świąd i zaczerwienienie. Obsługa w drogeriach stacjonarnych i internetowych często nie ma wiedzy co polecić takiej osobie i odsyłają klienta z kwitkiem lub oferują produkty, które są zbyt drażniące i zamiast pomagać – szkodzą. Sama borykam się z alergią kontaktową na dłoniach i wiem jak ciężko jest znaleźć dobry krem do rąk czy łagodny żel pod prysznic. W asortymencie mojego sklepu znajdują się delikatne kosmetyki do mycia i pielęgnacji  skóry dla dzieci i dorosłych z wrażliwą i wymagającą skórą,  detergenty i akcesoria takie jak gąbki do mycia naczyń, rękawiczki.

Skąd pomysł na taki właśnie asortyment?

Tak jak już wspomniałam wyżej sama od kilku lat cierpię na alergię kontaktową na dłoniach. Wiecznie sucha i piekąca skóra, swędzące czerwone plamy, czasem pękająca skóra lub pęcherzyki wypełnione płynem surowiczym i ogromny dyskomfort to główne cechy egzemy (wyprysku kontaktowego). Wszystko zaczęło się kilka lat temu kiedy to z racji pracy bardzo często myłam ręce, używając kosmetyków o nieciekawym składzie (tanie mydła w płynie). Miałam kilka sytuacji kiedy używałam żrących detergentów bez rękawic ochronnych. Do tego doszedł duży stres i moja skóra na dłoniach zaczęła silnie reagować na wszystko co się pieniło. Wszelkie szampony, mydła w płynie, żele pod prysznic czy płyny do naczyń. Wszystko co wytwarza pianę uczulało mnie potwornie. Oczywiście pierwsze co zrobiłam to wizyta u dermatologa, ale każde spotkanie w gabinecie kończyło się przepisaniem leków ze sterydami. Żaden lekarz nie zwrócił mojej uwagi na składy kosmetyków, nie zalecił zmiany stylu życia i rezygnacji z drażniącej chemii. Wypisywał receptę i twierdził, że tak już musi być. Uważam, że to nie jest wyjście, dlatego zaczęłam na własną rękę doszukiwać się przyczyn alergii. I tak po nitce do kłębka doszłam do wniosku, że głównymi winowajcami są kosmetyki z SLS i SLES czyli te, z drażniącymi środkami spieniającymi. Zaczęłam diametralnie zmieniać swoją pielęgnację. Zmieniłam kosmetyki, proszki do prania, całą chemię domową. Zaczęłam też o tym pisać na blogu i ku mojemu zaskoczeniu zaczęły się do mnie odzywać osoby z podobnym problemem. Okazało się, że takich osób jest znacznie więcej i każda ma mętlik w głowie czym myć naczynia, czego używać do kąpieli i czym smarować dłonie, aby problem z egzemą nie narastał. Do tego dochodził problem gdzie znaleźć delikatne produkty i kosmetyki. Chodzenie po mieście i zaglądanie do każdej drogerii czy apteki nie jest wyjściem. I tak pewnego dnia stwierdziłam, że chcę pójść z tym tematem dalej i otworzyć sklep, gdzie będą tylko delikatne, przeznaczone dla alergików kosmetyki i chemia domowa. Dzięki temu osoby, które borykają się z nadmiernie wysuszoną czy zniszczoną skórą, alergiami czy egzemą będą mieć swoje miejsce. Oszczędzą przy tym czas i pieniądze.

 

Jak wybierasz produkty, które oferujesz? Gdzie je wyszukujesz?

Produkty do sklepu wybieram z dużą starannością. Większość z nich sama przetestowałam na sobie lub polecają je inne osoby z podobnymi dolegliwościami. Ufam, że skoro sprawdziły się u dużej grupy osób, inni potrzebujący też będą zadowoleni.

Inspiracji na nowy asortyment szukam na forach internetowych przeznaczonych dla alergików, podczas rozmów z osobami o podobnych problemach, w katalogach z asortymentem firm kosmetycznych.

Staram się wyszukiwać mniej znane firmy, które robią bardzo dobre kosmetyki. Produktów z koncernów farmaceutycznych jest bardzo dużo i są w każdej aptece czy drogerii. Nie chcę tego powielać. Daję szansę małym producentom, którzy podchodzą do produkcji z misją, wkładają serce i ogrom wiedzy. Niestety nie mają tak dużych nakładów finansowych na reklamę.  Mam wiele takich produktów w sklepie, co bardzo mnie cieszy.

Co polecasz najbardziej. Czy masz swoje ulubione produkty?

Na tą chwilę mogę śmiało polecić Krem do pielęgnacji rąk z różnymi stanami zapalnymi skóry z polskiej firmy AVA. Kosmetyk zostawia na dłoniach delikatną powłoczkę niczym niewidzialne rękawiczki. To sprawia, ze skóra jest przez długi czas pod ochroną, nie jest sucha czy spierzchnięta. Nie ma też uczucia lepkości, która często towarzyszy treściwym kremom. No i podoba mi się to, że od razu po rozsmarowaniu można kontynuować pracę. To dla mnie bardzo ważne, bo pracuję w biurze z dokumentami i nie wyobrażam sobie mieć tłustych rąk, które mogłyby zabrudzić dokumenty.

Świetna jest też cała seria Białego Jelenia – Apteka Alergika. Delikatne kosmetyki myjące, bez drażniących SLS i SLES nadają się do pielęgnacji nawet bardzo wymagającej i wrażliwej skóry.

Klientom polecam też krem Paraderm z olejem konopnym, który ma bardzo dobre właściwości dla skóry zniszczonej egzemą, rybią łuską, łuszczycą. Polecany jest też pacjentom z wywiadem atopowym. Ma lekką lejącą się konsystencję, jest bezzapachowy, a w składzie ma olej konopny i miód! Poza tym fosfolipidy, kwas hialuronowy oraz witaminy B,E,F . To naprawdę dobry kosmetyk za nieduże pieniądze (tuba 85 g kosztuje 17,80 zł).

Zachęcam do przejrzenia oferty sklepu, bo naprawdę można znaleźć wiele perełek.

 

 

Opowiedz nam jeszcze o Twojej pozostałej działalności, bo jest tego warta!

Od 2012 prowadzę bloga Wielki Kufer, jest to blog bliski naturze. Oznacza to, że na swojej stronie poruszam tematy związane ze zdrowym stylem życia, zdrowym jedzeniem i obcowaniem w bliskości z naturą. Nie obce są mi tematy zero waste i less waste, bardzo zależy mi na tym, by propagować ekologiczny styl życia – wybieranie szklanych opakowań zamiast plastiku, rezygnowanie z reklamówek i wykorzystywania Eko toreb lub materiałowych woreczków na warzywa i owoce, nie marnowania żywności i dawania jej drugiego życia. Fascynuje mnie też naturalna pielęgnacja – tworzę podobnie jak Ty naturalne kosmetyki i środki czystości. Pasja tworzenia przerodziła się 4 lata temu w organizowanie warsztatów tworzenia naturalnych kosmetyków Eko warsztaty Wielki Kufer. Warsztaty prowadzę nie tylko w Trójmieście, robimy też wyjazdowe spotkania. Na każdym warsztacie tworzymy naturalne kosmetyki  z wysokiej jakości składników, pakujemy je w eleganckie opakowania, ozdabiamy rafią. Po spotkaniu każda uczestniczka zabiera kosmetyki ze sobą do domu. Zapakowane wyglądają jak śliczne, luksusowe prezenty z prawdziwego SPA. Każdy warsztat to także dawka solidnej wiedzy. Uczę jak wykorzystywać to, co dała nam Matka Natura, jak dobierać składniki, jaką pielęgnację stosować. Warsztaty są więc świetnym sposobem na spędzenie czasu w babskim gronie. Bardzo się z tym utożsamiam i jest to część mnie, a to chyba jest bardzo ważne, prawda?

Zapraszamy na S.O.S. DLA SKÓRY!

Facebook