KategorieNaturalna pielęgnacja

Naturalny Wish List

Oj, zebrało się trochę nowości, ciekawostek i perełek, które niniejszym umieszczam na mojej wish liście.

Znacie je już? Może już wypróbowaliście?

A może Was nieco zaintryguję? Hmm?

Swoją drogą, chyba mnie do wiosny ciągnie! Moja lista jest kwiatowo-owocowo-soczysta 😀

1.Lubię, bardzo lubię markę Kivvi. I kocham ich opakowania. I jeszcze bardziej przekonuje mnie nazwa tej wody micelarnej – koktajl jagodowy – Micellar Water Berry Cocktail. Zapowiada się bardzo dobrze / Ecco Verde

2. Tyle już dobrego słyszałam o kosmetykach Anwen, że i ja chciałabym je wypróbować. Zwłaszcza, że ta odżywka pachnie BZEM! BZEM! Moim ulubionym bzem! 😀 Anwen dżywka do włosów o różnej porowatości – Nawilżający Bez / Triny

3. I tym razem to opakowanie przyciągnęło moją uwagę. A że marka jest zacna, poprzyglądałam się bliżej całej serii. „Zielone połączenie skrzypu, tymianku, melisy lekarskiej – nawilżające mydło MADARA SMART GLOW do rąk i ciała przywodzi na myśl wilgotną świeżość nadbałtyckich, północnych łąk o poranku.” Mmmmmm… / Matique

4. Ale kakao z ananasem? I to w towarzystwie tak uroczej świnki? Piszę się! ALVEUS – kakao BIO „Pina Pig – Ananasowa Świnka” caffeine free / Blisko Natury

5. No dobra – Krem do rąk Burt’s Bees Almond Milk Beeswax Hand Cream przekonał mnie słoiczkiem 🙂 A że moje dłonie potrzebują ostatnio ukojenia, chętnie mu się przyjrzę dokładniej / Ecco Verde

6. To co? Będziemy Bio Happy? Zobaczymy 🙂 Zaciekawiła mnie woda toaletowa – WHITE VELVET tej marki. „Łagodna i świeża esencja drzewa sandałowego z głębokimi, aksamitnymi nutami wanilii dopełniają uwodzicielskie aromaty róży i jaśminu, by na koniec zaskoczyć Nas łagodnymi tonami kokosa z dodatkiem apetycznej mandarynki i pomarańczy.” / Skarbiec Natury

7. Moje niedawne odkrycie – uroczy Ślimak Bob i jego w pełni owocowe żelki. Znajomi przynieśli nam niedawno wiśniowe i borówkowe (a w nich tylko jabłka i wiśnie / borówki, nic więcej) i stwierdzam, że to idealna przekąska, kiedy przychodzi nagła potrzeba przy pracy. Chętnie więc wypróbuję inne smaki – zwłaszcza to z mango! / EKOzagajnik.pl

8. To może zacytuję: „Serum Rozjaśniające od La Saponaria zawiera skoncentrowane składniki aktywne, które zapobiegają tworzeniu się przebarwień i rozjaśniają istniejące plamy. Formuła na bazie ekstraktu z groszku, wody z borówki i czarnego ryżu.” Ano właśnie 🙂 / J’ADORE BIO

9. Jeju, ależ mnie na truskawki wzięło! Ależ to truskawkowo kusi! Uoga Uoga, Żel pod prysznic Jump into Summer z ekstraktem z truskawek! „Używaliśmy oliwy z oliwek, która od wieków słynie z niezwykłych właściwości. Idealnie odżywia skórę, zapobiega jej wysuszeniu i jest bogata w witaminę E. Aloe vera nawilża, a aromatyczny ekstrakt truskawkowy sprawia, że codzienna kąpiel wygląda jak cudowny letni dzień! ” / Ekodrogeria

10. Ach, i ta truskawkowa pomadka… Uoga Uoga, Pomadka Passionate Strawberry! ” Przypomina odżywczy balsam do ust – zmiękcza je, odżywia i chroni przed zanieczyszczeniami w powietrzu. Wszystkie te właściwości pomadka zawdzięcza składnikom – wosk pszczeli, olejki malinowy, makadamia, arganowy. Dodatkowo znajdziesz w nim ekstrakty z jagód, które są pełne witamin i kwasów owocowych. ” / Ekodrogeria

Magia Świąt i Duetus

Podtrzymuję w mojej córce wiarę w magię.

Bo ja sama w nią wierzę.

Choć jest to wiara pozbawiona już tej dziecięcej czystości i głębi. Być może jest to tylko gorące pragnienie wiary w magię? Bez niej jest po prostu zbyt… szaro.  Zbyt codziennie.

Myślę, że każdy ma w sobie podobne pragnienie, choć nie każdy sobie to uświadamia.

No, ale spójrzmy prawdzie w oczy – kto, no kto jak nie skrzat, potrafi czasem schować w domu coś, co przecież na pewno położyło się wcześniej na wierzchu? Kto, no kto jak nie polne wróżki, wczesnym latem, o złotej godzinie tak lata i się skrzy, bawi się w powietrzu, zbiera na wspólne tańce, upodabniając się do pyłków drzew? No kto, jak nie Święty Mikołaj zamienia burą, zimną, grudniową noc w lawinę radości, wspólnej zabawy i uśmiechów?

Wiara w magię Świąt jest dla mnie szczególnie ważna.  To ona obleka dzieciństwo w tak wyjątkowe emocje. Ona łączy, motywuje i pozostawia ciepło w sercu, które zostaje z nami już na zawsze. Które potem, jako poważni dorośli, staramy się co roku ponownie odnaleźć. Które nas spaja w rodzinę.

Kiedy piszę ten post, wciąż oczekujemy na przybycie Mikołaja. Róża od kilku dni planuje, jak się na niego zaczai, co mu pozostawi w podzięce, jak go przywita. Oglądamy razem świąteczne bajki i filmy, zastanawiając się, jak to możliwe, że on to w jedną noc tak umie wszystkich obdarować (zamieszania związanego z faktem, że niektórym przynosi 6 grudnia, innym 24, jeszcze jej nie wyjaśniałam).

Lubię to bardzo. I wiem na pewno, że będzie mi tego oczekiwania i tych emocji kiedyś bardzo brakować.

Ale cóż…  ja w zasadzie nie o tym chciałam!

 

Chciałam pokazać Wam, jak niezwykłymi pomysłami na świąteczne podarunki mogą stać się kosmetyki Sylveco i wszystkich marek córek – Vianek, Biolaven, Duetus, Rosadia i Aloesove!

Chyba nie muszę Wam przedstawiać Sylveco, prawda? Myślę, że dobrze je już znacie. Być może duża część z Was miała już też do czynienia z Viankiem i Biolaven. Wiecie więc, że to zawsze będą udane prezenty dla bliskich osób – naturalne, skuteczne, polskie, w dobrych cenach i ładnie się prezentujące!

Bardzo polecam też jakże kobiecą, pachnącą geranium Rosadię. Nie zapomnijcie o kojących aloesowych kosmetykach dla każdego z serii Aloesove.

 

 

 

 

Najbardziej dzisiaj jednak polecam Wam moje w sumie całkiem niedawne odkrycie – Duetus!

To chyba najlepsze rozwiązanie dla właścicieli cer problematycznych, tłustych i mieszanych. To także mój faworyt w kwestii opakowań . Uwielbiam paprocie, a tutaj mamy ich sporo. Lubię takie proste, starodawne, botaniczne rysunki. Lubię w końcu i logo Duetus. I nawet ten intensywny odcień zieleni lubię. Nie da się go przeoczyć.

Ale najbardziej lubię całą serię za jej działanie na skórę.

Duetus to naturalne kosmetyki wypełnione składnikami, które pomagają nam w walce z niedoskonałościami, które regulują funkcjonowanie skóry, oczyszczają ją, regenerują. Mamy sporo antyseptyków, ale i składników kojących. Mamy i węgiel aktywny, i olej z konopi, i ten z czarnuszki, mamy olejki tymiankowy, lawendowy, jałowcowy i z drzewa herbacianego, ekstrakt ze skrzypu polnego, kwasy AHA, BHA, PHA i czego to jeszcze dobrego nie mamy!

 

 

Najciekawsze tu jest serum regulujące. Oj, to serum dla osób o mocnych… nosach, ale potrafi zdziałać cuda! To serum zawierające aż 3% olejku z drzewa herbacianego, które nadaje mu tak charakterystyczny i intensywny zapach, że nie wszystkim odpowiada. Ale to on właśnie hamuje rozwój bakterii odpowiedzialnych za trądzik. W serum znajdziemy też bio-siarkę, kwas salicylowy, kwas mlekowy, sorbitol, panthenol, ekstrakty z lukrecji, nagietka i pięciornika.  Jest więc to serum-petarda!

Bardzo polubiłam się z oboma kremami. Ten na dzień jest lekki, ale treściwy. Co ważne – naprawdę matuje. Zgadzam się też z producentem, że „uspokaja gruczoły skóry i aktywnie ochrania przed negatywnym wpływem środowiska i działaniem wolnych rodników. Przywraca skórze świeżość i gładkość.” Krem na noc jest równie lekki, o nieco intensywniejszym zapachu. „Redukuje widoczność blizn i zmian skórnych, a także przyspiesza procesy regeneracji i utrzymuje stały poziom nawilżenia.”

Idealnym dopełnieniem kremów jest tonik i żel myjący. Oba sprawdzają się świetnie. Tonik łagodnie i skutecznie odświeża i tonizuje, żel przyjemnie oczyszcza. Chciałabym jeszcze na koniec zwrócić uwagę na maseczkę. Ot, niepozorna saszetka, ale jakież wnętrze! Gęsta, czarna maź zamienia nas w potwora smolnego na chwilę zaledwie, aby zaraz wydobyć nasze prawdziwe piękno. To dzięki zawartości czarnego węgla, który uzupełniają kojące składniki, jak wyciąg z lukrecji, olej z pestek winogron, olej konopny, biała glinka czy skwalan. Kupcie od razu kilka saszetek – nie pożałujecie!

Cała seria pomyślana jest z myślą zarówno o damskich cerach, jak i o wszystkich panach. Jest więc unisex. Jestem pewna, że opakowania podpasują i paniom właśnie i panom. Producent promuje ją też jako anti-pollution  – kosmetyki antysmogowe. Mają chronić przed zanieczyszczeniami i negatywnym działaniem składników toksycznych występujących w środowisku.

Czyli, podsumowując – Duetus nadaje się na wymarzone prezenty świąteczne i dla niego i dla niej! I dla siebie też!

 

Wszystkie kosmetyki marki znajdziecie na www.sylveco.pl oraz w wielu sklepach zielarskich i z kosmetykami naturalnymi.

 

 

 – Wpis powstał w wyniku bardzo miłej współpracy z Sylveco –

Nowe w portfolio: o!figa

Najwyższa pora pokazać Wam coś niecoś z tego, nad czym ostatnimi czasy pracowałam. Zaczynamy od szalonej i kolorowej identyfikacji dla małej, ale jakże prężnie się rozwijającej i szturmem podbijającej serca marki – o!figa!

Znacie już o!figę, prawda? Sama pokazywałam Wam już serum Dzika Figa (TUTAJ), od jakiegoś też czasu zamierzam stworzyć specjalny wpis o esencji Taka Tonka. I tak planuję i planuję, że w między czasie oto i nowa odsłona marki nam nastała. I sesję trzeba będzie powtórzyć…

Cóż, powtórzę, bo kosmetyk to zaiste wart tego.

Ale o tym kiedy indziej…

Zdecydowałyśmy się z Patrycją, twórczynią marki, na pełne szaleństwo! I cieszy mnie to bardzo, bo miałam sama sporo zabawy tworząc te wszystkie kolorowe wzory i kształty. Efekty mieliście okazje zobaczyć całkiem niedawno, na premierowym wystąpieniu marki na targach Ekocuda w Warszawie. W między czasie Patrycja pracowała także nad nową odsłoną sklepu online. Zmiany więc są bardzo duże i mam nadzieję, że przypadną Wam do gustu.

Mam nadzieję, że zawsze, jak tylko sięgnięcie po którąś z tych małych buteleczek, na twarzy pojawi się uśmiech!

A sięgajcie często, bo wszystkie 4 produkty warte są grzechu!

Więcej znajdziecie na stronie o!figa!

Zajrzyjcie też do mojego portfolio:

>>> MOJE PORFTOLIO – LILI CREATIVE <<<

 

Sztyft z kurkumą na niedoskonałości

Gdzieś kiedyś natknęłam się na krótki materiał filmowy, o tym, jak to gwiazdy hollywoodu zachwycają się sztyftami z kurkumą. Wtedy to postanowiłam, że zrobię sobie sama własną wersję tego cuda. I wiecie co? Wyszło wspaniale! I naprawdę działa!

Co to ten sztyft? To prosty w wykonaniu kosmetyk w formie pomadki, który stosujemy w walce z niedoskonałościami. Tymi, które, jak czujemy, zaraz nam wyskoczą i tymi, z którymi już się borykamy. Jego najważniejszym składnikiem jest właśnie kurkuma o bardzo silnych właściwościach przeciwzapalnych, antybakteryjnych, rozjaśniających i kojących. Kurkuma przyspiesza gojenie się ran i działa przy tym przeciwbólowo. To taka nasza broń na problemy skórne, która jest przy okazji tania i łatwo dostępna. Jej minusem jest fakt, że zabarwia skórę na żółto i wcale nie tak łatwo to zmyć, mimo jednak wszystko – warto się troszkę pomęczyć.

 

Sztyft opatrzyłam także w inne składniki, które świetnie sprawdzają się w walce z niedoskonałościami. Mamy więc sporo oleju z krokosza barwierskiego, który bardzo polecany jest do pielęgnacji skóry trądzikowej. Mamy też silny antyseptyk w postaci olejku z tymianku i mamy przyspieszający gojenie ran, osuszający je wręcz – tlenek cynku. Mamy w końcu regenerującą dawkę wosku pszczelego, który to pozwala zachować naszemu sztyftowi formę sztyftu.

Takie połączenie składników sprawia, że problematyczne miejsca nie tylko będą odkażone i wysuszone, ale przy okazji goją się i regenerują, aby w końcu łagodnie zniknąć.

Jak stosujemy taki sztyft? Najlepiej wieczorem, na oczyszczoną, wilgotną jeszcze skórę. Sztyftem delikatnie maziamy po newralgicznych miejscach, aż pokryje je leciutka warstwa kosmetyku i staną się żółte. Pozostawiamy, jak maseczkę, na około 20 minut, a następnie zmywamy – najlepiej płynem micelarnym na waciku.  Zabieg powtarzamy tak często, jak mamy potrzebę.

Jest to bardzo wydajny kosmetyk, starczy Wam na baaardzo długo. Spokojnie też może długo postać, jeśli tylko zachowacie podstawowe zasady higieny przy jego tworzeniu i przechowywaniu.

Do dzieła!

 

Sztyft z kurkumą na niedoskonałości

Składniki / na 2 sztyfty:

  • 2 łyżeczki wosku pszczelego – bielonego lub żółtego
  • 5 łyżeczek oleju z krokosza barwierskiego (np. ze Zrób Sobie Krem)
  • 1 łyżeczka kurkumy (mielonej, takiej z torebek z marketu)
  • 1/2 łyżeczki tlenku cynku (mój z Zielony Klub)
  • 4 kropelki olejku tymiankowego

Przygotowujemy dwa opakowania na pomadki (ze sklepów z półproduktami kosmetycznymi). W zlewce szklanej z dzióbkiem (z takiej będzie najwygodniej przelewać do pojemniczków, ale może to być i zwykła ceramiczna miseczka) w kąpieli wodnej roztapiamy wosk. Dopiero kiedy będzie już rozpuszczony, zmniejszamy ogień do minimum i dolewamy olej z krokosza, który nie lubi wysokich temperatur. Mieszamy szybko, aż całość się połączy i powstanie nam olejek i ściągamy zlewkę z kąpieli wodnej. Dosypujemy po kolei kurkumę i tlenek cynku, intensywnie mieszając za każdym razem, aż do uzyskania jednolitej konsystencji. Na końcu dolewamy olejek tymiankowy, ponownie mieszamy. Całość powinna już delikatnie chcieć zastygać, przelewamy więc mieszaninę do pojemniczków i odkładamy je w chłodne miejsce na ok. godzinę, do pełnego stwardnienia.

 

 

W roli głównej: Intensywny krem na noc La Fare 1789

Poszukujecie czegoś naprawdę dobrego na cały zimny okres? Czegoś, co ochroni i wzmocni Waszą skórę zimą?

Mam coś dla Was!

Dzisiaj w roli głównej wystąpi Intensywny krem na noc znanej nam już marki La Fare 1789!

 

Całkiem niedawno pisałam Wam o Mgiełce intensywnie rozświetlającej La Fare 1789 – dokładnie w TYM poście. Zajrzyjcie tam koniecznie, zawarłam tam bowiem wstęp na temat marki. Dodam tylko, że wciąż bardzo podoba mi się ta całkowicie francuska identyfikacja wizualna. Ile się tu dzieje! Zobaczcie chociażby na powyższe zdjęcie z opakowaniem samego kremu. Chaos i totalne przeciwieństwo minimalizmu. A jednak… w całym tym chaosie tkwi metoda. Przekornie wręcz mogę stwierdzić, że chaos jest uporządkowany, że ma swoje uzasadnienie, że to on wytwarza tę szczególną francuską atmosferę. Pasuje idealnie do charakteru marki i jej tradycji.

Sam koncept tak oryginalnego opakowania dla kremu bardzo przypadł mi do gustu. Kartonik – spięty na górze, z wyciętym otworem na wieczko kremu, różni się całkowicie od znanych nam opakowań i wyróżnia markę. Jestem pewna, że to właśnie na nią pierwszą zwróciłabym uwagę w drogerii. Prowansalski klimat i od razu rzucające się w oczy certyfikaty ekologiczne zachęcają do pochwycenia produktu i przejrzenia mu się z bliska.

Sam słoiczek także po prostu – uroczy. Niby wszystko standardowe – mamy szkło, aluminiową nakrętkę, w sumie prostą naklejkę na wieczku zamiast standardowej bocznej etykiety. Ale jakże to wszystko przy tym inne! I znowuż, tak samo jak w przypadku mgiełki, muszę napisać, że kosmetyki marki najzwyczajniej w świecie ozdabiają łazienkę! Jeśli więc do czegoś tutaj miałabym się przyczepić to do pojemności kremu – te 30 ml zawsze za szybko się kończą…

A sam krem…

 

Po pierwsze – przepięknie pachnie! Bardzo delikatnie, ale wyczuwalnie. Nienachalnie, ale dzięki niemu nakładanie kremu staje się przyjemne. Skład wskazuje nam, że oprócz tajemnej substancji zapachowej mamy tu też naturalne olejki z cedru, cytryny i palmarosa, które sama bardzo lubię także, za ich działanie na skórę.

Do samej nazwy „intensywny” dodałabym jeszcze określenie „ochronny”. Mamy tu bowiem krem z rodzaju tych nieco cięższych, ale zarazem nie za ciężki. Krem, który osobiście bardzo polecam, jak już wspominałam, na te chłodniejsze okresy, kiedy to skóra narażona jest przesuszenie, podrażnienie, kiedy jest poszarzała i brakuje jej energii. Mamy więc krem, który zadba o odpowiednie jej nawilżenie nocą, a jednocześnie ją zregeneruje i ukoi. Zabezpieczy ją przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi i stworzy barierę dla zanieczyszczeń zawieszonych w powietrzu.

 

 

Krem jest więc dosyć tłusty, ale nie jest to typowy, gęsty, masłowy tłuścioch. Przy całej swej tłustości wchłania się całkiem szybko i pozostawia skórę od razu i widocznie miękką i przyjemną w dotyku. Producent zapewnia, że zawarto w nim 99,3 %  składników pochodzenia naturalnego i 32,6 % z upraw organicznych. Faktycznie – skład jest bogaty w naturalne oleje i ekstrakty roślinne. Muszę jednak zaznaczyć osobom, zwracającym na to uwagę, że są i składniki uważane za komedogenne, których przeznaczeniem jest pozostawienie ochronnego filmu na skórze i zabezpieczenie jej w ten sposób, odpowiednie nawilżenie czy zapewnienie konsystencji. Niemniej jednak w moim przypadku krem nie wywołał żadnych niechcianych sytuacji, a wręcz przeciwnie – sprawia, że buzia rano jest promienna i wypoczęta.

W kremie znajdziemy tak lubiany przeze mnie olejek jojoba, ale jest też makadamia, oliwa z oliwek, olej ze słodkich migdałów i sezamowy. Zacytuję tu opis kosmetyku: ” Krem zawiera ponadto szereg innych starannie dobranych składników pochodzenia organicznego takich jak: hibiskus, szarotka alpejska, aloes, zielona herbata czy liść oliwny, które odżywiają skórę nocą i wspierają proces odbudowy komórek, zapewniając głębokie nawilżenie i regenerację. Krem działa na skórę jak koktajl witaminowy (naturalna mezoterapia) i stosowany codziennie zapewnia widoczne rezultaty takie jak poprawa ogólnego wyglądu estetycznego skóry, wzrost nawilżenia czy też wzmocnienie bariery ochronnej.”

Polecam ten nocny krem – jako kojący plaster, jako zimową ochronę, jako intensywną regenerację podrażnionej skóry. Polecam właścicielom cery suchej, normalnej, dojrzałej lub z pierwszymi oznakami starzenia. Polecam jako kosmetyk ochronny i przeciwstarzeniowy. Jako wzmocnienie skóry i sposób na jej dobre nawilżenie.

Po więcej szczegółów zajrzyjcie na Facebooka La Fare 1789 – TUTAJ.

Kosmetyki marki dostępne są od niedawna w aptekach ZIKO oraz w drogeriach internetowych (choćby Skarbiec Natury).

 

 

 

 

Austriacka przygoda z CULUMNATURA

Czy wiecie, że są takie kosmetyki, które przed opuszczeniem magazynu, słuchają nocami śpiewu ptaków?

Czy wiecie, że istnieje taki pensjonat, w którym nie ma wi-fi (tak, trudno sobie to wyobrazić, wiem…:), aby zminimalizować otaczający nas elektrosmog i po prostu – dobrze się wyspać?

Czy wiecie, że istnieją tacy fryzjerzy, którzy czeszą od dołu do góry?

Ale od początku!

 

 

Zaproszono mnie do Austrii, abym mogła poznać markę CULUMNATURA. Zdecydowałam się na wyjazd z ambitnym planem zwiedzenia przy okazji… no… przynajmniej liźnięcia – Wiednia. Jakaż była moja radość, kiedy zgadałyśmy się z Olą – Arsenic, że i ona wybiera się tam z narzeczonym! Pojechaliśmy więc razem! Ahoj, przygodo!

Pierwszą atrakcją okazał się sam pociąg na trasie Kraków – Wiedeń. Zdecydowaliśmy się bowiem pojechać w przedziałach z kuszetkami. Uznałam, że to już najwyższa pora, aby choć razu w życiu  przejechać się polskimi kuszetkami, a że realia PKP są nam wszystkim dobrze znane – zabrałam maleńki śpiworek. Ale nic z tych rzeczy! Okazało się, że pociąg do Wiednia jest jednak cywilizowany i bardzo go Wam polecam – jest i pościel, świeża, jest jedzonko, kawa, herbata, takie rzeczy. Mniejsza z tym, że jedzie się niczym ta sardynka w puszce…

W końcu jednak dojechaliśmy i od razu wybraliśmy się na penetrowanie miasta (z drobnym postojem na pozostawienie bagaży). I wiecie co? Przeszliśmy na piechotę ponad 17 km! Krążąc tymi uroczymi, niezwykłymi uliczkami, placami i ogrodami! Nie mogliśmy oprzeć się wrażeniu, że wszystko tu takie… krakowskie. Choć oczywiście znacznie większe i stanowczo bardziej zadbane. Poddaliśmy się urokowi miasta, daliśmy się ponieść tłumom. I było to naprawdę dobre. Na spokojnie, ale z otwartym umysłem. Bez spiny, ale chcąc zobaczyć ile się da. Popijając kawę przy okazji, zajadając torcik Sachera i prażone kasztany  i wylegując się na ławkach w jakimś uroczym zakątku. Kupiliśmy pamiątki dla bliskich (w tym tęczową, pastelową, puchata lamę dla Róży… uwielbia ją teraz!) i ruszyliśmy na miejsce wcześniej zarządzonej zbiórki.

Wrzucam Wam tu kilka wiedeńskich migawek i niebawem ruszamy do pewnego niezwykłego miasteczka!

 

 

Tym niezwykłym miasteczkiem, położonym około godzinę drogi od Wiednia, jest Ernstbrunn. To właśnie tu, pośród pól i czystej natury, niedaleko parku, w którym hoduje się wilki, znajduje się siedziba CULUMNATURA. I nie tylko sama siedziba, bo także przynależący do niej pensjonat – Ökologisches GÄSTEHAUS LUGER, który zrobił na nas niemałe wrażenie. Okazało się, że jest to miejsce, w którym ogromną wagę przywiązuje się do ekologii. Jak już wspomniałam powyżej – zadbano o to, aby zminimalizować elektrosmog, lnianą pościel pierze się jedynie w orzechach piorących i nawet ściany, pozbawione kątów prostych, wykonano z ekologicznego tworzywa. Każdy pokój jest inny, każdy ma inne znaczenie. Zachwyceni byliśmy kamienną i drewnianą umywalką w kamiennym i drewnianym pokoju. Ścianą zrobioną ze szklanych butelek i wyjątkową łazienką, do której schodzi się jakby do piwniczki, wprost pod ziemię! Zachwyciły nas ręczniki z frotte lnu i bardzo kolorowa, aromatyczna roślinna kuchnia, która codziennie zaskakiwała czymś oryginalnym.

Zobaczcie choćby, jakie ładne były tam śniadania!

 

 

Przy pensjonacie, czyli także przy siedzibie CULUMNATURA, znajduje się niewielki, ale piękny ogród, wypełniony roślinami, które wykorzystywane są w kosmetykach marki. Tylko symbolicznie, ale muszę przyznać, że jest to świetny sposób ich prezentacji. Przy okazji powstało miejsce ukojenia i chwili oddechu – i dla gości i dla pracowników. W ogrodzie znajduje się także ścieżka Kneippa, czyli niedługi szlak wyłożony przeróżną nawierzchnią, po którym powinno się chadzać na bosaka i pobudzać siły witalne organizmu. Niestety, jako że był to wyjątkowo chłodny weekend, odważyliśmy się tylko przejść po trawie, choć ponoć specjalna niecka z wodą kusiła kilku panów…

Powyżej – Astrid Luger – współwłaścicielka CULUMNATURA – żona założyciela Williego Lugera, którego niestety nie udało nam się poznać.

 

Był to bardzo intensywny weekend, w trakcie którego ja i inni zaproszeni blogerzy, mogliśmy poznać funkcjonowanie austriackiej manufaktury kosmetycznej. Muszę przyznać, że ujęła mnie organizacja firmy i filozofia, która przyświeca jej działalności. I nawet te odgłosy ptaków, które puszczane są kosmetykom w magazynie, idealnie tu pasują i autentycznie – wychodzi się z takiego magazynu z przeświadczeniem, że wszystko tam tchnie dobrą energią (dźwięki oraz działania energetyczki mają właśnie energetyzować produkty). Marce bardzo zależy na tym, aby być firmą społecznie odpowiedzialną i możliwie ekologiczną, Od ponad dwudziestu lat funkcjonuje na rynku austriackim, niemieckim, szwajcarskim etc., dbając przy tym o lokalną społeczność, organizując wiele inicjatyw i przedsięwzięć aktywizujących.

Nasze polskie przewodniczki, dwie szalenie miłe Anie, opowiadały z zaangażowaniem o dążeniu do maksymalnej ekologiczności m.in. poprzez odpowiednią gospodarkę odpadami. Dowiedzieliśmy się, że długie poszukiwania najlepszych opakowań zaowocowały wyborem tych właśnie, które widzicie na zdjęciach. Że składniki kosmetyków są staranie selekcjonowane i pozyskiwane z całego świata. Że jakość ma tu ogromne znaczenie. Że „mniej znaczy więcej”. Jedyną wątpliwość budził alkohol w składach – marka tłumaczy jego obecność faktem, że jest to jedyny stosowany konserwant, że jest to bio alkohol, a jego negatywne działanie neutralizowane jest przez inne składniki.

 

 

Niestety kosmetyki CULUMNATURA nie są łatwo dostępne. Sprzedawane są jedynie przez wyszkolonych fryzjerów i kosmetyczki naturalne we współpracujących salonach. Ma to swoje wady i zalety. Wadą jest fakt, że takich salonów w Polsce jest jeszcze bardzo mało (sprawdzicie je TUTAJ). Za niepodważalną zaletę uważam to, że kosmetyki dobierze nam osoba, która coś o nich faktycznie wie. Która będzie umiała doradzić, wytłumaczyć, a przy okazji od razu je zastosuje.

CULUMNATURA szczyci się swoimi naturalnymi farbami do włosów, które to właśnie stosowane są przez współpracujących fryzjerów. Niejako osobną gałęzią, którą jednak doskonale można w salonach połączyć z fryzjerstwem, jest linia pielęgnacyjna. Aby móc oferować zarówno farbowanie produktami marki, jak i zabiegi pielęgnacyjne, a także sprzedaż detaliczną produktów, należy ukończyć specjalne szkolenia, organizowane przez CULUMNATURA. Przyznam, że ciekawa jestem bardzo, jak rozwinie się obecność marki w Polsce. Wszyscy bowiem mieliśmy duże wątpliwości co do prostego przyjęcia podobnego systemu sprzedaży w naszym kraju. Cóż, będę śledzić z zaciekawieniem, trzymając przy tym wciąż kciuki.

 

 

Pod koniec spotkania nadeszła pora na najprzyjemniejszą jego część – testowaliśmy zabiegi z pobliskim salonie CULUMNATURA. Niezwykle przyjemnym doznaniem okazał się masaż twarzy markowymi szczoteczkami, po którym nakładaliśmy sobie wzajemnie maski i balsamy. To, co mi spodobało się najbardziej, to czesanie szczotką CULUMNATURA (świetna sprawa – te szczotki mają piękną drewnianą rączkę i mocne włosie dzika) przez fryzjerkę – szkoleniowca marki. I to jakie czesanie – do dołu do góry! Miało pobudzić skórę głowy i rozprowadzić naturalny tłuszcz z włosów na całej ich długości, a przez to zadziałać niczym naturalna odżywka. Potem nastąpiło specjalne mycie włosów, które również okazało się dla mnie nowością. Było to mycie, które rozpoczęło się po prostu w fotelu fryzjerskim, rozprowadzeniem specjalną butelką rozcieńczonego szamponu CULUMNATURA po moich włosach, blisko skóry. Dopiero po chwili przeszłam do standardowego mycia. Całość bardzo ciekawa i inspirująca.

Jaka będzie przyszłość CULUMNATURA w Polsce?

Oj, jestem bardzo ciekawa i, jak już wspominałam, trzymam mocno kciuki. Jeśli więc kiedyś będziecie mijać salon fryzjerski lub kosmetyczny oznaczony logo marki – zajrzyjcie koniecznie. Z ciekawości, z sympatii. Podotykajcie produktów, powąchajcie, popytajcie fryzjerów i kosmetyczki. Wypróbujcie zabiegi i farbowanie.

Zajrzyjcie też na stronę CULUMNATURA!

 

A to my wszyscy, gotowi i zwarci do drogi, do powrotu do domów!

Facebook