A gdyby tak i do kąpieli dodać trochę kosmicznej magii? Hmmm? To by dopiero było! Połączenie mocy lawendy i kosmosu. Co powiecie?
Bo ja mówię TAK!
Zachęcam Was dzisiaj do kreatywnej, jakże odstresowującej (sprawdziłam dobrze na sobie) zabawy w malowanie błyszczącego kosmosu na kąpielowych babeczkach! A potem zamykamy się w łazience i chłoniemy tę energię dobrą i kojącą.
I doprawdy, jest to bardzo proste!
Kosmiczne babeczki do kąpieli
Składniki (na 6/7 babeczek)
10 dużych łyżek sody oczyszczonej
6 dużych łyżek kwasku cytrynowego
5 dużych łyżek skrobi ziemniaczanej
ok. 40 kropelek olejku lawendowego
pół szklanki ulubionego oleju (użyłam ryżowego)
woda w spryskiwaczu
barwniki spożywcze – złoty, miedziany i rubinowy (Allegro)
odrobina spirytusu salicylowego
akcesoria: foremki do muffinek i pędzelki
W dużej misce mieszamy sodę, kwasek i skrobię. Dolewamy olej i olejek lawendowy i rozpoczynamy wyrabianie naszego babeczkowego „ciasta” ręką. Co jakiś czas spryskujemy je lekko wodą. Jeśli zacznie musować, gasimy to musowanie mieszając. Ciasto wyrabiamy do takiej konsystencji, że jak ściśniemy je w dłoni i ją otworzymy, pozostanie na niej zwarty kształt.
Ciasto przekładamy do foremek na muffinki, dokładnie je dociskając i wygładzając palcami. Odstawiamy je na noc do wyschnięcia. Nazajutrz wyciągamy z foremek nasze lawendowe babeczki i zabieramy się za dekorowanie
Każdy z barwników spożywczych, które mają postać proszku, musimy zamienić w farbkę. Aby to uczynić mieszamy w małej miseczce odrobinę proszku z równie niewielką ilością spirytusu. Ma powstać farbka, którą łatwo się będzie malowało. Najlepiej dodawać po kilka kropel spirytusu, mieszać całość pędzelkiem i w ten sposób kontrolować konsystencję. Spirytus będzie na bieżąco wysychał, trzeba więc trzymać go w pobliżu i co jakiś czas dodawać kilka kropel.
Gotowymi farbami malujemy po wierzchu babeczek według uznania.
Jak tylko farbki wyschną, są dosyć trwałe. Oczywiście przy mocniejszym dotyku będą schodzić, ale spokojnie można je zabezpieczyć i przechowywać.
Na koniec pokombinowałam z nieco inną formą – takiego kąpielowego krążka. Też fajnie wyszło, prawda?
Wiecie już zapewne, że na co dzień robię bardzo różne rzeczy. Nazywają to ładnie dywersyfikacją przychodów. 🙂 A jeśli jeszcze nie wiecie to, z tych najważniejszych:
>>> tu zajrzyjcie na stronę mojego portfolio >> LILI CREATIVE
>>> tu zapraszam na stronę warsztatów >> LILI GARDEN
I właśnie o tych moich warsztatach dzisiaj! O moich warsztatach kosmetyków naturalnych i słodyczy kosmetycznych, bo to doprawdy spora część mojej codzienności. Pokazuję ją Wam i na Facebooku i na Instagramie, ale pomyślałam, że opiszę Wam nieco bliżej, jak wygląda taki warsztatowy wyjazd! Jak wygląda moja praca!
W ostatnich tygodniach zjeździłam z tymi moimi warsztatami kawał Polski! Byliśmy w Kołobrzegu, Karpaczu, Warszawie, Olsztynie, Władysławowie i Rzeszowie. Są to warsztaty dla firm, w takich się specjalizuję. Zapewniam kreatywną rozrywkę podczas różnego typu eventów, czy to dla pracowników, czy dla klientów, czy podczas spotkań networkingowych, czy pokazów prasowych. Jeździmy na pikniki miejskie i pracownicze, na kameralne spotkania i imprezy dla tysiąca osób, na bardzo prestiżowe wydarzenia dla warszawskich dziennikarzy i celebrytów i do wiejskich domów kultury z przemiłymi paniami z kółek gospodyń. Każdy wyjazd jest inny. Każdy jest nową przygodą. Każdy jest okazją do poznania czegoś nowego – ludzi, miejsc, smaków.
Zawsze się staram, aby taki wyjazd warsztatowy był nie tylko pracą, ale zapewniał jeszcze nieco przyjemnych przeżyć. Szukam ciekawych noclegów, dobrych restauracji, pobliskich miejsc, które przy okazji można zobaczyć. Dzięki temu tak bardzo lubię te wyjazdy!
Ale wracając do tematu… Opiszę Wam dzisiaj jeden z ostatnich wyjazdów. Taki, który szczególnie przypadł mi do serca, ale był też niezwykle wyczerpujący i intensywny. Czy był to typowy wyjazd? I tak i nie. Bo w tej branży ciężko nazwać jakiekolwiek wydarzenie typowym, choć z perspektywy tych moich już prawie 10 lat doświadczenia, trzeba przyznać, że część warsztatów zlewa się w całość i tworzy pewien standardowy obraz.
Dzisiaj pojedziecie ze mną na wyjazd łączony – na warsztaty w Olsztynie i we Władysławowie, dzień po dniu, impreza po imprezie. Ruszamy zatem w drogę!
Przed warsztatami
Przygotowania do warsztatów rozpoczynają się dużo wcześniej. W zależności od eventu i organizatora, pierwsze ustalenia mogą się pojawić nawet rok wcześniej, bywa też, że mamy pilną imprezę, która nam „wpadnie” na dwa tygodnie przed jej terminem. Niemniej jednak te 10-14 dni przed warsztatem muszę już mieć etap ustaleń zakończony, wysłaną pierwszą kosztową fakturę i oszacowaną ilość uczestników warsztatów. Zabieram się bowiem wtedy za zakupy, których większą część robię przez Internet. Jest to zawsze wielka niewiadoma – czy zamówienia zdążą na pewno dojść na czas. Mam kilku sprawdzonych dostawców, którym ufam i przesyłki od nich odbieram nawet następnego dnia od zamówienia. Po części jednak bywa problematycznie i zdarza się, że poziom stresu mocno wzrasta, a opóźnione przesyłki odbieram wieczorem przed warsztatami, zagubione gdzieś na poczcie.
Dzień przed warsztatowym wyjazdem wybieram się też zawsze na wielkie zakupy, po składniki dostępne w marketach. Potem urządzam równie wielkie pakowanie, przepakowywanie, liczenie, sprawdzanie, organizowanie, dokręcanie buteleczek i słoiczków, drukowanie materiałów, 5-krotne przeliczanie czy na pewno mam wszystkiego pod dostatkiem, a wręcz ze sporą nadwyżką, bo to różnie bywa. Cały dom mamy wtedy zawalony pudłami, pudełkami, siatami, koszykami itp. W końcu jednak wszystko ląduje w przedpokoju i czeka na spakowanie do samochodu.
DZIEŃ I – dojechać
Ruszamy w drogę do Olsztyna! A dokładniej – ruszymy, jak się ogarniemy. Tym razem towarzyszy mi mój mąż. Kiedy jego nie ma lub nie może, zabieram zawsze asystentkę. Muszę kogoś mieć, sama nie dałabym rady. Po pierwsze, potrzebuję kierowcy na tak długie trasy, po drugie – kogoś, kto pomoże ogarnąć te wszystkie składniki i półprodukty. Pomóc je wyłożyć, a potem posprzątać.
W każdym razie rano musimy jeszcze odwieźć dziecko i psa do dziadków. Na szczęście tym razem są ferie, więc nie ma problemu ze szkołą. Kiedy mąż z resztą jadą w swoją drogę, ja kończę pakowanie. Sporo, oj sporo tego mamy tym razem… Czekają nas dwa warsztaty – dla 40 i 36 osób i każdemu trzeba zapewnić materiały na 4 kosmetyki. Wynoszę więc wszystko przed dom, a kiedy koło południa powraca mąż, łapie się za głowę. Ja jednak optymistycznie postanawiam wziąć pakowanie jakimś umyślnym sposobem, rozłożyć to na spokojnie i na szczęście się udaje.
Pensjonat U Jacka w Olsztynie
Gotowi? To ruszamy! Przyznam się Wam, że boję się zawsze takich długich tras, ale jednocześnie mają one w sobie coś kuszącego, coś przyciągającego, jak film drogi. Czeka nas ponad 7 godzin jazdy – z Krakowa do Olsztyna. Przez Warszawę, niestety. Zatrzymujemy się chwilę przed nią, aby przeczekać największe korki i zjeść serbski obiad w najlepszej restauracji na tej trasie – Karczmie Guca.
Na miejsce dojeżdżamy jakoś po 22. Po raz pierwszy zarezerwowałam pensjonat, w którym już kiedyś nocowałam, bo i warsztaty będziemy mieli w Hotelu Przystań, w którym także już raz je prowadziłam. Pamiętam, że urzekł mnie wtedy poranny widok na jezioro… I co? Tym razem mamy widok na parking… Cóż, trudno… Czekam z niecierpliwością na widok morza we Władysławowie, bo tylko ze względu na to zdecydowałam się tam na noclegi w porcie. Zanim padniemy, idziemy jeszcze na chwilę nad jezioro. Mąż złapał bakcyla morsowania i postanawia wleźć do wody. Ja patrzę, jak zwykle, pilnuję i cieszę się nocnym widokiem jeziora.
DZIEŃ II – warsztaty w Olsztynie
Obudził nas deszcz. Jest szaro i ponuro. Schodzimy jednak na śniadanie i zajadamy je, wpatrując się w tę deszczową taflę jeziora za wielkimi oknami pensjonatowej restauracji. Śniadania to chyba najbardziej lubię w tych wyjazdach. Zawsze poszukuję takich miejsc do spania, w których można zjeść dobre śniadanie. I jemy je potem sobie razem, popijając kawą i ciesząc się chwilą spokoju.
Na miejsce warsztatów, do Hotelu Przystań docieramy nieco wcześniej niż potrzeba. Deszcz leje, z pensjonatu się wymeldowaliśmy, nie ma co robić. Możemy zatem niespiesznie się przygotować. Najpierw jednak dzwonimy po dziewczyny z firmy eventowej i sprawdzamy salę. I znowu mały smuteczek – poprzednim razem miałam tu salę z pięknym, ogromnym widokiem na jezioro i łódki, a teraz – typową salę konferencyjną bez okien. Nie lubię takich, ale cóż, działamy!
Rozkładanie idzie nam sprawnie, bo to trzeci z kolei taki sam warsztat dla tej samej firmy. Mamy dla niej w sumie 5 eventów, prawie pod rząd. Mąż więc już dobrze wie, co gdzie trzeba położyć i w jakiej ilości, a jak nie pamięta, to tylko słyszę co jakiś czas – co teraz? I tak schodzi nam z tym około 1,5-godziny, ale w końcu wszystko jest na swoim miejscu. Ja zostaję na placu boju, a mąż ma wolne – idzie do hotelowej restauracji napisać artykuł.
A potem po prostu płynę. Przepływam przez wydarzenia. A przynajmniej tak mi się zawsze wydaje. Zamieniam się mojego normalnego ja, w moje profesjonalne ja. I jest ono ze mną podczas ogólnego spotkania ze wszystkimi paniami (potem część idzie na salsę, a część pozostaje ze mną), podczas moich warsztatów i kiedy żegnam się z uczestniczkami, które mi dziękują, cieszą się, tak miło chwalą, a nawet obejmują i całują!
Po warsztacie wraca mąż i sprzątamy razem ten artystyczny rozgardiasz. Zajmuje to około godziny, ale salę trzeba przywrócić do stanu początkowego. Mąż w między czasie zachwala restaurację hotelową, idziemy więc do niej, bo obojgu nam należy się dobry obiad (czy tam już kolacja). Pięknie tu. Klimatycznie i romantycznie. Szczególnie urzekła mnie zupa krem z podwędzanego ziemniaka podawana z krewetką, w słoiku, z którego unosi się wędzalniczy dym. Magia 🙂
Ale to nie koniec wieczoru. Wsiadamy bowiem w samochód i ruszamy w drogę. Do Władysławowa mamy 2,5 godziny jazdy, czas więc na nas.
Docieramy znowuż po 22 i co się okazuje? Zamiast pięknego, wielkiego widoku na port bałtycki mam małe boczne okienko, z którego trochę coś tam widać tego morza. Chyba jakieś wyjazdowe fatum widokowe nas dopadło! Żal mi bardzo, ale nie da się nic zrobić. Padamy…
DZIEŃ III – warsztaty we Władysławowie
Tym razem budzi nas cudowna pogoda! I przynajmniej jedząc śniadanie możemy podziwiać zacumowane w porcie kutry. Bajka! Zaraz potem lecimy na plażę. Mąż wskakuje do morza, ja cieszę się tak intensywnym kolorem nieba, jakiego dawno nie widziałam.
A potem – powtórka z wczoraj. Te same, dobrze już znane organizatorki i bardzo klimatyczna tym razem salka z okrągłymi stołami w hotelu Gwiazda Morza. Rozkładamy się, mąż wraca do pensjonatu z zamiarem pobiegania po plaży, a ja znowu wchodzę w to moje drugie ja. I płynę. Nadmorsko płynę przez ten dzień, który mija ekspresowo. Jak zawsze. Znowu sprzątamy, znowu się składamy i wracamy do naszego portu. Mają ponoć dobrą restaurację, trzeba wypróbować. I faktycznie – jest smacznie, regionalnie i solidnie. Ale to nie koniec dnia. Port tak kusi, że wybieramy się na falochron, na wieczorny spacer do latarni, do pełnego morza. A potem wskakujemy pod kołdrę i puszczamy sobie Przyjaciół. Znowuż padnięci. Idealne zakończenie tego dnia.
DZIEŃ IV – foki
Nie byłam jeszcze na Helu. Skoro więc jesteśmy we Władysławowie, nie możemy ot tak zwyczajnie wrócić na to nasze dalekie południe. Ruszamy w drogę zobaczyć helskie fokarium, które marzy mi się od dawna. Tylko jeszcze skoczę na portowy falochron i popstrykam zdjęcia tej niezwykłej symetrii, która ukazuje się na jakże spokojnym dzisiaj morzu! Sama tym razem, ciesząc się każdą sekundą tej mojej chwili.
O tej porze roku droga wzdłuż Półwyspu Helskiego jest spokojna. Pogoda niczym na wiosnę, niebo bezchmurne. Co chwilę wyłania się woda. Potem las, jakiś wybitnie bajkowy. Słońce prześwituje przez bałtyckie sosny, piasek z wydm wdziera się na drogę, krzaki borówek wyglądają jakby zaraz miały owocować. Docieramy do Helu, w którym urzekają mnie stare, rybackie zabudowania. Zupełnie o nich nie widziałam.
I te foki! Takie kochane! Śmieję się jak dziecko za każdym razem, kiedy któraś z nich obok mnie przepływa!
Nie bawimy tam długo, przed nami długi powrót. Docieramy do domu późnym wieczorem. Czaka na nas tu już moja siostra, która przywiozła dziecko i psa. Można odetchnąć.
Czytałam niedawno takie piękne zdanie. Po angielsku brzmi ładniej, ale przetłumaczę je tak:
opuszczenie domu i bezpieczny do niego powrót to jakże niedoceniane błogosławieństwo.
Oto i drugi, obiecany wpis walentynkowy! A w nim prosty, a jakże doskonały pomysł na wyjątkowy dodatek do kąpieli!
Wyjątkowy, bo z sercem! Takim, który na nawet całkiem prosto można zrobić. Wyjątkowy, bo o szczególnym, głębokim, odurzającym, afroduzyjącym aromacie. Aromacie idealnym na walentynkowy wieczór. I każdy inny!
Nasza dzisiejsza sól kąpielowa oparta jest w głównej mierze na soli Epsom, czyli magnezowo-siarkowym, zupełnie nie słonym, a gorzkim remedium na gorsze samopoczucie i problemy skórne. Taka sól w kąpieli fantastycznie regeneruje umysł i ciało, relaksuje, dodaje nam życiowej energii, a przy okazji pomaga ukoić skórę.
Kąpiel z sercem czyli miłosna sól kąpielowa
Składniki:
300 g soli Epsom
2 łyżki mleka w proszku
ok 4-5 łyżek różowej soli himalajskiej
3 łyżki ulubionego oleju – wykorzystałam z pestek winogron
8 kropelek olejku z drzewa sandałowego
8 kropelek olejku z drzewa różanego
8 kropelek olejku bergamotowego
5 kropelek olejku goździkowego
3 kropelki olejku ylang ylang
Przyda Wam się także patyczek do szaszłyków – z nim znacznie łatwiej zrobić różowe serce.
W misce mieszamy sól Epsom, mleko w proszku, olej i olejki. Na dno pojemniczka (mój o pojemności 300 ml) sypiemy ok. 1-2-centymentrową warstwę mieszaniny. Tuż przy ściance pojemniczka zaczynamy usypywanie serca z soli himalajskiej. Dodajemy jej po trochę w jednym miejscu, dosyć równomiernie, co jakiś czas formując patyczkiem pożądany kształt, czyli dociskając sól do dołu, po środku, u spodu serca. W miedzy czasie dosypujemy białej mieszaniny na pozostałą powierzchnię pojemniczka. Jest z tym trochę zabawy, ale efekty wychodzą bardzo ładne. Sama usypałam kilka takich serc, więc wierzcie mi – odrobinę kombinowania z patyczkiem, powolne dosypywanie soli i serce wychodzi!
A jeśli nie chcecie bawić się w serce, zróbcie po prostu warstwy! Czyli nasypcie nieco białej soli, np. na 2 cm, uklepcie całość i na to wysypcie 0,5-centymetrową warstwę soli himalajskiej. I tak kilka razy. Też będzie pięknie!
Około 1/2-1/3 pojemniczka soli przesypujemy do wanny z ciepłą wodą i cieszymy się kąpielą.
Ach, pamiętajcie, żeby pojemniczkiem nie wstrząsać. Wtedy niestety serce nam zanika… Wiem, zrobiłam to… 🙂
Czy Waszej skórze też tak bardzo, bardzo brakuje tej odrobiny słońca? Czy Wy też potrzebujecie znowu poczuć lekkość lata, energię bijącą z ciepłych, słonecznych promieni?
Mam dzisiaj dla Was pomysł na to, jak zamknąć letnie słońce w puszystym masełku do ciała!
To coś, czego skóra się domaga! Czego pragnie! Czego i Wasze zmysły potrzebują, bo masło ma intensywnie, totalnie, całkowicie pomarańczowy kolor i pomarańczowy zapach. Ma też delikatne, mieniące się złote drobinki, aby nadać skórze dodatkowy słoneczny blask.
Masełko poprawia koloryt skóry, działa mocno odżywczo i silnie regenerująco. Jest prawdziwym kojącym plastrem na naszą polską, zimową, podrażnioną i bladziutką skórę. Ma właściwości przeciwzapalnie i odmładzające. Stanowi bogactwo karotenoidów – witamin z grupy A, które to właśnie nadają kolor olejom, ale także innych cennych witamin. Pomaga z walce z bliznami i rozstępami. Polecam zwłaszcza do skóry problematycznej, przesuszonej, dojrzałej.
Jest też jedno ale… Jak się zapewne domyślacie, masełko, które wprawdzie sprawia tyle radości w użytkowaniu, niestety barwi ubrania. Wystarczy jednak nakładać je regularnie, ale z umiarem i odczekać chwilę do wchłonięcia albo stosować na noc, pod piżamkę, którą trzeba będzie po prostu wyprać. Obiecuję – warto!
Jestem pewna, że dzisiejsze masełko będzie cudownym świątecznym prezentem!
Pełne słońca marchewkowo-rokitnikowe puszyste masełko do ciała
W kąpieli wodnej roztapiamy masło shea. Kiedy będzie już płynne, ściągamy je z ognia i przelewamy do wysokiego naczynia (dzięki temu łatwiej będzie nam je miksować). Dolewamy oleje, olejek pomarańczowy i dosypujemy mikę (jej ilość dopasujcie do własnych preferencji – jeśli lubicie błyszczeć, dosypcie jej nieco więcej). Mieszamy i odstawiamy do lekkiego stwardnienia. Obserwujemy masło – kiedy tylko zacznie gęstnieć, rozpoczynamy miksowanie ręcznym blenderem, co pozwoli uzyskać puszystą jak chmurka konsystencję. Jeśli masło wciąż będzie płynne, ponownie odczekujemy, aż stwardnieje i ponownie miksujemy. Gotowe przekładamy do słoiczka.
Masło stosujemy do ciała po kąpieli, na wilgotną jeszcze skórę. Jest bardzo wydajne, ekspresowo zamienia się w lekki olejek. Wmasowujemy w skórę jego niewielką ilość, dzięki czemu szybko się wchłania i zmniejszymy prawdopodobieństwo zabarwienia ubrań.
U podstaw filozofii Nourish leżą bezgraniczna ciekawość i miłość do nauki, radość w odkrywaniu rzeczy sprawiających, że codzienność staje się bardziej pozytywna oraz szczere pragnienie, by żyć i pracować w atmosferze szacunku do ludzi oraz świata, który nas otacza.
To zdanie przykuło moją uwagę, kiedy czytałam o Nourish London. W zasadzie po prostu ogromnie mi się spodobało. I tym bardziej ciekawa byłam samych produktów tej jeszcze bardzo mało znanej w naszym kraju marki.
Zmieniająca kolor emulsja z jarmużem? Maska z minerałami powstałymi w procesie fermentacji drożdży probiotycznych? Kosmetyki z jabłkami? I to o świeżym zapachu jabłek? Przyznam, że zadziałało to na moją wyobraźnię. I jeszcze to zdanie – „Dr Hili ma ciekawą koncepcję jak prawidłowo dobierać kosmetyki tak, aby zaspokajały one potrzeby skór. Koncepcja opiera się na dwóch parametrach, które powinniśmy wziąć pod uwagę tj. rodzaj cery, ale również jej kondycja. To podwaliny do bardziej świadomej pielęgnacji opartej na obserwowaniu potrzeb cery. ”
Zaprosiłam więc Nourish London do mojej codziennej pielęgnacji!
Seria produktów, którą używam, została mi dobrana na podstawie opisu mojej cery. Przekazałam w skrócie, że mam ją mieszaną, ze skłonnością do problematycznej i przetłuszczającej się. I tak trafiła do mnie seria jabłkowa, ten jakże intrygujący oczyszczacz z jarmużem oraz produkty do zadań specjalnych, które można wykorzystywać uniwersalnie, do zabiegów nieco bardziej sporadycznych niż codzienna pielęgnacja.
W skład serii Balance wchodzą pięknie i rześko pachnące zielonym jabłkiem – Krem nawilżający do skóry mieszanej i tłustej, Odżywcze serum peptydowe do skóry mieszanej i tłustej oraz Tonizująca mgiełka przywracająca równowagę do skóry mieszanej i tłustej. I powiem Wam, że jeżeli poszukujecie kosmetyków o działaniu natychmiastowym, to właśnie je znaleźliście! Zaczęłam bowiem właśnie od tych produktów i od emulsji z jarmużem, o której później. Pewnego spokojnego wieczora, po prysznicu, którego bardzo potrzebowałam, a który dodał mi energii, po oczyszczeniu twarzy, po wczytaniu się w opisy kosmetyków. Spryskałam twarz tonikiem, wklepałam serum, które po chwili zniknęło, a potem nieco kremu. Sam krem należy do tych nieco bardziej treściwych i potrzebujemy chwilę go wklepywać, aby się ładnie wchłonął. Wiem jednak z doświadczenia, że moja cera właśnie takiej konsystencji często potrzebuje, a nie, wbrew pozorom, leciutkich nawilżaczy, które szybko znikają.
I wtedy to poczułam. To coś. Skóra stała się tak cudownie elastyczna, sprężysta, jakby wstrzelono w nią energię. I choć to uczucie miękkości pojawia się także po innych kosmetykach, tylko tutaj mam aż tak duże wrażenie tej większej elastyczności. I wiecie co? Tak było do rana.
Serię Nourish Balance zawiera niezwykły kompleks witamin z grupy B: B3, B5, B6. Witamina B3 pobudza komórki i stymuluje produkcję lipidów, sprawiając tym samym, że skóra jest bardziej jędrna. Witamina B5 ma właściwości nawilżające, dzięki czemu skóra jest gładsza, witamina B6 z kolei jest niezbędna do właściwego działania komórek. W skład kosmetyków z serii Balance wchodzą także witamina C i witamina E, które są antyoksydantami i pomagają chronić, stanowiące budulec skóry, włókna kolagenowe i elastynowe przed szkodliwym wpływem wolnych rodników.
Może od razu wspomnę, że na stronie dystrybutora – Costasy, można dobrać sobie produkty i serie kosmetyków odpowiednie do cery normalnej, wrażliwej, mieszanej i tłustej oraz suchej, a także do kondycji skóry na przykład do cery zmęczonej i szarej, ogólnie osłabionej lub przetłuszczającej się. Wystarczy wybrać odpowiednią zakładkę, a potem wczytać się w opisy samych kosmetyków. Myślę, że na pewno też nie zaszkodzi po prostu wysłać mail z zapytaniem o dobór odpowiednich produktów.
Seria Balance, o zapachu, który bardzo mi się spodobał – mocno energetyzującym jabłku, trafiła w punkt w moje potrzeby. Uspokoiła skórę, która znowuż tego uspokojenia potrzebowała. Wyciszyła ją i ukoiła. Wyraźnie widać także jej działanie regulujące – skóra widocznie mniej się przetłuszcza. Jest odpowiednio nawilżona i odżywiona. A co ważne – w sam raz przygotowana pod makijaż mineralny, który, jak zapewne wiecie, jest wymagający.
I chyba nie byłoby tak dobrze, gdyby nie ten magiczny jarmuż! To chyba jedna z większych gwiazd marki, a jeśli nie, to stanowczo powinien się nią stać! Oczyszczająca emulsja z jarmużem 3D czyli zmieniająca kolor emulsja oczyszczająca, która usuwając zanieczyszczenia sprawia, że skóra jest zdrowsza i bardziej promienna. Kwas hialuronowy, probiotyki oraz wyciągi o właściwościach dotleniających działają w synergii, by dodać skórze energii poprzez usunięcie makijażu oraz zanieczyszczeń. Jarmuż oraz czarna fasola afrykańska z jednej strony oczyszczają z toksyn, z drugiej chronią skórę przed ich niekorzystnym wpływem. W efekcie cera wygląda młodziej, a oznaki starzenia są mniej widoczne.
Wiecie, jakie to fajne, że nakładam na twarz białą emulsję, masujemy nią skórę, a ona po chwili staje się… zielona!? Kosmetyczna magia! Zupełnie jednak magią nie jest, a doprawdy faktem, że jest to niezwykle przyzwoity kosmetyk myjący i oczyszczający skórę. Chwila takiego masowania, ochy i achy nad zmieniającym się kolorem i mamy idealnie przygotowaną skórę do dalszych kroków pielęgnacyjny. Emulsja nie jest za rzadka, co niestety się zdarza. Jest wręcz gęsta i trzeba ją dokładnie zmyć, aby nie zostały nam zielone ślady. Mam jednak wrażenie, że to właśnie dzięki temu tak dobrze oczyszcza, bez pozostawiania uczucie napiętej, „gołej” skóry. Polecam!
A jeśli chcecie pozbyć się mocniejszego makijażu, to najlepiej sięgnąć po jeden z tych produktów, określanych jako „do zabiegów”! Po Wielozadaniowy balsam z antyoksydantami! Jest to lekkie masło, a dokładniej mieszanina odżywczych olejków, które ma stałą formę, ale po dosłownie chwili staje się miękkie, łatwo się rozprowadza. Ma przyjemny, ziołowy aromat naturalnych olejków eterycznych i jest naprawdę uniwersalne. Osobiście najbardziej polecam używać go właśnie jako balsam oczyszczający, którym masujemy skórę, ściągając z niej wszelkie zanieczyszczenia, a potem zmywamy całość ciepłą wodą i dołączoną do opakowania chusteczką z organicznej bawełny. Jest to dla mnie najlepszy sposób na demakijaż po powrocie do domu, kiedy jeszcze nie przygotowujemy skóry na noc. Po takim zabiegu cera jest mięciutka, gładka i nie wymaga już żadnego innego smarowidła.
Na koniec dwa równie ciekawe produkty. Moim ulubieńcem stała się Regenerująca maska probiotyczna z minerałami. Jej kluczowymi składnikami są drożdże probiotyczne, a dokładniej minerały powstałe w procesie ich fermentacji, które fantastycznie wspomagają procesy regeneracji skóry. Ze względu na właściwości kojące, wchodzący w skład maski magnez jest niezastąpiony przy stanach zapalnych skóry, tj. trądzik pospolity i trądzik różowaty, pomaga neutralizować negatywny wpływ jaki zanieczyszczenie środowiska może mieć na skórę oraz przywraca równowagę procesowi produkcji sebum. Pozostałe minerały, które znajdują się w masce to: cynk (właściwości regeneracyjne), miedź (wspomaga produkcję kolagenu oraz naprawcze procesy komórkowe) oraz żelazo (właściwości dotleniające).
A poza tym maska ma wspaniały zapach świeżej lawendy! Czyli wszystko to, co lubię – działanie w kierunku poprawy mojego typu cery i jeden z ulubionych zapachów. Ma konsystencję kremu i można ją nakładać jak maseczkę – zmywając po niedługim czasie wodą lub wklepując w twarz jako krem na noc. W obu przypadkach – świetna!
Nie mogę pominąć ostatniej gwiazdki – leciutkiego Przeciwzmarszczkowego serum arganowego.Naturalnie pobudza produkcję kolagenu, spowalniając w ten sposób procesy starzenia się skóry. Składniki wchodzące w skład serum przeciwdziałają powstawaniu zmarszczek poprzez wzmacnianie włókien proteinowych tworzących strukturę skóry. Serum neutralizuje szkodliwy wpływ wolnych rodników i redukuje zaczerwienienia oraz widoczność blizn powstałych w wyniku ran, trądziku, wyprysków i łuszczycy. Zapobiega odwodnieniu i przywraca skórze równowagę.
Jest to, moje drogie panie, kosmetyk, który po prostu trzeba mieć w pewnym wieku. W wieku, kiedy lata powoli dają o sobie znać. Trzeba go mieć, aby naturalnie, ale nienachalnie wspomagać skórę w walce z czasem. Aby ją uzbroić do tej walki. Dać jej siły i energię. Do stosowania codziennie wieczorem lub nieco bardziej sporadycznie, ale regularnie. Dla mnie – idealny zamiennik serum jabłkowego z serii Balance, tak dwa razy w tygodniu.
Mam nadzieję, że zaciekawiły Was sameprodukty Nourish. Muszę jeszcze dodać, że kosmetyki marki są ekologiczne, etyczne, wegańskie, posiadają certyfikat Soil Association i nie są testowane na zwierzętach. A twórczyni marki – dr Pauline Hili jest jedną z czołowych brytyjskich specjalistek w dziedzinie ekologicznej pielęgnacji. Opublikowała wiele prac naukowych i jest autorką książki „The Animicrobal Essential Oils”. Dr Hili należy do Soil Association Health and Beauty Standards Comittee oraz w 2009 została przyjęta do Królewskiego Towarzystwa Chemicznego. W 2012 dr Pauline stworzyła markę Nourish jako swoiste ukoronowanie swojej kariery eksperta w dziedzinie pielęgnacji skóry i kosmetologii.
Wszystkie produkty znajdziecie na stronie dystrybutora marki – Costasy. Bardzo polecam!
Wpis powstał w wyniku bardzo miłej współpracy z firmą Costasy.
Mam taki obraz przed oczami. Chata, taka dawna, drewniana, pachnąca ogniem, z klepiskiem, piecem i rzędem suszonych ziół zwisających z sufitu. Ale zadbana, czysta, przestronna, jasna, z promieniami popołudniowego słońca zaglądającymi przez szyby, z koronkowym obrusem na sporym stole, świeżymi kwiatami w wazonie i ogromnymi pierzynami w białych poszwach. W ogrodzie rosną wiśnie, całe puszyste, przykryte białym kwieciem, pod nimi łąka obsypana żółtymi mleczami. ’
W tej chacie jest specjalna półka, zajęta przez mrowie mniejszych i większych buteleczek, wypełnionych tym, co natura daje nam w darze. Najczystsze, najświeższe oleje i wody kwiatowe, które pani tego magicznego domu stosuje, aby zachować urodę, aby skóra jej wciąż była promienna, nawet pomimo tych kilku zmarszczek wokół oczu. Aby wciąż nie można było oderwać od niej wzroku.
Prosta pielęgnacja, sięgnięcie do korzeni, do natury, do źródeł, do samego sedna prawdziwego piękna. Do soków wyciśniętych z roślin, z ich pestek, nasion, ziela, kwiatów.
To wszystko właśnie mam przed oczami, kiedy myślę o nowej marce znanego nam już dobrze Sylveco. O olejach i hydrolatach OLEIQ.
I tak sobie myślę, że tego nam na rynku brakowało. Bo choć wiele marek ma w swojej ofercie wszelakie oleje i wody kwiatowe, to tylko tutaj wszystko zdaje się spójne, przemyślane, wzajemnie się uzupełniające. Jak klocki, z których budujemy swoje codzienne rytuały. Które wymieniamy w zależności od aktualnych potrzeb skóry, od pory woku czy po prostu – nastroju.
OLEIQ ujęło mnie na samym początku etykietami. A jakże! Zawsze zwracam na nie uwagę. I muszę przyznać, że najbardziej ze wszystkich marek-córek udały się one Sylveco. Tworzą nastrój, kreują historię, od razu i w pełni odpowiadają na pytanie o charakter i przeznaczenie marki. I tak idealnie współgrają z hasłem – prosta pielęgnacja! I jakie piękne są te delikatne rysunki botaniczne roślin! Dobrze wiecie, jak bardzo takie lubię.
Prosta pielęgnacja bazuje na idealnym połączeniu hydrolatu i oleju.
Etykiety naklejono na proste, najbardziej w sumie popularne buteleczki z brązowego i kobaltowego szkła. Trzeba przyznać, że pasują one idealnie odkładnie do tego typu produktów. Są praktyczne i pojemne.
W ofercie OLEIQ znajdziemy 9 hydrolatów 100 ml – z róży, lawendowy, aloesowy, malinowy, z melisy, z mięty, z nagietka, z werbeny i ogórkowy, 6 olejków polecanych do pielęgnacji twarzy 30 ml – z pachnotki, pestek czarnego bzu, granatu, śliwek, truskawek i żurawiny oraz trzy oleje do ciała i włosów (które jednak także spokojnie można używać do twarzy) 100 ml – z czarnuszki, z nasion konopi i pestek wiśni.
Na razie tyle. Ma być ponoć więcej i jeszcze ciekawiej. Już jednak jest się czym zachwycać!
Organiczne oleje roślinne OLEIQ są w 100% naturalne i tłoczone na zimno, dzięki czemu nie tracą cennych składników podczas procesu pozyskiwania. Stanowią źródło witamin i składników odżywczych, które mają pozytywny wpływ na kondycję naszej cery. Doskonale pielęgnują skórę, włosy i paznokcie.
Hydrolaty OLEIQ – wody kwiatowe – posiadają niezwykłe właściwości, dzięki którym mogą z nich korzystać osoby o każdym typie cery, skóry i włosów. W zależności od rośliny z jakiej są pozyskiwane, mogą odświeżać, zmniejszać opuchnięcia, koić podrażnienia, nawilżać, tonizować, odżywiać i wzmacniać.
I to wszystko czuć! Oleje są gęste, mają różne kolory – od jasnego żółtego po bury, ciemnozielony. Wszystkie intensywnie pachną, niektóre średnio przyjemnie, jak to świeże oleje, inne wprost cudownie! Bo czy wszyscy wiecie, jak pięknie marcepanowo pachnie olej z pestek śliwek? Chciałoby się go jeść! Okazuje się, że olejek z pestek wiśni także ma podobny słodkawy aromat.
Cudowne zapachy czuć też w hydrolatach. Tych klasycznych – różany wspaniały, lawendowy – no cudny! Jakby świeżą lawendą rzucono mi w twarz! Ale także nieco bardziej oryginalna mięta – pachnie lekko, orzeźwiająco, no – miętowo. Ogórek bardzo ogórkowy. Nagietek – zielny, letni. Nieco zawiodła mnie malina i werbena, bo nie czuć tych znajomych aromatów, ale same wody i tak są przyjemne.
Pewnie zapytacie, które oleje wybrać? Po który hydrolat sięgnąć na początku? Co ze sobą łączyć?
Pytanie słuszne i oczywiste, nie ma jednak na nie równie oczywistej odpowiedzi. Sami musicie zdecydować, co odpowiada Waszym potrzebom i upodobaniom. A dokładniej – Waszej skóry. To ona musi tutaj zdecydować. Ona musi pokochać dany olej lub nie niestety- go odrzucić. Z olejami nie jest tak łatwo, trzeba próbować – dosłownie – na własnej skórze. Zajrzyjcie na początek na stronę OLEIQ, zapoznajcie się z opisami i kierujcie się… intuicją!
Mogę jednak powiedzieć Wam, co mi przypadło najbardziej do serca! Po pierwsze – zakochałam się w hydrolacie nagietkowym, który jest dla mnie zupełną nowością. Coś jakby mieć zawsze pod ręką kojącą nagietkową herbatę, tylko lepiej. Spryskuję nim twarz i podrażnioną skórę i od razu jest lepiej.
A latem, już to wiem dobrze, cudnie sprawdzą się łagodzące hydrolaty z ogórka i aloesu – wiadomo, na skórę po słońcu. I jakże wspaniale orzeźwiająca mięta! I werbena też!
Różę jak kochałam, tak kocham. Ale ta lawenda… no… tak jak pisałam powyżej – jakby ktoś mi świeżymi kwiatami machał przed nosem. Wspaniała! Zaproponowałam Wam ją nawet w katalogu świątecznym, jako część zestawu na dobry sen. Spryskujcie się nią wieczorem, a potem zasypiajcie jak dzieci!
Co do olejów – uwielbiam wszystkie trzy te duże! Olej z czarnuszki pokochałam już dawno, od dawna go też nie miałam. Z wielką radością więc odkrywam go ponownie, na nowo. Ten jego głęboki czarnuszkowy zapach! Razem z olejem konopnym są polecane do skóry problematycznej, łagodzą stany zapalne, działają regulująco. Lubię je więc używać i do ciała i po kilka kropel na twarz, razem z hydrolatem nagietkowym. Najlepsze kombo do skóry trądzikowej!
A jeśli planujecie prezenty świąteczne bardzo polecam ten marcepanowy zapach oleju z pestek śliwek, smakowicie słodki – oleju z pestek wiśni i jakże zimowy, pełen witamin i również przyjemnie pachnący – olej z żurawiny. Wszystkie są lekkie, łatwo i szybko się wchłaniają. Z pewnością są świetne na początek przygody olejowej.
Nie no… patrzę teraz na tę małą olejową armię i wszystkie wydają mi się wspaniałe!
Pamiętajcie, że w tej prostej pielęgnacji OLEIQ chodzi o łączenie olei z hydrolatami. Wtedy ma to sens! Czyli najpierw spryskujemy oczyszczoną twarz wodą kwiatową, a na to nakładamy kilka kropel olejku. Czasem to wystarcza, czasem można nałożyć jeszcze krem. Sami zdecydujcie! Na ciało tak samo. Fajnie jest najpierw nawilżyć je hydrolatem, a potem wmasować olej. Choć oczywiście świetnie też sprawdza się po prostu sam olejek na skórę po kąpieli. Ważne, aby była ona wilgotna.
Jest więc w czym wybierać. Jak kombinować. Niechaj wyobraźnia doda Wam skrzydeł, a natura zwyczajnie – zrobi swoje. A jeśli któryś olejek Wam nie podszedł, nie poddawajcie się. Dajcie sobie i swojej skórze szanse. Wypróbujcie kolejny, który a nuż będzie tym idealnym. A poprzedni zużyjcie jako poślizg do masażu czy dodatek do kąpieli. I to jest właśnie fajne z tymi prostymi, czystymi składnikami – zawsze znajdzie się na nie jakiś sposób!
Więcej znajdziecie na Oleiq.pl. Produkty dostępne są na razie w drogeriach Hebe. Wkrótce pojawią się w nowych miejscach.