Posts Tagged‘przepisy na kosmetyki’

Kremowe błyszczyki 3w1 do ust, policzków i na powieki

Zrobimy dzisiaj takie cudowne kosmetyki, które “zrobią” Wam cały makijaż!

Bo jeden taki mały słoiczek często wystarczy! Kiedy? Choćby na urlopie! Czy w wolne dni w domu. Albo na zakupy i spacer. Kiedy nie chce Wam się za bardzo starać, kiedy nie ma czasu, kiedy po prostu nie potrzeba niczego więcej.

Doskonale też współgrają z makijażem. No, po prostu są uniwersalne! Do trzymania pod ręką, w torebce, na co dzień!

Nasze dzisiejsze kremowe błyszczyki nakładamy bowiem i na usta, żeby zachwycać uśmiechem, i wklepujemy nieco w policzki, aby nadać twarzy niemal naturalny rumieniec, ale także delikatnie – na powieki, zamiast cieni!

Doprawdy, czasami nie trzeba więcej!



A że nie mogłam zdecydować się, który kolor wybrać, zrobiłam trzy. I wszystkie pięknie wyglądają na skórze. I na ustach! Można więc wybierać według aktualnego nastroju i ochoty!

Ach, są oczywiście bardzo proste w produkcji domowej, więc do dzieła!



Kremowe błyszczyki 3w1

Składniki / na słoiczek 15 ml:

  • 3 g wosku pszczelego bielonego
  • 3 g masła shea rafinowanego
  • 4 g oleju kokosowego virgin (taki bardzo pachnący)
  • 5 ml oleju z pestek moreli
  • łyżeczka pigmentu (moje pochodzą z ZielonyKlub.pl)
    • najciemniejszy Malinowy Róż
    • jaśniejszy róż – Truskawkowe Piwonie
    • pomarańczowy – Czerwone Pomarańcze


Wosk, masła i oleje przekładamy do zlewki lub ceramicznej miseczki. Ustawiamy w kąpieli wodnej, do rozpuszczenia masła i wosku. Wyciągamy z kąpieli wodnej, dokładnie mieszamy, dosypując pigment. Jeszcze chwilę mieszamy, aby uzyskać jednolitą konsystencję i przelewamy do słoiczka. Tutaj też warto jeszcze lekko całość przemieszać w trakcie twardnienia. Odstawiamy na pół godziny.

Stosujemy, jak opisałam powyżej. Najlepiej zawsze mieć je pod ręką!

Ach, nie dodajemy tutaj żadnego zapachu, żeby można je było bardzo bezpiecznie stosować np. na powieki!

Zobaczcie jeszcze jak wyglądają na skórze!

Tutaj, nałożona grubsza warstwa.



A tu, poniżej, już nieco roztarte. Oczywiście można je jeszcze mocniej rozetrzeć, dla uzyskania bardziej naturalnego wyglądu. Dlatego są takie fajne – można je w pełni dopasować do potrzeb!


Miętowe żelowe plastry pod oczy

Tak i oto rozpoczął się wrzesień. A wraz z nim – pogoda iście jesienna. Posłałam dziś dziecko do drugiej klasy, a sama nieco osłabłam po intensywnym weekendzie. Rozpoczęliśmy bowiem sezon warsztatowy w przepięknym Lublinie, podczas Lubelskiego Festiwalu Kultury Piwnej w Browarze Perła. Było wspaniale! Zrobiliśmy eliksiry do kąpieli piwnej i peelingi słodowe, a ja zakochałam się w tym mieście, w jego energii, klimacie i tych wszystkich tajemnych zaułkach.

Był to jednak czas bardzo wyczerpujący, co najwyraźniej odbiło się na moim zdrowiu. A muszę je szybko podreperować, bo w piątek ponownie ruszamy w trasę warsztatową. I ponownie – kawał drogi przed nami!

Zdrowie, zdrowiem… ale czy wiecie jak ekspresowo przywrócić swoim oczom blask? A dokładniej – co zrobić, aby po ciężkim dniu w pracy, po wyczerpujących chwilach codziennych, w kilka chwil przywrócić oczom pełen komfort i znowu uśmiechnąć się do swojego oblicza w lustrze?



Mam dzisiaj dla Was baaaardzo prosty sposób na genialne żelowe plastry pod oczy!

To takie cudo, które w kilka chwil przywróci skórze pod oczami jędrność i miękkość, wygładzi ją, odświeży, zadziała jak ekspresowy lifting, ukoi i ochłodzi, zmniejszy opuchliznę i podkrążenia oczu. Naprawdę!

A to tylko trzy składniki!

Takie plastry robimy sobie raz, wkładamy do lodówki i mamy na kilka dni. Na te dni, kiedy potrzebujemy odpocząć po pracy, aby wróciła równowaga. Ale równie dobrze sprawdzą się przed wielkim wyjściem, przed weekendową imprezą, kiedy to znowuż potrzebujemy szybkiego efektu!

Przejdźcie się więc do pobliskiego ogródka lub na łąkę, nazbierajcie orzeźwiającej mięty, sięgnijcie po kojącą wodę różaną i do dzieła!



Miętowe żelowe plastry pod oczy


Składniki:

  • 60 ml wody różanej
  • łyżeczka żelatyny
  • kilka gałązek świeżej mięty

Żelatynę przesypujemy do wody różanej, mieszamy do rozpuszczenia.

Miętę blendujemy, aby była dobrze rozdrobniona. Potrzebujemy około 4 łyżeczki takiej rozdrobnionej mięty.

Miętę przekładamy do wody z żelatyną, dokładnie mieszamy. Całość przelewamy na płaski talerz. Na żelową pastę nakładamy arkusz papieru do pieczenia, który pozwoli nam równomiernie ją spłaszczyć (do około 3-4 mm grubości). Delikatnie dłońmi dociskamy papierem do talerza miętową pastę. Całość, razem z papierem przekładamy do lodówki na godzinę. Po tym czasie odklejamy papier i wycinamy bardzo delikatnie nożem plasterki do nałożenia pod oczy. Nie muszą być równe, nie muszą być idealne. Gotowe plasterki ponownie chowamy do lodówki. Przechowujemy je w niej do kilku dni.

Takie chłodne plasterki naklejamy sobie na skórę pod oczy i na kilka minut kładziemy się spokojnie. Kiedy plasterki zaczną się roztapiać, ściągamy je chusteczkami.

No, cudo!


Kąpielowe tartaletki cynamonowe z kremem cytrynowym

Co powiecie na słodką kąpiel?

Skusicie się?

Mam dzisiaj dla Was nowy pomysł! Jakże apetyczny! Dzisiaj robimy kąpielowe tartaletki cynamonowe z cudownym mleczno-cytrynowym kremem!

Chciałoby się zjeść, prawda?

A tymczasem nasz cynamonowy spód będzie nam wspaniale w wannie z wodą musował, a krem pełen mleka i masła shea ukoi i wypielęgnuje skórę. No i jak to pachnie! Mamy tu całkowicie naturalne zapachy – aromatyczny cynamon i świeża cytryna. Połączenie jednocześnie relaksujące i energetyzujące!

I wcale, a wcale nie są trudne do zrobienia!



Kąpielowe tartaletki cynamonowe z kremem cytrynowym

Składniki / na 10 sztuk:

  • 50 g masła shea rafinowanego
  • 4 cytryny
  • 100 g sody oczyszczonej
  • 50 g kwasku cytrynowego
  • 30 g skrobi ziemniaczanej
  • 2 łyżki cynamonu
  • 9 łyżek oleju ryżowego lub z pestek winogron
  • 100 g mleka w proszku
  • opcjonalnie: 20-30 kropelek olejku cytrynowego
  • odrobina wody do spryskiwania
  • do przybrania – gałązki rozmarynku lub skórka z cytryny

DZIEŃ I

Pierwszego dnia robimy spody tartaletek i macerujemy cytrynę w maśle shea, aby pięknie cytrynowo pachniało.

Do zrobienia spodów:

Przygotowujemy miskę, do której wsypujemy sodę, kwasek, skrobię i cynamon. Dolewamy 2 łyżki oleju np. ryżowego. Wyrabiamy ręką “ciasto” na tartaletki, co chwilę lekko spryskując wodą (może być butelką ze spryskiwaczem lub po prostu po kilka kropelek z ręki). Jeśli dodamy za dużo wody, mieszanina zacznie mocno musować. Musowanie gasimy palcami i wciąż wyrabiamy całość, do uzyskania jednolitej konsystencji. Ciasto musi być na tyle zwarte i wilgotne, że jeśli zamkniemy jego część w dłoni i ją otworzymy, pozostanie nam zbity kształt. Coś podobnego jak piasek do budowania zamków.

Gotowe ciasto przekładamy do 10 silikonowych foremek na muffinki, do około 1,5-2 cm wysokości, wyrównujemy palcami. Niewielkim okrągłym przedmiotem odciskamy kształt tartaletki. Ja użyłam opakowania na posypki cukrowe. Mocno dociskałam nim nasze ciasto w foremkach, dzięki czemu powstało zagłębienie na krem. Foremki odkładamy na całą noc do stwardnienia.

W między czasie obieramy woskową część skórki z dwóch cytryn. Przekładamy je do ceramicznej miseczki, dodajemy masło shea i odstawiamy do kąpieli wodnej do podgrzewania na bardzo małym ogniu. Pozostawiamy tam na 2-3 godziny, nie dopuszczając do zbytniego podgrzania masła. Po tym czasie odstawiamy miseczkę na noc. (Polecam przy okazji posmarować sobie usta takim cytrynowym masełkiem).



DZIEŃ II

Spody tartaletek wyciągamy z foremek. Masło ponownie przekładamy do kąpieli wodnej, aby się roztopiło.

Do miski wsypujemy mleko w proszku. Na tarce ścieramy skórkę z dwóch cytryn i przekładamy całość do miski z mlekiem. Przelewamy roztopione masło, uważając, aby skórki cytryn nie wpadły do miski. Dolewamy też 7 łyżek wybranego oleju. Jeśli uznamy, że zapach jest za słaby, dodajemy olejek cytrynowy. Mieszamy całość intensywnie, do uzyskania jednolitej konsystencji kremu do tortów.

Krem przekładamy na nasze cynamonowe spody. Dekorujemy według uznania i odkładamy na pół godziny do stwardnienia.

Na jedną kąpiel wrzucamy do wanny jedną tartaletkę. Relaksujemy się… 🙂

UWAGA

Tartaletki, a dokładniej cynamon, zapewne zabrudzą nieco wannę. Wystarczy przetrzeć pozostałości gąbeczką.

Jeśli masz wrażliwą skórę, zamiast cynamonu, dodaj kakao.


Akacjowa miodulka do oczyszczania twarzy

Zapach akacji, ta niezwykła słodka woń, unosił się ostatnio wszędzie! Czasami zatrzymywałam się gdzieś w pobliżu drzew i po prostu – wąchałam. Zamęczałam dziecko moje dzielne ciągłymi zachwytami nad akacjami pokrytymi białym kwieciem. No ale przyznajcie sami – jak tu się nie zachwycać!?

I tak z tych zachwytów postanowiłam wykorzystać pyszny miód akacjowy, który niedawno dostałam. Akurat w sam raz na koniec akacjowego sezonu. Zrobiłam jeden z najfajniejszych oczyszczaczy do twarzy, jakie mogą być!

Nasza dzisiejsza akacjowa miodulka to nic innego jak bardzo delikatna, w pełni naturalna pasta do mycia twarzy. Do nawet najbardziej delikatnej cery. Jestem przekonana, że spodoba się Wam wszystkim! Zawarłam w niej bowiem to, czego potrzeba każdej skórze nie tylko do oczyszczenia, ale także odżywienia i regeneracji.

Mamy więc w głównej mierze sam miód! Dobro ogromne, które sprawia, ze miodulka ma działanie antybakteryjne i wygładzające, działa niczym plaster na zmęczoną, podrażnioną skórę. Delikatne oczyszczanie zawdzięczamy białej glince, która także absorbuje nadmiar sebum. Podobnie jak odrobina mączki owsianej, która nadaje paście dobrą konsystencję, zmiękcza skórę i ją koi. Całość uzupełniłam pełnym w nienasycone kwasy tłuszczowe i przeciwutleniacze olejem lnianym o właściwościach przeciwzapalnych i normalizujących.

I tak powstała gęsta pasta, którą nakładamy wieczorem na wilgotną skórę twarzy (około łyżeczki) i delikatnie masujemy przez dłuższą chwilę. Po tym czasie zmywamy całość wodą lub naturalnym żelem do mycia twarzy. I uśmiechamy się do siebie w lustrze. I dotykamy gładkiej, nawilżonej, odżywionej skóry.

No, cudo!

 

 

Akacjowa miodulka do oczyszczania twarzy

Składniki:

  • 100 g miodu akacjowego
  • 40 g białej glinki
  • 30 ml oleju lnianego
  • 10 g mączki owsianej koloidalnej

 

Całość dokładnie mieszamy do uzyskania konsystencji gęstej pasty. Przekładamy do czystego pojemniczka. Stosujemy jak opisałam powyżej.

Miodulkę można przechowywać bardzo długo, ważne tylko, aby nie dostawała się do niej wilgoć.

 

Słodkie babeczki-masełka do ciała – kawowe i kokosowe

Tym razem zrobiłam coś mega słodkiego! Coś z mojej ukochanej kategorii słodyczy kosmetycznych. I wierzcie mi, bardzo żałuję, że tych babeczek- masełek do ciała nie ma w mojej książce Cukiernia kosmetyczna. Stały by się doprawdy jej gwiazdami!

A co to te babeczki?

Samo dobro! Genialne, leciutkie, pachnące, naturalne masełka do ciała! W podstawie ciemniejszej babeczki mamy masło kawowe, zrobione po prostu z kawy, a w tych jasnych mamy sporo oleju kokosowego. Krem to połączenie właśnie jego z masełkiem shea. Całość jest dosyć miękka, choć spokojnie trzyma formę. Po nałożeniu na dłonie bardzo szybko się roztapia i zamienia w odżywczy olejek, który możemy wmasować w wilgotną skórę po kąpieli albo sięgać po niego, kiedy tylko nam potrzeba – kiedy mamy suche dłonie, spierzchnięte usta czy szykujemy komuś masaż 🙂

Wstawione do małego pudełeczka zamienią się w cudowny prezent!

Ach, babeczki udekorowałam po swojemu – kokardkami z wosku pszczelego i różowej miki. Możecie jednak dekorować je na różne sposoby – lekko oprószyć kakao czy cynamonem, dodać czekoladowe serduszko czy wsadzić ususzony kwiat. Niechaj wyobraźnia Wam podpowie!

Słodkie babeczki-masełka do ciała

kawowe i kokosowe

 

Składniki:

Kokardki:

  • odrobina bielonego wosku pszczelego
  • odrobina różowej miki
  • silikonowe foremki

Spód kawowy 1 szt. – masełko kawowe (przepis nieco inny niż ten z Cukierni kosmetycznej)

  • 30 g masła shea rafinowanego
  • 2 g wosku pszczelego bielonego
  • 5 g kawy mielonej
  • gaza do przecedzenia

Spód kokosowy 1 sz.

  • 25 g oleju kokosowego bio nierafinowanego (pachnącego)
  • 2 g wosku pszczelego bielonego

Krem

  • 25 g masła shea rafinowanego
  • 25 g oleju kokosowego bio nierafinowanego
  • 2 g wosku pszczelego bielonego
  • 15 kropelek olejku o zapachu lodów kokosowych (lub innego dowolnego, można tez pominąć)
  • woreczek lub rękaw cukierniczy

 

Rozpoczynamy od przygotowania kokardek. W kąpieli wodnej lub w mikrofali roztapiamy nieco wosku – jego ilość dostosowujemy do wielkości foremek, jakimi dysponujemy. Do roztopionego dodajemy nieco miki, do uzyskaniu preferowanego koloru, mieszamy i przelewamy do foremek. Po 15 minutach wyciągamy kokardki. Jeśli nieco wosku nam się wylało i kokardki nie mają odpowiedniego kształtu, modelujemy je za pomocą wykałaczki.

Robimy masełko kawowe. Do miseczki przekładamy masło shea, wosk i kawę, wstawimy ją do kąpieli wodnej. Roztapiamy masło i wosk, co jakiś czas mieszając. Pozostawiamy całość na niewielkim płomieniu na 20 minut, co jakiś czas mieszając. Po tym czasie przelewamy roztopione masło przez gazę do małej foremki na muffinkę – odcedzamy zmieloną kawę. Masełko w foremce odstawiamy do stwardnienia na około godzinę.

 

 

Zabieramy się za spód kokosowy. Roztapiamy w kąpieli wodnej olej kokosowy z woskiem, dokładnie mieszamy i przelewamy do drugiej foremki na muffinkę. Odstawiamy do stwardnienia w chłodne miejsce na około godzinę.

Gdy oba spody będą twarde, wyciągamy je delikatnie z foremek. Warto wcześniej wsadzić je na chwilę do zamrażalnika. Spody nacinamy delikatnie nożem, ale krem lepiej się trzymał.

 

 

Robimy krem. W kąpieli wodnej roztapiamy masło, olej i wosk. Gdy będą płynne, ściągamy z ognia, przelewamy do wysokiego naczynia do miksowania i odstawiamy do wystudzenia. Kiedy lekko zmętnieją, dolewamy olejek zapachowy i miksujemy na niewielkich obrotach, aby stały się puszyste. Odstawiamy do lodówki (lub za okno) na kilka minut, aż ponownie całość lekko stwardnieje i ponownie miksujemy. Mieszaninę przelewamy do woreczka lub rękawa cukierniczego i znowu odkładamy, aż całość uzyska konsystencję kremu. W między czasie warto zamieszać lub pouderzać o stół woreczkiem, aby masła twardniały równomiernie.

Kiedy osiągną konsystencję kremu (trzeba dobrze wyczuć odpowiedni moment), odkrawamy róg woreczka i nakładamy krem na babeczki. Mi same jeszcze daleko tu do perfekcji, ale kto powiedział, że musi być idealnie? Pamiętajcie tylko, aby zacząć od środka. Gotowe babeczki dekorujemy kokardkami (lub tym, co wybierzecie) i odkładamy w chłodne miejsce na godzinę do stwardnienia.

Jak ich używać? Tak jak pisałam we wstępie – są wielofunkcyjne. Wystarczy oderwać kawałeczek, który zaraz w dłoniach się roztopi.

No cudo!

 

Sprawdź też inne lili-przepisy!

>>> TUTAJ <<<

 

Ałunowo-aloesowy płyn po depilacji

Czy Wy też męczycie się z podrażnioną skórą po depilacji? A może macie w domu pana, który ma tak po goleniu?

Mam dzisiaj dla Was bardzo fajny przepis, na płyn, który towarzyszy mi na co dzień i który naprawdę uwielbiam!

Zrobimy dzisiaj łagodny, ale skuteczny ałunowo-aloesowy płyn na podrażnioną skórę po depilacji! Będzie miał dwufazową formułę, zależało mi bowiem na tym, aby pozostawić skórę leciutko odżywioną i od razu nawilżoną. Zamknęłam więc w płynie odrobinę oleju lnianego, który ostatnio uwielbiam (i bardzo polecam, bo dostępny jest w każdym supermarkecie – choćby Kujawski wypuścił niedawno świetny zimnotłoczony olej) oraz nawilżającej gliceryny. Z tą gliceryną to wiem, że różnie bywa, ale ja ją bardzo lubię i polecam. Tutaj też świetnie się sprawdza!

Podstawą naszego płynu jest roztwór ałunu. O tym krysztale pisałam Wam TUTAJ. Dodam więc tylko, że ma on silne właściwości antyseptyczne i ściągające. Pomaga goić się drobnym rankom i tamuje krwawienie przy zacięciach (tutaj najlepiej przyłożyć po prostu sam kryształ, jak to niegdyś golibrody czynili). Do tego dodałam hydrolat rozmarynowy, który także cenię, za antybakteryjne właściwości, ale polecam tu też bardzo hydrolat oczarowy, słynący ze swych mocy ściągających i kojących. Nie mogło zabraknąć olejku tymiankowego, ale jego także możecie zastąpić np. lawendowym czy z drzewa herbacianego. Całość uzupełniłam kojącym sokiem z aloesu, który w tego typu kosmetykach wydaje się niezbędny. Musimy bowiem załagodzić naszą podrażnioną goleniem skórę.

Z tego wszystkiego wyszła lekka formuła praktycznego płynu, który w zasadzie jest wielozadaniowy. Pozostawia skórę zabezpieczoną, odkażoną, ukojoną i przyjemnie nawilżoną. Bardzo polecam!

 

 

Łagodzący płyn po goleniu

Składniki na 100 ml:

  • 30 ml przegotowanej ciepłej wody
  • 10 g ałunu w proszku (z Maroko Sklep)
  • 20 ml hydrolatu rozmarynowego
  • 30 ml soku z aloesu
  • 5 ml oleju lnianego (lub innego ulubionego)
  • 5 kropelek oleju eterycznego naturalnego np. tymiankowego, lawendowego, z drzewa herbacianego
  • 5 ml gliceryny roślinnej
  • 10 kropelek eko konserwantu (Ecospa)

 

Do zlewki wlewamy ciepłą wodę, potem dosypujemy ałun.  Mieszamy, aż ten się rozpuści. Dolewamy po kolei kolejne składniki. Całość mieszamy i przelewamy do buteleczki. Płynem przemywamy miejsca po goleniu i depilacji. Przed użyciem należy wstrząsnąć, aby fazy się połączyły. Przechowujemy 4-6 tygodni, najlepiej w lodówce.

 

Facebook