Z pasji: Ministerstwo Dobrego Mydła

Uwielbiam podglądać ludzi, którzy tworzą i żyją z pasją! Anię i Ulę podglądam od bardzo dawna, na Facebooku. Najpierw z ciekawości, bo ktoś udostępnił, zaglądałam i podziwiałam babeczki do kąpieli. Potem dziewczyny zaczęły ewoluować! I to jak! Kształciły się, działały, czarowały! Co jakiś czas zdawały relację z kolejnych etapów zamian. Byłam więc na bieżąco z Ministerstwem Dobrego Mydła. I za każdym razem, za każdą zmianą, przy każdych trudnościach, miałam wrażenie, że jestem z nimi w ich wędrówce i trzymam kciuki za realizację ogromnego marzenia o wspaniałej mydlarni! 
Dziewczyny są już na końcu długiej drogi przygotowań, a na początku jeszcze ciekawszej przygody z działającą mydlarnią. Sprzedaż ruszyła, strona będzie za chwilę. Nie mogłam o nich nie napisać! Zwłaszcza, że ogromnie podoba mi się ich szata graficzna, zdjęcia i pomysł na siebie!
Poznajcie Ministerstwo Dobrego Mydła oraz jego twórczynie – Anię i Ulę!
Skąd pasja?

Właściwie od zawsze interesowały nas klimaty eko. Dobrego jedzenia, dobrych kosmetyków. 10 lat temu kupowałyśmy ekologiczne kremy niemieckich marek za kosmiczne, uskładane miesiącami pieniądze.
Ja już wtedy mieszkałam w Warszawie, wynalazłam kilka sklepów z mydłami krojonymi na wagę. Wszystko było zawijane w papier, rafię, z dodatkiem naturalnych składników. Znów odkładane pieniądze, ale cieniutkie plasterki drogiego mydła cieszyły, że mamy coś dobrego w łazience. Do momentu w którym nie przeczytałyśmy składu ze zrozumieniem. Okazało się, że to najzwyklejsze mydła toaletowe, zrobione z prefabrykatu, obarczone wysoką marżą. Wściekłe zaczęłyśmy szukać w google jak zrobić mydło samemu. W Polsce panowała w tym temacie cisza absolutna, ale trafiłyśmy na jakieś pojedyncze przepisy rodem z USA. Później, po nitce do kłębka, objawił nam się cały mydlany świat. Kolory, zapachy, dodatki, glinki, zioła, oleje i masła, techniki i metody.

Robienie mydła jest genialne. Jest połączeniem miliona różnych czynności, a efekt finalny zależny jest od sumy czynników. Praca nad mydłem nigdy się nie nudzi. Jest recepturowanie – twarda wiedza o olejach i masłach, liczenie, kombinowanie, porównywanie i ustalanie proporcji. Gryzienie ołówków, przesuwanie przecinków. Każdy olej ma swoje właściwości, każdy inaczej się zmydla, trzeba lat pracy, zrobienia dziesiątek prób mydełek jednoolejowych i obserwowania ich przez miesiące, porównywania jak się pracuje z każdym z nich i jakie efekty daje; potrzeba lat żeby umieć przewidzieć jak będzie wyglądało mydło którego skład olejowy mamy tylko na papierze.

Jest projektowanie wyglądu mydła: koloru, formy, pieczęci, rodzaju zdobień. Można stosować rozmaite techniki, łączyć barwy, kontrastować, dodawać faktury, peelingi, kontrolować pojawianie się białego osadu który jest naturalną dla mydeł rzeczą, ale przy odrobinie wiedzy można manipulować jego ilością, gęstością. 
Aromaterapia – jeśli się tylko chce warto poznać całą tę gałąź wiedzy i potem wykorzystywać ją przy tworzeniu mydeł. Zielarstwo – które zioła najlepiej macerować, które dodawać w całości, co z czym łączyć, o czym w ogóle nie myśleć. Design opakowań, tworzenie marki, sprzedaż, dystrybucja, pozyskiwanie surowców – trzeba odnaleźć w roli mikroprzedsiębiorcy. Tymi zadaniami można by obdzielić co najmniej kilka osób.

Mydło ma milion stron! Żeby dobrze je wytwarzać, trzeba być na maksa elastycznym, mieć zapał zarówno do stania przy garach jak i klikania komputerową myszką. Mydło jest również zagadką! Ciągle uczymy się czegoś nowego, to potwornie wciągająca i pasjonująca rzecz. Strasznie miło robić coś fajnego i cieszyć się, kiedy klienci piszą z zadowoleniem, że niczym innym się już nie myją. Miło jest zasypiać myśląc nad tym jak będą wyglądały lawendy i budzić się kombinując skąd ściągnąć dobre masło kakaowe. Mydło to niekończąca się inspiracja.

Co takiego jest w mydłach

Nasze mydła od sklepowych różnią się właściwie wszystkim. Zresztą to, co często kupujemy w marketach nie jest właściwie mydłem a syndetem- syntetyczną kostką myjącą. A jeśli już jest mydłem to zazwyczaj składającym się głownie z oleju palmowego i kokosowego z dodatkiem tłuszczu zwierzęcego (Sodium Tallowate). Olej palmowy i kokosowy, a także łój zwierzęcy, dają mydło twarde i dobrze pieniące się, ale nadmiernie wysuszające skórę. W tradycyjnym rzemiośle mydlarskim nie stosuje się tych olejów więcej niż do 30% receptury. Nasze mydła nie zawierają tłuszczów zwierzęcych, zawierają za to mnóstwo oliwy z oliwek, oleju rycynowego, masła kakaowego i masła shea. Ich receptury są tak pomyślane, by w finalnej kostce pozostawało 3 do 6% niezmydlonych tłuszczów które chronią skórę podczas mycia i sprawiają, że się nie przesusza. Do tego zero emulgatorów, SLSów, Bisfenoli, Triclosanu, EDTA, sztucznych barwników i innych szkodliwych dodatków. Jedyną sztuczną substancją jaka w niektórych przypadkach trafia do naszych mydeł jest aromat. Trzymamy stronę ekologii, ale czasem pozwalamy sobie na zapach czekolady. Szukamy wtedy atestowanych, świetnych aromatów kosmetycznych.

Zawsze zaczynamy od zaplanowania funkcji mydła. Potem kombinujemy nad kolorem, zapachem, wyglądem. Bardzo wymagające są Ananasy – musimy je ręcznie wykrawać i stemplować – to wymaga mnóstwa czasu. Długo walczyłyśmy z brązowymi warstwami w orkiszach żeby ładnie się oddzielały, nie traciły koloru i oblekały się typowym dla mydła białym nalotem. Obecnie pracujemy nad mydłem dla osób aktywnych fizycznie. Ma ono być idealne do mydelniczki tych, którzy pływają, chodzą na fitness czy uprawiają sport zawodowo. Kombinujemy z oczyszczającą glinką ghassoul, z odżywczą cytryną i takim zestawem olejków eterycznych, by mydełko miało silne właściwości antybakteryjne i antygrzybiczne, a jednocześnie świeżo i energetycznie pachniało. Mieszamy, mieszamy i nie możemy dojść do porozumienia (śmiejemy się;)))

Zawsze śmiejemy się, że tego trzeba po prostu spróbować. Wiele osób opowiada nam, że odkąd umyły się naszym mydłem zrozumiały, czym dobre mydło w istocie jest. I że nie chcą się już myć niczym innym. To dla nas największy komplement. 

Na jakim etapie jest Ministerstwo

W chwili obecnej Ministerstwo znajduje się w punkcie do którym marzyłyśmy od lat. Niemal roczna walka o otwarcie pracowni została zakończona sukcesem. Rwałyśmy sufity, kaflowałyśmy ściany, kładłyśmy wykładziny – teraz wszystko jest idealnie. Odbiór sanitarny nasza pracownia przeszła (jak powiedziały panie z Sanepidu na 6 :)) . Wdrożyłyśmy standardy GMP – dobrej praktyki produkcji. To oznacza, że wytwarzamy w środowisku idealnie zgodnym z bardzo restrykcyjnymi normami UE, posiadamy też pełną dokumentację tych standardów. Nasze mydła pomyślnie przeszły również testy mikrobiologiczne w Koszalinie, każda receptura została też zatwierdzona przez tzw. Safety Assessora czyli osobę zajmującą się oceną bezpieczeństwa kosmetyku. To czasochłonne i bardzo kosztowne procedury konieczne jednak do legalizacji produktu i przede wszystkim pewności, że jest on bezpieczny dla konsumenta.

Przy pomocy genialnego Łukasza Hendzla z www.parishendzelstudio.com udało nam się, po roku prób, stworzyć spójną i czystą identyfikację – Łukasz opanował wszystkie nasze szaleństwa i umieścił je w etykietach, opaskach na mydło, pieczęciach i naklejkach, które mówią o nas więcej niż same umiałybyśmy powiedzieć. Możemy też pochwalić się znakiem – dwiema falami oraz kamieniem jako, że jesteśmy dwoma siostrami które urodziły się, dorastały i pracują w Kamieniu Pomorskim. Mydła przez nas sprzedawane widnieją również w europejskiej bazie kosmetyków CPNP.  Jesteśmy rzetelnie przygotowane do uczciwej sprzedaży.

Mamy swój fanpage na fejsbuku https://www.facebook.com/ministerstwodobregomydla, mamy swój instagram #ministerstwodobregomydla, mamy też własny sklep internetowy www.ministerstwodobregomydla.pl (rusza już we wtorek). Można nas również zakupić na pakamera.pl, decobaazar.pl i na allegro, a już niedługo zasilimy grono rzemieślników wystawiających swoje produkty na dawanda.com. W kolejce do realizacji czeka kilka nowych projektów. Po cichu możemy powiedzieć, że już niedługo nasz asortyment solidnie się poszerzy:))


Praca była i nadal jest kosmicznie wielopolowa. Od recepturowania, testowania nowych pomysłów, wymyślania designu produktów, prac nad opakowaniami, stroną legislacyjną, przez poszukiwanie nowych surowców, księgowość, prace nad social media i współpracę z mediami aż po codzienne wytwarzanie, pakowanie i wysyłanie produktów. Gdyby przydzielono nam dodatkową dobę na każdy dzień pracy na pewno rozdysponowałybyśmy ją w całości;)

To, co przyświeca nam od pierwszego wytworzonego 6 lat temu mydła, jednocześnie utrudniając i uprzyjemniając nam życie, to bezkompromisowy sposób realizacji założonych celów. Mydło ma zły kolor, nie tak pachnie, coś nie wyszło jak trzeba – nie sprzedajemy. Tracimy. Zatrudniłyśmy 8 grafików zanim udało nam się wypracować identyfikację, którą pokochałyśmy. Wydałyśmy na to pieniądze za które równie dobrze mogłybyśmy kupić fajne używane auto. Ale uparłyśmy się, że ma być tak, jak wymarzyłyśmy. Odkładamy każdą złotówkę żeby zamawiać świetne, certyfikowane surowce. Nasze receptury składają się z dużej ilości oliwy z oliwek, a obok tańszych olejów takich jak kokosowy czy palmowy (które fantastycznie utwardzają mydło dając mu obfitą pianę) zawierają też nierafinowane masło shea, nierafinowane masło kakaowe, olej rycynowy i olej ze słodkich migdałów. To oleje bardzo drogie, ale nie wyrzucimy ich z receptury, bo to one sprawiają, że nasze mydło różni się od innych.

Jest mnóstwo obszarów, w których strasznie sobie życie utrudniamy. Długofalowo zawsze jednak okazuje się, że było warto. Że stojąc za stoiskiem z naszymi mydłami nie musimy schylać głów pakując towar klientom. Możemy dużymi literami pisać składy, odpowiadać na pytania i cieszyć się, że ludzie do nas wracają.

Plany

Tak wielu mydeł jeszcze nie zrobiłyśmy! Nie skończyłyśmy prac nad recepturą mydła do golenia, nie zaczęłyśmy nawet prac nad mydłem dla psów, wciąż pracujemy nad mydełkiem różanym. Testujemy możliwości mydła miętowego z mentholem, chciałybyśmy mieć czas na dopracowanie mydeł solnych w których 70% kostki to sól morska – doskonały i delikatny peeling. Wprowadzanie wciąż nowych receptur, to nasze wyzwanie na najbliższe miesiące:)

Spokojnie, to tylko listopad – listopadowi umilacze

Nie da się ukryć, listopad przyjemnym miesiącem nie jest. Trzeba sobie pozwalać na więcej przyjemności, na ciepło, na zapach, na czekoladę i nowy lakier do paznokci. Musi być przytulnie, miękko, wygodnie i na luzie. Potrzeba dużo przytulania, spania i ciepłej herbaty. I jakoś się ten listopad przetrwa 🙂
Polecam moje propozycje listopadowych umilaczy!
  1. Wygodna, prosta i stylowa bluza Medicine, cena: 99,90zł
  2. Idealny listopadowy kolor lakieru do paznokci, Benecos, cena: 16,99zł
  3. Do zrobienia – śmietanka klonowo-cynamonowa do najlepszej kawy rozpieszczającej, House of Earnest
  4. Herbata z czekolada i kokosem…. Mmmm… Live Beautifully, cena: 52zł
  5. In Zen… Zawsze cudownie pachnące świece Hani relaksują i tworzą atmosferę spokoju, Green Dragonfly, cena: 51zł
  6. Głębokie drzewne olejki koją i uspokajają, balsam Balm Balm, cena: 35,90zł
  7. Czekolada biała z kremem piernikowym na łyżeczkach. Połączenie genialne! Karmello, cena: 8,99zł
  8. Cieplutki, prosty, uroczy szlafrok (a i piżamka świetna), Oysho, cena: 149zł

Przepis na Flower Essence – krem kwiatowy

Uwielbiam kwiaty! Wyglądają wspaniale, pachną niesamowicie, a do tego posiadają niezastąpione właściwości pielęgnacyjne. Dzisiaj zrobimy prosty świeży krem kwiatowy Flower Essence. Skumulujemy dobroczynną moc róży, jaśminu i lawendy! Ukoimy i odżywimy cerę suchą, zmęczoną i dojrzałą. Uspokoimy podrażnienia i niedoskonałości, wygładzimy i wspomożemy w walce ze starzeniem. Do dzieła!
Dzisiaj działamy na łyżeczkach mierniczych. Ewentualnie pamiętajcie, że łyżeczka od herbaty ma pojemność 5 ml, a stołowa ok. 15 ml. 
Przygotujcie:
  • 10 ml oleju ryżowego
  • 5 ml wosku pszczelego bielonego
  •  15 ml wody różanej
  • 5 ml oleju z krokosza barwierskiego
  • 5 ml olejku jaśminowego – roztwór 3% w oleju jojoba
  •  6 kropli olejku lawendowego
  • 2 kropelki olejku rozmarynowego
  • 2 kropelki witaminy E

Słoiczek na krem ok. 30ml, wyparzamy i osuszamy. W kąpieli wodnej, w ceramicznej miseczce roztapiamy wosk pszczeli. Kiedy będzie już prawie płynny dolewamy olej ryżowy, mieszamy i po chwili ściągamy z kąpieli wodnej. Na miejsce miseczki z tłuszczami wkładamy miseczkę z wodą różaną. Temperatury w obu miseczkach muszą się wyrównać – oleje więc się chwilę ochładzają, a woda różana ogrzewa. Kiedy osiągną podobną temperaturę (sprawdźcie termometrem lub delikatnie palcem), ściągamy wodę różaną z kąpieli wodnej. Oba płyny mają być bardzo ciepłe. Do miseczki z wodą zaczynamy wlewać roztopione tłuszcze, bardzo powoli, delikatna stróżką, cały czas całość mieszając małym mikserem do mleka na najmniejszych obrotach lub intensywnie łyżeczką. 
Po chwili, kiedy temperatura całości nieco opadnie, możemy dodawać składniki, które są wrażliwe na ciepło i które zawsze dodajemy na końcu. Cały czas mieszając, zaczynamy od oleju z krokosza, następnie dodajemy olejek jaśminowy i lawendowy. Na koniec dodamy dwa naturalne konserwanty w postaci silnie antyseptycznego olejku rozmarynowego i witaminy E, która zapobiega jełczeniu tłuszczów. Całość mieszamy aż do uzyskania pożądanej konsystencji. Przekładamy do słoiczka i odstawiamy w spokojne miejsce na pół godziny. Krem przechowujemy w lodówce przez miesiąc.
Wyobraźcie sobie, jak on wspaniale pachnie!

IN LOVE 03 + aktuaności warsztatowe i nie tylko

Zmogła mnie choroba… ale jestem już, wracam! Z zaległościami wielkimi, ale i dobrymi nowinami! I z chęcią do pracy jeszcze większą! Mało co motywuje mnie tak bardzo, jak wizja świąt 🙂 A przygotowań do świat ostatnio sporo!

Tymczasem IN LOVE!
1.  Świetny papier do pakowania świetnych prezentów! Ptaszki jakoś zawsze kradną mi serce! Stephanie Cole Design
2. Co za cudowne stempelki do ciasteczek! Dzięki nim nabiorą one specjalnego znaczenia! Mood for Wood
3. Poczułam ogromną chęć przytulenia się do szopa! Follow the White Rabbit
4. Podoba mi się bardzo sweterek, podoba mi się sweterek ze spódniczką i podoba mi się sposób na ich prezentację (choć przyznam, że jako klientka wolałabym nieco bardziej tradycyjny) 🙂 YuSquare
5. Gdybym miała iphon’a właśnie taką skórkę bym mu sprawiła! Yeah Bunny
6. Jak zmienić zwykły koc w prawdziwe cudo? Dorobić mu wielkie wełniane chwościki! Do zrobienia! Design Sponge
7. Zauroczyły mnie obrazki z zasuszonych kwiatów! Polecam bardzo I Try DIY – znajdziecie tam wiele niezbędnych informacji o tym, jak taką sztukę tworzyć!
8. Czy to nie jest genialna jesienna kartka? Szkoda, ze zwyczaj ich wysyłania w naszym kraju zanika. Taką sama chętnie bym dostała 🙂 Lily and Val
Kochani, w Lili in the Garden sporo nowości, które staram się na bieżąco wrzucać do sklepu. Zapraszam do ich śledzenia, bo bardzo szybko ostatnio schodzą, a większość to pojedyncze, unikatowe sztuki!
Zapraszam do sklepu TUTAJ!

Mam też nowiny warsztatowe!

(jeśli jeszcze nie słyszeliście o warsztacie, wpadajcie koniecznie TUTAJ. Donoszę też, że zwolniło się jedno miejsce – zapraszamy!!!)
Po pierwsze, znamy już menu słodkiego bufetu, który przygotuje nam Candy Company!
Oto ono:
  • mini babeczki z wiśniami i kremem marcepanowym,
  • nasza specjalność brownie cake pops
  • piernikowy popcorn w paczuszkach
  • świąteczny wieniec z żurawinami
  • cookie pops z cynamonowym nadzieniem
Cudownie to brzmi, prawda? Zajrzyjcie koniecznie na stronę Candy Company po słodkie inspiracje! Zdradzę też Wam, że okazało się, że z autorką tych słodkości chodziłyśmy razem do szkoły (tylko drobna różnica wieku) 🙂 Świat jest mały!
http://www.candycompany.pl

Przyszła też już mnie cała masa cudownie pachnących, całkowicie naturalnych mydełek zVeggie Bubbles! Zajrzyjcie koniecznie do tej małej mydlarenki, do dziewczyny, która z pasji tworzy mydlana magię!

https://www.facebook.com/VeggieBubbles

 Kolejne niespodzianki szykują:

Spełniają kosmetyczne marzenia – Craft’n Beauty!

Sklep z naturalnymi kosmetykami, stworzony z pasji – ECOfanaberia.pl

Wspaniałe pachnące naturalne świece Green Dragonfy!

Natomiast Wydawnictwo Nasza Księgarnia przekazało także do rozlosowania książkę, o której na pewno słyszeliście – Ziołowy Zakątek Kosmetyki, które zrobisz w domu, Klaudyny Hebdy!

Szykuje się, oj, szykuje się wspaniała zabawa! Bo to jeszcze nie wszystko! 
Jeśli chciałabyś się zapisać na warsztat – napisz na lilinatura@lilinatura.pl!
Na koniec ogłoszenie dla właścicieli sklepów, dystrybutorów marek i wszystkich, którzy chcieliby się pokazać w Lili w gorącym okresie przedświątecznym! Już niedługo ruszamy z Akcją Święta! Zapraszam do kontaktu w sprawie specjalnej świątecznej oferty reklamowej —> lilinatura@lilinatura.pl!

W roli głównej: Night Balm Rose WISE

Niby ma swoją polską nazwę – Naturalny Balsam Ochronny dla Suchej i Dojrzałej Skóry, ale Night Balm Rose podoba mi się znacznie bardziej! Poznajcie naszą dzisiejszą gwiazdę marki WISE!
Kosmetyk idealny bo bardzo uniwersalny!  Jest to w zasadzie mieszanina maseł i olejów, ale trzeba przyznać, że zmieszana w bardzo dobrych proporcjach. Na te chłody i szarugę, która nastała, sprawdzi się świetnie. A do czego służy?
W gruncie rzeczy ma to być krem stosowany na noc. Ratuje skórę i regeneruje ja na przekór centralnemu ogrzewaniu i ogromnej suchości w powietrzu. Ale to nie wszystko, bo spokojnie można go stosować jako balsam do ust, krem ochronny na mrozy, krem do rąk, do skórek. Upodobała go sobie też Różyczka. Jest bezpieczny i delikatny dla skóry dziecka.
To typowy tłuścioszek, który pozostawia tłustą warstwę. Ale tego właśnie po nim oczekujemy. Tej tłustości, która wchłania się powoli, która chroni i dodaje odżywczego kopa! Gwarantują nam go takie cuda natury jak olej ze słodkich migdałów, masło shea, masło kakaowe, olej z wiesiołka, który sama bardzo lubię i oliwa z oliwek.
Balsam pięknie, choć delikatnie pachnie różami. Jest to sprawka różanego absolutu. Tego najcudowniejszego z możliwych olejku, który subtelnie pielęgnuje skórę, poprawia jej kondycję, działa lekko antyseeptycznie i regulująco. Poleca się go szczególnie do skór wrażliwych i dojrzałych. A zapach… uwodzi! Ale to już wiecie, bo kosmetyki z wodą lub olejkiem różanym opisuję dosyć często 🙂
Kosmetyk ma bardzo małą pojemność – zamknięto go w szklanym słoiczku 15 ml. Nie myślcie jednak, że szybko się kończy! Dzięki temu, ze jest tak tłusty, na jeden raz wystarcza go bardzo mało.. Jest więc wydajny i praktyczny. Konsystencja w sam raz, nie twardnieje, łatwo się aplikuje.
Bardzo polecam – szczególnie cerom przesuszonym!

Z WISE Polska

Za dużo czasu zmarnowałam

Ja dzisiaj z apelem! Z przesłaniem do młodych! Czy mamy tu jakichś młodych? Ale nie takich młodych duchem jak ja, tylko młodych młodych, w szkole średniej lub na początku studiów? Mam nadzieję, że tak i że dojdzie do Was mój apel! Otóż – nie marnujcie czasu! Wiem coś o tym, bo sama stanowczo za dużo go zmarnowałam. I im jestem starsza, tym bardziej do mnie to dociera.
Pamiętam taki moment na trzecim czy czwartym roku, kiedy nie wiedziałam co z sobą zrobić. Nudziło mi się piekielnie. Dobre czasy studenckie zaczęły przechodzić w coś bardziej odpowiedzialnego. Znajomi pracowali czy wyjechali. Pamiętam, że siedziałam w domu i nie miałam pojęcia co zrobić z czasem. Na siłę próbowałam znaleźć sobie jakieś zajęcie. Nawet wyszukałam i poszłam na spotkanie PAH-u, ale jakoś nie pozostałam na dłużej. No… nie mogę przeboleć tamtego uczucia. A tyle mogłam robić…
Wiem też już teraz, że mój wybór studiów był zły. Czemu poszłam na geografię? Z perspektywy czasu myślę, że była to suma braku wiary we własne możliwości, strachu, lenistwa i ogromnej potrzeby do robienia czegoś ciekawego. Do tego doszła całkowita niewiedza tego, co naprawdę mnie interesuje. Cóż… mało kto w wieku osiemnastu lat to wie. Ja natomiast strasznie się wtedy z tej geografii cieszyłam. Ba… całe studia się cieszyłam. Całe studia, które zupełnie nic nie wniosły w moje życie. Aż wstyd jak mało wiedzy z całego tego okresu mi pozostało.
Nie mówię, ze studia były złe same w sobie. Wielu z moich kolegów doskonale się tu odnalazło i świetnie się sprawdzają czy to na uczelni czy w gis-ach, kartografii, hydrologii, planowaniu przestrzennym, itp. Te studia były po prostu źle dobrane do mnie. Dzisiaj, kiedy wydaje mi się, że jestem mądrzejsza, wybrałabym zupełnie coś innego.
Tylko, że dzisiaj już jest za późno. Zbyt wiele czasu zmarnowałam. To, co mnie naprawdę interesuje odkryłam dopiero po studiach. I cały czas odkrywam. I uczę się w większości sama. I jak nigdy – wiedza wchodzi mi do głowy i zostaje tam bez przymusu. Tak właśnie powinna edukacja wyglądać.
Tylko, że dziś nie mam kompletnie czasu. Brakuje mi swobody działania, luzu, wolnych dni. Oczywiście, ile się da wyszarpuję z codzienności. Douczam się chociażby na potrzeby pracy. Staram się, kombinuję, nie dosypiam.  I tylko czasami łapię się za głowę i myślę – czemu ja w tym liceum mądrzejsza nie byłam? Czemu nie miałam motywacji do poszukiwania, większej ambicji do nauki, czemu wybrałam w gruncie rzeczy pójście na łatwiznę?
Teraz jest łatwiej. Internet niesie ogromne możliwości. Wierzcie lub nie, ale za moich szkolnych czasów był jednak wciąż nowością, prawie nie dostępną. Dzisiaj, jak tylko coś mnie zainteresuje, odpalam youtuba i podsycam zainteresowanie oglądając filmiki instruktażowe. Kiedyś sama wizja przekopania biblioteki czy szukania kogoś, kto coś wie, odpychała. A to tylko kilka lat temu było!
Kochani, nie marnujcie czasu. Poszukujcie, odkrywajcie, chciejcie więcej. Nie poddawajcie się na starcie. Próbujcie wielu rzeczy, bo tylko tak odkryjecie to, co naprawdę Was interesuje!
Facebook