KategorieNaturalna pielęgnacja

Absolut różany

W Lili nadal kwiatowo! Dzisiaj rządzić będzie prawdziwa kwiatowa królowa – róża. A dokładniej, uzyskiwany z jej płatków absolut. Substancja niemal magiczna, niezwykle cenna, bardzo wyjątkowa. Z pewnością warto się z nią zapoznać. No i jak pachnie!

Czym jest absolut? To olejek otrzymywany z roślin metodą wyciągów tłuszczowych albo ekstrakcji rozpuszczalnikowej. Zazwyczaj stosowana do otrzymywania olejków eterycznych destylacja parą wodną jest metodą zbyt silną dla tak delikatnych płatków kwiatów. Najpopularniejsze w aromaterapii absoluty to różany, jaśminowy i neroli. One to mają najwięcej właściwości terapeutycznych. Inne, także o pięknych zapachach, jak absolut z gardenii, hiacyntu czy mimozy, wykorzystywane są do tworzenia perfum.

Co ważne, absoluty są znacznie bardziej skoncentrowane niż inne olejki, przez co są znacznie silniejsze i stosuje się je w mniejszych stężeniach. Ich charakterystyczną cechą jest intensywne zabarwienie oraz konsystencja taka bardziej… galaretowana. Oleje różany potrafi na przykład zastygać w temperaturze pokojowej, ale pod wpływem ciepła dłoni powraca do płynnej formy.

Olejek różany nazywany jest także atarem lub otto różanym. Uważa się, że to właśnie róża była kwiatem, z której wydestylowano olejek po raz pierwszy. Miało to ponoć miejsce około dziesiątego wieku w Persji. Tradycja przypisuje to dzieło arabskiemu lekarzowi Awicennie, który znany był z różnego typu alchemicznych eksperymentów. Właśnie podczas jednego z nich, zapewne całkiem przypadkowo, powstało nasze różane cudo.

Różany absolut, jak zapewne wiecie, należy do najdroższych olejków świata. Potrzeba kilku ton płatków kwiatów, aby powstał kilogram olejku. Te najbardziej znane i cenione pochodzą upraw bułgarskich oraz tych otaczających francuskie Grasse. Nieco mniej cenne, już nie tak czyste, ale także wspaniałe są olejki z Afryki Północnej, które poznał zapewne każdy odwiedzający choćby Maroko. Absoluty produkuje się z trzech gatunków róży – róży stulistnej, damasceńskiej i francuskiej. Sami musicie ocenić, która pachnie najpiękniej.

Jak już wspominałam, absolut różany jest wysoce skoncentrowanym olejkiem o brązowoczerwonym zabarwieniu. Mówi się, że różą rządzi bogini Wenus, nie bez powodu, bowiem…

  • Olejek różany stosowany jest w zakłóceniach w funkcjonowaniu naszego układu rozrodczego. Reguluje cykl miesięczny i zmniejsza krwawienie.
  • Najczęściej jednak poleca się go ze względu na jego wpływ na nasze zmysły. Koi je, stanowi łagodny środek antydepresyjny, pomaga się zrelaksować, przywraca spokój w momentach silnego wzburzenia i w trakcie intensywnych wstrząsów emocjonalnych.
  • Wzmacnia i dodaje pewności kobietom niepewnym swojego ciała i seksualizmu. Jest także afrodyzjakiem, polecanym na kobiecą oziębłość i męską impotencję.
  • Polecany jest do pielęgnacji każdego typu skóry, zwłaszcza suchej, wrażliwej i dojrzałej. Ma działanie tonizujące i ściągające włosowate naczynka tuż pod skórą. Jest delikatnym antyseptykiem, reguluje funkcjonowanie skóry.
  • A przy tym nadaje kosmetykom wyjątkowy różany zapach!

Olejek można dostać na naszym rynku, najprościej przez internet. Musimy się przygotować na wysoką jego cenę. Ze względu jednak na jego skoncentrowanie, potrzeba nam go tak naprawdę bardzo niewiele. Polecam więc:

  • Dodać kropelkę absolutu do codziennego kremu, zmieszać go z nim .
  • Dodać kropelkę do maseczki stosowanej 2 razy w tygodniu.
  • Stworzyć olejek perfumowany – do łyżeczki oleju bazowego, np. ze słodkich migdałów czy jojoba dolewamy 3 kropelki absolutu. Olejkiem smarujemy się w ulubionych miejscach i pachniemy! Zwłaszcza przed randką!
  • Tak przygotowanym olejkiem możemy także zmywać wieczorny makijaż, delikatnie masując zwilżoną skórę lub…
  • lub wykonać nim mocno relaksujący, aromaterapeutyczny masaż!
  • Rozcieńczony w oleju bazowym olejek dodajemy także do wieczornej kąpieli. Ewentualnie zamieniamy go na płatki świeżych róż!

No i, kochane moje, pachniemy! Pachniemy różami!

Przepis na owsiano-tymiankowy krem myjący

Zakochałam się w tym pomyśle! I doprawdy uwielbiam ten kremik. Możecie nazywać go też pastą, nie jest bowiem kremem standardowym, ale niewątpliwie ma jego konsystencję. Czym więc jest krem myjący?

Jest niezwykle przydatnym kosmetykiem do codziennej, poranno-wieczornej pielęgnacji skóry, zwłaszcza delikatnej, ale też podrażnionej, tłustej i problematycznej. Jest to połączenie cudownego oleju owsianego z niezwykle delikatną białą glinką i mączką owsianą. Biała glinka i mączka są polecane do łagodnego, ale skutecznego oczyszczania cery. Świetnie absorbują sebum i zanieczyszczenia. Ostatnio często spotykam się w internecie ze sposobem na oczyszczanie twarzy samą glinką, rozrobioną z wodą lub hydrolatem. Przyznam, że próbowałam, nie było źle, ale znacznie lepiej całość się spisywała, kiedy dodałam nieco czegoś tłustszego.

Chciałam też bardzo wypróbować mączkę owsianą koloidalną, o której słyszałam same dobre rzeczy.  Zacytuję: „posiada właściwości kojące, regeneracyjne, ochronne. Łagodzi objawy uczulenia i alergii zmniejszając swędzenie i zaczerwienienie, głównie za sprawą awenantramid, związków, które mają silne właściwości antyalergiczne, antyoksydacyjne i przeciwzapalne. Ma naturalne działanie oczyszczające, normalizuje wytwarzanie sebum, pochłania nadmiar tłuszczu i bród ze skóry. Przywraca naturalną równowagę pH skóry. Zmniejsza utratę wody przez skórę, również zastosowana preparatach suchych. Promuje wytwarzanie kolagenu w skórze i poprawia skuteczność ochrony przed wolnymi rodnikami. W efekcie skóra jest zdrowsza i młodsza a zmarszczki ulegają wygładzeniu.”

Połączyłam więc najłagodniejszą z glinek z koloidalnym owsem, a o konsystencję kremu zadbał olej owsiany. Był to mój pierwszy raz z tym olejem i wiem już, że mogę go Wam bardzo polecić. Olej świetnie pielęgnuję skórę, bardzo mocno ją koi, ma ponoć wysoką biozgodność ze skórą. Posiada właściwości nawilżające, przeciwzapalne i przeciwalergiczne. A do tego, jak to olej, pozwoli nam usunąć z twarzy wszystko to, co tłuste i zbędne.

Całość wspomogłam jeszcze cudownym aromatem olejku tymiankowego. Bardzo go ostatnio lubię, czasami aplikuje kropelkę na ubranie sobie i Róży, aby odetkać zatkany nos i ułatwić oddychanie. Ma piękny zapach, już ziołowy, a jeszcze taki jakiś… słodki. Nasz krem myjący wspomoże swoimi właściwościami antyseptycznymi i antyoksydacyjnymi. Polecany jest do pielęgnacji cery problematycznej i trądzikowej. No, samo dobro!

Owsiano-tymiankowy krem myjący

Składniki:

  • 25 g mączki owsianej koloidalnej (ZielonyKlub.pl)
  • 20 g białej glinki
  • 30 ml oleju owsianego (mój z BliskoNatury.pl, wkrótce się tam pojawi)
  • 3 kropelki olejku tymiankowego

Mączkę, glinkę i olej łączymy w miseczce i ucieramy do uzyskania jednolitej konsystencji. W między czasie dolewamy olejek tymiankowy. Dokładnie wymieszany krem przelewamy do wyparzonego słoiczka.

Jak używać takiego kremu? Codziennie, rano i wieczorem, bierzemy nieco kremu na dłoń, lekko rozrabiamy z wodą do uzyskania konsystencji emulsji i myjemy nią twarz delikatnie masując. Warto pozostawić go na skórze przez chwilę, aby wchłonęła naturalne dobro, a następnie zmywamy całość wodą. Tutaj warto też sięgnąć po łagodny żel myjący, np. rumiankowy Sylveco i nim dokończyć oczyszczanie. Dopiero tak dokładnie oczyszczoną i już przyjemnie nawilżoną buzię przemywamy tonikiem i nakładamy na nią krem.

YOPE z baśniowej krainy

Z baśniowej krainy… pełnej dziwnych stworków, bawiących się, hasających, wirujących dookoła. Tak mi się teraz kojarzy marka YOPE. I czuję się, jakbym w tę krainę właśnie wpadła… A to za sprawą nowych kremów do rąk marki!

Kremy do rąk to w zasadzie specjalna kategoria kosmetyków. Są niezwykle przydatne, ale jednocześnie mogą stać się wspaniałym gadżetem! Ubóstwiam wprost kremy, które nie tylko są skuteczne, ale jeszcze na dodatek zamknięto je w cudownym opakowaniu, z którego bije pomysł, kreatywność, kolory. Chce się je kupować, trzymać na nocnym stoliku i w torebce, traktować jak ozdobę. Zazwyczaj jest to aluminiowa tubka, która stanowi swoisty odpowiednik słoiczków z brązowego lub kobaltowego szkła w przypadku kremów do twarzy. Taki wiecie – modny, ekologiczny wyższy poziom opakowania, wykorzystywany często przez niszowe marki. Niemniej jednak tubki uwielbiam, a jeśli na dodatek owiniemy je w pudrowy róż i dodamy jedno z tych zwariowanych zwierzątek YOPE – biorę w ciemno.

No dobra… w tym przypadku nie w ciemno. Marce YOPE już dawno zaufałam, nie wątpiłam więc także w jej nowe kremy do rąk. I słusznie, bo są genialne!

Mamy do dyspozycji trzy kremy – herbata i mięta, szałwia i zielony kawior (algi morskie, nie jaja ryb…) oraz imbir i drzewo sandałowe. Zakochałam się w tym pierwszym. Bez pamięci. Zapach doprawdy wspaniały, mocno orzeźwiający i dodający energii. Można się smarować nim nałogowo. Pozostałe dwa zapachy… przyznaję – niebanalne, nie wzbudzają już jednak aż takich zachwytów. Szałwia – delikatnie ziołowa, naturalna, a imbir – nieco cięższy, polecam zwłaszcza panom. W żadnej mierze jednak zapachy nie męczą, nie narzucają się. Są po prostu przyjemnym dodatkiem do samego kremu.

Kremy mają idealną konsystencję – nie za ciężkie, nie za lekkie. Łatwo się rozsmarowują, szybko wchłaniają, ale pozostawią na skórze taką delikatną… ochronę. Skóra staje się mięciutka i aż chce się jej dotykać. Zaznaczam, że nie jest przy tym ani lepka, ani tłusta.

Na opakowaniach dużymi literami napisano, że kremy zawierają aż 98% składników pochodzenia naturalnego oraz o niskim stopniu przetworzenia. Zaglądamy więc w składy, a tam naprawdę bardzo wiele dobra. Wszystkie oparte są na oliwie, glicerynie i maśle shea, z dodatkiem oleju kokosowego, arganowego oraz ekstraktów i olejków, które mamy w nazwach kremów. Kremy koją skórę dłoni, zmiękczają ją i chronią przed codziennością.

Minusy? Te same tubki, które tak chwaliłam na początku, mają jednak swoje wady. Po pierwsze, zaraz po otworzeniu nakrętki pierwszy raz, nie da się jej zamknąć bez rozpływania się kremu na obrzeżach tubki. Po drugie, z biegiem używania tubka przestaje już być taka ładna, mocno się odkształca i deformuje. Cóż, taka cecha tworzywa. Wierzę jednak, że tubki zrobią karierę na Instagramie i Facebooku – są wyjątkowo fotogeniczne i doskonale wpisują się w panującą modę.

Bo naprawdę są takie urocze!

(Ależ mi ta herbata teraz pachnie!!!!)

Kremy dostępne na BliskoNatury.pl

Manufaktury polno-leśne

Wśród nowości na naszym runku kosmetyków naturalnych istnieje pewien specyficzny podział. Są marki, kreujące się bardzo nowocześnie, przyjemnie, nie powiem, ale laboratoryjnie, czysto, biało. Są też takie, które zwracają się bardzo mocno ku przeszłości, ku naturze, w jej bardzo dosłownym znaczeniu. Są to małe, często rodzinne lub tworzone przez jedną pasjonatkę manufaktury, które określam mianem polno-leśnym. I są marki pośrednie, próbujące łączyć nowoczesność z, że tak to nazwę, mądrością dziejów. Często nie są one aż tak wyraziste w swej komunikacji z odbiorcą, jak te z dwóch pozostałych kategorii, niemniej jednak nie zaprzeczam dobrej jakości ich produktów. Chodzi jedynie o pomysł na siebie, dobór odpowiedniej grupy docelowej i sposób dystrybucji.

Chciałabym dzisiaj pokazać Wam kilka manufaktur polno-leśnych, które ostatnio często napotykam w internecie i które zwróciły moją szczególną uwagę. Ciekawa jestem bardzo ich produktów.

A może Wy polecacie mi któryś z kosmetyków szczególnie?

1. Trawiaste

Trawiaste kojarzy mi się z kwintesencją słowa „manufaktura”. Wszystko tu jakby żyło, jakby właśnie było ukręcone. Łąka aż wyziera ze strony, czuć wręcz jej zapach (choć swoją drogą strona sama w sobie niestety słaba, brakuje też własnej domeny, co jest jednak teraz konieczne). Przekonuje mnie główne hasło: „kosmetyki pełne soku, miąższu, eterów, ekstraktów z pestek, żywic”. Przemawia do mnie tak mocno, że chciałabym wgłębić się w ten czarodziejski, alchemiczny świat, pełen magii ukrytej w każdej roślinie. Na stronie czytamy: „Konserwujemy peptydami fermentacji rzodkwi,  emuglujemy naturalnymi woskami i włóknami pomarańczy.” Już samo to jest mocno intrygujące. W ofercie znajdziemy takie cuda, jak balsam z igliwia is kórki pomarańczy, męski krem żywiczny, pastę z żyworódki, krem kasztanowo-żurawinowy, pomadę z buraka, odżywkę z nasion brokuła, skrzypu i lnu czy paprodziada maść do brody. Zobaczcie koniecznie!/ Trawiaste

 

2. Polny Warkocz

Nowe dziecko laboratorium Cosmeceuticum, które poznałam przy okazji akcji świątecznej w Lili. Pięcioro z Was wygrała właśnie powyższy zestaw w świątecznym konkursie. Ciekawa jestem Waszych wrażeń! Na stronie czytamy: „Polny Warkocz to linia organicznych kosmetyków inspirowana wiedzą, kulturą oraz dziedzictwem naszych przodków. Radosne święta ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju i płodności tworzą pełen miłości i harmonii z naturą festiwal życia Słowian. Takie właśnie są produkty w serii Polny Warkocz. Proste i harmonijne receptury oparte na wiedzy o naturalnych składnikach, które odpowiednio zestawione wzmacniają swoje działanie, stanowią o ich wartości.” Ładnie, prawda? W ofercie znajdziemy na razie cztery olejowe mazidła oraz ciekawą rumiankową esencję  micelarną do demakijażu. / Polny Warkocz

 

 

3. 94b Hand Made

„4b hand made to maleńka manufaktura mydła, niejako „spod strzechy”, przytulona do lasu olchowego, niedaleko od rzeki Bug. Nasz czas wyznaczają migracje ptaków, narodziny jagniąt, żniwa, kaprysy pór roku… Wybraliśmy życie pełne prostoty wraz z jego jakością, jakże odmienną od powszechnie rozumianej.” Znowuż pięknie powiedziane! Mydlarnia bardzo kusi spora ofertą ciekawych mydeł. To, co jednak mnie najbardziej zaintrygowało to balsamy aromaterapeutyczne, a już najbardziej ten siarkowy na oleju z miodli indyjskiej.  Warto zobaczyć i przenieść się na chwilę do nadbużańskiego świata. / 94b Hand made

 

4. Mydlarnia Cztery Szpaki

Coraz więcej słyszę o tej mydlarni (która, swoją drogą, ma świetną nazwę i logo), nie zawsze wprawdzie dobrze, ale trzeba przyznać, że ma pomysł na siebie, jest konsekwentna, spójna i mocno osadzona w trendach (zobaczcie powyżej mydełko Wyrwidąb!). W ofercie znajdziemy oczywiście mydła, ale także bardzo ciekawe masełka do ciała, peelingi i hydrolaty. Jej twórcy piszą: „O tradycyjnie wytwarzanych kosmetykach przeczytaliśmy kilka lat temu na przypadkowo znalezionym amerykańskim blogu i wsiąkliśmy do reszty. Piwo i sery poszły w odstawkę, skupiliśmy się na mydle. Nie myśleliśmy o tym w kategoriach: firma, biznes, pieniądze. Jednak nasze kosmetyki znikały wśród rodziny, bliższych i dalszych znajomych, tak szybko, że… nie mieliśmy wyjścia, postanowiliśmy skierować przedsięwzięcie na profesjonalne tory.” Jak przedsięwzięcie będzie się rozwijać? Ciekawa jestem bardzo! / Cztery Szpaki

 

5. Alchemia Lasu

Już Wam o Alchemii Lasu pisałam, ale nie mogło zabraknąć jej w takim zestawieniu. Musimy więc zaszyć się ponownie w głębi lasu i włączyć fanpage manufaktury (nadal nie ma strony…). A potem odkrywać te wszystkie botaniczne cuda – mazidła, olejki, balsamy do ust, peelingi, sole, wody, ba – nawet proszek do mycia zębów z jodłą, świerkiem i węglem! Wszystko w bardzo „manufakturowej”, ale i modnej oprawie. „Tworzymy produkty w 100% naturalne, wykonywane na małą skalę z dbałością o dobór jak najczystszych i najświeższych składników botanicznych, zbierając wiele z ziół własnoręcznie i radośnie z łąk i lasów w górach południowej Polski. Nasze pomysły często rodzą się w lesie, a pierwsze prototypy botaników powstają w naszym domku na drzewie – wysoko w koronach drzew. ” Oj, chciałabym się w tym domku choć na chwilę znaleźć! / Alchemia Lasu

To jak? Znacie już te manufaktury? Polecicie coś naprawdę dobrego? A może coś Was szczególnie zaintrygowało?

 

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Normalizująca ulubiona seria Vianek

Coś mi te moje plecy nie odpuszczają… Skutecznie blokują normalne funkcjonowanie i zmuszają do spędzania czasu w pozycji poziomej (co ogólnie takie złe nie jest, ale tylko wtedy, kiedy ma się spokojną możliwość przejścia w pion… I czas…). Muszę więc, jak widać, zwolnić na nieco dłużej i doleczyć te moje plecki, zwłaszcza, że za tydzień wyprawa kilkudniowa w góry! Walczę więc z sił całych, a tymczasem – wchodzimy w róż!

Bo i różowo mi się robi na myśl o najnowszym dziecku Sylveco – marce Vianek i jej z kolei młodziutkiej serii normalizującej!

Doceniam ją szczególnie jako posiadaczka cery mieszanej, problematycznej, skłonnej do niespodzianek. Co więcej – posiadaczka ogromnej ilości włosów ze skłonnością do przetłuszczania i wieczną niemożliwością ułożenia.

Mam wręcz wrażenie, że w końcu ktoś zrobił jedną pełną serię dedykowaną właśnie mnie!

Znacie już kosmetyki Vianek? Jestem pewna, że wszystkim, którzy choć trochę stawiają na naturalność, marka ta rzuciła się przynajmniej w oczy. Miałam już kilka innych kosmetyków, wszystkie przyzwoite, nie powiem, ale dopiero ta seria wzbudziła we mnie miłość prawdziwą. Czemu?

vianek 4

Wśród kosmetyków do twarzy znajdziemy kremy na noc i na dzień, tonik i żel myjący, do włosów natomiast szampon i odżywkę do włosów normalnych i przetłuszczających się oraz magiczną wcierkę do skóry głowy z ekstraktem pokrzywy, skrzypu, łopianu, szałwii i brzozy. Łącznie siedem kosmetyków zamkniętych w praktycznych, charakterystycznych dla marki opakowaniach z motywem łowickich kwiatów. Jeśli miałabym do nich zastrzeżenia to jedynie do pojemności – za szybko się kończą. Zwiększyłabym ją na pewno w przypadku toniku, żelu i szamponu.  No, koniecznie!

Bardzo podoba mi się podział w działaniu kremów serii. Zacytuję opisy: „Lekki krem matujący do codziennej pielęgnacji cery przetłuszczającej się i problematycznej. Zawiera olej z pestek winogron, oliwę z oliwek i skwalan roślinny, które zapewniają skórze optymalne nawilżenie, nie obciążając jej. Ekstrakt z kory wierzby białej to źródło związków o działaniu ściągającym, przyspieszających redukcję zmian skórnych, które w połączeniu z witaminą B3 normalizują stan skóry.” Na noc sięgamy natomiast po „krem normalizujący do wieczornej pielęgnacji cery przetłuszczającej się i problematycznej. Opracowany pod kątem łagodzenia zmian skórnych oraz odnowy fizjologicznej warstwy hydro-lipidowej, kiedy w skórze zachodzą intensywne procesy regeneracyjne. Zawiera kompleks składników regulujących (bio-siarkę, ekstrakt z pokrzywy, witaminę B3, olejek z drzewa herbacianego i betulinę), które ograniczają powstawanie wyprysków, zmniejszają produkcję sebum i normują procesy łuszczenia. Krem można stosować jako uzupełnienie leczenia dermatologicznego trądziku.”

Krem na dzień jest więc idealnym lekkim kremem, faktycznie delikatnie matującym, który wchłania się szybko, a jednocześnie dobrze nawilża i chroni skórę. Pachnie przyjemnie, lekko ziołowo. Ten wieczorny jest natomiast widocznie gęstszy, cięższy, ale nie bardzo ciężki. Dłużej się wchłania i pozostawia leciutko tłustawą warstewkę, która przez noc regeneruje nam cerę. Z pełnym przekonaniem stwierdzam, że oba kremy faktycznie normalizują. Zwłaszcza jeśli uzupełnimy je o tonik i żel myjący.

Żelem myję twarz 2-3 razy dziennie, wieczorem mieszam go w dłoni z olejkiem, aby lepiej usunął tłustszy makijaż. Jest świetny! „Zawiera ekstrakt z kory wierzby białej o właściwościach ściągających i normalizujących oraz kwas salicylowy, który dogłębnie oczyszcza i odblokowuje pory. Dodatek olejku eukaliptusowego przyspiesza regenerację zmian skórnych.” Lubię pozostawić go na buzi na chwilę, aby dać szansę zadziałać nieco mocniej delikatnemu dodatkowi kwasu i olejku eukaliptusowego. Świetnie oczyszcza i idealnie przygotowuje cerę do dalszej pielęgnacji.

Sięgam więc z kolei po tonik. „Łagodny tonik  o niskim ph (3.0) przeznaczony do codziennej pielęgnacji cery przetłuszczającej się i problematycznej. Ekstrakt ze skrzypu polnego, bogaty w krzemionkę, normalizuje wydzielanie sebum oraz przyspiesza regenerację zmian skórnych, natomiast ekstrakt z aloesu nawilża i łagodzi. Kwas AHA jabłkowy ogranicza powstawanie zaskórników i zmniejsza nadmierne rogowacenie. Dodatek olejku miętowego przyjemnie odświeża skórę i przywraca jej równowagę.” Cóż, opis chyba mówi wszystko. Tonik jest genialny, kwaśny, mocno odświeżający i regulujący. Mam wręcz ostatnio słabość do kosmetyków z dodatkiem mięty – dodają skórze energetycznego kopa!

Na tak oczyszczoną skórę nakładam jeden z kremów, czasami wzbogacam całość kojącym aloesem lub serum. Czasem też, zwłaszcza teraz, zimą, zamieniam nocny krem nieco tłustszy, bardziej kojący, najchętniej Naffi marki IOSSI. I z czystym sercem mogę powiedzieć, że jestem z takiej pielęgnacji bardzo zadowolona.

vianek 3

A co z włosami? Muszę je myć bardzo często, niestety. Mam jednak wrażenie, że kosmetyki serii normalizującej nieco wydłużają im zdatność do pokazywania 🙂 Trio to stanowi, jak dotąd, najlepsze naturalne produkty do włosów, jakie miałam okazję wypróbować. Szampon dobrze się pieni i oczyszcza. „Zawiera ekstrakt z liści pokrzywy zwyczajnej o działaniu regulującym pracę gruczołów łojowych, wzmacnia jednocześnie cebulki i hamuje wypadanie włosów. Olejek eukaliptusowy odświeża i tonizuje skórę głowy, a panthenol i kwas mlekowy nawilżają, zapewniając włosom miękkość, gładkość i elastyczność.” Pozostawia jednak włosy nieprzyjemne w dotyku, szybciutko więc sięgam po sporą dawkę lekkiej odżywki. Ta z kolei „zawiera zieloną glinkę i skrobię, które absorbują nadmiar sebum. Panthenol regeneruje i wzmacnia włosy, a olejek miętowy normalizuje, zapewniając przyjemne uczucie chłodu i świeżości.” Czasami zastępują ją ekspresową maską Kąpiel Agafii. Włosy stają przyjemne w dotyku, gładkie i takie… lekkie.

Ale to jeszcze nic! Bo prawdziwa gwiazdą włosowej serii, co już potwierdziło mi kilka osób, jest normalizujący tonik-wcierka do skóry głowy! „Preparat w formie toniku do stosowania na skórę głowy, normalizujący pracę gruczołów łojowych. Zawiera kompleks ekstraktów z pokrzywy, skrzypu, łopianu, szałwii i brzozy, bogatych w składniki mineralne (cynk, miedź, krzem) oraz witaminy, które wzmacniają cebulki, znacząco przyspieszając wzrost włosów. Olejki rozmarynowy i eukaliptusowy odświeżają, pobudzają i odżywiają skórę głowy. Systematycznie stosowanie sprawia, że włosy rosną mocniejsze i grubsze, stają się bardziej odporne na uszkodzenia.”

Wcierka idealnie uzupełnia pielęgnację i ma faktyczne, bardzo korzystne działanie nie tylko na skórę głowy, ale właśnie na same włosy. Jest leciutka, pachnie mocno orzeźwiająco naturalnymi olejkami z rozmarynu i eukaliptusa, które bardzo lubię. Bo musicie wiedzieć, że zadziałają Wam one nie tylko zgodnie z przeznaczeniem, ale poprawią także jasność myślenia, wzmocnią odporność i dodadzą energii. Ot, taki gratis od natury.

Reasumując – jeśli tylko macie cerę wymagającą  uregulowania i ciężkie, przetłuszczające się włosy – sięgnijcie po kosmetyki Vianek koniecznie. Zwłaszcza, że cenowo wychodzą bardzo atrakcyjnie.

Kosmetyki dostępne na stronie Sylveco – TUTAJ.

vianek 1

 

 

Musujące babeczki do kąpieli z polewą lub lukrem

To już ostatni świąteczny pomysł w tym roku. Jak to przeleciało!

Urocze, musujące babeczki do kąpieli, którym dodałam twista przy pomocy lukru lub polewy z białej czekolady specjalnie zostawiłam na koniec. Czemu? Bo spokojnie mogą zostać prezentami last minut! Wszystkie bowiem składniki zakupicie w zwykłym sklepie spożywczym.

No… może z wyjątkiem zapachu, ale jeśli nie dysponujecie akurat żadnym olejkiem, polecam choćby odwiedzenie pobliskiej apteki, w której z pewnością znajdziecie te najbardziej podstawowe jak pomarańczowy czy lawendowy. A potem – do dzieła! Dzieci będą wniebowzięte!

babeczki-do-kapieli-4-800 babeczki-do-kapieli-1-800

Musujące babeczki do kąpieli z polewą lub lukrem

Składniki na 2 sztuki:

  • 80 g sody oczyszczonej
  • 40 g kwasku cytrynowego
  • 30 g skrobi ziemniaczanej
  • 40 ml oleju, który akurat mamy w kuchni np. z pestek winogron czy rzepakowego
  • 5 ml olejku  eterycznego lub zapachowego
  • polewa lub lukier – użyłam dostępnych teraz w każdym sklepie gotowych, w saszetkach. Ważne, aby nie posiadały w składzie wody
  • posypki świąteczne – wybrałam cukrowe gwiazdki i potłuczoną cukrową laskę candy cane
  • woda w spryskiwaczu
  • opcjonalnie kilka kropelek wybranego barwnika do mydeł lub łyżka kakao do zabarwienia babeczek
  • silikonowe foremki na muffinki

Przygotowujemy 2 foremki na muffinki.

W wysokiej misce mieszamy sodę, kwasek i skrobię, dolewamy olej, olejek zapachowy i ewentualnie kilka kropelek barwnika lub kakao (ja wykorzystałam żółty i czerwony barwnik). Całość dokładnie mieszamy ręką, co chwilę spryskując lekko wodą. Masę nawilżamy, aż do momentu, w którym przybierze konsystencję piasku do budowania zamków – kiedy ściśniemy ją w dłoni, pozostanie w niej zwarty kształt. Ewentualne delikatne musowanie, gasimy palcami. Gotową masę przekładamy delikatnie do foremek, mocno utwardzamy i wyrównujemy dłońmi. Babeczki odkładamy na całą noc do stwardnienia. Po tym czasie, wyciągamy je z foremek.

W kąpieli wodnej podgrzewamy i roztapiamy w saszetce lukier lub polewę – według instrukcji na opakowaniu. Polewamy nią babeczki tak, aby się ładnie rozprowadziła i pozostawiła słodkie zacieki. Wierzch ozdabiamy posypkami. Odkładamy do całkowitego zastygnięcia.

Babeczki warto od razu zapakować, aby nie dostała się do nich wilgoć – spowoduje ona lekki rozrost babeczki, a przez to może nam pęknąć nasza polewa.

Po jednej babeczce dodajemy do kąpieli i relaksujemy się!

babeczki-do-kapieli-3-800 babeczki-do-kapieli-2-800 babeczki-do-kapieli-6-800

 

Zapisz

Facebook