NapisałaAdriana Sadkiewicz

Kobiety inspirują: Hania Sobkowska (z prezentem dla Was!)

Ile ja znam wspaniałych kobiet! Zbyt dużo ich poznałam, żeby nie przyszedł mi do głowy nowy cykl. Posty nie będą pojawiać się regularnie, nie mam na nie planu. Chciałabym, abyście jednak i Wy poznali niesamowite kobiety, które inspirują! Taki, po rozmowie z którymi, człowiek czuje, że dostał zastrzyk energii. Chce działać, iść przed siebie i marzyć.
Nigdy nie widziałam Hani Sobkowskiej na żywo. Próbowałam sobie dzisiaj przypomnieć, jak to się stało, że się poznałyśmy w internecie. No… nie pamiętam. Mamy po prostu dużo wspólnego – obie prowadzimy warsztaty kosmetyki, obie tworzymy coś nowego, własnego. Każda rozmowa z tą dziewczyną sprawia, że uśmiecham się potem jeszcze przez godzinę. Ma ona też jeden wspaniały dar – potrafi zaczarować światło. Wierzcie mi! A jeśli nie wierzycie, to wpadnijcie do niej, do Green Dragonfly i zobaczcie jej cudowne świece!
Poznajcie dzisiaj Hannę Sobkowską! Zainspirujcie się!
foto: Paulina Niebieszczańska „Adtrick”
Kim jesteś?
Jestem „inspirującą kreaturą”, ponieważ kreuję by inspirować .
A na poważnie – jestem trenerem rozwoju osobistego z artystyczną duszą –
projektuję i tworzę. Prowadzę własną firmę, która wzbija się na dwóch
skrzydłach. Jedno, to pracownia rozwoju osobistego – Synchronia, którą
założyłam, by wspierać innych w poznawaniu siebie samych i w odkrywaniu
własnych zasobów – wewnętrznego artysty. Drugie skrzydło, to inwestycja
we własny rozwój osobisty i moja pasja – pracownia świec z naturalnych wosków (Green Dragonfly).

Jak i kiedy odkryłaś, co chcesz tak naprawdę w życiu robić?
To,
że moją ważną potrzebą jest tworzenie w pewnym sensie „odkryłam” już
jak byłam dzieckiem. Używałam tego zasobu od zawsze, tylko nie byłam
jego świadoma. Po raz pierwszy świadomie pomyślałam „chcę coś sama
stworzyć i z tego żyć” po kilkunastu latach męczącej pracy w
korporacjach.
Zaczęłam wyobrażać sobie, że potrafię zrobić wiele rzeczy, które
inspirują innych i że jestem szczęśliwa, bo w moim życiu jest balans
pomiędzy tym co daję i tym, co otrzymuję w zamian i… Uwierzyłam, że to
zrobię! Robię więc.

Co Cię motywuje?
Działanie. Ono daje
mi napęd. Poprzez działanie rozumiem spełnianie swoich marzeń,
zamierzeń. Zbyt długie myślenie, zastanawianie się bez tak rozumianego
działania wprowadza bezwład i zabija moją kreatywność, przynosi apatię.
Jeśli działam, tworzę, prowadzę warsztaty, medytuję, spotykam się z
osobami, z którymi kontakt jest dla mnie istotny, czy też działam
pozostając sama ze sobą i niewiele robiąc – to przynosi mi radość. A
moim wyborem jest czerpać radość z życia :).

Co Cię inspiruje?
Jest niewiele rzeczy, które mnie nie inspirują, jedną z nich jest bieganie .
Najbliższe sedna będzie jak powiem, że inspiruje mnie NATURA – ważka
nad jeziorem, rydze w zagajniku, turkuć podjadek w moim ogrodzie,
koty… Inspirują mnie także ludzie, jako nieodłączna część NATURY, choć
czasem ze smutkiem patrzę jak się od niej odłączają. Generalnie
inspirują mnie rzeczy małe, proste, czasami są to 2 słowa, które ktoś
powie, czasami 2 sekundy zachwytu nad mandalą wykonaną przez kapiącą
wodę na zabłoconą podłogę w garażu. Piękno mnie inspiruje.

Co zaprzątało Ci głowę dzisiaj rano?
Czy iść pobiegać zamiast poćwiczyć jogę. Nie lubię biegać, jeździć na rowerze, w ogóle, jestem statyczna.
A organizm potrzebuje ruchu. Poszłam więc. Wyszłam na chwilę poza moją
strefę komfortu i jestem z siebie dumna! Hmm… Czyżbym doszła do tego, że
w bieganiu też jest odrobina inspiracji?

Czym się w życiu kierujesz?
Nie
warto tracić czasu na rzeczy, które Cię nie inspirują, bo może go
zabraknąć na to, co naprawdę kochasz…
Tę myśl powitałam w mojej głowie jakieś 8 lat temu. I wtedy się zaczęło,
zmiana, cała lawina zmian… Nieważne czy projektuję i tworzę świece,
czy prowadzę warsztaty rozwojowe, czy czasem dokonuję wyboru, by zrobić
coś co nie sprawia mi przyjemności – jednak robię to co chcę, co
wybieram i to przynosi radość. Jeśli opieram się na własnych wyborach,
biorę za nie odpowiedzialność, mam wrażenie, że dzieje się wszystko z
lekkością i jakby samoistnie.

  foto: Paulina Niebieszczańska „Adtrick”

Co robisz, kiedy tracisz zapał i chęci do działania?
Nic
specjalnego… Bo kiedy z tym walczę, zagłuszam, zagaduję czy maskuję w
jakikolwiek inny sposób – tracę szansę na usłyszenie siebie. Są czasem
dni, że płaczę, a fale bezradności i bezsensu przelewają się przeze mnie.
Odcinam się od świata, na ile mogę i znajduję spokojną przestrzeń dla
siebie. Pozwalam temu uczuciu smutku i otępienia rozgościć się we mnie.
Oddycham i obserwuję, jak przemieszcza się w moim ciele. Skąd przychodzi
i gdzie zmierza. Medytuję i to przynosi spokój. Zrozumienie – co we
mnie płacze – przychodzi samo, z czasem. Daję sobie czas. Czasem pomaga
mi bycie w kontakcie z osobą empatyczną, jak Mąż, czy Przyjaciele.
Rozmowa, pytania zadane przez te osoby też pozwalają mi spotkać się ze
sobą, znaleźć spokój i dystans. Pomaga mi też kontakt z Naturą.

Czego nauczyłaś się ostatnio?
Ostatnio?
Zaproponowałam sobie doświadczenie, które wydało mi się wówczas
bardziej ciekawe niż trudne… Postanowiłam zrobić coś, czego nigdy
jeszcze nie zrobiłam i po prostu spędziłam jeden pełen dzień pracujący
bez okularów czy soczewek na oczach. Moje – 2,75 nie wydawało mi się
druzgocące, wszak kiedyś miałam -5. Jednak doświadczenie okazało się
mocne. Na 2 dni po nim straciłam chęć do działania .
Ciężkie było to spotkanie z prawdziwą sobą – taką jaką jestem, wraz z
moim ograniczeniem. Ból głowy, oczu i inne dolegliwości fizyczne okazały
się drobiazgiem w porównaniu z bezradnością. Zobaczyłam wyraźnie,
wykonując wówczas codzienne czynności, jak wiele od siebie wymagam, jaka
jestem dla siebie surowa. A już myślałam, że kocham i akceptuję siebie w
każdym calu .
Takie doświadczenie wiele daje. Mnie uczy kolejnego kawałka akceptacji i
tolerancji – wobec siebie i mojej bezradności. Wkrótce zrobię to znowu,
żeby sprawdzić ile się nauczyłam.

 Dziękuję!

A teraz spójrzcie Kochani, jakie cuda od dzisiaj i mnie otaczają! Jakże one pachną! Raz jeszcze muszę Was odesłać na Green Dragonfly! Ale…

Ale mam też coś dla Was! Przepiękny zestaw sojowych pachnidełek o zapachu optymizmu (ten na zdjęciu poniżej!). 

Jeśli chcielibyście go przygarnąć, napiszcie mi o tym w komentarzu pod tym postem do końca niedzieli 10.08.2014. W przyszłym tygodniu wylosuję zwycięzcę i ogłoszę w jednym z postów.

Na adres będę czekała 10 dni od ogłoszenia wyników. Wysyłka na terenie Polski. Zapraszam! Są cudowne!

PS te kolorowe świece są częścią kolekcji recyklingowej Tuna – w puszkach tuńczykowych z ubrankiem z t-shirtów. Pomysł genialny! Aż chce się urządzić kolację na tarasie dla przyjaciół. Taką, wiecie, na luzie, kolorową, letnią…

Summer Body Dessert czyli jeżynowo-śmietanowy lotion do ciała

Naszemu ciału też się należy! Oj, tak! Wierzcie mi, że na deser zasługuje ono czasami równie mocno. Rozpieśćcie więc dzisiaj swoją skórą specjalnym, bardzo prostym w przygotowaniu wakacyjnym deserem! Wiem, że będziecie się powstrzymywać przed zjedzeniem, ale naprawdę warto zaserwować go ciału.
Dlaczego? Bo cudownie koi skórę w upalne dni. Łagodzi codzienność, która odbija się na niej coraz większym piętnem. Wygładza, odżywia, oczyszcza, nawilża. Regeneruje i przywraca blask. A przy tym cudownie poprawia samopoczucie i pozwala się zrelaksować w słodkim jeżynowym aromacie.
Taki właśnie jest letni deser do ciała! Chwytajcie więc lato, póki tak wspaniale wypełnia powietrze, zbierajcie owoce i odpoczywajcie! Sięgnijcie po jeżyny, maliny i borówki. Stwórzcie sobie małe SPA – pretekst do chwili tylko dla Was! Smacznego!

 

Do jego wykonania przygotujcie:

  • garść świeżych jeżyn (ewentualnie borówki lub maliny)
  • 3/4 szklanki śmietany 18%
  • łyżkę płynnego miodu
Rozgniećcie w miseczce owoce ze śmietaną i miodem. Całość można także zmiksować na jednolitą masę. Stojąc pod prysznicem, tak powstałym lotionem masujcie całe ciało, niczym myjącym balsamem. Nie spłukujcie deserku od razu, pozwólcie mu się nieco wchłonąć. Wykonujcie delikatny masaż ciała przez kilka minut. Pozostałości zmyjcie wodą. Deser wykorzystajcie tego samego dnia.

 

 

Premiera sklepu Lili in the Garden – wygraj bon na zakupy!

Kochani, dzisiaj mamy dzień premiery! Dzisiaj chciałabym Was zaprosić na naszą nową stronę! Dotychczas Lili in the Garden funkcjonowało jedynie na DaWandzie, Pakamerze i Decobazarze. Od dzisiaj oficjalnie zapraszam Was na www.LiliGarden.pl! Czeka tam na Was nasza cudowna biżuteria i jeszcze coś niecoś!

www.LiliGarden.pl

Ale to nie wszystko!

Muszę Wam jeszcze donieść, że w najbliższych dniach spodziewamy się wspaniałych nowości! 
Będą cuda rodem z gorących Indii z kolekcji Dream oraz piękne nowe kamienie! Tym razem zadbaliśmy o to, aby było więcej srebra, będą kamienne kolczyki, bardziej różnorodne rozmiary pierścionków, będą też… motyle! Nowości będziemy sukcesywnie wrzucali na stronę, więc zapraszam do śledzenia! 

Mam też dla Was dwie niespodzianki!

Kod rabatowy dla czytelników Lili 
na 10% zniżki w sklepie
ważny do końca listopada 2014, na hasło
lili-blog

oraz 
zapraszam do konkursu, 
w którym do wygrania jest bon na zakupy w sklepie
 o wartości 100zł!
 Jeśli weźmiecie udział w konkursie, jednocześnie pomożecie mi w promocji nowej strony! Będę Wam więc ogromnie wdzięczna!
A wystarczy:
  • Udostępnić powyższy baner na swoim blogu (podlinkowany do tego posta) lub publicznie na Facebooku (poprzez udostępnienie TEGO zdjęcia) i dać mi o tym znać w komentarzu!
  • Dla przyjemności zapraszam też do spacerku po sklepie – www.LiliGarden.ploraz do polubienia Lili in the Garden na Facebooku – TUTAJ! (tak, tak, to jest inny fanpage niż bloga) 🙂
Na Wasze zgłoszenia będę czekała do 15 sierpnia 2014, do północy. Spośród wszystkich zgłoszeń wylosuję osobę, której przekażę mailowo kod rabatowy do sklepu, o wartości 100zł. Wyniki ogłoszę na blogu między 18 a 22.08.2014.  Nagrody nie można wymienić na pieniądze. Kod ważny będzie do końca września 2014. Na zgłoszenie zwycięzcy będę czekała 10 dni od ogłoszenia wyników.

Kody rabatowe należy wpisać w odpowiednim miejscu podczas składania zamówienia. W razie jakichkolwiek problemów, proszę o kontakt na lili@liligarden.pl.

W roli głównej: Clochee Odżywczy peeling cukrowy

Gwiazda nowa, gwiazda pachnąca i błyszcząca! Dzisiaj w roli głównej wystąpi przed Wami Odżywczy peeling cukrowy Clochee!
Peelingi, jak mało które kosmetyki,  kupuje się dla przyjemności! Możemy przebierać w niezwykłych aromatach, konsystencjach i kolorach. Cieszyć się zapachami i masować, masować, masować… Od niedawna, do mojej czołówki ulubionych peelingów dołączył ten właśnie od Clochee! Jako drugi, bo już kiedyś zakochałam się w cynamonowym. I tak polska, młodziutka, naturalna marka podbija moje serce.
Tym razem mamy mango. Jest to tylko zapach mango, choć nie ma on dużo z samego owocu. Pachnie bardziej jak ciasteczkowy deser z mango. Nie powiem, bardzo przyjemnie. A zapach ten dodatkowo na długo pozostaje na skórze!
Ciekawostką może być to, że standardowy ścierający cukier połączono ze zmielonymi na proszek malinami. Ma on dzięki temu łagodniejszą konsystencję. Znajdziemy tu jeszcze odżywcze i nawilżające tłuszcze, jak masło shea, olej ze słodkich migdałów i kokosowy. Do tego nieco gliceryny i wody pomarańczowej. Brzmi smakowicie!
Co ważne, pelling w stosowaniu jest i skuteczny i przyjemny. Zdziwił mnie fakt, że prawie nie pozostawia tłustej warstwy, a jedynie leciutko natłuszczoną, miłą w dotyku, wygładzoną skórę. Idealnie złuszcza i poprawia humor, czyli ma wszystko to, co dobry scrub mieć powinien!
Przy okazji poprzedniego peelingu pisałam, że nie podobają mi się szare opakowania. Teraz jestem już mądrzejsza i wiem, że one zostały celowo tak wybrane, ze względu na swoja ekologiczność. A jest to spora zaleta. I plus dla młodej marki.
Radzę tylko uważać z temperaturą, w której kosmetyk jest przechowywany. Na co dzień stoi on sobie w mojej łazience i nie ma z nim żadnych problemów. Przy okazji pisania tego posta wyciągnęłam go na kilka godzin do pokoju i postawiłam przy komputerze. Ciepło sprawiło, że zmienił się w płyn. I oczywiście, otwierając, musiałam się nim ochlapać. Cóż, taka to uroda naturalnych tłuszczy. W każdym razie, trzymajcie swoje peelingi w łazienkach! Niech się Wam tam na dobre rozgoszczą!
Peeling znajdziecie w Clochee

Przechowujemy biżuterię pięknie!

Tak się jakoś złożyło, że ostatnimi czasy mam w domu bardzo dużo biżuterii. Znaczna większość przeznaczona jest do sklepu, ale sporo też zachowałam na własne potrzeby 🙂 Bo jakże by inaczej! Coraz większy mam więc problem z jej przechowywaniem i coraz częściej rozglądam się za czymś nowym i ciekawym. Uwielbiam wszelkie skrzyneczki i puzderka. Przekonuję się do wieszaczków i miseczek na pierścionki. Zobaczcie, co też interesującego wyszperałam w internecie!

1. Szkatułka Silvery, Home&You, cena: 25zł
2. Cudowne szklane pudełka z Agnetha.Home, cena: 58zł
3. Cudowne pudełeczka marki Bloomingville w idealnych kolorach – fioletowe z okienkiem, ScandiShop.pl, cena: 39zł
4. I miętowe malutkie, ScandiShop.pl, cena: 15zł
5. Królik na pierścionki, Oh Deer, cena: 48,99zł
6. Świetny wieszak z jeleniami, Oh Deer, cena: 37,99zł

7. Szkatułka z ptaszkiem, Home&You, cena: 19zł
8. Magiczne szklane pudełko, Lulu Living, cena: 200zł
9. Wieszak na biżuterię z ptakami, Pracownia miedzi – Pociecha, cena: 59zł
10. Ręcznie malowane talerze na biżuterię, The Object Enthusiast, via Design Love Fest, cena: 25-36$
11. Urocze etui na biżuterię, Szmaciane Misie, cena: 69zł

A jak Wy dziewczyny przechowujecie biżuterię? Jakieś sprytne sposoby?

Burger sezonowy z kurkami i crumble brzeskwiniowym

Jakoś tak się złożyło, że ostatnimi czasy to mój mąż głównie gotuje. Cieszy mnie to oczywiście bardzo, bo też i kucharz z niego wspaniały. Mam więc dla Was dzisiaj małą inspirację obiadową od niego! Bardzo na czasie, bardzo letnią, bardzo słoneczną! Taką, która zasmakuje i panom i paniom. 
Polecamy Wam sezonowego burgera z sosem kurkowym i grillowanym filetem z kurczaka, z fasolką szparagową w roli frytek i brzoskwiniowym crumble na deser. Pyyyychota! Obiad prosty, szybki i nie wiejący nudą. Smaki wakacji!

Do jego przygotowania potrzebujecie:

  • pierś z kurczaka, dla dwóch osób
  • sól, pieprz, ulubione przyprawy do kurczaka
  • olej
  • 3 garści świeżych kurek
  • dużą śmietanę 12%
  • małą cebulę
  • letniego dużego pomidora
  • sałatę pekińską – dwa duże liście
  • 2 duże bułki
  • musztardę
  • pół kilograma fasolki szparagowej
  • 2 brzoskwinie
  • 2 łyżki mąki
  • 2 łyżki cukru
  • 2 łyżki miękkiego masła

Pierś z kurczaka przekrawamy na mniejsze filety. Nacieramy solą, pieprzem, ulubionymi przyprawami i olejem. Odkładamy do zamarynowania na dwie godziny.
Kurki dokładnie oczyszczamy i myjemy. Kroimy na drobniejsze części. Podsmażamy przez chwilę na oleju z pokrojoną w kostkę cebulką. Dolewamy śmietanę (warto ją odrobinę zahartować ciepłymi kurkami z patelni) i dusimy całość przez około 30 minut na małym ogniu. Doprawiamy solą i pieprzem do smaku.
Fasolkę myjemy, odcinamy końcówki i gotujemy w osolonej wodzie do miękkości.
Brzoskwinie myjemy i kroimy w półksiężyce. Z mąki, cukru i masła ucieramy kruszonkę. Brzoskwinie układamy w kokilkach do zapiekania i posypujemy kruszonką. Wkładamy do piekarnika nagrzanego na 200 stopni, aż ciasto się zarumieni.
Mięso smażymy na rozgrzanej patelni grillowej.
Bułki przekrawamy i wkładamy na 2-3 minuty do nagrzanego piekarnia. Dół bułek smarujemy musztardą. Na to nakładamy sałatę, mięso, duży kawałek pomidora i sos kurkowy. Burgery przykrywamy drugą częścią bułki. Podajemy na ciepło wraz z fasolką w roli frytek.
Do deseru można dodać jeszcze gałkę waniliowych lodów.

Proste!

Facebook