Zauroczona: Happy Barok

foto: Jagoda Lesiuk

 

Mam to szczęście, że co jakiś czas znajduję w internecie prawdziwe perełki! Takie do zauroczenia, do zwrócenia uwagi, a już na pewno – do pokazania! Tym razem znalazłam taką perłę całkiem blisko – na naszym polskim gruncie. Choć muszę przyznać, że meble Happy Barok zdają się być znacznie bardziej… światowe!

No ale sami przyznajcie – tu nie można przejść obojętnie! Te kolory, materiały, detale, ta płynność kształtów i barw – to musiało zwrócić moją uwagę. Zwłaszcza teraz, kiedy sama poszukuję czegoś oryginalnego do naszego mieszkania. Kiedy zależy mi na czymś zgoła przeciwnym od wszechobecnej skandynawskiej bieli. Kiedy odwracam się bardziej ku południu, ku hiszpańskiej radości życia i tworzenia, ku radosnej kreatywności i poczuciu humoru. Tego mi u nas brakuje i być może dlatego, tak bardzo się cieszę, że odnalazłam Happy Barok.

 

Meble Happy Barok wyróżnia odważna forma i kolorystyka oraz szlachetne tkaniny, głównie aksamit i plusz.

 

foto: Jagoda Lesiuk

foto: Jagoda Lesiuk

Powyżej: Kolekcja EMI – Monkey Machine , Projekt : Magdalena Jasyk- Bartczak, Katarzyna Jasyk , Mikołaj Bartczak

foto: Jagoda Lesiuk

 

Szczególnie do mego serca przypadła kolekcja Plum (zobaczcie TUTAJ). To ona zawróciła mi w głowie i sprawiła, że od razu chciałam Wam wszystko pokazać. To także jej część zagościła już na stałe w naszym domu i cieszyć nas będzie swoją wyjątkowością (będę pokazywać wkrótce na zdjęciach!).

 

foto: Jagoda Lesiuk

foto: Jagoda Lesiuk

foto: Jagoda Lesiuk

foto: Jagoda Lesiuk

foto: Jagoda Lesiuk

 

A wszystko to dzieło projektantki Katarzyny Jasyk. Poprosiłam ją, aby to ona sama Wam się przedstawiła.

 

Kolekcja plum powstała, jak większość innych, od… nóżki.

 

Kolekcja plum 2018

Od autora dla niewtajemniczonych

Projektowaniem mebli zajmuje się już ponad 15 lat.  Jako projektant mam ułatwione zadanie, gdyż wszystkie moje projekty są realizowane we własnej fabryce. Jak się okazało, ową pasją zaraziłam również swoje dzieci. Córka Magda Jasyk – Bartczak również jest projektantem mebli  i posiada własna markę mebli Monkey Machine, natomiast syn Bartek Jasyk jest projektantem tkanin, rowerów i grafikiem. Jego żona zaś –  Anna Jasyk-Wilczopolska projektuje zegary, meble i inne akcesoria do wystroju wnętrz dla własnej marki  Bikes Bazaar.

Ponieważ spędzamy ze sobą dużo czasu , wszyscy maja pośrednio lub bezpośrednio wpływ na mój proces twórczy.

Kolekcja Plum jest najnowsza, więc najbardziej ją lubię!

Kolorowa, miękka, obła i łagodna linia mebli powstaje zapewne z potrzeby wyzwolenia się z nudy i szarości. Być może jest odpowiedzią na tak długo utrzymujący się styl minimalistyczny i surowy.

Kolekcja Plum powstała, jak większość innych, od… nóżki. To dla mnie typowe – zaczynanie wszystkiego od końca. Nawet gazety wnętrzarskie oglądam od końca…. Kiedy więc pojawiła się śliczna noga meblowa, dorobiłam do niej po prostu resztę.

Ta kolekcja to proces. Sama jestem ciekawa co będzie dalej… Jak patrzę na swoje prace z perspektywy czasu, widzę w nich spójne cechy, często są nimi właśnie owalne formy. Chyba takie zwyczajnie lubię.

Niektórzy klasyfikują moje projekty jako „antydesign”. Czasami mają rację. Dla innych znowuż są ekstrawaganckie… Chyba bardziej się podobają klientom zagranicznym. Mam jednak nadzieję , że to się wkrótce zmieni.

Zajrzyjcie koniecznie na stronę Happy Barok.

 

foto: Jagoda Lesiuk

foto: Jagoda Lesiuk

foto: Jagoda Lesiuk

foto: Jagoda Lesiuk

foto: Jagoda Lesiuk

 

Jak sprzątać to szykownie

Tak to właśnie, drodzy moi, sprzątałam sobie ostatnio całe, calutkie mieszkanie po jego wykańczaniu. Oj, było tego sporo… A przez głowę, wciąż i wciąż, przechodziła mi myśl, że robię to szykownie!

I nawet ten mój dres i stary podkoszulek, jakimś dziwnym trafem, zamieniały się w rozkloszowaną suknię z perłami, fryzura stawała się gładka i ułożona, co mi się praktycznie nigdy nie zdarza, a w oddali słyszałam rzewne francuskie melodie. Bo jak tu nagle nie cofnąć się w czasie, bo jak nie przeobrazić się w porządną housewife, kiedy w całym domu, tu i ówdzie, rozłożone są takie ładne… środki czystości?

Autentycznie!

Wierzcie mi, ale do teraz mam je rozstawione wszędzie, bo używam ich wciąż jeszcze i do teraz, za każdym razem jak na nie zerknę, mam wrażenie, że przenoszę się do Bretanii. A potem pojawia się mała taka refleksja – jakże one ładnie tu pasują.

 

Trzeba więc przyznać, że środki czystości Jacques Briochin mają swój czar. Niezaprzeczalny. Opakowania idealnie oddają ich ducha i przekaz, jasno komunikują wartość tradycji, ale jednocześnie są nowoczesne i praktyczne.

Wracając jednak do początku…  Jak już wspominałam Wam na Facebooku, marka francuskich środków czystości Jacques Briochin postanowiła pomóc mi w sprzątaniu naszego nowego mieszkania. A że ja na wszelką pomoc jestem zawsze otwarta, zgodziłam się bez wahania. I wiecie co? Dobrze zrobiłam! Bo raz to już nawet prawie czarna rozpacz mnie ogarniała…

Zaczęłam jednak, jak porządna domowa gospodyni, do jakiej niekiedy aspiruję, od przeczytania podręcznika sprzątania. Proszę mi się tu pod nosem nie uśmiechać. Kiedy dostajecie sporo butelek i pojemników w większości z francuskimi napisami (są oczywiście polskie nalepki), też właśnie po coś takiego sięgacie na początek. Tam to dowiadujecie się, że markę założył w 1919 roku we francuskiej Bretanii Renauld Raoul. Otworzył on warsztat mydła i produktów czyszczących używanych przez profesjonalistów – drukarzy czy mechaników. Jego produkty cechowały się najlepszą jakością i tradycyjnymi recepturami. Do dzisiaj marka znacząco ewoluowała, co roku wprowadza na rynek nowości, a część produktów posiada certyfikat Ecocert.

 

Produktem, o którym od początku słyszałam najwięcej, którym przez dłuższy czas zachwycała się dystrybutorka marki, a także tym, który mnie samą najbardziej zaintrygował jest czarne mydło – savon noir. W swej głównej postaci sprzedawane jest jako miękka, gęsta, ciemna maź, w sporym słoju. No, czarna to ona wydaje się w tym właśnie słoju, bo jak tylko wyciągniemy ją na światło dzienne, okazuje się, że jest jasnym, zielonkawym… glutem. Z tym to właśnie glutem zaprzyjaźniłam się najbardziej!

Czym różni się to czarne mydło do sprzątania od tego kosmetycznego, które już dobrze znam od czasu wizyty w Maroku? Na to pytanie odpowiedział mi podręcznik właśnie. Okazuje się, że zawiera ono trochę więcej wodorotlenku potasu, co poprawia jego właściwości odtłuszczające, a co z kolei nie jest polecane do stałego kontaktu ze skórą. Mydło jest produktem bardzo uniwersalnym, można nim sprzątać prawie wszystko. Jest mocno skoncentrowane – naprawdę nie wiele go trzeba, aby doczyścić to co wymaga doczyszczenia.

 

 

Myłam nim sporo, ale chciałabym przytoczyć trzy przykłady, kiedy to wydało mi się niezastąpione. Przy pierwszej rozmowie o marce, dystrybutorka opowiadała mi o kliencie, który to mydło zakupił, a potem wrócił do niej zachwycony, bo w końcu, po jakimś długim czasie, udało mu się domyć coś, co wydawało się nie do domycia. Ta historia przypomniała mi się podczas któregoś z kolei mycia podłogi w łazience. Były bowiem na niej dziwne plamy, które w ogóle nie zmieniały się przez te wszystkie mycia. Byłam już praktycznie pewna, że to takie nieodwracalne. Wtedy to sięgnęłam po mydło i gąbeczkę. I wyobraźcie sobie – wszystko zeszło! Poleciałam więc do drzwi wejściowych, które od dawna pokrywały dziwne białe smugi. Ze trzy razy próbowała już je zmyć. I to właśnie savon noir dało radę!

A potem kupiłam nowy dywan… piękny, taki jak chciałam, ręcznie tkany i barwiony w Indiach. I na ten dywan dzieci wylały mi cały kubek kawy… Zaprałam go szybko, choć niedbale, od razu, czymś, co miałam pod ręką i wystawiłam do suszenia. Dopiero nazajutrz okazało się, że plama nie sprała się w ogóle, że jest bardzo widoczny, kawowy ślad. Dwa razy go jeszcze dopierałam, przy użyciu savon noir i gąbeczki oraz odplamiacza tejże marki. I choć niestety zeszło także trochę barwnika ze wzorów… nie ma śladu po kawie!

Jak tu się z czymś takim nie zaprzyjaźnić?

 

 

Kolejnym moim faworytem zostało także czarne mydło, ale w wersji rozcieńczonej, w sprayu. Umyłam nim prawie wszystko! Zwłaszcza pomocny okazał się w myciu nowych, wielkich szaf wnękowych i szafeczek w kuchni. Jest tak samo uniwersalny jak wcześniej opisywane, miękkie mydło. Jego forma jest jednak znacznie praktyczniejsza, choć przez to mniej skoncentrowana. Świetnie odłuszcza i oczyszcza. Stwierdzam też, że jest znacznie lepsze od uniwersalnego środka czyszczącego, choć i ten jest całkiem fajny.

Niemniej jednak oba czarne mydła polecam najbardziej. Warto mieć je w domu zawsze. Tak samo jak czarne mydło w płynie do mycia podłóg – wszystko pięknie doczyszcza!

 

Zachwyciło mnie też to to różowe. Niby taki tu sobie róż, a Środek czyszczący do łazienki ma pewien dobrze ukryty efekt wow!

Efekt ten dosyć szybko można odkryć, co i mi się przydarzyło, kiedy zabrałam się za porządne czyszczenie naszej łazienki. Już nawet nie tyle chodzi o to, ze czyści dobrze, szybko i sprawnie, że wystarczy spryskać armaturę, polać ją wodą, a ona pięknie się błyszczy. Wcale nie o to chodzi. Wyobraźcie sobie bowiem, że do tego środka dodano olejek sosnowy i cała łazienka po chwili pachnie jak totalny las! I jest to po prostu genialne! Produkt polecam w połączeniu z Tradycyjnym żelem octowym – wysoko skoncentrowanym preparatem, który dobrze zwalcza kamień z umywalek, toalet czy pryszniców. Tak wiem, w nowym mieszkaniu o kamień jeszcze trudno, ale został on już także sprawdzony w tym starym.

 

Z takich naturalnych zapachów to jeszcze muszę bardzo pochwalić Płyn do płukania z dodatkiem lawendy. Nie pachnie może bardzo intensywnie, raczej rzekłabym delikatnie, ale jednak. Przeprałam już kilka dobrych prań w całym piorącym zestawie, także jasnych z wybielaczem i nie ma do czego się przyczepić. Zarówno płyn do prania, wybielacz, płyn do płukania i odplamiacz są certyfikowane przez Ecocert, mamy więc gwarancję dobrych, łagodnych składników.

 

 

Nie mogę też nie wspomnieć o genialnym duecie kuchennym – Płynie do mycia rąk i naczyń oraz Mleczku czyszczącym. Ten pierwszy nie tylko wygląda dobrze w swej jasnej, niebieskiej butelce z praktyczną pompką. On faktycznie i autentycznie pozostawia dłonie miękkie i przyjemne w dotyku. Można więc myć naczynia bez żadnych obaw. Chętnie też sięgam po mleczko do czyszczenia naszej nowej płyty indukcyjnej.

 

 

Chętnie polecę także inne produkty – i te do zmywarek, do czyszczenia parkietów czy środki uniwersalne. Najmniej przydaje mi się Środek dezynfekujący, który ma za zadanie zabijać bakterie. Cóż, nie jest to coś, co akurat uważam za niezbędne. Nie mam więc nawyku sięgania po niego, choć doceniam fakt, że ładnie pachnie i zawiera same roślinne składniki.

Pozostaje jeszcze ostatnia rzecz i jest to coś, co nie sprawdziło mi się zupełnie. To Tradycyjny płyn octowy, po który sięgałam przy myciu łazienki, ale też dużych powierzchni szklanych. Niestety zarówno na oknach, na parawanie nawannowym i ogromnych lustrach na drzwiach szafy wnękowej, pozostawił bardzo widoczne smugi. Musiałam je ponownie myć lub ścierać na sucho. A tego akurat nie lubię 🙂

To jak? Sprzątamy szykownie?

Naprawdę się cieszę, że poznałam markę Jacques Briochin i to w tam trudnym momencie. Bo wierzcie mi, ale sprzątać to ja nie lubię. Jeśli więc są produkty, które w tym pomagają – czemu po nie nie sięgnąć?

 

Wszystkie produkty dostępne na stronie Briochin.pl

 

Post powstał w wyniku miłej współpracy z marką Jacques Briochin.

W letnią noc

Wspominałam już kiedyś, że letnie noce to jedne z najprzyjemniejszych rzeczy na świecie.

Uwielbiam spacerować nocą po nagrzanej ziemi, wdychając zapach kwiatów, z głową uniesioną wysoko – do gwiazd.

W jedną z ostatnich takich nocy, pomyślałam, że najwyższa pora na wpis z czymś idealnym na nocne spacery. Zobaczcie więc, co ładnego dla Was tym razem wyszukałam!

 

1. Piękna żółta sukienka na co dzień Dorothy Perkins z kwiatami / Allani

2. Sweter z grubej dzianiny na chłodniejsze noce / Mango

3. Listonoszka Dakota / Parfois

4. Cudne The Disc Earrings / KAJO

5. Pin złocony inBLOOM / Animal Kingdom

6. Góra od bikini CHAKA / BANANA / Bodymaps

7. Chabrowe kolczyki Plantis / Orska

8. Trampki Converse CHUCK TAYLOR ALL STAR / Zalando

9. Szalik Mexico / Parfois

Herbaciano-chabrowa esencja pod oczy

Postanowiłam wypróbować nowy, ciekawy składnik! Nazywa się Sucragel i co jakiś czas dochodzą mnie o nim same ochy i achy. Co to takiego?

Cytuję za Zielonyklub.pl:

„Sucragel jest nowym i interesującym składnikiem „zielonych” kosmetyków. Jest całkowicie naturalny na bazie estrów cukrowych, gliceryny i olejów roślinnych. Ma on unikalną właściwość zagęszczania oleju i tworzenia z niego żelu. Dzięki niemu tworzenie profesjonalnych olejowych żeli i emulsji jest banalnie proste. Co ciekawe, przy użyciu sucragelu można robić emulsje i żele całkowicie na zimno. Ale w razie potrzeby sucragel może być podgrzany do 80C.

By przygotować żel używa się 20 – 25% sucragelu i 80 – 75% oleju. Olej dodaje się stopniowo do sucragelu, ciągle mieszając aż do otrzymania jednolitego żelu. Tak przygotowany żel w zetknięciu z wodą spontanicznie emulguje, co jest kolejną cechą, która pozwala jeszcze bardziej powiększyć wachlarz jego zastosowań. Dodając do żelu wodę można bardzo łatwo otrzymać bazę dla kremu, mleczka, preparatu oczyszczającego skórę czy do mycia włosów. Łatwość wykonywania różnych receptur z użyciem sucragelu czyni go bardzo wdzięcznym materiałem i jednym z najlepszych wyborów do domowej produkcji kosmetyków.

Sucragel poza właściwościami zagęszczania, emulgowaniem i stabilizowaniem emulsji posiada również znakomite właściwości nawilżające oraz łagodnie oczyszczające.”

Brzmi bardzo ciekawie prawda?

Jeśli i Was zaintrygował, zobaczcie też koniecznie filmik instruktażowy, jak wykonać żel olejowy:

 

Zrobiłam więc kilka eksperymentów, licząc na piękny, gęsty żel. Niestety, prawdopodobnie przez fakt, że niestety nie posiadam takiego fajnego miksera, a może też przez moją niecierpliwość, taka idealna konsystencja mi nie wyszła…

Nie ma jednak tego złego! Powstało coś, z czym polubiłam się bardzo! Na żel zatem przyjdzie pora, być może następnym razem, jak zaopatrzę się w kolejną porcję składnika.

 

 

Tymczasem chciałam przedstawić Wam kosmetyk, który jest nieco łatwiej zrobić samemu, ot po prostu w domu, za pomocą zwykłego blendera. Powstaje nam coś w rodzaju lekkiej, żelowo-olejowej esencji, którą skóra fajnie przyjmuje i szybko wchłania. Bardzo więc polecam nie poddawanie się, jeśli nie uzyskujemy oczekiwanego rezultatu w naszych domowych laboratoriach. Spróbujcie zerknąć na swoją pracę nietypowo, odkryjcie coś nowego, ćwiczcie wyobraźnię. Jednocześnie nie przestawajcie próbować osiągnąć wcześniej zamierzonego celu. Najlepiej powiem połączyć kreatywność z wytrwałością.

Wracając do kosmetyku – ostatecznie powstała lekka esencja na bazie lnianego maceratu do stosowania wokół oczu. Wieczorem, po oczyszczeniu skóry, w trakcie codziennej pielęgnacji, wklepujemy 2-3 kropelki esencji na lekko jeszcze wilgotną po tonizacji skórę i idziemy spać. Zaczęłam stosować odkąd skończył mi się krem Orientany, o którym Wam ostatnio pisałam i muszę przyznać, ze spisuje się równie dobrze.

W esencji zawarłam bowiem antyoksydacyjną i usuwającą ze skóry wokół oczu zmęczenie i opuchliznę – zieloną herbatę, kojące i skórę i same oczy – kwiaty chabrów oraz mocno łagodzące – rumianek i lawendę. Te zioła macerowały się w mocno odżywczym oleju lnianym. Całość w połączeniu z nawilżającymi właściwościami sucragelu stworzyła prawdziwą petardę.

Polecam więc eksperymenty z sucragelem, a jeśli chcecie zdać się na prosty i szybki przepis na pielęgnacyjne cudo i wykorzystać przy tym tradycyjny blender – do dzieła!

 

Herbaciano-chabrowa esencja pod oczy

Składniki:

  • 20 ml sucragelu
  • 100 ml oleju lnianego
  • łyżka zielonej herbaty
  • łyżka suszonych chabrów
  • łyżka suszonych rumianków
  • łyżka suszonej lawendy

 

Do ceramicznej miseczki wsypujemy zioła i zalewamy olejem. Mieszaninę podgrzewamy na maluteńkim, malutenieczkim ogniu, w kąpieli wodnej, co jakiś czas mieszając. Nie pozwalamy, aby temperatura nadto się podniosła, a już na pewno nie dopuszczamy do wrzenia oleju.  W ten sposób macerujemy zioła przez 3-4 godziny. Po tym czasie odstawiamy macerat do ostygnięcia i przecedzamy olej przez sitko.

Do zlewki wlewamy sucragel. Włączamy blender na najmniejsze obroty i bardzo powoli, jak na powyższym filmiku, dolewamy 80 ml maceratu (dodałam też, co osobiście polecam, 1 ml eco konserwantu z Ecospa). Mieszamy aż do uzyskania możliwie jednolitej, żelowej konsystencji. Gotową esencję-żel przekładamy do pojemniczka z pompką. Źle zmieszana esencja, będzie się po jakimś czasie rozwarstwiać. Wystarczy wtedy strząsnąć pojemniczkiem.

Esencję, jak już wspominałam, nakładamy w trakcie wieczornej pielęgnacji, na oczyszczoną, stonizowaną skórę wokół oczu, wklepując 2-3 kropelki.

Powodzenia w pracy nad esencją i jeszcze bardziej – w tworzeniu żeli!

I za mnie trzymajcie kciuku! 🙂

 

Happy Post

Od trzech dni leje nieustannie… Pomyślałam więc, że czas na mały taniec słońca! Zaklinamy lato! Wywołujemy uśmiech na twarzy i ciepło w sercach. Eksplodujemy tęczą i kolorami. Buchamy dobrą energią! Zapraszamy lato z powrotem do nas!

Pora na happy post!

Pora na totalnie letnie, zakręcone, z przymrużeniem oka – inspiracje!

Będzie tropikalnie, egzotycznie i kolorowo!

 

 

1.Piłka plażowa Marakuja / LoftBar

2. Butelka ze słomką / H&M Home

3. Papuga naklejka na ścianę / Dekoracjan / Pakamera

4. Materac dmuchany kaktus / LoftBar

5. Porcelanowy arbuzowy półmisek / H&M Home

6. Koło plażowe Rainbow / LoftBar

7. Skarpetki SUMMER CACTUS LOW / Many Mornings

8. Stojak kaktus / Rzeczownik

9. Lampka led ananas / LoftBar

10. Okrągły ręcznik plażowy / H&M Home

11. Worek – plecak Exotic flowers ZO-HAN / Showroom

12. Worek Parrots / Colorshake

13. Zestaw naklejek Dżungla / Rzeczownik

14. Etui Coconut Dream ZO-HAN / Showroom

15. Fotel obrotowy Jungle Fever / Home Design / Pakamera

ETNOmania

Cóż… może i byłoby fajnie, gdyby nie te dzikie tłumy…

Przyznam, że nie przyszło mi do głowy, że festiwal ETNOmania w skansenie w Wygiełzowie może wzbudzić aż takie zainteresowanie! No bo jak? W skansenie (uwielbiam skanseny!)? Całe takie etno? No jak?

A tu niespodzianka! Tłumy gęste i wciąż napływające. Jak nic – klęska urodzaju. A tłumów to my niestety bardzo nie lubimy… Kolejki do każdej atrakcji, pełno zwiedzających w każdej chałupce, ledwie się przejść da… A do stanowisk z jedzeniem to naprawdę trzeba było wytężyć cierpliwość, żeby się dostać. A wręcz w niektórych to już w porze obiadowej brakowało jedzenia!

Tak więc, moi drodzy, byłaby to doprawdy świetna impreza, gdyby nie te dzikie tłumy. Domyślam się, że dla organizatorów i wystawców to naprawdę dobrze, ale dla nas było to nielekkie przeżycie.

Z początku… potem bowiem się okazało, że co rusz napotykamy znajomych, że i moja książka – Cukiernia Kosmetyczna pojawiła się na jednym ze stanowisk, że naprawdę sporo pięknych rzeczy odkryłam. I nawet te tłumy przestały aż tak przeszkadzać.

Zobaczcie więc najpiękniejsze znaleziska, na które natknęłam się wśród festiwalowych wystawców. Jest naprawdę sporo niezwykłych perełek!

Ale zacznijmy odpowiednio! Zacznijmy wprowadzeniem do tematu, do skansenu. Zaczynamy pięknymi wnętrzami uroczego dworku 🙂

(Ach, muszę jeszcze dodać, że nie mam namiarów na wszystkich wystawców – po dokładną listę zajrzyjcie na stronę ETNOmanii!)

A to są cuda Kingi z ceramiki Muskam, o której pisałam Wam cały post TUTAJ.

Wyobraźcie sobie, że Kinga tworzy teraz aromaterapeutyczne mobile, czyli piękne zawieszki z ceramicznymi liśćmi lub księżycowe, które nasącza się olejkami eterycznymi. Glina uwalnia olejki stopniowo, sprawia że całe otoczenie pięknie pachnie, a olejki mogą czynić swoją dobroczynna pracę. Fajne, prawda?

I takie fajne wieloryby też Kinga robi!

Powyżej piękne działa z Pracowni T. Anna Sawicz-Pilas – zajrzyjcie na jej Facebooka!

Przechodzimy do mojego ulubionego stanowiska! Oglądałam tam wszystko kilka razy! Polecam też sklep Rzeczy Same – co jakiś czas i tak Wam coś niecoś do niego linkuję 🙂

Na stoisku Rzeczy Same znalazłam moje ulubione kolaże Aleksandry Morawiak i…

…równie ulubione skarpetki Many Mornings! Te tutaj musiałam sobie kupić 😀

Taka pastelową krainę wyczarowała Malandia.

Powyżej cudownie lawendowe stoisko Lavendziarni Stoki 6, której genialny ocet lawendowy już Wam kiedyś pokazywałam 🙂

Och, to powyżej też koniecznie muszę Wam podlinkować! Piękne doniczki geometryczne od Szlify!

Poniżej – niezwykłe, tajemnicze koszulki i mebelki od Mhf Concept

A na koniec – moja Cukiernia Kosmetyczna na stanowisku Ziołowo.pl 😀

Facebook