Te 5 rzeczy, które wpadły mi ostatnio w oko i jakoś wyjść nie mogą!
No, same cuda!
Prawdziwa bajka do wpięcia we włosy! Czyli zestaw wsuwek Estella wykonanych ręcznie z surowego mosiądzu i naturalnych pereł słodkowodnych. To ponoć biżuteria ślubna, ale osobiście myślę sobie, że można te cuda nosić zawsze i wszędzie, prawda? / Stone Story
W zasadzie podoba mi się cały ten zestaw, ze spodniami i butami, ale to plisowana orzechowa koszula ostatnio mnie zauroczyła. Zwłaszcza jej rękawy! / Massimo Dutti
A to bajka do założenia na palec! Delikatny pierścionek Lila z pojedynczym szafirem, udekorowany drobnymi, złoconymi kuleczkami, wykonany ręcznie ze srebra. / Byrska
Te piny z pszczółkami i kwiatami wywołały we mnie pragnienie, aby zrobić takie i do mojej Lili! Hmm? Nosilibyście? Te są piękne, prawda? / Laura Makes
Zestaw dla początkujących – Cleanse. Connect. Protect. czyli podstawowy zestaw do pogłębiania medytacji lub praktyki jogi oraz do pozbywania się złej energii z otoczenia, a w nim wiązka szałwii, palo santo i ceramiczny burner. Ponoć bilansuje energię, usuwając złą i równoważąc ją do neutralnie pozytywnej. Do wypróbowania! / Purnama Rituals
Mam dla Was mały prezent! Zabieram Was w ekspresową podróż do mojej wyimaginowanej dżungli. Dżungli o zachodzie słońca. Dżungli wybujałej roślinnością i pełnej dziwnych, ale uroczych istot. I tę dżunglę możecie już na zawsze zatrzymać przy sobie i uciekać do niej, kiedy tylko tego potrzebujecie. A dobrze wiem, że marcowa pogoda sprzyja takim potrzebom!
Zabierzcie więc, ba – przygarnijcie moją dżunglę do Waszych telefonów! Oby Wam dobrze służyła!
Mam bowiem dla Was trzy tapety na telefon, takie do ściągnięcia i używania według uznania – na ekran główny, do przewijania lub nie, na blokadę – jak macie ochotę.
Zastrzegam jedynie, że dzisiejsze grafiki są do użytku osobistego.
Zanim wraz z wiosną wybuchniemy zielonością, kolorami i słońcem, możemy ponosić się jeszcze w stonowanych barwach. Przełom lutego i marca zawsze bowiem właśnie tak mnie nastraja.
Znalazłam Wam więc dzisiaj kilka ciekawych propozycji na, ot zwyczajne – wyjście w miasto. Bo i cieplej zaraz będzie. Dwie stonowane stylizacje skupione wokół jednej tweedowej marynarki.
Ktoś mi kiedyś napisał, że mój blog wprawia w stan daydreamingu.
Od tego się zaczęło. Utkwiło mi to w głowie. Na długo. Do teraz. I wyjść nie może. Bo był to dla mnie najlepszy komplement. Bo choć sobie do tej pory tego nie uświadamiałam, to właśnie o taki efekt zawsze mi chodziło. O pokazywanie tego co piękne, wyjątkowe, niebanalne, o możliwość realizacji moich pomysłów, tych często wyśnionych, o odrobinę mojego własnego świata, mojej codzienności. A to wszystko ubrane w obrazy. W zdjęcia, grafiki, ilustracje. Te wynalezione w zakamarkach internetu i te moje własne, nad którymi wciąż pracuję, aby były lepsze, aby lepiej ukazywały to, co zamknięte gdzieś głęboko w mojej głowie.
Pora więc na zamiany. Zmiany są naturalne, ba – są wręcz potrzebne. A mając blog można sobie na nie spokojnie od czasu do czasu pozwalać. Zupełnie tak samo, jak z wnętrzami – czasami wystarczy zmienić tylko poduszki na kanapie, czasem wszystko zupełnie inaczej poustawiać.
Zaczynam więc te moje zmiany od grafiki w Lili. A potem, po kolei, choć zapewne nie szybko, zmieniać będę dalej. Resztę moich stron. Podstrony. Może szablon tutaj, jak się na jakiś zdecyduję. Kto wie? Ten aktualny całkiem lubię, ale niestety nie jest już aktualizowany, co nieco utrudnia pracę na nim.
Moje nowe Lili motto to śniąc na jawie. Bo do tego mojego Lili snu pragnę Was zaprosić. Od nowa. Choć w sumie – jak zawsze!
A może uda się wprowadzić do naszej codzienności odrobinę magii? Hmm?
A tak się właśnie kończy, jak człowiekowi zachce się nieco porysować w trakcie robienia grafik 🙂
Na dobry koniec dzisiejszych zmian jeszcze małe przesłanie!
Pisałam już o tym w social mediach, ale tutaj to ja się polecam bardzo! Potrafię godzinami wpatrywać się w niebo. 🙂
Wcale nie musicie przekopywać się już przez cały Internet, nie musicie też sami przeglądać wszystkich wnętrzarskich nowości z największych sieciówek! Wyszukałam Wam bowiem najciekawsze perełki z nowych kolekcji Zara Home, H&M Home i Ikea!
Ciężko nie zwrócić uwagi na to, że wszystkie trzy marki mają swoje nowe kampanie osadzone w bardzo podobnej stylistyce. Mam wrażenie, że wszystkie one przenoszą nas do małej, tradycyjnej, rustykalnej wręcz, a przy tym pełnej słońca i ciepła chatki, gdzieś na południu Europy, być może we Francji, może w Toskanii, w pobliżu Morza Śródziemnego. Jest naturalnie, bardzo organicznie, surowo wręcz, nieregularnie i niezwykle botanicznie. Są roślinne ryciny, są zwierzęta żywcem wyjęte ze starych ksiąg, jest len i bawełna, jest drewno i glina. Nie ma oczywistości, są naturalne struktury, bruzdy i niedociągnięcia. Wracają brązy, beże, zgaszone zielenie, żółcie i te barwy, które tworzy słońce przemieszczające się powoli po wnętrzu.
Muszę więc stwierdzić, że wszystko to jest marzeniem, snem o sielskich śródziemnomorskich wakacjach, do których, jak wierzę, każdy mniej lub bardziej świadomie tęskni.
Ja, w każdym razie, tęsknie nieustannie.
Najbardziej spodobały mi się zdjęcia nowej kolekcji Zara. Pełne są właśnie tego południowego czaru i słońca, które opisałam powyżej.
Wiecie już zapewne, że na co dzień robię bardzo różne rzeczy. Nazywają to ładnie dywersyfikacją przychodów. 🙂 A jeśli jeszcze nie wiecie to, z tych najważniejszych:
>>> tu zajrzyjcie na stronę mojego portfolio >> LILI CREATIVE
>>> tu zapraszam na stronę warsztatów >> LILI GARDEN
I właśnie o tych moich warsztatach dzisiaj! O moich warsztatach kosmetyków naturalnych i słodyczy kosmetycznych, bo to doprawdy spora część mojej codzienności. Pokazuję ją Wam i na Facebooku i na Instagramie, ale pomyślałam, że opiszę Wam nieco bliżej, jak wygląda taki warsztatowy wyjazd! Jak wygląda moja praca!
W ostatnich tygodniach zjeździłam z tymi moimi warsztatami kawał Polski! Byliśmy w Kołobrzegu, Karpaczu, Warszawie, Olsztynie, Władysławowie i Rzeszowie. Są to warsztaty dla firm, w takich się specjalizuję. Zapewniam kreatywną rozrywkę podczas różnego typu eventów, czy to dla pracowników, czy dla klientów, czy podczas spotkań networkingowych, czy pokazów prasowych. Jeździmy na pikniki miejskie i pracownicze, na kameralne spotkania i imprezy dla tysiąca osób, na bardzo prestiżowe wydarzenia dla warszawskich dziennikarzy i celebrytów i do wiejskich domów kultury z przemiłymi paniami z kółek gospodyń. Każdy wyjazd jest inny. Każdy jest nową przygodą. Każdy jest okazją do poznania czegoś nowego – ludzi, miejsc, smaków.
Zawsze się staram, aby taki wyjazd warsztatowy był nie tylko pracą, ale zapewniał jeszcze nieco przyjemnych przeżyć. Szukam ciekawych noclegów, dobrych restauracji, pobliskich miejsc, które przy okazji można zobaczyć. Dzięki temu tak bardzo lubię te wyjazdy!
Ale wracając do tematu… Opiszę Wam dzisiaj jeden z ostatnich wyjazdów. Taki, który szczególnie przypadł mi do serca, ale był też niezwykle wyczerpujący i intensywny. Czy był to typowy wyjazd? I tak i nie. Bo w tej branży ciężko nazwać jakiekolwiek wydarzenie typowym, choć z perspektywy tych moich już prawie 10 lat doświadczenia, trzeba przyznać, że część warsztatów zlewa się w całość i tworzy pewien standardowy obraz.
Dzisiaj pojedziecie ze mną na wyjazd łączony – na warsztaty w Olsztynie i we Władysławowie, dzień po dniu, impreza po imprezie. Ruszamy zatem w drogę!
Przed warsztatami
Przygotowania do warsztatów rozpoczynają się dużo wcześniej. W zależności od eventu i organizatora, pierwsze ustalenia mogą się pojawić nawet rok wcześniej, bywa też, że mamy pilną imprezę, która nam „wpadnie” na dwa tygodnie przed jej terminem. Niemniej jednak te 10-14 dni przed warsztatem muszę już mieć etap ustaleń zakończony, wysłaną pierwszą kosztową fakturę i oszacowaną ilość uczestników warsztatów. Zabieram się bowiem wtedy za zakupy, których większą część robię przez Internet. Jest to zawsze wielka niewiadoma – czy zamówienia zdążą na pewno dojść na czas. Mam kilku sprawdzonych dostawców, którym ufam i przesyłki od nich odbieram nawet następnego dnia od zamówienia. Po części jednak bywa problematycznie i zdarza się, że poziom stresu mocno wzrasta, a opóźnione przesyłki odbieram wieczorem przed warsztatami, zagubione gdzieś na poczcie.
Dzień przed warsztatowym wyjazdem wybieram się też zawsze na wielkie zakupy, po składniki dostępne w marketach. Potem urządzam równie wielkie pakowanie, przepakowywanie, liczenie, sprawdzanie, organizowanie, dokręcanie buteleczek i słoiczków, drukowanie materiałów, 5-krotne przeliczanie czy na pewno mam wszystkiego pod dostatkiem, a wręcz ze sporą nadwyżką, bo to różnie bywa. Cały dom mamy wtedy zawalony pudłami, pudełkami, siatami, koszykami itp. W końcu jednak wszystko ląduje w przedpokoju i czeka na spakowanie do samochodu.
DZIEŃ I – dojechać
Ruszamy w drogę do Olsztyna! A dokładniej – ruszymy, jak się ogarniemy. Tym razem towarzyszy mi mój mąż. Kiedy jego nie ma lub nie może, zabieram zawsze asystentkę. Muszę kogoś mieć, sama nie dałabym rady. Po pierwsze, potrzebuję kierowcy na tak długie trasy, po drugie – kogoś, kto pomoże ogarnąć te wszystkie składniki i półprodukty. Pomóc je wyłożyć, a potem posprzątać.
W każdym razie rano musimy jeszcze odwieźć dziecko i psa do dziadków. Na szczęście tym razem są ferie, więc nie ma problemu ze szkołą. Kiedy mąż z resztą jadą w swoją drogę, ja kończę pakowanie. Sporo, oj sporo tego mamy tym razem… Czekają nas dwa warsztaty – dla 40 i 36 osób i każdemu trzeba zapewnić materiały na 4 kosmetyki. Wynoszę więc wszystko przed dom, a kiedy koło południa powraca mąż, łapie się za głowę. Ja jednak optymistycznie postanawiam wziąć pakowanie jakimś umyślnym sposobem, rozłożyć to na spokojnie i na szczęście się udaje.
Pensjonat U Jacka w Olsztynie
Gotowi? To ruszamy! Przyznam się Wam, że boję się zawsze takich długich tras, ale jednocześnie mają one w sobie coś kuszącego, coś przyciągającego, jak film drogi. Czeka nas ponad 7 godzin jazdy – z Krakowa do Olsztyna. Przez Warszawę, niestety. Zatrzymujemy się chwilę przed nią, aby przeczekać największe korki i zjeść serbski obiad w najlepszej restauracji na tej trasie – Karczmie Guca.
Na miejsce dojeżdżamy jakoś po 22. Po raz pierwszy zarezerwowałam pensjonat, w którym już kiedyś nocowałam, bo i warsztaty będziemy mieli w Hotelu Przystań, w którym także już raz je prowadziłam. Pamiętam, że urzekł mnie wtedy poranny widok na jezioro… I co? Tym razem mamy widok na parking… Cóż, trudno… Czekam z niecierpliwością na widok morza we Władysławowie, bo tylko ze względu na to zdecydowałam się tam na noclegi w porcie. Zanim padniemy, idziemy jeszcze na chwilę nad jezioro. Mąż złapał bakcyla morsowania i postanawia wleźć do wody. Ja patrzę, jak zwykle, pilnuję i cieszę się nocnym widokiem jeziora.
DZIEŃ II – warsztaty w Olsztynie
Obudził nas deszcz. Jest szaro i ponuro. Schodzimy jednak na śniadanie i zajadamy je, wpatrując się w tę deszczową taflę jeziora za wielkimi oknami pensjonatowej restauracji. Śniadania to chyba najbardziej lubię w tych wyjazdach. Zawsze poszukuję takich miejsc do spania, w których można zjeść dobre śniadanie. I jemy je potem sobie razem, popijając kawą i ciesząc się chwilą spokoju.
Na miejsce warsztatów, do Hotelu Przystań docieramy nieco wcześniej niż potrzeba. Deszcz leje, z pensjonatu się wymeldowaliśmy, nie ma co robić. Możemy zatem niespiesznie się przygotować. Najpierw jednak dzwonimy po dziewczyny z firmy eventowej i sprawdzamy salę. I znowu mały smuteczek – poprzednim razem miałam tu salę z pięknym, ogromnym widokiem na jezioro i łódki, a teraz – typową salę konferencyjną bez okien. Nie lubię takich, ale cóż, działamy!
Rozkładanie idzie nam sprawnie, bo to trzeci z kolei taki sam warsztat dla tej samej firmy. Mamy dla niej w sumie 5 eventów, prawie pod rząd. Mąż więc już dobrze wie, co gdzie trzeba położyć i w jakiej ilości, a jak nie pamięta, to tylko słyszę co jakiś czas – co teraz? I tak schodzi nam z tym około 1,5-godziny, ale w końcu wszystko jest na swoim miejscu. Ja zostaję na placu boju, a mąż ma wolne – idzie do hotelowej restauracji napisać artykuł.
A potem po prostu płynę. Przepływam przez wydarzenia. A przynajmniej tak mi się zawsze wydaje. Zamieniam się mojego normalnego ja, w moje profesjonalne ja. I jest ono ze mną podczas ogólnego spotkania ze wszystkimi paniami (potem część idzie na salsę, a część pozostaje ze mną), podczas moich warsztatów i kiedy żegnam się z uczestniczkami, które mi dziękują, cieszą się, tak miło chwalą, a nawet obejmują i całują!
Po warsztacie wraca mąż i sprzątamy razem ten artystyczny rozgardiasz. Zajmuje to około godziny, ale salę trzeba przywrócić do stanu początkowego. Mąż w między czasie zachwala restaurację hotelową, idziemy więc do niej, bo obojgu nam należy się dobry obiad (czy tam już kolacja). Pięknie tu. Klimatycznie i romantycznie. Szczególnie urzekła mnie zupa krem z podwędzanego ziemniaka podawana z krewetką, w słoiku, z którego unosi się wędzalniczy dym. Magia 🙂
Ale to nie koniec wieczoru. Wsiadamy bowiem w samochód i ruszamy w drogę. Do Władysławowa mamy 2,5 godziny jazdy, czas więc na nas.
Docieramy znowuż po 22 i co się okazuje? Zamiast pięknego, wielkiego widoku na port bałtycki mam małe boczne okienko, z którego trochę coś tam widać tego morza. Chyba jakieś wyjazdowe fatum widokowe nas dopadło! Żal mi bardzo, ale nie da się nic zrobić. Padamy…
DZIEŃ III – warsztaty we Władysławowie
Tym razem budzi nas cudowna pogoda! I przynajmniej jedząc śniadanie możemy podziwiać zacumowane w porcie kutry. Bajka! Zaraz potem lecimy na plażę. Mąż wskakuje do morza, ja cieszę się tak intensywnym kolorem nieba, jakiego dawno nie widziałam.
A potem – powtórka z wczoraj. Te same, dobrze już znane organizatorki i bardzo klimatyczna tym razem salka z okrągłymi stołami w hotelu Gwiazda Morza. Rozkładamy się, mąż wraca do pensjonatu z zamiarem pobiegania po plaży, a ja znowu wchodzę w to moje drugie ja. I płynę. Nadmorsko płynę przez ten dzień, który mija ekspresowo. Jak zawsze. Znowu sprzątamy, znowu się składamy i wracamy do naszego portu. Mają ponoć dobrą restaurację, trzeba wypróbować. I faktycznie – jest smacznie, regionalnie i solidnie. Ale to nie koniec dnia. Port tak kusi, że wybieramy się na falochron, na wieczorny spacer do latarni, do pełnego morza. A potem wskakujemy pod kołdrę i puszczamy sobie Przyjaciół. Znowuż padnięci. Idealne zakończenie tego dnia.
DZIEŃ IV – foki
Nie byłam jeszcze na Helu. Skoro więc jesteśmy we Władysławowie, nie możemy ot tak zwyczajnie wrócić na to nasze dalekie południe. Ruszamy w drogę zobaczyć helskie fokarium, które marzy mi się od dawna. Tylko jeszcze skoczę na portowy falochron i popstrykam zdjęcia tej niezwykłej symetrii, która ukazuje się na jakże spokojnym dzisiaj morzu! Sama tym razem, ciesząc się każdą sekundą tej mojej chwili.
O tej porze roku droga wzdłuż Półwyspu Helskiego jest spokojna. Pogoda niczym na wiosnę, niebo bezchmurne. Co chwilę wyłania się woda. Potem las, jakiś wybitnie bajkowy. Słońce prześwituje przez bałtyckie sosny, piasek z wydm wdziera się na drogę, krzaki borówek wyglądają jakby zaraz miały owocować. Docieramy do Helu, w którym urzekają mnie stare, rybackie zabudowania. Zupełnie o nich nie widziałam.
I te foki! Takie kochane! Śmieję się jak dziecko za każdym razem, kiedy któraś z nich obok mnie przepływa!
Nie bawimy tam długo, przed nami długi powrót. Docieramy do domu późnym wieczorem. Czaka na nas tu już moja siostra, która przywiozła dziecko i psa. Można odetchnąć.
Czytałam niedawno takie piękne zdanie. Po angielsku brzmi ładniej, ale przetłumaczę je tak:
opuszczenie domu i bezpieczny do niego powrót to jakże niedoceniane błogosławieństwo.