Po-Weekendowe Cuda no82

Gdybym umiała szyć, szyłabym sobie torebki 🙂 Na przykład taką z kuchennych ściereczek (1). Druga jest bardziej osiągalna – torebka origami…. bez szycia (2)! Obie wraz z instrukcjami z The House That Lars Built.
To jest łatwiejsze! Serwetki ręcznie barwione (3). A do tego jakie nakrycie stołu! Z Ruffled.
Czy Wy też zawsze przeszukujecie całą szafę w poszukiwaniu jednej pary butów? I zawsze otwieracie każde pudełko, a one odnajdują się w tym ostatnim? Oto genialne rozwiązanie! (4) z Creature Comforts.
CUDOWNE! Ciasto zawinięte w delikatne paski rabarbaru! Jak to wygląda malowniczo, plastycznie, nierealnie. Musze kiedyś spróbować. (5) z Sprinkle Bakes.
To już któreś z kolei wiszące doniczki z sukulentami, które skradły mi serce. W końcu będę musiała zrobić! (6) z For the Makers.
Natknęłam się niedawno na Pintereście na te dwa letnie zdjęcia i nie mogą mi z głowy wyjść! (7) i (8).
Taki napis muszę sobie sprawić na moją półeczkę koło biurka 🙂 (9) z Littlewood.
A w tych świnkach się totalnie zakochałam!!! (10) z ENDESIGN
Jestem pod ogromnym wrażeniem pomysłu Edyty z Life Skills Academy, jego wykonania, nakładu pracy! Sami zobaczcie koniecznie organizer na lato, do pobrania i wydrukowania (11). Niesamowity! Brawo! A jaka świetna nazwa – „Projekt Życie”!
Czas na lokowanie produktu i kilka nowości z Lili in the Garden! Bardzo serdecznie zapraszam do śledzenia sklepu, bo codziennie, co 2 dni, pojawiają się nowe rzeczy.

Wpadnijcie koniecznie TUTAJ!

Jadalny balsam do ust malina + kokos

Jakiś czas temu widziałam podobny balsam w internecie i oczywiście musiałam sama spróbować. I nie powiem – wyszedł świetnie! Dzisiaj zrobimy więc smakowity balsam jadalny do usta malina + kokos. Z prawdziwymi malinami! W zasadzie ma dwojakie zastosowanie. Na co dzień, do torebki lub przy biurku służy za zwykły balsam. Niekiedy jednak nakładam go więcej, tak, aby było dużo drobinek malin i robię odżywczy peeling ust. Tylko proszą się po nim o pocałowanie!
Do wykonania balsamu przygotujcie
  • suszone maliny (w zasadzie wszystko dzisiaj, poza miodem, pochodzi z Blisko Natury)
  • 3 łyżki oleju kokosowego
  • pół łyżeczki wosku pszczelego
  • pół łyżeczki płynnego miodu
W blenderze miksujemy na drobną mączkę około 3 łyżki suszonych malin. W ceramicznej miseczce w kąpieli wodnej lub mikrofali roztapiamy wosk i olej kokosowy, co chwilę mieszając. Wyciągamy w chłodniejsze miejsce, mieszamy i dodajemy miód. Na koniec wsypujemy 2,5-3 łyżki zmielonych malin. Całość dokładnie łączymy mieszając i przelewamy do czystego pojemniczka. Odkładamy w chłodne miejsce do zastygnięcia. Aby balsam się nie rozwarstwił, kiedy będzie już prawie zastygły, ale jeszcze mięciutki, ponownie go mieszamy. Używamy jak powyżej, przechowujemy w suchym miejscu przez ok. 2 miesiące.

W roli głównej: Balsam z masłem shea i olejem macadamia – pomarańcza Nacomi

Gwiazdka najnowsza w Lili gwiazdozbiorze! Polecam Wam dzisiaj jedno z najprzyjemniejszym masełek do ciała, jakie znam – Nacomi z masłem shea i olelem makadamia.

Polecam Wam z całego serca. Ciepły, rozkoszny, cukierkowy wręcz zapach pomarańczy. Mocno energetyzujący. Poprawia samopoczucie już od pierwszego odkręcenia wieczka. Zamykam oczy i chłonę tę masę pomarańczowego orzeźwienia. Tak właśnie pachnie olejek pomarańczowy. Naturalny. I jest go tutaj bardzo dużo!
W zasadzie wielkiej filozofii w masełku nie mamy, ale przekornie w tym tkwi jego siła. W składzie odnajdziemy bowiem jedynie masło shea, olej makadamia i witaminę E, która zapobiega jełczeniu tłuszczów. Wisienką na torcie jest już wspomniany olejek pomarańczowy. I tyle! Lub aż tyle. Bo więcej nie trzeba. 
Masło ma idealną, miękką konsystencję. Jest puszyste i kremowe. Szybko się rozsmarowuje, roznosząc przy tym wspaniały zapach. Nie wchłania się oczywiście od razu – to jednak masło i olej, ale po chwili na skórze nie ma śladu. Staje się ona bardzo miękka, elastyczna, mocno nawilżona. I pachnąca!
I jeśli sam kosmetyk jest świetny, to ogromne zastrzeżenia mam do jego opakowania. I nie tylko jego, bo mam akurat kilka produktów marki. Słoiczek może i całkiem przyjemny, ale etykiety są nieczytelne, nieostre i nieładne. Brzydko się odklejają, pozostawiając nieestetyczne wrażenie. W angielskim tłumaczeniu brakuje słowa, a gdzieniegdzie gubią się spacje. Ewidentnie brakuje też numeru serii i daty przydatności.
Nie określiłabym też tego masła jako kosmetyku stricte antycellulitowego, a tak właśnie jest opisane. Mieszanina ta, owszem, pomaga ujędrniać, a przez masaż dodatkowo wspomaga walkę z cellulitem, ale dla mnie to produkt raczej odżywczy i nawilżający. Brakuje tu po prostu składników ściśle wspierających terapie antycellulitowe.
Jest to kosmetyk do rozpieszczania. Do codziennej pielęgnacji ciała, które potrzebuje ukojenia i zmysłów, zmęczonych codzienną bieganiną. Co jakiś czas nakładam odrobinę masełka na twarz, zamiast wieczornego kremu. Jako kojący, mocno regenerujący plaster, dla suchej, podrażnionej skóry.
Masełko kupicie TUTAJ (Skarby Świata).

Targi x2 – zaproszenie i relacja z Art Sfera

Zacznę od zaproszenia! Zaproszenia są miłe i zapraszać bardzo lubię! Zapraszam więc Kochani w sobotę na Plac Nowy na Kazimierzu w Krakowie, gdzie odbędą się kolejne Targi Rzeczy Fajnych. Będziemy tam z Lili in the Garden, z naszą wspaniałą biżuterią i kilkoma innymi rzeczami. Wpadnijcie koniecznie, pogadamy, pośmiejemy się. Pogoda zapowiada się tym razem wspaniale i z pewnością nie obędzie się bez lodów i zapiekanek z okrąglaka. Do tego masa inspirujących wystawców. Może się skusicie? 🙂
Przy okazji Cosmo-wypadu do stolicy, postanowiłam spędzić w niej dodatkowo kilka dni. Już Wam pisałam, że mam tam i babcię i przyjaciółkę i jeszcze kilkoro dobrych znajomych. Trzeba więc było skorzystać z faktu braku męża i dziecka i się po Warszawie pokręcić. 
Na targi Art Sfera trafiłam celowo. Wiedziałam, że będą, wiedziałam, że wystawiać się tam planują dziewczyny z Addicted to Crafts. Nie mogłam ich przegapić! Impreza nie wywarła na mnie specjalnie pozytywnego wrażenia. Wydaje mi się, że panował lekki chaos, brakowało jasnej reklamy i myśli przewodniej. Pomimo tego znalazłam Wam kilka perełek, które udało mi się sfotografować. Poniżej je znajdziecie.
Naszły mnie też przemyślenia natury marketingowej, które muszę tutaj wypunktować, jako apel do wystawców wszelakich targów hand made czy designu. Po pierwsze, prawie wszędzie brakowało cen, co dla mnie osobiście jest bardzo niekomfortowe. Nie lubię się o ceny pytać, nie lubię na ceny reagować. Chcę je mieć jasno określone i na spokojnie, w duchu zastanowić się czy coś kupuję czy nie.
Zauważyłam też dwa istotne błędy sprzedawców. Całkiem skrajne. Bo raz stoję przy stoisku, chcę o coś zapytać, czegoś się dowiedzieć, a pani radośnie mnie ignoruje, rozmawiając sobie z sąsiadkami, a kiedy indziej wręcz przeciwnie – zostaję zalana niesamowitą ilością informacji i totalnie nie umiem się grzecznie wyplątać. Ewidentnie i sprzedawca domorosłym psychologiem być powinien. Musi wyczuć nastrój kupującego i podążać za jego potrzebą – ciszy lub mówienia. I tego będę się w sobotę uczyć!

Biżuteria z talerzy!

Z twórczynią świec sojowych nawiązałam miły kontakt – polecam Enjoy your time (strona chyba jeszcze w przygotowaniu).

Uwielbiam kubki Katie Alice!

Addicted to Crafts i…

…najwspanialsze maciory!

Ten szary fotel – cudowny!

Cosmo Wyjazd – Cosmo Przygoda

Zapewne część z Was śledzi Lili na Facebooku i już wie, gdzie to się ostatnio podziewałam. Większości jednak winna jestem wyjaśnienie. Zostałam bowiem zaproszona do półfinału konkursu Mocne Strony Kobiety magazynu Cosmopolitan i tak rozpoczęła się moja Cosmo przygoda.

Pojechałam do Warszawy pełna obaw, ale z dobrym nastawieniem. W końcu to czerwcowy, prawie wakacyjny wyjazd, który też planowałam przedłużyć – w Warszawie mieszka moja babcia i przyjaciółka. Miałam zapewnione dwa noclegi w hotelu DoubleTree by Hilton, który, jak się okazało, leży na końcu warszawskiego świata. Dookoła znajdują się jedynie ogródki działkowe i bagna. Ale, ale… Zbytnio nawet nie miałam okazji ponarzekać na lokalizację, bo zalety obiektu przyćmiły jego wady. Hotel jest nowiutki, ogromny i przepiękny. Pokoje i wyposażenie zachwycają. Jest to typowe miejsce zbudowane z myślą o konferencjach i spotkaniach firmowych. Ogromne sale, jeszcze większa restauracja, świetnie położony basen, siłownia i SPA to z pewnością jego duże atuty.
Pozostałe dziewczyny poznałam podczas kolacji. Pierwsze wrażenie? Wszystkie były po prostu zwyczajnymi, uśmiechniętymi i równie jak ja podekscytowanymi istotkami. Było nas aż trzydzieści, więc zapamiętanie wszystkich imion i historii już pierwszego wieczoru nie było możliwe. Pomimo tego atmosfera od razu wydała mi się… luźna. Wyobraźcie sobie 30 rozgadanych, śmiejących się kobiet, opowiadających o swoim życiu i marzeniach. Kosmos!
Nazajutrz zaplanowano dzień konkursowy. Każda z nas odbyła krótką rozmowę z jury. Bardzo miłym skądinąd, ale jednak dosyć stresującym – rozmawiałam z przedstawicielkami redakcji Cosmo i psychologiem Piotrem Mossakiem. Bo tak… jak tu w 10 minut opowiedzieć o sobie wszystko? Jak przedstawić się z najlepszej strony? Było to spore wyzwanie i niestety nie byłam do końca zadowolona.
Każda z uczestniczek mogła sobie także zrobić manicure i odbyć dermokonsultacje Vichy. Od marki dostałyśmy także upominki, wśród których jest stanowczy mój hit – woda w sprayu 🙂 Tak, tak, wiem, że termalna… ale jednak woda. Czysta woda! Zaintrygowały mnie natomiast kosmetyki RevitaLash i z pewnością jeszcze o nich napiszę!
Po lunchu odwiedziły nas Ewa Chodakowska, Beata Pawlikowska oraz panie z Chilli Zet i RevitaLash. To był najprzyjemniejszy moment dnia. Wszystkie usiadłyśmy na tarasie, każda z nas powiedziała coś o sobie. Nie było czuć żadnego napięcia. To popołudnie pozwoliło nam się na spokojnie poznać, zastanowić, może coś przemyśleć. Bo pomimo tego, że sama mam wrażenie, że dużo w życiu robię i robiłam, to słuchając innych historii byłam pod ogromnym wrażeniem. I jednocześnie z  lekkim poczuciem wstydu wysłuchiwałam dziewczyn, które tak wspaniale pomagają, organizują, które mają niesamowite pasje, siłę ducha i wielką potrzebę działania. Nie chciałabym tu zabrzmieć ani banalnie, ani sztucznie, ale od niektórych z tych kobiet bił po prostu blask. Z każdym uśmiechem i każdym wzruszeniem udowadniały jak bardzo są wyjątkowe. A ja miałam okazję je poznać!
Do finału niestety się nie zakwalifikowałam, ale przyznam szczerze, że podejrzewałam to już przed oficjalnym ogłoszeniem wyników podczas uroczystej kolacji. O finalistkach poczytacie w letnich wydaniach Cosmo. Bardzo Was zachęcam do lektury. Być może uda mi się napisać niedługo o dziewczynach nieco więcej tutaj, w Lili. Kto wie!
Drugiego wieczoru, kiedy już cały stres opadł, bawiłam się wspaniale. Z tymi zwariowanymi, niesamowitymi dziewczynami. Z całkowicie różnych środowisk, z całkowicie innymi zainteresowaniami i sposobami na życie. Z całej Polski. Bawiłyśmy się jak nastolatki.
Czego nauczył mnie ten wyjazd? Po pierwsze nie mogę się garbić, bo okropnie wychodzę na zdjęciach 🙂 Po drugie bardzo, ale to bardzo potrzebuję kontaktu z kobietami. Kreatywnymi, mądrymi dziewczynami z głowami pełnymi pomysłów i chęcią do ich realizacji. Jaka to jest ogromna motywacja! Zastrzyk energii, który może uzależnić.
Mam też pewien problem z mówieniem o sobie. Pisać mogę, a i owszem. Ale kiedy przychodzi do mówienia, do chwalenia się osiągnięciami, ogarnia mnie stres. Mam poczucie, że wyjdę w oczach słuchaczy na nieskromną, pyszną. A to nasz polski, głęboko siedzący w środku kompleks. Tak naprawdę dobrze poczułam się kiedy już wszyscy wszystko wiedzieli. Jak minęło trochę czasu. Jak już nie trzeba było się tak starać. Wtedy mogłam być sobą i śmiać się na całego. Lubię ten moment, ale stanowczo muszę zacząć ćwiczyć mówienie! Chyba potrzeba mi więcej takich spotkań!
Nie stracimy kontaktu z dziewczynami. Oj, nie. Tyle drzemie w tych kontaktach potencjału. Tyle możliwości! I tyle chęci!
 Na koniec mam dla Was dosłownie kilka zdjęć!
Nasz hotel – cudowny!

 Prawie wszystkie z prawie całym jury.

 Ekipa Cosmo z Ewą Chodakowską i Beatą Pawlikowską.

 

I wieczór…

Najlepsza z atrakcji – Fotki z Budki! 

 Ogłoszenie wyników…

i 10 finalistek!

 

Na miłą pamiątkę 🙂

Balsam dla dzidziusia

Odwiedził nas niedawno pełen mały, uroczy dzidziuś. Chłopczyk o uśmiechu tak ujmującym, że coś czuję, że nie jedno serce złamie. Trzy miesiące ma ledwo, a tak rozumnie patrzy, tak ciepło się uśmiecha. Już zupełnie zapomniałam, że Róża taka była!
Dla dzidziusia zrobiłam balsam. Tłusty kremik do codziennej pielęgnacji. Uniwersalny, do całego ciałka. Z kojącą nutą lawendy, która złagodzi nam i zmysły i podrażnioną skórę. Z odżywczym masełkiem shea i delikatnymi olejami – migdałowym i sacha inchi. Balsam nawilża i skutecznie dba o skórę tak drobnych istotek. A jaki prosty w przygotowaniu!
Do jego wykonania przygotujcie
  • 6 łyżeczek masła shea rafinowanego
  • łyżeczkę wosku pszczelego bielonego
  • 3 łyżeczki oleju ze słodkich migdałów
  • 3 łyżeczki oleju sacha inchi (jeśli jeszcze nie widzieliście, pisałam o nim ostatnio TUTAJ)
  • 10 kropelek olejku lawendowego

 

W przypadku tego balsamu, o tak specyficznym przeznaczeniu, musimy szczególnie zadbać o higienę. Słoiczek, w którym będzie przechowywany dokładnie wyparzamy i osuszamy. Przegotowujemy miejsce pracy i czyste naczynia. 
W kąpieli wodnej, w ceramicznej miseczce, roztapiamy wosk z masłem. Kiedy już będą płynne dolewamy oleje, mieszamy całość i ściągamy z kąpieli. Pozostawiamy na trzy minutki, aby temperatura nam nieco spadła, dodajemy olejek lawendowy i ponownie mieszamy. Balsam przelewamy do słoiczka i odstawiamy w chłodne miejsce do zastygnięcia. Przechowujemy w suchym, ciemnym miejscu.
Facebook