Lawendowy Ślub

Pokazywałam Wam już fragmenty tej sesji, ale kiedy tylko zobaczyłam jej pełne efekty, wiedziałam, że muszę pokazać Wam nieco więcej! Jej motywem przewodnim był ślub w lawendowych odcieniach, nieco więc inny, ale, trzeba przyznać, przepiękny. Jestem zachwycona tymi różami i fioletami i jedynie prawdziwej lawendy mi tu brakuje. Ale to jeszcze nie jej czas.

Zwróćcie koniecznie uwagę na nasze lawendowe agaty – w naszyjniku i bransoletce. Sama je uwielbiam! Znajdziecie je oczywiście na www.LiliGarden.pl.

A cała sesja to dzieło utalentowanej Elżbiety Kociędy – Kocięda na Ślubach FB i strona.

Miejsce : Karma House Gościeńczyce
Modelka : Izabela Sipko
Model : Daniil Krivenchenko
Kwiaty, dodatki, nieoceniona pomoc : Patrycja Patiflora
MUA, fryzura, dodatki, pomoc, aranżacja : Joanna Mieszkowska-Kalich
Suknia : Marta Trojanowska Suknie Boho
Biżuteria Lili in the Garden
Zaproszenia : Love Prints Studio – Zaproszenia Ślubne

9 800 10 800 11 z 12 23 800 13 800 14 800 15 800 16 800 17 800 18 800 24 800 20 800 19 800 21 800 22 800

Wiatr od morza

Co roku, kiedy tylko dni zaczynają robić się tak ciepłe, serce moje wyrywa się ku morzu. I chociaż nie zawsze uda je mi się nad nie wyrwać, pozostaje mym stałym pragnieniem i marzeniem. I nawet bezwiednie, moją uwagę przyciągają morskie motywy i dekoracje. Tak jest i tym razem. Czerwiec dopiero się zaczął, a ja już natknęłam się na tyle pięknych morskich rzeczy, że musiałam i Wam je pokazać!

Przyznam się przy okazji, że nie lubię ryb! Nie lubię jeść ryb, oglądać, dotykać. Nie wiedzieć jednak czemu, uwielbiam rybne ozdoby, a w szczególności – naczynia z rybami. Jest w nich coś radosnego i totalnie zakręconego, czyż nie?

 

sea

1. Komplet 2 obłędnych pojemników „Sea Urchin” / Westwing, cena: 139 zł

2. Talerz rybka / Live Beautifully, cena: 179 zł

3. Zestaw mierniczych łyżeczek rybek / Anthropologie, cena: 20 £

4. Latarenka / H&M Home, cena: 59,90 zł

5. Girlanda turkusowa / Fun with Mum, cena: 79 zł

6. Bransoletki sznurkowe z agatami w niezwykłych morskich kolorach / Lili in the Garden, cena: 59 zł

7. Świeca ośmiornica / Anthropologie, cena: 24 £

8. Rybny talerzyk z melaminy / Zara Home, cena: 23,90 zł

9. Ściereczka z homarem / Anthropologie, cena: 28 £

10. Ozdobna figurka koralowca / Zara Home, cena: 139 zł

4 dziury w brzuchu

No i mam cztery dziury w brzuchu.

W piątek miałam operację. Technicznie rzecz biorąc zabieg wykonywany laparoskopowo, teoretycznie nic poważnego. W moim odczuciu była to jednak duża operacja, usypiano mnie, ze wszystkich stron podłączono różnego rodzaju rurki. Przez dobę byłam totalną dętką, nie mogącą się ruszać – ze względu na osłabienie i te okropne rurki. Przez tę do intubacji, której na szczęście nie pamiętam, do teraz ledwo mówię i boli mnie gardło. No i mam te cztery nieszczęsne, bolące dziury w brzuchu…

Los był dla mnie na tyle łaskawy, że po raz pierwszy doświadczyłam tego typu hospitalizacji (poza oczywiście porodem, który przyznam, wspominam lepiej, ale mogę być nieobiektywna, przez te całe endorfiny, które się po nim wydzielają). Jestem straszną panikarą, zwłaszcza w przypadku ran wszelkich, krwi i tego typu horrorów, było więc to dla mnie ogromne przeżycie. Mogę je zakwalifikować, jako najgorszą dobę w życiu.

Niesamowitym jest, jak bardzo nasze ciało jest kruche. Jak bardzo nie jest nasze. Jaki mały mamy na nie wpływ, kiedy coś się w nim zepsuje. I jak bardzo zależymy w takich przypadkach od innych. Całą swoją godność, cały wstyd, którego uczono nas od małego, trzeba w takiej sytuacji odłożyć na bok i zdać się na pomoc zupełnie obcych ludzi. Nagość i intymność przestają cokolwiek znaczyć. Leżysz tylko taka słaba, nie mogąc ręki podnieść, pozycji zmienić, po telefon sięgnąć. Wykonujesz polecenia, odsłaniasz się kiedy trzeba, lub ciebie odsłaniają, coś podłączają, coś zmieniają, coś wycierają. I tylko czekasz, żeby to się już skończyło, żeby twoje ciało, znowu było twoim ciałem. Żeby znaleźć się w bezpiecznym domu, daleko od tego całego szaleństwa.

Przeraża mnie to. Do teraz. A to tylko zabieg taki, co to po dobie cię już wypisują.

Muszę Wam też powiedzieć, że jestem pod ogromnym wrażeniem pracy pielęgniarek (w szpitalu Św.Rafała w Krakowie). Są tak cudowne, tak kochane, tak w tym wszystkim ludzkie i delikatne. Nie byłam tam długo, ale to dzięki nim czułam się lepiej i pewniej. I bardzo im za to, także tutaj, dziękuję.

Drodzy moi Czytelnicy, jeżeli jesteście akurat w podobnej sytuacji, na krótko lub, nie daj Boże, na dłużej, życzę Wam z całego serca dużo siły. Bardzo dużo siły i spokoju ducha. Oby to minęło, oby wszystko dobrze i szybko się skończyło. Bądźcie dzielni, bardzo Was gorąco pozdrawiam!

W roli głównej: Femi Kremy odmładzające CITISIME

Mam dzisiaj dla Was małe polecenie. No… może nie małe – dzisiaj mamy dwie, bardzo ciekawe gwiazdy. W roli głównej zaprezentują się nowości polskiej marki Femi – Krem odmładzający CITISIME 24h i Krem odmładzający pod oczy CITISIME. Słyszeliście już o nich?

Mogliście nie słyszeć, bo samo Laboratorium Femi, chociaż działa na naszym rynku od 1991 roku, nadal pozostaje małą marka niszową. Wiem jednak dobrze, że ma swoje liczne i wierne fanki, a jego siła tkwi w wysokiej jakości produktów. I w tym, że one wszystkie są takie… dopieszczone. Femi niedawno przeszło małe zmiany wizerunkowe, zmieniło się logo, na lepsze oczywiście. Znacznie lepiej reprezentuje markę, jako dobro butikowe. Bardzo też podobają mi się opakowania nowości, nie tylko naszych dzisiejszych gwiazd (te złocenia – ach!), ale także buteleczki i kartoniki serum – ceramidowego i passiflora (TUTAJ).

Przejdźmy jednak do samych kremów. Stanowią duet idealny do codziennej pielęgnacji, zwłaszcza kobiet w moim wieku. Zacytuję przeznaczenie ze strony: „cera pozbawiona witalności, wymagająca regeneracji i dotlenienia, dojrzała, z objawami pierwszych zmarszczek, często narażana na stres oksydacyjny”. Odnalazłyście się na tej liście? W takim razie wypróbujcie CITISIME.

SONY DSC

Miałam pewne trudności z zaprzyjaźnieniem się z kremem. Po pierwsze, tak samo jak w przypadku wszystkich kosmetyków Femi, które do tej pory stosowałam, tak i tutaj,  zapach mi niestety nie odpowiada. Bo o ile bardzo lubię użyty tu olejek różany, to ten z geranium słabo toleruję. Zwłaszcza w połączeniu z intensywnym ylang ylang. Ale niech Was to nie zniechęca. Wiem, że dokładnie ten zapach podoba się wielu paniom, a i warto wspomnieć, że wymienione olejki są olejkami niezwykle kobiecymi, wpływającymi pozytywnie nie tylko na stan naszej cery, ale także samopoczucie i funkcjonowanie organizmu.

Poza tym, jest to ponoć krem całodobowy, dokładniej określony mianem „24h”, sama jednak zakwalifikowałabym go bardziej na odżywczy krem na noc. Jest bowiem dosyć tłusty i chwilę trwa, zanim się wchłonie. Trochę mnie rano irytowała ta konieczność czekania, ale rozwiązałam ten problem w niezwykle prosty sposób – o poranku wystarczy nakładać go znacznie mniej! I tak ładnie się sprawdzi.

Czemu warto odczekać tą chwilę na wchłonięcie? Zacytuję może ze strony listę aktywnych składników: ekstrakty z alg Halymenia durvillei, Empetrum nigrum – czarna bażyna, z liści drzewa oliwnego, aktywny ekstrakt z korzenia lukrecji w postaci: trójterpenoid soli potasowej kwasu glicyryzynowego, koenzym Q10, kwas hialuronowy, roślinna hydroksyprolina, aktywna i stabilna japońska lecytyna, skwalan, organiczne oleje: arganowy, z passiflory, kokosowy tłoczony ze świeżych owoców kokosa, z masłosza i sezamu, organiczna woda różana (food grade certficate), naturalna witamina E (d-alfa, d-gamma, d-delta – tokoferole), olejki eteryczne; z róży damasceńskiej, geraniowy – Bourbon, ylangowy – pierwszej frakcji. Dużo, oj dużo dobra ukryło się w tym małym słoiczku. Skóra je chłonie i już po chwili staje się miękka, elastyczna, gładka, niezwykle przyjemna w dotyku, a dzięki temu – jakby młodsza.

Pielęgnację CITISIME uzupełniamy uroczym maleństwem – tak dokładnie wygląda w swoim małym słoiczku krem pod oczy. Ma znacznie łagodniejszy zapach (bez geranium i ylang ylang) i równie bogaty skład. Tutaj z kolei znajdziemy: skoncentrowany sok z róży stulistnej, ekstrakty z alg Halymenia durvillei, z liści drzewa oliwnego, aktywny ekstrakt z korzenia lukrecji w postaci: trójterpenoid soli potasowej kwasu glicyryzynowego, koenzym Q10, kwas hialuronowy, roślinna hydroksyprolina, aktywna i stabilna japońska lecytyna, fitosterole, skwalan, organiczne oleje: arganowy, z passiflory, sezamu, organiczna woda różana (food grade certficate), polisacharydy, naturalna witamina E (d-alfa, d-gamma, d-delta – tokoferole), olejki eteryczne: z róży damasceńskiej. Kremik jest fantastyczny, bardzo polubił się z moją skóra wokół oczu. Mam wrażenie, że jest teraz mocniejsza, silniejsza, łatwiej stawia opór ciągłemu mrużeniu oczu wystawionych na słońce, jest gładsza i milsza w dotyku.

Kremy są niestety dosyć drogie, ale mamy za to gwarancję wysokiej jakości. Bardzo je polecam.

Dostępne na stronie Femi – Krem 24h / Krem pod oczy

SONY DSC

SONY DSC

Zauroczona: kwiatowe wyzwanie The House that Lars built

To jedna z tych rzeczy, od których nie można oderwać wzroku! Całkowicie zauroczyło mnie rysunkowe wyzwanie z bloga, który jest moim nowym odkryciem – The House that Lars built. Jego wspaniała autorka postanowiła pomóc nam nauczyć się rysować kwiaty i każdego majowego dnia udostępniała filmik z nowym instruktażem. Całość opatrzyła w totalnie przepiękne zdjęcia, które to właśnie przykuły moją uwagę i którymi się z Wami dzisiaj dzielę.

Jeśli więc macie chęć na kwiatowe rysowanie, a do tej pory nie wiedzieliście jak się za nie zabrać, albo jeśli po prostu chcecie popatrzyć na coś ładnego – sprawdźcie majowe (i nie tylko) posty z Flower Drawing Challenge na The House that Lars built.

anemone bird-of-paradise ranunculus sweet-pea-day-6

 

Co nowego?

Miałam Wam trochę ponarzekać. Że maj się już kończy, że cały długi weekend przeleżałam chora w domu, że pracy dużo, że chciałoby się gdzieś daleko, a jest się cały czas tu blisko. Nawet coś tam napisałam. I wyjrzałam za okno, na napuchnięte od liści drzewa, pyłki unoszące się między nimi, które zawsze przypominały mi małe wróżki, na zbierające się powoli burzowe chmury. No i, jeju, tyle było czekania na ten świat zielony, na to, aby można było z domu wyjść tak jak się stoi, na zapach gorącego betonu, który uderza w nozdrza zaraz po wyjściu z domu. No i czy to można tak narzekać? Skoro maj wprawdzie za pasem, ale cały czerwiec przed nami? Lato całe!

No więc nie narzekam, a uprzejmie donoszę, że się uśmiecham. Że pomimo bolącego gardła udało nam się umknąć z miasta na niedzielę i znaleźć magiczne, zapomniane miejsce. I że dzieje się sporo.

To będzie pracowity czerwiec. Szykuje się kilka warsztatów podczas imprez firmowych – czerwiec to środek sezonu. W najlepsze trwają też prace nad książką. Mam cały sztab ludzi, którzy zajmują się jej poszczególnymi częściami. Tekst już oddany, poprawiony przez korektorkę. Sporo natomiast zostało zdjęć do zrobienia, co jest dla mnie dużym wyzwaniem. Muszę bowiem sprostać wysokim wymaganiom grafików z wydawnictwa, co wierzcie mi, nie jest łatwe. Zwłaszcza dla kogoś, kto wszystko robi w sumie intuicyjnie. W tej sytuacji kurs fotografii staje się jednym z priorytetów na najbliższy rok. Tymczasem będę się jeszcze trochę fotograficznie gimnastykować. Oby tylko efekty były… no ładne po prostu. 🙂

Cóż poza tym? Standardowa praca z Lili in the Garden, któremu to muszę poświęcić więcej czasu. Chciałabym też bardzo więcej publikować tutaj, zwłaszcza, że pomysłów mam sporo. Uda się, prawda? Kurs organizacji czasu zrobię zaraz po kursie fotografii 🙂

Poza tym życie trwa w najlepsze, zwłaszcza w maju i czerwcu. Bo to dla nas miesiące świętowania. W maju urodziłam się ja, w czerwcu Róża. Mamy też Dzień Matki i Dzień Dziecka. Całkiem w sumie niedawno wrócił do domu mój mąż po trzech miesiącach nieobecności. Świętowania mamy więc sporo. I chyba to jest najpiękniejsze, co?

Co tam u Was kochani? Jak Wam minął maj?

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Facebook